niedziela, 12 lipca 2020

Alzheimer z Butelki Lejdejskiej

Siedzimy z mężem na tarasie w letni wieczór, rozmówki o tym i owym.  O urlopach i planach weekendowych. 
Zeszło na kolegę z pracy, że jedzie na urlop i mąż będzie przez to ciurkiem 3 tygodnie w biurze, zamiast naprzemiennie. Dopytuję więc, dokąd jedzie ten kolega na taki długi urlop.
- Do Kamienia Pomorskiego.
- O, super! - ja na to. - Fajną sukienkę sobie tam kupiłam...
- A co tam jeszcze jest ciekawego? - dopytuje mąż.
- No ten cudny kościół, w którym odbywa się słynny festiwal organowy - wymieniam - trochę ładnych zabytków, klasztor stary...
- Ja tam byłem? - pyta zdziwiony.
- No, na majówce, nie pamiętasz? Był tam jeszcze taki dom-muzeum, w którym mieszkał jakiś naukowiec. Może ten, który wymyślił  puszkę Faradaya? - zastanawiam się. Widzę jednak okrągłe ze zdziwienia oczy męża i wycofuję się szybko. - Masz rację, Faraday to brzmi zbyt brytyjsko. To na pewno był jakiś fizyk, ale tam Prusy były, więc takie bardziej niemieckie nazwisko musi mieć. Pamiętasz jakieś prawo fizyczne albo urządzenie nazwane niemieckim nazwiskiem? - dopytuję się, w końcu z inżynierem rozmawiam!
- Alzheimer?
ps.
Okazało się (dzięki znalezisku w domowym archiwum zdjęciowym), że chodziło o butelkę Kleista, zwana też butelką Lejdejską)!

wtorek, 16 czerwca 2020

Lody z akacjami, muchami i komarami

Dialogi na cztery nogi, czyli jak moi bliscy wierzą we mnie i podziwiają moją kreatywność...

moja nowa zabaweczka...
Opowiadam mamie, że nabyłam drogą kupna maszynkę do lodów. W Lidlu.
- A po co ci ta maszynka?
- Będę robić swoje lody!- cieszę się.
- A ile kosztowała? - drąży temat mama.
- 80 zł. - odpowiadam, uważając że to świetny zakup.
- Wiesz, ile miałabyś lodów za to???
- Możliwe, ale za to będą takie, jakie lubię, własnoręcznie robione...
- A są tam jakieś przepisy dołączone? - świdruje temat mama.
- Chyba tak, jeszcze nie zaglądałam do środka...
- A zresztą, co za różnica. Znam cię! Na pewno zrobisz jakieś lody z akacjami, muchami i komarami. Nie będę tego jadła i już!

Nie ma jak wsparcie rodziny!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ten sam dzień, ten sam Lidl. Tuż obok maszynki do lodów ujrzałam piękny kajak dmuchany, dwu-osobowy. Z wiosłami. Dzwonię do męża, czy nabyć?
- Zwariowałaś! Po co teraz kajak?
- Przypominam ci, że za tydzień kupujemy dom z jeziorem...
- No to go najpierw kupmy, zagospodarujmy się w nim, na kajak przyjdzie czas! - poucza mnie surowo.
- No ale wtedy będzie już szczyt sezonu i kajaków w Lidlu nie będzie! - rozpaczam. - No to ja sobie maszynkę do lodów kupię! - grożę, by zrekompensować sobie rozczarowanie.
- A co, da się w niej pływać???
                               
                                              Ręce opadowywujom!

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i duszonymi akacjami...

Moja kreatywność kulinarna w maju/czerwcu sięga co roku wyżyn... szaleństwa - tak uważa moja mama.

Coś w tym jest, bo poza szaleństwem smażenia placuszków z kwiatów akacji:
(maczam całe kiście  w gęstszym niż zwykle cieście naleśnikowym):




produkuję też hurtowo ciasta z rabarbarem. Ponieważ ostatnio wychodzą mi drożdżowe, to zrobiłam ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i kwiatami akacji duszonymi w cukrze. Po prostu po trzech turach placuszków z akacji już mi się ich nie chciało robić, a miałam umyte kwiaty przechowane w lodówce. Zatem: abrakadabra, ciasto rabarbarowe zostało wzbogacone o szczyptę wariacji:


czwartek, 11 czerwca 2020

Pracowite kukułki

Siedzimy z mężem na tarasie, sączymy winko. Jest ciepły, czerwcowy wieczór, cicho. No może z wyjątkiem kumkania żab i kukania kukułki. Mąż zdziwiony:
- Co te kukułki tak kukają, przecież po zachodzie słońca jest!
- A co w tym dziwnego, przecież zegary z kukułką chodzą całą dobę! - bronię kukułek.




