piątek, 23 listopada 2018

Googla moc

Ostatnio miałam problemy z elektrycznością w domu. Wysiadały korki w gniazdkach, nawet przy małym obciążeniu sieci. Bardzo to było niepokojące, zwłaszcza że domowy majster-klepka zjeżdża tylko na weekendy, więc przestraszona kobieta bez prądu (czyli ja)  musiała sobie sama jakoś radzić.

Nawet kiedy problem został zażegnany (podejrzanym okazał się system halogenowego oświetlenia w łazience) mały lęk pozostał, więc gdy wyjeżdżaliśmy na parę dni z domu, postanowiłam odłączyć wszystkie zbędne urządzenia: mikrofalówkę, wieżę radiową, jakieś lampki, kominek elektryczny, pralkę - wyjmując wtyczki z gniazdek. Padło też na czarodziejski głośnik googla, który został dosłownie uciszony (bowiem zapytany, zawsze odpowiada).

Po powrocie z wojaży ponownie wciskałam wtyczki w gniazdka. Wtyczka googlowa błysnęła białym światłem. Przestraszyłam się, chociaż spięcia nie było, korków też nie wywaliło, a zapytany o czas i datę "inteligencik google" odpowiedział poprawnie. Dzwonię jednak przejęta do męża, znajdującego się poza domem:
- Słuchaj, błysnęło, jak włączałam głośnik googla do kontaktu! Takie białe światło się pokazało! I... - zawiesiłam głos oczekując jakieś konkretnej elektrycznej porady, wskazówki, pociechy?
Na co mąż z podziwem w głosie:
- Ależ ten googel ma MOC!


(grafika z www.samoobrona.info.pl)

wtorek, 20 listopada 2018

Jednak buona ta Bona?


Zafascynowały mnie ostatnio postaci wielkich kobiet, zwłaszcza Polek, z przeszłości. Ponieważ 19 listopada minęła kolejna rocznica śmierci niezwykłej królowej Polski, matki ostatniego z Jagiellonów, postanowiłam o niej napisać. Nie tak dawno przecież, bo ja z kolei mam w listopadzie urodziny i lubię się tu i tam powłóczyć,  odwiedziłam jej anonimowy grobowiec w Bari.

Bona Sforza to postać wielowymiarowa i niejednoznaczna w tzw. powszechnym odczuciu. Jednak trafiam na źródła, które przyznają, że była jedną z najwybitniejszych polskich królowych. Jej matka, Izabela Aragońska, księżna Mediolanu była kobietą wszechstronnie wykształconą, pewnie z tego względu córce zapewniła najlepszych nauczycieli. Mimo że dzieciństwo Bona miała trudne, naznaczone tułaczką (razem z matką) po przedwczesnej śmierci ojca (został zamordowany), to gdy w końcu osiadły w księstwie Bari, Izabeli udało się zapewnić jej posag i intratne małżeństwo z polskim królem, który własnie owdowiał – Zygmuntem I Starym. Tak więc w wieku 24 lat przybyła do Krakowa (1518). Była piękna, mądra, energiczna, ambitna, błyskotliwa. Miała plany, jak na królową przystało – pełne rozmachu. 
Była na owe czasy, w kraju co prawda potężnym, ale trochę zaściankowym w stosunku do jej stron rodzinnych, za bardzo wyemancypowana, jakbyśmy to dziś powiedzieli.  Miała smykałkę do interesów, była świetną organizatorką, zapewniła sobie posłuch służby i dzieci (nie mówiąc o mężu...), oraz ogromne dochody, tworzące jej prywatny majątek. Zdecydowanie była najbogatszą polską królową, business-woman na skalę europejską. 
W sześć lat, do 1524 r. Bona posiadła księstwa, duży pas puszczy koło Narwi, jej celem była rewindykacja królewszczyzn na Podlasiu (czyli własności królewskich niezwróconych królowi przez dzierżawców). W cyniczny sposób, za obrazę majestatu przejęła od Odrowążów wieś Rów na Podlasiu, którą przemianowała na Bar (nazwa miała przypominać jej rodzinne Bari).  Dwieście lat później zawiązała się tam Konfederacja Barska. Zaczęła skupować dobra na Litwie, a w latach 1536-1546 przejęła komory celne Wielkiego Księstwa, co przynosiło rocznie gigantyczne dochody. 
Oprócz warzyw i przypraw korzennych, upowszechnienia picia wina sprowadziła do Polski włoski renesans – wysoką kulturę. I kochała Polskę, ale jej majątek budził w rodakach zazdrość, stąd powstały na jej temat różne legendy: że była wredną teściową, córki trzymała krótko. A że pochodziła z rodziny skrytobójczych trucicieli - Sforzów, przypisywano i jej te cechy… 
W swoich majątkach wprowadzała uprawę warzyw i owoców (np. kalarepki, jabłek - te "jej" pochodzą z okolic współczesnego Grójca). W 1537 r. w samej Koronie jej majątek liczył 50 miast i 450 wsi ze znakomicie funkcjonującą gospodarką i rzemiosłem. Budowała mosty i tartaki, sadziła lasy. I bardzo chciała zbudować potęgę Jagiellonów, która przewyższy dziedzictwo Habsburgów, z którymi miała zawsze na pieńku.
Całe swoje nadzieje pokładała w jedynym synu, Zygmuncie Auguście. Doprowadziła do jego koronacji jeszcze za życia ojca. Jednak jej misterny plan został zniszczony, a syn, dotąd uległy, skonfliktował się mocno (przez kolejną kobietę - Barbarę Radziwiłłównę). 
Bona postanowiła więc opuścić Rzeczpospolitą. Opuściła Kraków w 1556, czyli po prawie 40 latach mieszkania na Wawelu, z ogromnym majątkiem, który legalnie wywiozła z naszego kraju. Po podróżach przez Europę wróciła do rodzinnego Bari, w którym mieszkała do końca swego życia, czyli tylko... rok. Pożyczyła pieniądze Habsburgom. Została więc otruta przez swojego zaufanego dworzanina, a przy okazji agenta Habsburgów. Po jej śmierci nie musieli przecież oddawać pożyczonej fortuny. A Rzeczpospolita przez lata domagała się jej od Habsburgów - na próżno. 

