sobota, 9 lutego 2019

Fizyk kwintowy

Z dziwnym gościem miałam ostatnio spotkanie. Metafizyczne. To klient sklepu z cygarami, w którym od niedawna pracuję dla "life experiences". 


Gdy przyszedł pierwszy raz, trochę mnie przestraszył: jakiś taki zaniedbany, oczka rozbiegane, myślałam, że to podejrzany typ i powinnam go obserwować. Wpadł do humidora, wybrał cygaro, a kiedy zapytałam o nazwisko (bo jako stały klient może ma zniżkę)  - podawał mi je ze trzy razy, za każdym razem literując po jednej głosce, zamiast powiedzieć normalnie, np. Kowalski. Mamrotał przy tym, więc za nic nie mogłam go zrozumieć. Prosiłam o wyrozumiałość, że krótko tu pracuję i jeszcze nie ogarniam systemu fiskalnego. Poza tym może głucha jestem itp. W końcu nie wytrzymał i wrzasnął: "K, jak krrrowa!
Uznałam, że to wariat i lepiej z nim nie zaczynać. Jakoś udało mi się zakończyć tę żałosną scenę, poszedł w chmurze na obliczu. Opowiedziałam koledze o zdarzeniu, od razu go rozpoznał z mojego opisu: to stały klient, ponoć fizyk, z dziwnym poczuciem humoru. Ja tam żadnego "humoru" w nim nie zauważyłam...

Kiedy przyszedł drugi raz, cała aż zesztywniałam. Ale wyglądał lepiej - jakiś odświeżony, wyluzowany, z cieniem uśmiechu gdzieś za uchem. Wziął cygarko, zapłacił gotówką. Tylko że ja nie miałam wydać. Karty użyć nie chciał, zaproponował, że pójdzie rozmienić pieniądze. Dość długo go nie było, w końcu jest. Użaliłam się nad nim:
- Oj, chyba daleko musiał pan szukać drobnych?
- Nie, nie tak daleko, do Wroclavii skoczyłem do bankomatu! (czyli jakieś 5 km, bo w Rynku samym jesteśmy) - powiedział z kamienną twarzą Baster Keatona.
-  Aaaa, to chyba kwantowego przyspieszacza pan użył?
- Jako fizyk cieszę się, że takie trudne słowa weszły do potocznego języka, skoro się pani nimi posługuje... Może będzie więcej studentów? - ironizował.
- A pan jest fizykiem kwantowym?
- Nie, proszę pani, ja jestem fizykiem kwintowym! - zaprzeczył z mocą.
- Tak właśnie myślałam, bo jak pan wszedł, miał pan nos na kwintę...

Nagrodą było pokazanie pełnego uzębienia. Zapewne kwintowego...





wtorek, 5 lutego 2019

Najbardziej romantyczna kolacja ever?

Dziś rano usłyszałam w radiu pytanie, a chodziło o konkurs, w którym można wygrać zaproszenie na niezwykłą, walentynkową kolacje dla dwojga. Trzeba tylko opisać w sms najbardziej romantyczną ucztę w swoim życiu.

W konkursie udziału nie wzięłam, ale pytanie przywołało bardzo miłe wspomnienie: moja urodzinowa wyprawa na Bali, na którą zaprosił mnie mąż... I moja urodzinowa kolacja na plaży w Jimbaran... Najbardziej romantyczna uczta ever! Cała podróż na Bali była prezentem, który trwał dwa tygodnie. Kulminacją  był dzień 17 listopada, dokładnie moje urodziny. Zaczęliśmy świętowanie od rana - kąpiel w hotelowym basenie i leniwa włóczęga po drink-barach okolicznych hoteli na plaży, ze świeżym frangipiani za uchem...




Na wieczór wymyśliliśmy coś ekstra: ubraliśmy się wieczorowo i zamówioną taksówką pojechaliśmy z Sanur do Jimbaran - kolejnego kurortu, specjalizującego się w... ucztach na plaży przy zachodzącym słońcu. 

Soliki były nakryte obrusami, wszystkie oczywiście zwrócone w stronę oceanu. Kelnerzy, świece zapalone o zmroku i niezwykły spektakl, któremu towarzyszyła kulinarna biesiada złożona z samych owoców morza - homar, krab, langusty, krewetki, małże i co tylko chcecie, co zyje w wodzie i zostało dla nas z niej wyciągnięte. Z grilla, świeże, podane na liściach palmowych. Kiedy przybyliśmy, było jeszcze pustawo...



Ale już po kilkunastu minutach przy stolikach obok nas zasiadły setki innych biesiadników. Niesamowity nastrój towarzysko-muzyczno-smakowo-wizualny.
Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego, co nam w ramach tej uczty podano:
Kiedy się ściemniło, znalezienie na stole szczypców do krabów było utrudnione. Krab więc ocalał, bo wtedy nie wiedzieliśmy, jak się do niego dobrać :-)

Mam co wspominać! Zapytali w radiu - to Wam opowiedziałam.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Święte kontra smoki, czyli muzealna sobota

W minioną sobotę udało mi się namówić męża na wizytę w muzeum. Mam czasem taką nieposkromioną chęć na obcowanie ze sztuką. We wrocławskim Muzeum Narodowym były dwie nowe dla mnie wystawy czasowe: Migracje i Cudotwórcy.