niedziela, 7 czerwca 2020

Epidemie, czyli wirusy i bakterie, które piszą historię ludzkości

zdj. holsamed.pl

Obecnie miłościwie nam panująca pandemia covid-19 nie jest ani pierwszą, ani zapewne ostatnią z tych, które dręczyły ludzkość od zarania jej dziejów i niszczyły nawet starożytne cywilizacje. 
Słowa epidemia, pandemia mają źródłosłów w grece. Już to wskazuje na ich zamierzchłą w naszej historii obecność… Epidemia to  z greki, określenie czegoś „na ludziach”. Pandemia z kolei to coś dotyczącego „wszystkich narodów”. Pierwszą literacką wzmiankę o zarazie zawiera „Iliada” Homera. Podczas trwającego 10 lat oblężenia Troi wybuchła wśród Achajów straszna choroba. Żołnierze koczujący 10 lat w warunkach polowych pod murami miasta, na plaży, bez wystarczającej higieny (aczkolwiek wodzowie mieli wanny w namiotach), niedożywieni, zmęczeni ulegli tajemniczemu drobnoustrojowi. Stało się to za sprawą Boga Apolla. (Skądinąd znamienne, że ludzie od zawsze wierzyli, iż pomór zsyłany jest z nieba…) Najpierw padały muły i psy, potem „coś” przeniosło się na żołnierzy. Podejrzewany jest patogen odzwierzęcy – bakteria lub wirus. Co ciekawe, oblegani Trojanie nie ucierpieli, zaraza bowiem nie przedostała się do miasta.

Ateńska zaraza i upadek Grecji
7 wieków później, w V w. p.n.e. w Atenach zaczęła panoszyć się kolejna mordercza choroba: „zaraza ateńska”. Był to czas wojny tzw. peloponeskiej - między Atenami i Spartą. Tuż przed wybuchem wojny, przywódca i prawodawca Aten, Perykles namówił swoich obywateli, by przenieśli się do miasta z całym dobytkiem. Co się działo w 100-tysięcznych Atenach, przeludnionych nagle w 430 r. p.n.e. wiemy od naocznego świadka, także zarażonego – historyka Tukidydesa. Opisał on dokładnie objawy choroby w swoim dziele „O wojnie peloponeskiej”. Wysoka gorączka, bezsenność, oczy i usta wypełniały się krwią, pojawiały się chrypa i katar, silny kaszel, torsje. Śmiertelną ofiarą zarazy był sam Perykles. Armia ateńska została przetrzebiona, wojna przegrana. Doprowadziło to do totalnego osłabienia miast-państw greckich i upadku greckiej cywilizacji. Epidemia, wywołana przez maleńki zarazek w błyskawicznym tempie zniszczyła Ateny - centrum ówczesnej Europy. Zamieniła w siedlisko chaosu i śmierci. Do dziś nie wiadomo, czego to była epidemia: tyfusu, dżumy, a może Eboli (gorączki krwotocznej)? Było kilkadziesiąt tysięcy ofiar.

Cesarz-filozof umiera na dżumę?
Minęło kolejne 6 wieków i w II w. n.e. pojawiła się kolejna epidemia w Cesarstwie Rzymskim, znana jako „zaraza Antoninów”. Musiał się z nią zmierzyć panujący wówczas cesarz Marek Aureliusz, słynny filozof na tronie. Imperium miało wówczas kilka problemów, a cesarz prowadził akurat wojnę z Markomanami, plemionami barbarzyńskimi atakującymi cesarstwo. A zaraza wywołująca objawy podobne do ospy lub odry, dziesiątkowała jego armię. Sam cesarz zachorował, po czym zmarł w obozie wojskowym pod dzisiejszym Wiedniem – daleko od Rzymu. Mówi się obecnie o 5-7 milionach ofiar tej choroby. Galen tak opisywał jej objawy: czarna wysypka w formie wrzodów, temperatura, biegunka, wymioty, bóle żołądka i kaszel. Kiedy pęcherze na ciele twardniały, wysychały i odpadały, pacjenci zaczynali zdrowieć. Coś podobnego do dżumy?