Ciekawe, że w Bari o Bonie Sforza nie chcą pamiętać. W przepięknej bazylice Św. Mikołaja, w absydzie za głównym ołtarzem znajduje się jej grobowiec, wykuty w czarno-białym marmurze, ufundowany przez jej córkę, Annę Jagiellonkę. Tylko przyjeżdżający tu dziś Polacy wiedzą, że to Bona, bo nie ma nigdzie żadnej tabliczki, informacji, niczego.


Obok polskiej królowej stoją rzeźby św. Stanisława i św. Mikołaja, patronów dwóch ważnych dla niej ojczyzn. W kolejnych latach otoczenie sarkofagu pokryto freskami przedstawiającymi polskich świętych i królów. Zostały jednak stąd usunięte w XX wieku, bo niby nie pasowały do wnętrza. Dziwne te pośmiertne losy kobiety tak wpływowej....




poniedziałek, 5 listopada 2018

Córka w futrze

Moja mama jest bardzo zakochana w koteczce Loli, która mieszka u mnie w ogrodzie. Lola pojawiła się 4 lata temu, wysterylizowana, dorosła, nie wiem do dzisiaj, czy ją ktoś wyrzucił, czy  z jakiegoś innego powodu wybrała sobie mój ogród. 

Mama ze mną nie mieszka, jednak tak zaangażowała się w  karmienie i opiekę nad Lolą (była inicjatorką zbudowania kotce domku drewnianego przez mojego męża, różnych udogodnień kocich - trapu, tarasu słonecznego do opalania się itd., itp.), że często mam wrażenie, że traktuje ją jak moją siostrę. Częściej wypytuje, czy Lola jadła, jak się czuje i co porabia, niż o mnie.

Nie mogę wziąć koteczki do domu, bo mąż ma okropną alergię, więc staramy się sprawić, by życie  ogrodowe miała maksymalnie komfortowe.

Ostatnio mijałyśmy się z mamą, więc zostawiłam jej informacje na kartce w domu, że Lola zjadła śniadanie, o której i takie tam jeszcze drobne sprawy, po czym wpadłam na pomysł, by się podpisać "córka bez futra". No i mama ma teraz już oficjalnie dwie córki: jedną w futrze, drugą bez. Komedia!

wtorek, 30 października 2018

My też mamy Alberobello - na Suwalszczyźnie...

Co to jest Alberobello - zapytacie - i dlaczego cieszę się, że je mamy na Suwalszczyźnie? 

O tym niezwykłym, jedynym takim we Włoszech miasteczku w Apulii pisałam swego czasu tutaj: https://zabawnaliteraturka.blogspot.com/2017/01/miasto-trolli-czyli-alberobello.html
A dziś pragnę dopisać post scriptum, wspomnienie z sierpnia 2018 r. i uroczego weekendu na Suwalszczyźnie, gdzie odkryłam... kopię Alberobello. Oczywiście w mniejszej skali, w innym kolorze, ale idea okrągłych domów - ta sama! Popatrzcie:


Kompleks kilku takich domków jest atrakcją turystyczną znaną jako "Gliniana wioska" w Kuklach. Piękny rejon na skraju Puszczy Augustowskiej, cudowne jeziora i atrakcje w pobliżu, np. w Sejnach.