Wystawa "Migracje - sztuka późnogotycka na Śląsku" zilustrowana była ulotką przedstawiającą jakąś świętą w opałach:


Zauroczył mnie klimat tej sceny i zachęcił do kupienia biletu: jakieś miasto, kobieta pięknie odziana, sama, piękna i wywyższona, przeciwko kilkunastu facetom, a jeden z nich coś próbuje u jej stóp majstrować - nie wiem. Weszłam, a tam - arcydzieła gotyckie nieprzebrane!
Scena, która mnie wciągnęła na wystawę okazała się być fragmentem poliptycznego ołtarza Mistrza z Gościszowic z 1505 roku, przedstawiającym wydarzenie z legendy o św. Katarzynie. Jak się zaraz okaże chodzi o świętą z Aleksandrii, nie z Sieny.
Katarzyna urodziła się pod koniec III w., w Egipcie, w Aleksandrii. Byłą córką króla Kustosa. Wykształcona, piękna i bogata, więc o jej rękę ubiegali się najznakomitsi obywatele miasta. Nadaremnie. Kaśka bowiem złożyła ślub dozgonnej czystości, gdyż wyznawała chrześcijaństwo. 
Wkrótce wybuchło krwawe prześladowanie chrześcijan - za panowania cesarza Dioklecjana. Maksymian, jego współrządca na Wschodzie wyróżniał się nienawiścią do chrześcijan. Przybył osobiście do Aleksandrii, by dopilnować realizacji edyktów. Upatrzył sobie Katarzynę. Pojmał, chciał  ją zmusić do złożenia ofiary pogańskim bogom. Odmówiła. Wówczas cesarz zarządził dysputę między nią a pięćdziesięcioma filozofami. Katarzyna zdołała ich przekonać do nowej wiary, nawrócić na chrześcijaństwo, przez co od razu zostali żywcem spaleni. To właśnie przedstawia obraz Mistrza poliptyku - oni wszyscy już płoną, widać ogniki wokół nich i dorzucających drwa do stosu, a jednak nadal są wpatrzeni w kobietę, z czcią. Piękne.
Tak na marginesie, relikwie świętej znajdują się na Górze Synaj do dziś.

Wracając jednak do wystawy, to zgromadzono i po raz pierwszy pokazano na niej dzieła mistrzów, przybyłych na Śląsk z innych krajów europejskich. Oni tutaj otworzyli swoje warsztaty i wykonali dzieła sztuki (sakralnej głównie), konkurujące z najsłynniejszymi arcydziełami Zachodniej Europy.
Na poliptyku św. Barbary z wrocławskiego kościoła, którego pojawienie się w mieście określano mianem pojawienia się komety widać znów potworne sceny męki Barbary, zwłaszcza ucinanie nożem głowy na żywca... Zastanawia mnie, że w scenach tortur nigdy nie ma kobiet wśród oprawców.


Natomiast wizerunek św. Małgorzaty, która wg legendy poskromiła smoka (pod tą postacią objawił się jej sam diabeł), na tym samym poliptycznym ołtarzu z Gościszowic zauroczył mnie figurką smoka, którego Małgorzata trzyma w ręce. W tym wydaniu jest stworzonkiem wręcz sympatycznym, żadna tam z niego bestia!


Druga interesująca wystawa - Cudo-Twórcy to prezentacja rzemiosła i sztuki zdobniczej, m.in. ceramiki i szkła (polskiego, zwłaszcza twórców wrocławskich). Coś pięknego, bardzo polecam!


wtorek, 8 stycznia 2019

Prawo Przyciągania w praktyce, czyli jak straciłam zapłatę...

Jestem zwolenniczką teorii, że wszystko co się nam w życiu przydarza przyciągamy swoją energią, wysyłaną przez mózg (prościej - myślami). Ta teoria w skrócie nazywana jest Prawem Przyciągania, spopularyzowanym przez książkę Rhondy Byrne pt. "Sekret".

Myślę, że sięgając głębiej w przeszłość można tę teorię wywieść od starożytnych nauk hermetycznych i Szmaragdowej Tablicy zesłanej przez Hermesa Trismegistosa. Ale ad rem: jak mi się dziś to Prawo Przyciągania objawiło?

Fe sen...
Śnił mi się bardzo dziwny, fekaliczny sen: tańczyłam z mężem na jakieś sali balowej, nie było oprócz nas zbyt wielu ludzi na parkiecie. Nagle wypsnęła mi się (w tym tańcu!), hm, hm... kupa. Dość spora, zakręcona jak porcja lodów (brrr), leżąca na parkiecie. Zawstydziłam się, wiedziałam, że jest moja, chociaż nie byłam w stanie pojąć, jak ją tak w tańcu "wyprodukowałam". Zawstydzona uciekłam z sali, zostawiając tam męża. Kupa nie dawała się ominąć, leżała na samym środku...
Po jakimś czasie mąż znalazł mnie w innym pomieszczeniu, bardzo był zły, powiedział, że musiał po mnie sprzątać i że w ogóle wszyscy wiedzą, że to moja kupa itd., itp. Czułam się okropnie zawstydzona.

Szczęście - w senniku
I tyle snu. Dla zabawy sprawdziłam w Senniku Egipskim i internetowym, co znaczy wyśnić gó....o. Wszędzie były zaskakująco dobre wróżby: powodzenie, szczęście, fortuna, pieniądze.
No i tu zawiodła moja teoretyczna fascynacja Prawem Przyciągania. Zamiast już cieszyć się wygraną i liczyć pieniądze, oraz wymyślać na co je wydam (i jak duże, bo kupa była naprawdę spora!), zaczęłam przeinterpretowywać. Może to są pieniądze, ale stracone, bo to przecież we śnie moje dzieło było, które... wydaliłam - wydałam?