Dżuma w Konstantynopolu
I znów mijają cztery stulecia, w Konstantynopolu w VI w. n.e. pojawia się "dżuma Justyniana". Nazwana od imienia panującego wówczas cesarza Bizancjum. Dżuma wykluła się prawdopodobnie w Etiopii, w ciągu paru lat uśmierciła połowę ludności Konstantynopola, dziennie umierało tam ponoć 5 tys. ludzi. Następnie  przeniosła się do Afryki Płn., Azji, oraz Europy, zabijając ok. 100 milionów ludzi na tych kontynentach. Według szacunków, bo nie sposób tego dokładnie policzyć.

Czarna śmierć Średniowiecza
Czarna śmierć (czyli dżuma) średniowiecza (1346-1353) dotarła do Europy z Azji, konkretniej z Chin. Przenosili ją kupcy wędrujący Jedwabnym Szlakiem. Jednak jej zerowe ognisko pojawiło się na Krymie, kiedy to Mongołowie (Tatarzy) użyli swoistej broni biologicznej: zarażonych dżumą zwłok, by zdobyć miasto. Uciekający z ogarniętej zarazą Kaffy kupcy zawlekli zarazę na Sycylię i do Italii, skąd rozprzestrzeniła się wkrótce po całej Europie. Dane dotyczące ofiar szalejącej przez 6 lat pandemii sięgają prawdopodobnie  kilkudziesięciu milionów ludzi. Trudno to oszacować, nie było przecież spisów ludności, danych demograficznych. Być może wymarło nawet 60% populacji w Europie. Dopiero 150 lat później liczba ludności osiągnęła na kontynencie poziom sprzed czarnej śmierci… Jednego dnia dżuma pokonywała kilkadziesiąt kilometrów, docierając do kolejnych wiosek i miast. Wiele osad wyludniło się, znikały całe wsie i miasteczka. Umierali wszyscy: biedni i bogaci, chłopi i książęta.

Bakterie, wirusy czy inne czynniki?
Oczywiście, ta średniowieczna nie była ostatnią zarazą, ale przykładów już wystarczy do konkluzji. Jakiż ogromny wpływ na dzieje ludzkości mają niewidoczne gołym okiem organizmy: bakterie, wirusy… Jak mocno potrafią zmienić nasz świat, zniszczyć plany, powalić możnych i zwyczajnych tego świata, zrujnować marzenia, i to w ciągu paru dni… Po co przywołałam te historyczne dane? Ku pocieszeniu. Covid-19 to nie dżuma, Ebola czy ospa. To choroba wcale nie groźniejsza niż nękające nas nowotwory, choroby serca, czy te wywołane zanieczyszczeniem środowiska, wody, żywności.

Pocieszająca statystyka
Oto fakty. Jest nas na tej cud-planecie 7 miliardów 800 milionów obywateli. Zarażonych Covid-19 jest 6,5 miliona ludzi na całym świecie, czyli (to trudno policzyć) 0,01% populacji (zaokrągliłam). Z tych 6,5 miliona ludzi większość czuje się dobrze, nie ma żadnych objawów zarażenia. Zmarło do tej pory 350 000 ludzi, czyli z ogółu zakażonych, w zaokrągleniu - 0,5%. Jak to się ma do plag, pustoszących niegdyś świat?
Porównajmy dane statystyczne z jednego dnia, 3 czerwca 2020:  zmarło 152 000 ludzi na całym świecie. W tym:
- 23 600 na chorobę wieńcową,
- 16 800 na udar,
- 8 600 na zakażenie dolnych dróg oddechowych (może się wiązać z covid-19, ale nie musi),
- 8 600 na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (związaną głównie z nałogiem nikotynowym),
- 4500 na choroby oskrzeli, tchawicy, raka płuc     
- 3100 na covid-19.

I zastanawia mnie, że obecna zaraza (trudno mi nazywać ją pandemią, naprawdę nie ta skala) jakoś mało demokratyczna jest. W odróżnieniu do dżumy, która zabierała wodzów, wielkich cesarzy, prawodawców, filozofów, monarchów. Czy słyszeliście, by zmarł na covid-19 jakiś prezydent, premier, król, książę, polityk, miliarder, celebryta? Kto tak naprawdę pisze historię ludzkości? 
Po-zdrawiam!


poniedziałek, 25 maja 2020

Lawendowe żniwa

A u mnie już kwitną dwie kępki lawendy! W maju! 