Co ciekawe, celem twórców tej atrakcji noclegowo-pobytowej było wykorzystanie starodawnego budulca pogranicza polsko-litewskiego, a mianowicie kamienia, gliny i drewna. Kamień dawał trwałą podstawę, drewno służyło za budulec dachu, drzwi i wyposażenia, a glina to materiał na ściany. Właściciele Glinianej Wioski również chwalą się, że jest to jedyna tego typu budowla w Polsce. Tradycyjna technologia domu i jego położenie nie obiecuje komfortu, a jednak wnętrza są właśnie takie - nowoczesne na wskroś i funkcjonalne. Każdy domek ma pełne wyposażenie, oprócz tego tarasik, na terenie ośrodka jest dostęp do wody (jezioro Pomorze) i mnóstwo atrakcji do zaliczenia: podglądanie ptaków, wędkowanie, grzybobranie, malinobranie i wszystkie atrakcje, jakie można sobie wymarzyć spędzając czas w tak zielonym i czystym otoczeniu. Zima nie wyklucza aktywności turystycznej, chociaż najwięcej dzieje się tu latem, ale gospodarze zapraszają także w święta, sylwestra, na kuligi. Jest tu sala konferencyjna (na ponad 100 osób), sale bankietowe (na ponad 200 osób), sauna oraz jacuzzi.
Kulinarnie też było ciekawie, że powrócę do wspomnień z Alberobello. Sejneńszczyzna to potrawy kuchni regionu - kołduny litewskie, bliny, chołodziec litewski, kartacze sejneńskie. Mnie zauroczył sękacz, nie wiedziałam, że najprawdziwszy wypiekany jest na otwartym ogniu! Mieszankę jaj, masła, śmietany, mąki (w zasadzie biszkopt) warstwami nakłada się na wałek, obracający się jak ruszt nad ogniem, dokładając kolejne warstw. Brązowieją tworząc wzór sękacza w przekroju. Wypiek jednego trwa ok. 1-1,5 godziny. Smak? Królewski!


 a oto to efekt pracy przynajmniej dwóch kobiet - jedna przecież kręci wałkiem, druga nakłada ciasto



wtorek, 16 października 2018

Katar, nos i nosorożec

Ledwie skończyłam czytać „Katar” Stanisława Lema (powrót do lektur z nastoletniej młodości) - dostałam kataru.

W powieści przewija się wątek kataru siennego, czyli alergicznego. Mój jest w trakcie autodiagnozy. Przypuszczam przeziębienie, chociaż temperatura niska, jak u gada, a i innych objawów brak. Noc przeszła na majakach, w których częstowałam wszystkich wokół chusteczkami do nosa. W kratkę.

W planie miałam dziś pracowity dzień, więc już się zaczynałam zastanawiać, jak pójść na spotkanie kosmetyczne i nie zasmarkać obecnych na nim kobiet. Z kłopotu wybawił mnie telefon od dyrektor miejsca, w którym umówione były warsztaty kosmetyczne. Okazało się, że coś źle zrozumiałam, a nauczycielki potrzebują więcej czasu na decyzję, czy chcą skorzystać, wpisać się na listę chętnych do makijażu itepe. Padł miażdżący argument od pani dyrektor:
- To są kobiety, mają swoje obowiązki, pracę, rodziny, wie pani....
Na co ja: - Przepraszam, pani dyrektor, a ja to kim jestem? Nosorożcem?

Podświadomość mi odstaje, jak nic! Katar-nos-nosorożec...


A tu nosorożec w wydaniu Salvatore Dali.



















niedziela, 7 października 2018

Dialogi na 4 nogi

Dzwonię do męża na komórkę, z trasy:
- Jesteś już w domu? Co robisz?
- Właśnie karmię kota.
- Super, ale słyszę, że ty też coś jesz, co?
- Jem z Lolą z jednej miski!

Tulę się do męża i wydaje mi się, że leży na samym brzegu łóżka.
- Chodź tu bliżej, jesteś na samym brzegu, przecież spadniesz!
- Kiedy ja kocham życie na krawędzi!

Pałac z Las Vegas, milioner i dyniobranie, czyli jak zrobić ajerkoniak jakiego w życiu nie piliście!

Warto słuchać lokalnych stacji radiowych. Jestem fanką wrocławskiego ram-u, a już szczególnie piątkowe audycje Joanny Lamparskiej inspirują mnie do weekendowego zwiedzania Dolnego Śląska. W minioną sobotę pani Joanna zainspirowała wraz ze mną kilkaset osób...
Pierwsza zaintrygowała mnie wzmianka o niezwykłym pałacu w Pieszycach, który nie jest normalnie otwarty dla zwiedzających, ale właśnie wczoraj miał być udostępniony turystom, za darmo i przez kilka godzin tylko. Joanna Lamparska potrafi naprawdę smakowicie opowiadać o zabytkach Dolnego Śląska, napisała kilka przeciekawych książek na ten temat, więc z wypiekami na uszach słuchałam o bajecznym pałacu z XV w. pokrytym wewnątrz ogromnymi malowidłami, tak bajecznie kolorowymi, że atakują zmysły widzów w sposób niespotykany w promieniu 500 km! Ten Śląski Wersal ma kubaturę 6000 m2, a wewnątrz 60 pokoi - naprawdę przestaje być to nazwa na wyrost.
Kiedy pojawiliśmy się tam ok. godz. 15.00 (pałac był udostępniany od 14.00), musieliśmy stać w kolejce, w sporej grupie innych turystów. Myślę, że zgromadziło się kilkaset osób (pierwsze 300 weszło ponoć przed nami) a oczekiwanie na zwiedzanie trwało w sumie ok.godziny. Jednak warto było przeczekać tę niedogodność i parcie tłumu, z którym ochrona nie bardzo umiała sobie poradzić.