Unikanie straty
Cały dzień minął mi więc na unikaniu straty. Nie myślałam o fortunie, sprzyjającym mi szczęściu, nie cieszyłam się z wygranej, nie zagrałam w Lotto jak radziła mama. Nie byłam otwartą na to, co przyniesie Los. Skupiłam się na tym tylko - co zrobić, by zminimalizować stratę.
Przerwałam więc ważne spotkanie, by popędzić do parkomatu, bo kończył mi się bilet parkingowy, a niedawno za 5 minut spóźnienia zapłaciłam 30 zł kary... No to zdążyłam, uff, co za ulga.
Na krótko. Nie straciłam bowiem marnych 30 zł, ale za to duuuużo więcej - 2250 zł! Tyle bowiem miał mi ktoś zapłacić, a się wycofał, więc pieniądze odpłynęły na zawsze...

Morał z sytuacji: Prawo Przyciągania działa na 100%. Wierząc w nie unikaj działania, które może się zrealizować w niekorzystny dla Ciebie sposób.
Wiedziałam, że Prawo działa, ale w tym przypadku zwątpiłam. I mam nauczkę.

grafika z menosfera.com

niedziela, 6 stycznia 2019

Goszcz, czyli pałac którego fatum to pożary

Włóczyłam się po Dolinie Baryczy dwa dni temu. Jadąc w stronę Twardogóry mijałam małą miejscowość Goszcz. Przed maską samochodu, zza zakrętu, wynurzyła się niespodziewanie niespotykanie piękna budowla. Musiałam się zatrzymać!


Kościół dworski, ewangelicki
- Co to jest? - Pytałam gorączkowo męża. - Pałac, kościół?
Obiekt, który ściągnął mnie z drogi, okazał się być ewangelickim kościołem w dobrym stanie, oczywiście aktualnie nieczynnym, lecz remontowanym. Otwierał on od strony drogi potężny kompleks pałacowo-parkowy. Ogrodzony częściowo murem, w większej części fantastycznymi półokrągłymi oficynami, które tworzyły zamknięcie tego obszaru razem z trzema bramami wjazdowymi.

Dom ogrodnika
 Jedną, wyglądającą na główną postanowiłam dostać się do wewnętrznego dziedzińca.


A tam - przepych w opłakanym stanie! Na szczytach frontu wciąż odważnie stoją bezgłowe figury jakichś kamiennych piękności w zwiewnych szatach. Z resztek wytwornego balkonu, wspartego na korynckich kolumnach kapie smutno woda. I te okna strychowe trwające nadal jakimś nieprawdopodobnym cudem fizycznym, opierając się tylko na fragmencie ocalałego dachu...


Zaczęłam szukać tu, na miejscu, w internecie informacji o tym nieprawdopodobnym obiekcie.

Rokokowo-barokowy Pałac von Reichenbachów!
A więc stąd pojawia się ta litera R nad oknami (np. na trzecim zdjęciu powyżej)!
Von Reichenbachowie - pruska arystokracja ewangelickiego wyznania zakupili ziemie w Goszczu od biskupstwa wrocławskiego. Henryk Leopold I von Reichenbach był od 1740 r. wolnym panem Goszcza. Był też ponoć gburem i okrutnikiem. To on wybudował najpierw pierwszy pałac (na miejscu XII wiecznego zamku). Niestety, długo się nim rodzina nie cieszyła, bo ten pierwszy spłonął w 1749 w ogromnym pożarze. Natychmiast zaczęto budować nowy, wg projektu architekta z Legnicy - Karla Martina Frantza. Ukończono go w 1755 r. Zaprojektowany został na wzór Palace Marschall w Berlinie, planie prostokąta. W środku znajdował się dziedziniec z trzema bramami, łączonymi budynkami, oficynami i domami gościnnymi. Była stajnia dla koni i dom ogrodnika. Dookoła posiadłości roztaczał się - i nadal roztacza park ze stawem. Tyle, że wcześniej były tu jeszcze inne parkowe budowle. Dziś ławki i ogródek jordanowski dla dzieci.


Widok jednego z "narożników" od strony stawu i parku
Von Reichenbachowie mieszkali w pałacu do 1945, kiedy to zbliżająca się Armia Czerwona wystraszyła pruskich arystokratów, którzy uciekli stąd zostawiając wszystko. Nietknięty w czasie wojny, spłonął w Boże Narodzenie 1947 r. wskutek podpalenia przez szabrowników, którzy zatarli w ten sposób ślady kradzieży. Dwa tygodnie się tlił, a to co zostało (jeszcze!) skutecznie "dobili" poszukiwacze skarbów, bandyci plądrujący rodowe mauzoleum, oraz służby konserwatorskie. Za ich zgodą w latach 60. zburzono oranżerię, pawilon i inne budowle parkowe!!!
Widocznie pożary były przeznaczeniem pałacu. Ten drugi zdarzył się wprawdzie 200 lat później, już po II wojnie, ale do teraz trwają jego skutki. To już 70 lat!
Podobno olśniewał wystrojem. Zdaniem znawców pałac przypominał Wilanów i Poczdam. Z kościołem dworskim łączył go np. ponoć szklany tunel. Domek ogrodnika ma okrągłe ściany i piękny dach - jest zamieszkany tak jak inne budynki łącznikowe czy oficyny, stajnia. Tylko główna budowla - pałac jest w totalnej ruinie, bez dachu, niszczejąca. Pozostałe, boczne budynki zostały nawet w jakiejś części zrewitalizowane, mieszkają tam ludzie, jest w nich świetlica miejska itp.


Ponowny pogrzeb
W dworskim kościele stały sarkofagi von Reichenbachów, splądrowane po wojnie. 