Jedna w ogrodzie, w starej beczce bez dna, więc w zasadzie w gruncie. Druga na tarasie, w doniczce. Dwie odmiany, dwie piękności:


Uwielbiam lawendę, chociaż nie dla zapachu, który wydaje mi się dość przaśny i mydełkowy (zwłaszcza  w postaci własnie saszetek zapachowych, czy mydeł). Raz zrobiłam nawet nalewkę lawendową, której nikt nie chciał wypić, bo mydlana w smaku i zapachu wyszła... Inna sprawa, że mam wielką kępę przy garażu, która trącam przechodząc. Odwdzięcza mi się świeżą wonią. I tę lubię.
No i same krzaczki, widok, kolor - cudo! Pamiętam, że bardzo chciałam zobaczyć słynne lawendowe pola w Prowansji. Niestety, w lipcu, kiedy tam trafiłam, było już po żniwach. Smętne, przycięte krzaczki nie chwytały za oczy. Nagroda spotkała mnie... na Tasmanii. W grudniu lawenda kwitła tam w całej okazałości. Co więcej, Tasmania, identycznie jak Prowansja, uważa te uprawy za swoją specjalność! Napasłam oczy i aparat. Przypominam sobie, że dość karkołomnie musieliśmy zatrzymać samochód, by zrobić tę focię...


Odcienie fioletu wciąż mi towarzyszą. Nie tylko lawenda:


środa, 20 maja 2020

Dzięcioł, czyli osa

Jesteśmy z mężem ornitologami-amatorami. Wszelkie obserwacje ptaszęce konsultujemy z atlasem ptaków.

Ostatnio widziałam w naszym ogrodzie, na starym orzechu włoskim dzięcioła, opukującego gałęzie. Tyle, że jakiś inny niż zwykle był: nie czarno-biały w czerwonym bereciku, ani nie zielony. Jakiś taki szaro-brązowy, za to miał dużo białych poprzecznych pasków na grzbiecie. Opowiadam o nim mężowi:
- No i wiesz ten dzięcioł...
- Duży czy zielony był? - dopytuje.
- Nie, nieduży i nie zielony... Nie miał czerwonego, ale miał pasy takie w poprzek na pleckach...
- To ty może osę widziałaś???

Czułki mi opadły :-)
Potem się okazało, że to była samica dzięciołka, najmniejszego rodzimego dzięcioła :-)
zdj. Beata S




Pandemolka zamiast pandemonium

Zamiast pandemonium mamy PanDemolkę, czyli mały remoncik przedpokoju wykonywany przez baaardzo zdolnego męża.

W piątek urodził mi się pewien remontowy pomysł. Skonstatowałam mianowicie, że cegły, za którymi ostatnio przepadam (we wnętrzach), mam pod samym nosem, i to od 17 lat! Mieszkamy w domu z 1938 roku, więc jego główną konstrukcję stanowią umiłowane cegły właśnie. Przez chwilę myślałam, że łatwiej będzie położyć sztuczne, których pełno w Castoramach i Merlinach. Ale po co, skoro oryginały są tuż tuż??
Już tego samego dnia wieczorem dokonana została destrukcja tapety na ścianie, by się upewnić, że łatwo ją będzie zedrzeć, no i że cegły są na swoim miejscu:

 W sobotę rano ruszyły prace destrukcyjne, pełną parą dwóch mężowskich rąk. Mogłam go tylko wspierać duchowo zza foliowej śluzy:


Po paru godzinach (zaledwie!) wyłoniło się cudo - i nie mam tu na myśli męża oprószonego tynkiem niczym Amundsen szronem po zdobyciu bieguna... Wyłoniła się cegła, nierówna, pokryta warstwą tynku, z wadami wynikającymi z wieku lub beztroski przedwojennych murarzy.


Ta część prac poszła nadspodziewanie szybko. Ale zaczęły się trudności. Delikatne oczyszczanie cegieł z tynku i wybieranie zaprawy, by uzupełnić ją nową, w jednolitym kolorze. Fugowanie cegieł stało się wyzwaniem dla talentu murarsko-tynkarskiego męża. Ale dał radę!