Pałac został zakupiony przez małżeństwo Polaków, mieszkających od kilkudziesięciu lat w Las Vegas, jako drugi dom i spełnienie marzeń. Pan Hajduk jest milionerem, biznesmenem. Tylko On mógł podołać dźwignięciu obiektu z kompletnej ruiny. Poszły na to grube miliony, naprawdę to szczęście, że są osoby z taką misją
ratowania tego typu bezcennych obiektów.

Od początku 2000 roku pałac był restaurowany na zewnątrz, wymieniono dach i okna, zrobiono kapiącą 24-karatowym złotem elewację, natomiast wnętrza urządzone są (i była na to zgoda konserwatora zabytków) według osobistej wizji małżonków, pragnących stworzyć oazę harmonii, pochwałę pokoju, miłości i radości.
Bajecznie kolorowymi malowidłami pokryto ściany pałacu, przedstawiają one sielskie sceny z udziałem właścicieli oraz wielkiej ilości kwiatów, zwierząt, chmurek i ptaszków, aniołków.  Jest tu także sporo kopii dzieł innych mistrzów, ale większość prac wykonywali tutejsi artyści. Zarzutami kiczowatości właściciele się kompletnie nie przejmują - pan Hajduk twierdzi, że obrazy najlepiej przemawiają do ludzi, i że w nich  odbija się cała jego osobowość.
Najlepiej nie oceniać poziomu artyzmu, a raczej oddanie, pracowitość i fantazję twórców tych niezwykle, wręcz barokowo zdobionych wnętrz.
Oto biblioteka - bez książek, bo same obrazy mają tu spełniać rolę edukacyjną:


W pałacu bywali swego czasu możni tego świata - król pruski, car Rosji (Aleksander I). Oto sypialnia nazwana jego imieniem:
A tu jadalnia z nakrytym stołem:
Jadalnia z innej perspektywy:
Bibeloty:
Czasami czułam się jak w klasztorze w Lubiążu - te putta, złoto i łacińskie sentencje...:

W całym pałacu nie ma jednak żadnego sprzętu sugerującego, że ktoś tu mieszka... Jak zdradziła tubyłka, właściciele mieszkają w innym domu. Pałac, niczym muzeum tworzone od 18 lat, nie jest jeszcze kompletnie ozdobiony. Możliwe, że życie wróci do gmachu po skończeniu wszystkich dzieł. O ile wystarczy panu Hajdukowi pieniędzy, bo skarżył się, że ma sny o bankructwie.
Wcale mnie to nie dziwi. Budynek jest pompą ssącą wszelkie zasoby finansowe, jak sądzę. Oby więc interesy szły jak najlepiej, by strumień pieniędzy mógł płynąć do pałacu nieprzerwanie!
Po megadawce sztuki musieliśmy zejść na ziemię. 40 km od Pieszyc, w Wierzbnej odbywał się 3. już Festiwal Dyni. O nim też mówiła Joanna Lamparska zachwalając talenty kulinarne gospodyń, które z dyni robią chleb, wielokolorowe ciasta i inne przysmaki. Kiedy pojawiliśmy się tam ok. godz. 17.00, w wiosce w sumie bardzo historycznej, bo wzmiankowanej już w IX w., okazało się, że przez  przestoje kolejkowe w Pieszycach nie spróbujemy wielu rzeczy. Wszystko zostało zjedzone!
Na szczęście na jednym stoisku było dostępne jeszcze dyniowe smakołyki: kupiliśmy keczup z dyni, syrop z dyni, paprykarz z dyni, pestki prażone z chilli albo z cynamonem. Hitem jednak okazał się napój adwokatopodobny, który gospodynie robiły poprzedniego dnia. To ta buteleczka widoczna za słoikami:

Po degustacji zapragnęłam nabyć, drogą kupna zresztą, cała butelkę - niestety nie było to możliwe, bo też się sprzedały. Udało mi się od pań wyciągnąć jakieś strzępki receptury, ale po minach widziałam, że to gospodynie takie jak ja - bardzo kreatywne. Możliwe, że niewiele pamiętały z procesu produkcyjnego, bo było aż tak miło!
Obejrzeliśmy więc jeszcze tylko zwyciężczynię, ważące prawie 140 kg dyniowe monstrum:

I wróciliśmy do Wrocławia.
Likier dyniowy tak mi chodził po głowie, że dziś za pomocą 4 żółtek, pół kg ugotowanej dyni, 100 ml spirytusu, 10 dkg mielonych prażonych pestek dyni, syropu waniliowego - zrobiłam coś takiego na wzór z Wierzbnej:

Przegryzać się będzie przynajmniej jeden dzień. Jestem zachwycona własną kreatywnością! No bo to nie wszystko, oto niedzielne danie główne:
Filet z kaczki w sosie jabłkowym, strudel z ziemniakami, burakami, dynią i papryką, surówka z czarnej rzepy z jabłkiem, marchewką w sosie jogurtowym. Gdyby pani Gessler chciała zostać moja koleżanką, to ja jestem także chętna...


niedziela, 23 września 2018

Sanatorium (szalonych) dźwięków...

Piękna ruina pięknego Kurhaus
W Sokołowsku, uroczej mieścince w okolicy Wałbrzycha, niegdyś perle uzdrowisk dolnośląskich, odbywa się niezwykły festiwal - Sanatorium dźwięku. W tym roku wydarzenie miało miejsce w połowie sierpnia.