Sarkofag w kościele
Znalazłam wzmiankę, że: 14. grudnia 1993 roku odbył się w Goszczu ponowny pogrzeb rodziny von Reichenbach: Heinricha Leopolda Graf von Reichenbach (+1775), jego zony Amalii Marianny Gräfin von Schönaich-Carolath (+1790) i dwójki zmarłych dzieci. Szczątki ich ciał zebrano ze zdewastowanych sarkofagów w dawnym ewangelickim kościele dworskim przy pałacu w Goszczu. W uroczystości brali udział członkowie rodziny von Reichenbach-Goschütz, którzy przybyli z Niemiec, burmistrz miasta Twardogóra Zbigniew Potyrała, proboszcz katolicki z Goszcza ks. Józef Reca oraz pastor ewangelicki z Sycowa – Fober. Po krótkich modlitwach, odezwie HEINRICHA GRAFA VON REICHENBACH-GOSCHÜTZ - trumna ze szczątkami została przeniesiona do mauzoleum rodzinnego przy ul. Asnyka, gdzie została złożona w krypcie, a wejście zostało zamurowane.Obecnie kościół jest w zaawansowanym remoncie. Będzie to Świątynia Artystów pod skrzydłami Stowarzyszenia św. Magdaleny...

Kim byli Reichenbachowie?
Znamienita rodzina przeszło 700 lat żyła na Śląsku. Jej członkowie przyczynili się na różny sposób do gospodarczego i kulturalnego znaczenia tego regionu. Prawie 250 lat uczestniczyła aktywnie w rozwoju Śląska, włączając w to swoje posiadłości w Goszczu i w Twardogórze. Wszyscy zmarli członkowie rodziny von Reichenbach spoczęli na Śląsku, także w Goszczu.
Ojciec budowniczego pałacu, graf Henryk był Naczelnym Poczmistrzem Śląska (tytuł dożywotni).

środa, 2 stycznia 2019

Samouwielbienie

Z cyklu dialogi na cztery nogi:

Ja: Kochanie, w tym roku jak nigdy wcześniej zapomnieliśmy o naszej pierwszej rocznicy ślubu! (19 grudnia była)
Mąż w zdumieniu: No rzeczywiście!
Ja, z entuzjazmem: Co tam rocznice, najważniejsze, że ja po 31 latach nadal uwielbiam twoje towarzystwo, a Ty?
Mąż, z entuzjazmem: No ja też uwielbiam swoje towarzystwo!



piątek, 23 listopada 2018

Googla moc

Ostatnio miałam problemy z elektrycznością w domu. Wysiadały korki w gniazdkach, nawet przy małym obciążeniu sieci. Bardzo to było niepokojące, zwłaszcza że domowy majster-klepka zjeżdża tylko na weekendy, więc przestraszona kobieta bez prądu (czyli ja)  musiała sobie sama jakoś radzić.

Nawet kiedy problem został zażegnany (podejrzanym okazał się system halogenowego oświetlenia w łazience) mały lęk pozostał, więc gdy wyjeżdżaliśmy na parę dni z domu, postanowiłam odłączyć wszystkie zbędne urządzenia: mikrofalówkę, wieżę radiową, jakieś lampki, kominek elektryczny, pralkę - wyjmując wtyczki z gniazdek. Padło też na czarodziejski głośnik googla, który został dosłownie uciszony (bowiem zapytany, zawsze odpowiada).

Po powrocie z wojaży ponownie wciskałam wtyczki w gniazdka. Wtyczka googlowa błysnęła białym światłem. Przestraszyłam się, chociaż spięcia nie było, korków też nie wywaliło, a zapytany o czas i datę "inteligencik google" odpowiedział poprawnie. Dzwonię jednak przejęta do męża, znajdującego się poza domem:
- Słuchaj, błysnęło, jak włączałam głośnik googla do kontaktu! Takie białe światło się pokazało! I... - zawiesiłam głos oczekując jakieś konkretnej elektrycznej porady, wskazówki, pociechy?
Na co mąż z podziwem w głosie:
- Ależ ten googel ma MOC!


(grafika z www.samoobrona.info.pl)

wtorek, 20 listopada 2018

Jednak buona ta Bona?


Zafascynowały mnie ostatnio postaci wielkich kobiet, zwłaszcza Polek, z przeszłości. Ponieważ 19 listopada minęła kolejna rocznica śmierci niezwykłej królowej Polski, matki ostatniego z Jagiellonów, postanowiłam o niej napisać. Nie tak dawno przecież, bo ja z kolei mam w listopadzie urodziny i lubię się tu i tam powłóczyć,  odwiedziłam jej anonimowy grobowiec w Bari.