Przyszła kolej na mnie. Doczyszczenie cegieł i zaimpregnowanie ich. Komin aktualnie wygląda tak:


Cudnie?
Zgłaszamy się jako team odkrywający cegły w starych wnętrzach. Jako rekomendacja niechaj posłużą powyższe zdjęcia :-)

niedziela, 3 maja 2020

Eksperyment kulinarny

Poszukuję informatora, który używał kulinarnie korzeni jukki.

Wczoraj pacyfikowałam jukkę karolińską, rosnącą w moim ogrodzie i wyciągnęłam pół wiadra smakowitych na oko korzonków. Biały miąższ wygląda pysznie. Przypomniałam sobie, że podczas wakacji na Kubie w lutym b.r., codziennie do kolacji podawano m.in. puree z jukki, które ze smakiem spożywałam. Wydaje mi się, że i moje korzonki mogłabym ugotować w ramach eksperymentu kulinarnego, bo eksperyment to moje drugie imię... Jednak w tym przypadku wolałabym mieć pewność że się jutro obudzę... Wprawdzie rzeczywistość przedwyborcza nie nastraja do wstawania w ogóle, ale mam jeszcze parę marzeń poza wyborami, które chciałabym zrealizować, w dodatku z mężem. Zatem: czy ktoś kompetentny może powiedzieć mi (odpowiedzialnie) - tak, ugotuj to!?
Na dole zdjęcia korzonków oraz jukki rosnącej w ogrodzie. Chwilowo bez kwiatów, bo pięknie kwitnie, ale latem.



p.s.
Właśnie natknęłam się na zdjęcie z Kuby... Czy ta jukka nie wygląda na identyczną z tą moją ogrodową? Zatem może jednak to ją podawano na kolację????


Filmowi krótkodystansowcy

Ostatnimi czasy mamy więcej okazji do poślęczenia przed TV i zaliczania kolejnych filmów. Bywa, że w ciągu jednego wieczora udaje nam się z mężem obejrzeć nawet 3-4 fabularne opowieści...

Metoda jest prosta i ogólnie znana: skakanie po kanałach. Ja z zasady nie cierpię oglądania filmów fabularnych na kanałach, które przerywają projekcję reklamami. Takich jest, jak wiadomo, większość. Mój mąż z kolei kocha filmy akcji i może zacząć oglądać jakieś ekscytujące mordobicie nie zrażając się tym, że z reklamami trwa ono np. 3,5 godziny. W efekcie chodzimy czasem spać o 2-3.30 rano (nasz rekord). Dla męża najważniejsze bowiem jest, by film był OD POCZĄTKU.

Ja natomiast poszukuję ciekawej fabuły, więc jeśli np. coś mnie zaintryguje, to oglądam, mimo że film zbliża się do końca za np. 40-30 minut. Dla mnie pointa jest najważniejsza, nawet w przypadku kryminałów. Tak zatem dwie szkoły oglądania ścierają się wieczorami. Bywa, że musimy grać o pilota w karty albo w marynarza, lub w inny sposób rozstrzygać, kto ma w ten wieczór władzę. (Na szczęście posiadamy tylko jeden telewizor i z zasady nie oglądamy filmów na kompie).

Ostatnio to ja byłam byłam "przy władzy" i zmusiłam męża do obejrzenia filmu, który kończył się za 25 minut. Był wyraźnie niezainteresowany fabułą, zaglądał do telefonu, robił dwudziestego drinka itp. Gdy w kolejny wieczór to ja miałam decydować o wyborze filmu do obejrzenia wspólnie, mąż przyglądał się moim wysiłkom z wyraźną ironią. W końcu wziął się za doradzanie:
- Nieee, nie ten, za długi! Zostało aż 15 minut do końca! Poszukajmy jakiegoś, który kończy się za 5-7 minut! Przecież nie musimy znać fabuły, streszczenie nam wystarczy!
Małpa z niego.



czwartek, 23 kwietnia 2020

Magnolia - zapach roku 2020

Właśnie przekwitają magnolie. Cudne drzewa, krzewy o wyjątkowej urody kwiatach. Moja, osobiście zasadzona, przed domem raduje oczy. Wiem od kilku tygodni, że zapach magnolii został w Grasse uznany za tegoroczny aromat roku.