Festiwal jest przedsięwzięciem kulturalnym o długiej historii i światowym zasięgu. Wymienione w nazwie festiwalu dźwięki to eksperymenty muzyczne XX i XXI wieku. 120 artystów ze świata prezentuje się przed wyrafinowaną publicznością. Są to bowiem performance tak osobliwe (przynajmniej z opisu w festiwalowym dossier), że  z pewnością trudno je zrozumieć ludziom o przeciętnym (jak moje) wyobrażeniu na temat muzyki... Przykład? Requiem For A Fly Martyny Poznańskiej: "rytuał wykonywany przy użyciu spreparowanych zwłok much, wiersza i nagrań terenowych. Wynika z poczucia bezsilności wobec obecnego stanu politycznego na świecie. Jednocześnie jest poetycką refleksją na temat znaczenia życia wobec jego nieistotności. Pokazuje rolę i potrzebę żałoby i zrozumienia straty." Może nie byłoby to wcale takie dziwaczne w odbiorze, jednakowoż nie zdecydowałam się...
Kolejny opis: Takahiro Kawaguchi  skupia się na konfiguracji dźwięków w konkretnym miejscu. Podczas występów na żywo do grania i komponowania używa instrumentów, które tworzy z materiałów codziennego użytku. To już by mnie bardziej interesowało, bo może zainspirowałoby mnie do skomponowania np. scherzo na trzepaczkę do białek i młynek do kawy! 
Można było przy okazji zabawić się w generowanie dźwięków ot tak, instrument i instrukcja dostępne były na ulicy:



Sala koncertowa i główne biuro festiwalowe 
Lubię Sokołowsko, byłam tam już raz czy dwa, więc wybrałam się. Na festiwal, który akurat trwał, załapałam się zupełnie "przy okazji". Nie byłam na tyle zdeterminowana muzycznie, by wykupić karnet na koncerty (?), pokazy (?), chodziło raczej o wycieczkę w miłym towarzystwie w miłe miejsce. To miasteczko  ma bowiem dla mnie nieco melancholijny urok dawnej, europejskiej świetności. 
Na wielu budynkach są informacje, kto tu przebywał, tworzył, leczył.się..
Główny obiekt, dla którego warto tu przyjechać to załączona u góry po lewej przepiękna, ceglana ruina XIX-wiecznego sanatorium, które w tej chwili ktoś próbuje dźwignąć z upadku - i jest to właśnie kwatera główna festiwalu. Pozostałe budynki także noszą ślady wielkiej, przedwojennej urody, lecz w zasadzie większość wymaga pilnej restauracji. 

Sokołowsko (dawniej Goerbersdorf) szczyci się swoją bogatą i długą przeszłością: w XX w. było to największe sanatorium leczące choroby płuc. Bywali tu "wielcy", np. niemieccy pisarze nagradzani Noblem, ludzie filmu - Krzysztof Kieślowski, który mieszkał tu w młodości. Z powodu tak szacownego mieszkańca od 2011 roku odbywa się tu festiwal filmowy – „Hommage à Kieślowski” poświęcony twórczości reżysera. 


Szwajcarski styl - pozostałość po pewnej modzie...
Natomiast historia wsi sięga średniowiecza i Benedyktynów z pobliskiego Brumova. W XVII w. jej właścicielem był Hans Heinrich Hochberg, władca pobliskiego Książa, który kiedyś nawet ukrywał się tutaj przed szwedzkimi wojskami w domu sołtysa. 
W 1849 roku miejscowość kupiła od Hochbergów siostrzenica marszałka Bluchera, Maria von Colomb, która miała piękną wizję - założyła tu ośrodek leczenia zimną wodą (wg metody Preissnitza). Niestety, albo stety, poszła do więzienia za długi już 5 lat później, ale zakład odkupił od niej, za niedużo, szwagier i wspólnik, doktor Herman Brehmer. I ten doprowadził pomysł Marii do wielkiego finału. Za pozwoleniem cesarza Brehmer prowadził tu od 1859 roku zakład leczniczy wdrażając własne metody: leczenie (szczególnie gruźlicy) - świeżym powietrzem, ruchem  w plenerze, ćwiczeniami oddechowymi, dietą obfitą w mięso i jarzyny. Lekarz wzniósł pierwsze trzy sanatoria (funkcjonują nadal) i stworzył 70 hektarowy park. W latach 70-tych XIX wieku wzniesiono ten okazały nowy budynek tzw. Neues Kurhaus, którego majestatyczne ruiny stoją do dziś. Wyposażone w ogrzewanie, klimatyzacje i niesamowite urządzenia higieniczne, sanatorium stało się najpopularniejszym w Europie! Park rozrósł się do 120 hektarów, powstawały nowe domy kuracyjne. 
Wzniesiono kościół protestancki oraz cerkiew, dla licznych kuracjuszy z Rosji, którzy tu
przybywali na przełomie wieków. Cerkiewka, taki cukiereczek - miniaturka działa do dziś.