Bona Sforza to postać wielowymiarowa i niejednoznaczna w tzw. powszechnym odczuciu. Jednak trafiam na źródła, które przyznają, że była jedną z najwybitniejszych polskich królowych. Jej matka, Izabela Aragońska, księżna Mediolanu była kobietą wszechstronnie wykształconą, pewnie z tego względu córce zapewniła najlepszych nauczycieli. Mimo że dzieciństwo Bona miała trudne, naznaczone tułaczką (razem z matką) po przedwczesnej śmierci ojca (został zamordowany), to gdy w końcu osiadły w księstwie Bari, Izabeli udało się zapewnić jej posag i intratne małżeństwo z polskim królem, który własnie owdowiał – Zygmuntem I Starym. Tak więc w wieku 24 lat przybyła do Krakowa (1518). Była piękna, mądra, energiczna, ambitna, błyskotliwa. Miała plany, jak na królową przystało – pełne rozmachu. 
Była na owe czasy, w kraju co prawda potężnym, ale trochę zaściankowym w stosunku do jej stron rodzinnych, za bardzo wyemancypowana, jakbyśmy to dziś powiedzieli.  Miała smykałkę do interesów, była świetną organizatorką, zapewniła sobie posłuch służby i dzieci (nie mówiąc o mężu...), oraz ogromne dochody, tworzące jej prywatny majątek. Zdecydowanie była najbogatszą polską królową, business-woman na skalę europejską. 
W sześć lat, do 1524 r. Bona posiadła księstwa, duży pas puszczy koło Narwi, jej celem była rewindykacja królewszczyzn na Podlasiu (czyli własności królewskich niezwróconych królowi przez dzierżawców). W cyniczny sposób, za obrazę majestatu przejęła od Odrowążów wieś Rów na Podlasiu, którą przemianowała na Bar (nazwa miała przypominać jej rodzinne Bari).  Dwieście lat później zawiązała się tam Konfederacja Barska. Zaczęła skupować dobra na Litwie, a w latach 1536-1546 przejęła komory celne Wielkiego Księstwa, co przynosiło rocznie gigantyczne dochody. 
Oprócz warzyw i przypraw korzennych, upowszechnienia picia wina sprowadziła do Polski włoski renesans – wysoką kulturę. I kochała Polskę, ale jej majątek budził w rodakach zazdrość, stąd powstały na jej temat różne legendy: że była wredną teściową, córki trzymała krótko. A że pochodziła z rodziny skrytobójczych trucicieli - Sforzów, przypisywano i jej te cechy… 
W swoich majątkach wprowadzała uprawę warzyw i owoców (np. kalarepki, jabłek - te "jej" pochodzą z okolic współczesnego Grójca). W 1537 r. w samej Koronie jej majątek liczył 50 miast i 450 wsi ze znakomicie funkcjonującą gospodarką i rzemiosłem. Budowała mosty i tartaki, sadziła lasy. I bardzo chciała zbudować potęgę Jagiellonów, która przewyższy dziedzictwo Habsburgów, z którymi miała zawsze na pieńku.
Całe swoje nadzieje pokładała w jedynym synu, Zygmuncie Auguście. Doprowadziła do jego koronacji jeszcze za życia ojca. Jednak jej misterny plan został zniszczony, a syn, dotąd uległy, skonfliktował się mocno (przez kolejną kobietę - Barbarę Radziwiłłównę). 
Bona postanowiła więc opuścić Rzeczpospolitą. Opuściła Kraków w 1556, czyli po prawie 40 latach mieszkania na Wawelu, z ogromnym majątkiem, który legalnie wywiozła z naszego kraju. Po podróżach przez Europę wróciła do rodzinnego Bari, w którym mieszkała do końca swego życia, czyli tylko... rok. Pożyczyła pieniądze Habsburgom. Została więc otruta przez swojego zaufanego dworzanina, a przy okazji agenta Habsburgów. Po jej śmierci nie musieli przecież oddawać pożyczonej fortuny. A Rzeczpospolita przez lata domagała się jej od Habsburgów - na próżno. 

Ciekawe, że w Bari o Bonie Sforza nie chcą pamiętać. W przepięknej bazylice Św. Mikołaja, w absydzie za głównym ołtarzem znajduje się jej grobowiec, wykuty w czarno-białym marmurze, ufundowany przez jej córkę, Annę Jagiellonkę. Tylko przyjeżdżający tu dziś Polacy wiedzą, że to Bona, bo nie ma nigdzie żadnej tabliczki, informacji, niczego.


Obok polskiej królowej stoją rzeźby św. Stanisława i św. Mikołaja, patronów dwóch ważnych dla niej ojczyzn. W kolejnych latach otoczenie sarkofagu pokryto freskami przedstawiającymi polskich świętych i królów. Zostały jednak stąd usunięte w XX wieku, bo niby nie pasowały do wnętrza. Dziwne te pośmiertne losy kobiety tak wpływowej....




poniedziałek, 5 listopada 2018

Córka w futrze

Moja mama jest bardzo zakochana w koteczce Loli, która mieszka u mnie w ogrodzie. Lola pojawiła się 4 lata temu, wysterylizowana, dorosła, nie wiem do dzisiaj, czy ją ktoś wyrzucił, czy  z jakiegoś innego powodu wybrała sobie mój ogród. 

Mama ze mną nie mieszka, jednak tak zaangażowała się w  karmienie i opiekę nad Lolą (była inicjatorką zbudowania kotce domku drewnianego przez mojego męża, różnych udogodnień kocich - trapu, tarasu słonecznego do opalania się itd., itp.), że często mam wrażenie, że traktuje ją jak moją siostrę. Częściej wypytuje, czy Lola jadła, jak się czuje i co porabia, niż o mnie.

Nie mogę wziąć koteczki do domu, bo mąż ma okropną alergię, więc staramy się sprawić, by życie  ogrodowe miała maksymalnie komfortowe.

Ostatnio mijałyśmy się z mamą, więc zostawiłam jej informacje na kartce w domu, że Lola zjadła śniadanie, o której i takie tam jeszcze drobne sprawy, po czym wpadłam na pomysł, by się podpisać "córka bez futra". No i mama ma teraz już oficjalnie dwie córki: jedną w futrze, drugą bez. Komedia!

wtorek, 30 października 2018

My też mamy Alberobello - na Suwalszczyźnie...

Co to jest Alberobello - zapytacie - i dlaczego cieszę się, że je mamy na Suwalszczyźnie? 

O tym niezwykłym, jedynym takim we Włoszech miasteczku w Apulii pisałam swego czasu tutaj: https://zabawnaliteraturka.blogspot.com/2017/01/miasto-trolli-czyli-alberobello.html
A dziś pragnę dopisać post scriptum, wspomnienie z sierpnia 2018 r. i uroczego weekendu na Suwalszczyźnie, gdzie odkryłam... kopię Alberobello. Oczywiście w mniejszej skali, w innym kolorze, ale idea okrągłych domów - ta sama! Popatrzcie:


Kompleks kilku takich domków jest atrakcją turystyczną znaną jako "Gliniana wioska" w Kuklach. Piękny rejon na skraju Puszczy Augustowskiej, cudowne jeziora i atrakcje w pobliżu, np. w Sejnach.