Co roku perfumiarze od Fragonarda w Grasse we Francji wybierają zapach, który będzie zapachem przewodnim danego roku. W 2020 to magnolia jest kwiatem, który zdominuje produkty tej wytwórni.
Ten niezwykle ozdobny krzew, drzewo (w pewnych odmianach) jest przepysznym zwiastunem wiosny. Jego kwiaty są bardzo okazałe. Pojawiają się dość wcześnie jeszcze zanim zazielenią się inne nasze drzewa. To sprawia, że widok kwitnącej magnolii nie ma sobie równych! 

Kwiaty magnolii są duże, mają różne kształty płatków. Także kolory są w różnych odcieniach bieli, przez blady róż aż do purpury. Są nawet odmiany lekko waniliowo-żółte. Niezwykle dekoracyjne (i fotogeniczne), zawsze wywołują zachwyt przechodniów.
Mnie najbardziej podoba się taka poniemiecka odmiana drzewiasta, o pełnych kwiatach w kolorze bladego różu, ciemniejsza na spodzie kielicha. Kielichy są krągłe, kształtne, po prostu cudowne!
stara drzewiasta magnolia na moim osiedlu
Magnolia jest ponoć jedną z najstarszych roślin na ziemi. Pojawiła się ok. 100 milionów lat temu i niemal nie zmieniła swojego wyglądu. Pochodzi z Azji Wschodniej, ale rośnie też dziko w Ameryce Północnej oraz Południowej. Od XVII w. znana w Europie, już wtedy y hodowana, także w Polsce. W naszym kraju jest szczególnie popularna na zachodzie, jej drzewiaste odmiany rosną w tych rejonach od czasów przedwojennych. W Chinach magnolia jest symbolem szczerości i czystości, a stan Luizjana (USA) umieścił te kwiaty w swoim herbie.

Zapach w buteleczce
Zapach magnolii od dawna fascynował perfumiarzy, którzy widzieli w nim idealne połączenie woni jaśminu, konwalii i róży. Najstarsze perfumy opracowane na bazie zapachu magnolii to m.in.: Rose Magnolia oraz White Magnolia Heleny Rubinstein, Majestic Magnolia (Houbigant). Oczywiście, jest też niezliczona ilość perfum, w których magnolia jest jednym ze składników. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wśród 250 odmian magnolii zapach może się różnić. Niektóre gatunki w ogóle nie pachną.
Grasse to stolica światowych perfum, od wieków.  Fragonard jest jedną z najstarszych wytwórni  w Grasse. Od kilkunastu lat firma wymyśliła zapach roku - tworzy perfumy, mydełka, dyfuzory itp. skupiając się na jednym, przewodnim zapachu. W 2020 magnolia będzie właśnie tym przewodnim zapachem. Gdy magnolia już przekwitnie, jej cudownie wiosenna woń pozostanie z nami w perfumach...



A o Grasse pisałam już na tym blogu.




wtorek, 21 kwietnia 2020

Nieporozumienie damsko-męskie

Po jakiejś małej sprzeczce o bzdurę (jak zwykle), mąż wygłasza prawdę objawioną:
- Kto tam zrozumie kobietę! Kobiet i arbuzów nie przejrzysz!
- Wiem coś o tym! Jestem arbuzem! - ripostuję...

zdj. z polki.pl

niedziela, 19 kwietnia 2020

Mięsożerne tuje

Od jakiegoś czasu mam prawdziwego fisia na punkcie oszczędzania wody. Nie chodzi o pieniądze, chodzi o WODĘ. Widzę jaka jest wielka susza w naszym ogrodzie, jak ziemia jest już wyschnięta, a to dopiero początek wiosny.
Tymczasem podczas codziennych czynności zużywamy hektolitry wody. Nie rozumiemy, że za chwilę odkręcimy kran, a tu nic nie poleci. Człowiek lata bowiem w kosmos, produkuje bomby wodorowe, a nie potrafi połączyć dwóch atomów wodoru z jednym atomem tlenu. Woda lecąca wartko z kranu spływa do kanalizacji, zamiast dać glebie potrzebną roślinom wilgoć.
Wdrożyłam więc osobisty program oszczędnościowy, nową metodą zmywam naczynia, myję się gąbką i tylko spłukuję prysznicem pianę, a wszelką wodę po gotowaniu jajek, ziemniaków zużywam do podlewania licznych kwiatów w donicach na moim tarasie.
Ostatnio gotowałam białą kiełbaskę na śniadanie i taką trochę tłustą wodę, kiedy ostygła, wylałam pod tuje w donicach. Mąż, nieustająco zdziwiony moimi oszczędnościowymi wyczynami:
- A te tuje nie zrobią się czasem mięsożerne? Nie chciałbym zostać wkrótce pogryziony!
Moje wkrótce mięsożerne tuje...