Po I wojnie światowej miasto było stacją klimatyczną i ośrodkiem sportów zimowych (sic!). Po II wojnie światowej wieś zmieniła nazwę na Sokołowsko, od nazwiska Alfreda Sokołowskiego, asystenta doktora Brehmera. W czasie II wojny miejscowość w ogóle nie ucierpiała i sanatoria działały jeszcze w latach 50. Dopiero od lat 70. budynek główny zaczął popadać w ruinę, część rozebrano i tak to się wszystko dla Kurhaus skończyło...

W Sokołowsku jest ciekawie - zapewniam, że i październik może ucieszyć oczy kolorami, wieś ma ambitnych mieszkańców, ciekawie zdobiących swoje domy. Odnowiono właśnie stare sanatorium "Biały Orzeł", zachował się kawałek parku zdrojowego. Warto pospacerować po okolicy i po samej wsi, wpaść na pstrąga do Leśnego Źródła  i zjeść niebywałą Pavlovą w kawiarence przy głównej ulicy!





Centrum festiwalu filmowego



środa, 19 września 2018

Beatka na góralskim weselu

Niedawno wróciłam z mojego pierwszego w życiu góralskiego wesela. Co ciekawe, żadne z nowożeńców nie jest (nie było) góralem z pochodzenia. Niemłody pan młody (71 lat) oznajmił w trakcie bajecznej zabawy, że czuje się góralem, bo zawsze kochał góry. No i to dobry powód chyba :-)

Przed wyjazdem w Tatry poszłam zrobić się na bóstwo (przynajmniej w górnym odcinku) i muszę przyznać, że trochę ucierpiałam oddechowo. Moja osobista fryzjerka, pani Dorotka, do której chodzę od jakichś 20 lat, nadużywa lakieru do włosów. Robi zawsze taką zadymę, że już nie raz postulowałam o maski tlenowe, które powinny spadać nad jej fotelem, jak w samolocie, gdy zawartość tlenu w powietrzu drastycznie się obniży... 
Muszę jej jednak podziękować za zrobienie mi stalowej fryzury. Wprawdzie włosami sztywnymi jak druty podrapałam sobie podsufitkę w samochodzie, za to działała jak kask - gdybym jechała kabrioletem mogłabym śmiało sterować pogodą - rozgoniłabym deszczowe chmury, gdyby zachciało im się zepsuć pogodę. 
Kolejna korzyść to ta, że fryzura Dorotki ochroniła mnie przed ryzykiem utkwienia w mej głowie góralskiej ciupaski, hej! 


Wesele było tak wspaniałe, że podkręciło moją kreatywność - napisałam nowe słowa do przeboju Sławomira "Miłość w Zakopanem" (oto oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=n2hJA78YuWw)
a teraz leci on tak:
Miłość, miłość w Bachledówce
daj się uwieść dereniówce,
Rycerzem Edziu jest,
Maja Królową Nocy.
Popatrzycie sobie w oczy
rozpędzone jak motocykl,
zostaniecie góralami już do dnaaaaa!
Czekam teraz na oferty współpracy tekściarskiej.

wtorek, 4 września 2018

Kreatywna ogrodniczka

Na fb zobaczyłam pewien filmik, pokazujący jak wykorzystać stłuczoną doniczkę ceramiczną na zrobienie cudnego tarasowego "mini ogródeczka", który mnie zainspirował:


Przy pierwszej nadarzającej się okazji wzięłam się do dzieła. Miałam pękniętą, starą i dość brzydką doniczkę. Uznałam, że to świetny materiał na mój pierwszy ogródek. Oto co mi wyszło:


Nie jest może doskonały, ale następne egzemplarze będą bardziej dopracowane. Wszystkie rośliny pochodzą z mojego ogrodu :-) Kajtkowi (krasnal z lewej), który mieszka na stałe w moim ogródku, dzieło bardzo się spodobało. Chyba widać jego zachwyconą minę?

czwartek, 30 sierpnia 2018

Graffiti, czyli kontrowersyjna (dla mnie) sztuka...


Wpadła mi w ręce książka dla młodzieży: „Graffiti Moon” autorstwa Cath Crowley.
Dopiero po około 100 stronach zorientowałam się, że historia dzieje się w Melbourne. Główny bohater, tajemniczy Shadow jest utalentowanym artystą, tworzącym uliczną sztukę - graffiti…

Kiedy byłam minionej zimy w tym mieście, mój kuzyn polecił mi odnalezienie ulicy w centrum, słynącej z prac graficiarzy – Hosier Lane. Dotarłam, obejrzałam, czasem z mieszanymi uczuciami. Nie wszystkie dzieła mi się podobały, ale było to ciekawe doświadczenie. Nie widziałam nigdzie indziej ulicy tak upstrzonej kolorami. Jednak wyglądała ona bardziej jak jakiś slumsowy zakątek niż galeria sztuki, choćby i ulicznej. No i te zapachy! Nawet kubły na śmiecie pokryte były graffiti:



Najwyraźniej w Melbourne władze miasta mają wyjątkowo życzliwe podejście do graffiti. Inna sprawa, że nie spotkałam tam bazgrołów pisanych na pięknych budynkach, jedynie w przestrzeni udostępnionej dla tego rodzaju działań. 
To mój problem, że kojarzę graffiti raczej z jednokolorowymi hieroglifami widocznymi na ścianach (najczęściej świeżo odnowionych) kamienic we Wrocławiu, które doprowadzają mnie do szału. Jednak to, co zobaczyłam w Melbourne było po stokroć bardziej interesujące i „artystyczne”. Na Hosier Lane artyści co jakiś czas zamalowują swoje i cudze prace, tworząc nowe obrazy. Poza tym miejsc z naprawdę dobrymi obrazami na budynkach czy na skrzynkach elektrycznych jest w Melbourne mnóstwo. Słyszałam nawet o swego rodzaju graficiarskiej turystyce: zwiedza się miasto podążając za obrazami na  ścianach.

W książce, która przywołała wspomnienie tego miasta twórczość młodych graficiarzy pokazana jest jak zajęcie bardzo kreatywne, poetyckie, niosące widzom jakieś przesłanie. To, co siedzi w głowie książkowego Shadowa jest obrazem, metaforą, za pomocą której komunikuje swoje uczucia, przemyślenia. Od razu przypomina się tu postać istniejącego w realu artysty ulicznego, najsłynniejszego w tej branży, mianowicie Banksy’ego. Dzięki niemu graffiti stało się sztuką przez duże S. Banksy oprócz obrazów tworzy też performance, przemieszczając się po całym świecie i intrygując swoją ukrywaną tożsamością. Istnieje nawet hipoteza, że pod tym nickiem ukrywa się grupa ulicznych artystów. Jego czy też ich „dzieła” bardzo często komentują jakieś wydarzenia społeczne, polityczne.Banksy stał się wręcz "instytucją" kultury... Popatrzcie chociażby na ten obraz, dotyczący syryjskich uchodźców:


Poznajecie Steve'a Jobs'a? No właśnie...

Sztuka uliczna ma swoje odmiany. Jedną z nich jest np....yarn bombing, czyli pokrywanie przestrzeni miejskiej dzianinami. To wytłumaczyło mi te szydełkowe pokrowce na znakach drogowych w Melbourne, w pewnej eleganckiej dzielnicy, nieopodal widocznego na zdjęciu kościoła przerobionego na... apartamentowiec. Takie rzeczy tylko w Melbourne!


Właściwie nie tylko takie. Co myślicie o wielkich złotych owadach wspinających się po ścianie melbournskich biurowców:
Pracowite pszczoły czy muchy utrapione?
Tak to pogalopowałam przez świat i sztukę dzięki jednej lekturze. Czytanie ma kolosalną przyszłość...

środa, 15 sierpnia 2018

Lola i kocia punktualność

Moja dochodząca koteczka Lola nie jest ostatnio systematyczna w przychodzeniu na posiłki. 

Przez upały czy też ogólnie przez lato, które sprawia, że koty mają więcej poważniejszych zajęć, niż jedzenie (niemożliwe?), Lola czasem nie pojawia się przez pół albo więcej dnia. Omija śniadanie, obiad, gardło sobie mogę zedrzeć - łaskawie przyjdzie dopiero na kolację.
Ostatnio wpadła na wieczorny posiłek, jak zwykle podawany w ogrodzie. Ponieważ następnego dnia wyjeżdżałam poza Wrocław, mówię do kotki, bardzo zajętej pochłanianiem pasztecika:
- Lola, jutro rano wyjeżdżam. Jeśli przyjdziesz o 6.15 na śniadanko, to je dostaniesz. Pamiętaj, o 6.15 bądź na śniadaniu.
Resztę posiłków załatwiłam Loli u sąsiadki.

Następnego dnia rano wychodzę z domu i kogo widzę przy drzwiach? Lola pędzi z ogrodu! Jest 6.18 i to ja się spóźniłam. W dodatku umawiałam się z nią w ogrodzie, więc tam czekała. Szczęka mi opadła ze zdziwienia na taką punktualność! Zawsze przeczuwałam, że koty mają zegarki, ale nigdy żadnego swatcha na futrzastej łapce Loli nie widziałam!


                                                Właścicielka szwajcarskiego zegarka...

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pomysłowy Dobromir...

Wybrałam się z mężem do kina (nota bene na świetną Mission: Impossible Fallout). Tuż przed wejściem do Cinema City ogarnęły mnie wątpliwości...
Czy ja aby nie zamarznę w czasie seansu, bo w upalne dni klimatyzacja chłodzi  na maksa, a ja nie wzięłam sobie, jak mam w zwyczaju - szala na ramiona (byłam w bluzce z krótkimi rękawami). Chwila wahania, zastanawiam się nawet, czy nie zrezygnować z filmu, bo trzęsienie się z zimna psuje mi przyjemność oglądania. Andrzej chce pomóc:
- Nie masz czegoś w samochodzie, w bagażniku? Koca piknikowego, kurtki?
- Nieee, wszystko akurat wyjęłam. Kurtkę przeciwdeszczową woziłam, ale dwa dni temu zaniosłam do domu... Koca też nie.... Jedyne co wożę, to srebrną folię na przednią szybę, żeby się kierownica nie nagrzewała....
- To idę po tę  folię!
- ????????