Co ciekawe, celem twórców tej atrakcji noclegowo-pobytowej było wykorzystanie starodawnego budulca pogranicza polsko-litewskiego, a mianowicie kamienia, gliny i drewna. Kamień dawał trwałą podstawę, drewno służyło za budulec dachu, drzwi i wyposażenia, a glina to materiał na ściany. Właściciele Glinianej Wioski również chwalą się, że jest to jedyna tego typu budowla w Polsce. Tradycyjna technologia domu i jego położenie nie obiecuje komfortu, a jednak wnętrza są właśnie takie - nowoczesne na wskroś i funkcjonalne. Każdy domek ma pełne wyposażenie, oprócz tego tarasik, na terenie ośrodka jest dostęp do wody (jezioro Pomorze) i mnóstwo atrakcji do zaliczenia: podglądanie ptaków, wędkowanie, grzybobranie, malinobranie i wszystkie atrakcje, jakie można sobie wymarzyć spędzając czas w tak zielonym i czystym otoczeniu. Zima nie wyklucza aktywności turystycznej, chociaż najwięcej dzieje się tu latem, ale gospodarze zapraszają także w święta, sylwestra, na kuligi. Jest tu sala konferencyjna (na ponad 100 osób), sale bankietowe (na ponad 200 osób), sauna oraz jacuzzi.
Kulinarnie też było ciekawie, że powrócę do wspomnień z Alberobello. Sejneńszczyzna to potrawy kuchni regionu - kołduny litewskie, bliny, chołodziec litewski, kartacze sejneńskie. Mnie zauroczył sękacz, nie wiedziałam, że najprawdziwszy wypiekany jest na otwartym ogniu! Mieszankę jaj, masła, śmietany, mąki (w zasadzie biszkopt) warstwami nakłada się na wałek, obracający się jak ruszt nad ogniem, dokładając kolejne warstw. Brązowieją tworząc wzór sękacza w przekroju. Wypiek jednego trwa ok. 1-1,5 godziny. Smak? Królewski!


 a oto to efekt pracy przynajmniej dwóch kobiet - jedna przecież kręci wałkiem, druga nakłada ciasto



wtorek, 16 października 2018

Katar, nos i nosorożec

Ledwie skończyłam czytać „Katar” Stanisława Lema (powrót do lektur z nastoletniej młodości) - dostałam kataru.

W powieści przewija się wątek kataru siennego, czyli alergicznego. Mój jest w trakcie autodiagnozy. Przypuszczam przeziębienie, chociaż temperatura niska, jak u gada, a i innych objawów brak. Noc przeszła na majakach, w których częstowałam wszystkich wokół chusteczkami do nosa. W kratkę.

W planie miałam dziś pracowity dzień, więc już się zaczynałam zastanawiać, jak pójść na spotkanie kosmetyczne i nie zasmarkać obecnych na nim kobiet. Z kłopotu wybawił mnie telefon od dyrektor miejsca, w którym umówione były warsztaty kosmetyczne. Okazało się, że coś źle zrozumiałam, a nauczycielki potrzebują więcej czasu na decyzję, czy chcą skorzystać, wpisać się na listę chętnych do makijażu itepe. Padł miażdżący argument od pani dyrektor:
- To są kobiety, mają swoje obowiązki, pracę, rodziny, wie pani....
Na co ja: - Przepraszam, pani dyrektor, a ja to kim jestem? Nosorożcem?

Podświadomość mi odstaje, jak nic! Katar-nos-nosorożec...


A tu nosorożec w wydaniu Salvatore Dali.



















niedziela, 7 października 2018

Dialogi na 4 nogi

Dzwonię do męża na komórkę, z trasy:
- Jesteś już w domu? Co robisz?
- Właśnie karmię kota.
- Super, ale słyszę, że ty też coś jesz, co?
- Jem z Lolą z jednej miski!

Tulę się do męża i wydaje mi się, że leży na samym brzegu łóżka.
- Chodź tu bliżej, jesteś na samym brzegu, przecież spadniesz!
- Kiedy ja kocham życie na krawędzi!

Pałac z Las Vegas, milioner i dyniobranie, czyli jak zrobić ajerkoniak jakiego w życiu nie piliście!

Warto słuchać lokalnych stacji radiowych. Jestem fanką wrocławskiego ram-u, a już szczególnie piątkowe audycje Joanny Lamparskiej inspirują mnie do weekendowego zwiedzania Dolnego Śląska. W minioną sobotę pani Joanna zainspirowała wraz ze mną kilkaset osób...
Pierwsza zaintrygowała mnie wzmianka o niezwykłym pałacu w Pieszycach, który nie jest normalnie otwarty dla zwiedzających, ale właśnie wczoraj miał być udostępniony turystom, za darmo i przez kilka godzin tylko. Joanna Lamparska potrafi naprawdę smakowicie opowiadać o zabytkach Dolnego Śląska, napisała kilka przeciekawych książek na ten temat, więc z wypiekami na uszach słuchałam o bajecznym pałacu z XV w. pokrytym wewnątrz ogromnymi malowidłami, tak bajecznie kolorowymi, że atakują zmysły widzów w sposób niespotykany w promieniu 500 km! Ten Śląski Wersal ma kubaturę 6000 m2, a wewnątrz 60 pokoi - naprawdę przestaje być to nazwa na wyrost.
Kiedy pojawiliśmy się tam ok. godz. 15.00 (pałac był udostępniany od 14.00), musieliśmy stać w kolejce, w sporej grupie innych turystów. Myślę, że zgromadziło się kilkaset osób (pierwsze 300 weszło ponoć przed nami) a oczekiwanie na zwiedzanie trwało w sumie ok.godziny. Jednak warto było przeczekać tę niedogodność i parcie tłumu, z którym ochrona nie bardzo umiała sobie poradzić.