czwartek, 16 kwietnia 2020

Różowy Kapturek

W pewien wiosenny czwartek Różowy Kapturek zaudał się do swojej starej i schorowanej matki, by zanieść jej słoiczek świeżej zupy. (Sprostowanie: matka kapturka jest młoda i pełna wigoru, ale nie brzmiało by to bajkowo...). 
Matka Różowego Kapturka robi świetniejsze zupy, ale kapturkowi ugotowało się za dużo, poza tym chciał mieć pretekst, by pójść za rzekę. 
Zatem, wymachując wesoło koszyczkiem z zupą bobową (eksperyment kulinarny), Różowy Kapturek przeszedł przez rzekę i błonia nadodrzańskie, oddychając głęboko. 



Wtem usłyszał warczenie. Nad nim zawisł bardzo warczący, zły dron. Kapturek uniósł w górę swój przyodziany w maskę pyszczek i ten widok przepłoszył złego drona, który z wrażenia zapomniał zapytać go, dokąd idzie. 
Tak więc Różowy Kapturek, więcej już nie nagabywany, mógł zachwycać się różowością świata całego...



Zielonością także, gdyż w drodze powrotnej odkrył pole zielska w kwieciu...




A teraz zgadnijcie, jaką zupę ugotuje jutro Różowy Kapturek? 
Za rozwiązanie zagadki zwycięzcy zostanie wysłany kurierem słoiczek tejże...

piątek, 10 kwietnia 2020

Kreatywna kwarantanna - Kubaneczki z butelek

Mam teraz, jak wszyscy, więcej czasu na aktywność natury artystycznej. Usłyszałam nawet w radiu, że i prawdziwi artyści cenią sobie przymusową izolację, bo ta bardzo sprzyja tworzeniu. Dodatkowo pomaga mi fakt, że z każdej podróży przywożę często inspiracje tego rodzaju. Ponad miesiąc temu wróciłam z  Kuby, wzięłam się więc za ogarnięcie wspomnień i produkcję... Kubanek z butelek!

W czasie pobytu na Kubie, w pewnej galerii ceramiki i malarstwa odkryłam dzieła "sztuki butelkowej", które mnie urzekły. Mogłam kupić, ale nie chciałam, bo natychmiast postanowiłam zrobić podobne własnoręcznie. Co za fantastyczna inspiracja!
Konieczne jednak było zdjęcie wzorca, ale na to właścicielka galerii nie chciała się zgodzić, więc... Zdjęcie zostało zrobione przez męża ukradkiem. Na pierwszym stoją wprawdzie tyłem, ale na kolejnym widać dużo więcej. Mnie wystarczy do "skopiowania"...



Gdy zrobiłam odbitkę, gołym okiem ujrzałam też kunszt artysty, niestety dla mnie... Z jakąż dokładnością namalował m.in. rękawy sukienki pierwszej pani z lewej - wyglądają na koronkowe.Włosy, kolczyki, usta - no, nie będzie prosto!
Nie od razu po powrocie wzięłam się do roboty. Dopiero gdy nadeszły czasy kwarantanny, pojawił się czas na takie fanaberie, jak zabawa w artystkę.
Trochę farb witrażowych posiadam w swoich zbiorach, bo malowanie butelek zajmowało mnie jakieś 10 i 20 lat temu. Natchnienie przychodzi falowo. Np. przed ostatnim Bożym Narodzeniem wyciągnęłam te skarby, bo zachciało mi się namalować kilka zimowych pejzaży, które szybko rozdałam  w prezencie świątecznym:


Wróćmy do butelek i Kubaneczek. Malowanie na butelkach wiąże się z pewnymi trudnościami technicznymi, ale mój milutki mąż skonstruował mi w kwadrans taki oto specjalny stojak do suszenia w/w w pozycji odwróconej:


Mogłam więc zabrać się do dzieła. Przygotowanych wstępnie mam już kilka dam...


Pierwsza jest już mocno zaawansowana jeśli chodzi o "wykończenie". Ma nawet ręce i włosy, oraz kolię. Jednak do perfekcji pierwowzoru dużo jej jeszcze brakuje:

Cóż, myślę, że posiedzimy w domach jeszcze z miesiąc, więc braków w detalach już nie będzie :-)