Pałac został zakupiony przez małżeństwo Polaków, mieszkających od kilkudziesięciu lat w Las Vegas, jako drugi dom i spełnienie marzeń. Pan Hajduk jest milionerem, biznesmenem. Tylko On mógł podołać dźwignięciu obiektu z kompletnej ruiny. Poszły na to grube miliony, naprawdę to szczęście, że są osoby z taką misją
ratowania tego typu bezcennych obiektów.

Od początku 2000 roku pałac był restaurowany na zewnątrz, wymieniono dach i okna, zrobiono kapiącą 24-karatowym złotem elewację, natomiast wnętrza urządzone są (i była na to zgoda konserwatora zabytków) według osobistej wizji małżonków, pragnących stworzyć oazę harmonii, pochwałę pokoju, miłości i radości.
Bajecznie kolorowymi malowidłami pokryto ściany pałacu, przedstawiają one sielskie sceny z udziałem właścicieli oraz wielkiej ilości kwiatów, zwierząt, chmurek i ptaszków, aniołków.  Jest tu także sporo kopii dzieł innych mistrzów, ale większość prac wykonywali tutejsi artyści. Zarzutami kiczowatości właściciele się kompletnie nie przejmują - pan Hajduk twierdzi, że obrazy najlepiej przemawiają do ludzi, i że w nich  odbija się cała jego osobowość.
Najlepiej nie oceniać poziomu artyzmu, a raczej oddanie, pracowitość i fantazję twórców tych niezwykle, wręcz barokowo zdobionych wnętrz.
Oto biblioteka - bez książek, bo same obrazy mają tu spełniać rolę edukacyjną:


W pałacu bywali swego czasu możni tego świata - król pruski, car Rosji (Aleksander I). Oto sypialnia nazwana jego imieniem:
A tu jadalnia z nakrytym stołem:
Jadalnia z innej perspektywy:
Bibeloty:
Czasami czułam się jak w klasztorze w Lubiążu - te putta, złoto i łacińskie sentencje...:

W całym pałacu nie ma jednak żadnego sprzętu sugerującego, że ktoś tu mieszka... Jak zdradziła tubyłka, właściciele mieszkają w innym domu. Pałac, niczym muzeum tworzone od 18 lat, nie jest jeszcze kompletnie ozdobiony. Możliwe, że życie wróci do gmachu po skończeniu wszystkich dzieł. O ile wystarczy panu Hajdukowi pieniędzy, bo skarżył się, że ma sny o bankructwie.
Wcale mnie to nie dziwi. Budynek jest pompą ssącą wszelkie zasoby finansowe, jak sądzę. Oby więc interesy szły jak najlepiej, by strumień pieniędzy mógł płynąć do pałacu nieprzerwanie!
Po megadawce sztuki musieliśmy zejść na ziemię. 40 km od Pieszyc, w Wierzbnej odbywał się 3. już Festiwal Dyni. O nim też mówiła Joanna Lamparska zachwalając talenty kulinarne gospodyń, które z dyni robią chleb, wielokolorowe ciasta i inne przysmaki. Kiedy pojawiliśmy się tam ok. godz. 17.00, w wiosce w sumie bardzo historycznej, bo wzmiankowanej już w IX w., okazało się, że przez  przestoje kolejkowe w Pieszycach nie spróbujemy wielu rzeczy. Wszystko zostało zjedzone!
Na szczęście na jednym stoisku było dostępne jeszcze dyniowe smakołyki: kupiliśmy keczup z dyni, syrop z dyni, paprykarz z dyni, pestki prażone z chilli albo z cynamonem. Hitem jednak okazał się napój adwokatopodobny, który gospodynie robiły poprzedniego dnia. To ta buteleczka widoczna za słoikami:

Po degustacji zapragnęłam nabyć, drogą kupna zresztą, cała butelkę - niestety nie było to możliwe, bo też się sprzedały. Udało mi się od pań wyciągnąć jakieś strzępki receptury, ale po minach widziałam, że to gospodynie takie jak ja - bardzo kreatywne. Możliwe, że niewiele pamiętały z procesu produkcyjnego, bo było aż tak miło!
Obejrzeliśmy więc jeszcze tylko zwyciężczynię, ważące prawie 140 kg dyniowe monstrum:

I wróciliśmy do Wrocławia.
Likier dyniowy tak mi chodził po głowie, że dziś za pomocą 4 żółtek, pół kg ugotowanej dyni, 100 ml spirytusu, 10 dkg mielonych prażonych pestek dyni, syropu waniliowego - zrobiłam coś takiego na wzór z Wierzbnej:

Przegryzać się będzie przynajmniej jeden dzień. Jestem zachwycona własną kreatywnością! No bo to nie wszystko, oto niedzielne danie główne:
Filet z kaczki w sosie jabłkowym, strudel z ziemniakami, burakami, dynią i papryką, surówka z czarnej rzepy z jabłkiem, marchewką w sosie jogurtowym. Gdyby pani Gessler chciała zostać moja koleżanką, to ja jestem także chętna...


niedziela, 23 września 2018

Sanatorium (szalonych) dźwięków...

Piękna ruina pięknego Kurhaus
W Sokołowsku, uroczej mieścince w okolicy Wałbrzycha, niegdyś perle uzdrowisk dolnośląskich, odbywa się niezwykły festiwal - Sanatorium dźwięku. W tym roku wydarzenie miało miejsce w połowie sierpnia.

Festiwal jest przedsięwzięciem kulturalnym o długiej historii i światowym zasięgu. Wymienione w nazwie festiwalu dźwięki to eksperymenty muzyczne XX i XXI wieku. 120 artystów ze świata prezentuje się przed wyrafinowaną publicznością. Są to bowiem performance tak osobliwe (przynajmniej z opisu w festiwalowym dossier), że  z pewnością trudno je zrozumieć ludziom o przeciętnym (jak moje) wyobrażeniu na temat muzyki... Przykład? Requiem For A Fly Martyny Poznańskiej: "rytuał wykonywany przy użyciu spreparowanych zwłok much, wiersza i nagrań terenowych. Wynika z poczucia bezsilności wobec obecnego stanu politycznego na świecie. Jednocześnie jest poetycką refleksją na temat znaczenia życia wobec jego nieistotności. Pokazuje rolę i potrzebę żałoby i zrozumienia straty." Może nie byłoby to wcale takie dziwaczne w odbiorze, jednakowoż nie zdecydowałam się...
Kolejny opis: Takahiro Kawaguchi  skupia się na konfiguracji dźwięków w konkretnym miejscu. Podczas występów na żywo do grania i komponowania używa instrumentów, które tworzy z materiałów codziennego użytku. To już by mnie bardziej interesowało, bo może zainspirowałoby mnie do skomponowania np. scherzo na trzepaczkę do białek i młynek do kawy! 
Można było przy okazji zabawić się w generowanie dźwięków ot tak, instrument i instrukcja dostępne były na ulicy:



Sala koncertowa i główne biuro festiwalowe 
Lubię Sokołowsko, byłam tam już raz czy dwa, więc wybrałam się. Na festiwal, który akurat trwał, załapałam się zupełnie "przy okazji". Nie byłam na tyle zdeterminowana muzycznie, by wykupić karnet na koncerty (?), pokazy (?), chodziło raczej o wycieczkę w miłym towarzystwie w miłe miejsce. To miasteczko  ma bowiem dla mnie nieco melancholijny urok dawnej, europejskiej świetności. 
Na wielu budynkach są informacje, kto tu przebywał, tworzył, leczył.się..
Główny obiekt, dla którego warto tu przyjechać to załączona u góry po lewej przepiękna, ceglana ruina XIX-wiecznego sanatorium, które w tej chwili ktoś próbuje dźwignąć z upadku - i jest to właśnie kwatera główna festiwalu. Pozostałe budynki także noszą ślady wielkiej, przedwojennej urody, lecz w zasadzie większość wymaga pilnej restauracji. 

Sokołowsko (dawniej Goerbersdorf) szczyci się swoją bogatą i długą przeszłością: w XX w. było to największe sanatorium leczące choroby płuc. Bywali tu "wielcy", np. niemieccy pisarze nagradzani Noblem, ludzie filmu - Krzysztof Kieślowski, który mieszkał tu w młodości. Z powodu tak szacownego mieszkańca od 2011 roku odbywa się tu festiwal filmowy – „Hommage à Kieślowski” poświęcony twórczości reżysera. 


Szwajcarski styl - pozostałość po pewnej modzie...
Natomiast historia wsi sięga średniowiecza i Benedyktynów z pobliskiego Brumova. W XVII w. jej właścicielem był Hans Heinrich Hochberg, władca pobliskiego Książa, który kiedyś nawet ukrywał się tutaj przed szwedzkimi wojskami w domu sołtysa. 
W 1849 roku miejscowość kupiła od Hochbergów siostrzenica marszałka Bluchera, Maria von Colomb, która miała piękną wizję - założyła tu ośrodek leczenia zimną wodą (wg metody Preissnitza). Niestety, albo stety, poszła do więzienia za długi już 5 lat później, ale zakład odkupił od niej, za niedużo, szwagier i wspólnik, doktor Herman Brehmer. I ten doprowadził pomysł Marii do wielkiego finału. Za pozwoleniem cesarza Brehmer prowadził tu od 1859 roku zakład leczniczy wdrażając własne metody: leczenie (szczególnie gruźlicy) - świeżym powietrzem, ruchem  w plenerze, ćwiczeniami oddechowymi, dietą obfitą w mięso i jarzyny. Lekarz wzniósł pierwsze trzy sanatoria (funkcjonują nadal) i stworzył 70 hektarowy park. W latach 70-tych XIX wieku wzniesiono ten okazały nowy budynek tzw. Neues Kurhaus, którego majestatyczne ruiny stoją do dziś. Wyposażone w ogrzewanie, klimatyzacje i niesamowite urządzenia higieniczne, sanatorium stało się najpopularniejszym w Europie! Park rozrósł się do 120 hektarów, powstawały nowe domy kuracyjne. 
Wzniesiono kościół protestancki oraz cerkiew, dla licznych kuracjuszy z Rosji, którzy tu
przybywali na przełomie wieków. Cerkiewka, taki cukiereczek - miniaturka działa do dziś.

Po I wojnie światowej miasto było stacją klimatyczną i ośrodkiem sportów zimowych (sic!). Po II wojnie światowej wieś zmieniła nazwę na Sokołowsko, od nazwiska Alfreda Sokołowskiego, asystenta doktora Brehmera. W czasie II wojny miejscowość w ogóle nie ucierpiała i sanatoria działały jeszcze w latach 50. Dopiero od lat 70. budynek główny zaczął popadać w ruinę, część rozebrano i tak to się wszystko dla Kurhaus skończyło...

W Sokołowsku jest ciekawie - zapewniam, że i październik może ucieszyć oczy kolorami, wieś ma ambitnych mieszkańców, ciekawie zdobiących swoje domy. Odnowiono właśnie stare sanatorium "Biały Orzeł", zachował się kawałek parku zdrojowego. Warto pospacerować po okolicy i po samej wsi, wpaść na pstrąga do Leśnego Źródła  i zjeść niebywałą Pavlovą w kawiarence przy głównej ulicy!





Centrum festiwalu filmowego