Po chwili widzę męża wracającego do kina ze srebrną folią pod pachą. Ha! W sumie dało się pod nią wysiedzieć. Cieplutko jak pod kocykiem...

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Rozwój osobisty na kocią łapę

Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że praca nad sobą, rozwój osobisty mogą być wzorowane na kocim stylu życia. Przeczytałam mini-poradnik S. Garnier'a "Żyć jak kot - czyli jak nauczyć się odpuszczać, skupić się na tym, co najważniejsze i zadbać o swoje szczęście". Brzmi ciekawie?



Oto 11 kocich zasad, które streszczam z lektury, chociaż  w książce jest więcej rozdziałów. Uważam, że warto wdrożyć je do swego życia, nawet jeśli nie jesteś kociarzem:

1. Koty są wolne. Robią to, co same wybrały, co jest dla nich najlepsze. Robią, co chcą, czego pragną, potrzebują... Są niezależne. Nie potrzebują liderów, podwładnych, żadnych struktur życia w grupie... My działamy inaczej, jednak mimo wszystko warto zastanowić się nad rozległością naszych zależności od innych, próbować zachować niezależność w ważnych dla nas obszarach życia, zgodnie z naszymi wartościami.
2. Są obdarzone charyzmą, która wynika z ich sposobu bycia. Po prostu są sobą, nikogo nie udają, są szczere. Są naturalne i spontaniczne. Człowieku: wystarczy być!
3. Koty unikają konfliktów, stresu. Cenią sobie spokój, wygodę. Jedynie w sytuacji zagrożenia - np. najazdu ich terytorium zmuszają się do działania. Ale nie zawsze atakują wprost, czasem używają sztuczek zniechęcających intruza, nie wdając się w otwarty konflikt.
4. Kot jest asertywny, dba o swoje potrzeby, komfort. Jakże często my dajemy się uwikłać w działanie dla kogoś, w imię wyższego dobra, zaniedbując własne zdrowie, spokój, ciało. Koty potrafią powiedzieć "nie". Jeśli czegoś nie chcą, żadna siła ich do tego nie zmusi...
5. Kot kontempluje życie, żyje tu i teraz. Nie myśli, czy wczoraj złapał mysz i czy jutro złapie... Ceni swój dom i spokój w nim.
6. Kot akceptuje siebie takim jaki jest. Nikt nigdy nie spotkał chyba kota, który chciałby być... psem???? Kot jest szczęśliwy i dumny z tego, kim jest. Jest spójny i pełen harmonii. Nie przejmuje się tym, co myślą o nim inne koty, psy czy "człowieki"... JEST PEWNY SIEBIE. Czuje się swobodnie w każdej sytuacji. Oto cały sekret szczęśliwego życia.
7. Kot jest ciekawski. Każdy dzień wita od nowa, od nowa się nim zachwyca, poznaje, uczy. Kontempluje każdą chwilę swego bycia tu i teraz. Potrafi odpoczywać, zwalczać stres.
8. Umie delegować zadania. To umiejętność, której powinniśmy się od kotów uczyć!
9. Wybiera sobie otoczenie. Kocha swój dom, bez względu na to, jaki on jest. Wybiera sobie ludzi. Czy wiecie, że jesteśmy wypadkową 5 osób z którymi najczęściej mamy kontakt? A gdyby tak, jak kot, trochę tym posterować? Wybierać sobie przyjaciół, znajomych?
10. Jest wytrwały. Godzinami siedzi przy dziurze, by złapać mysz. Jest uparty i konsekwentny. Koncentruje się na tym, co najważniejsze w danej chwili dla niego.
11. Potrafi się bawić. Wystarczy patyk, sznurek - i jest fun. Cieszy się "byle czym"...







czwartek, 2 sierpnia 2018

Wino z kokainą, czyli czego można się dowiedzieć po lekturze kryminału...

Wakacyjny luz to i wakacyjne lektury. Wpadła mi w ręce książka pt. "Wybór Zygmunta" - o śledztwie prowadzonym w Watykanie przez... Zygmunta Freuda.

Myślałam, że fakty będą całkowicie zmyślone przez autora, nota bene pana Martigli, który z bankowca, w dość dojrzałym wieku, zamienił się w pisarza powieści kryminalnych. Nadzieja dla mnie - nigdy nie jest za późno, by wydać POWIEŚĆ :-)

Zaczęłam jednak sprawdzać fakty podane w powieści i wszystko się zgadzało - to, że Freud był w Rzymie, że panował wtedy miłościwie Leon XIII, który w kryminale zlecił mu delikatną misję. Nie będę opowiadać fabuły, ale pojawiają się tam wątki poboczne, które również zgadzają się z faktami historycznymi. Zaciekawiło mnie, że papież Leon XIII był wielbicielem wina z... kokainą. Nigdy o nim nie słyszałam, a istniało naprawdę!

Nazywało się Mariani, miało domieszkę koki, a Leon XIII był tak od niego uzależniony, że rekomendował wino swoim wizerunkiem w reklamie (patrz na lewo).
Wino wymyślił Korsykanin Angelo Mariani, ponoć farmaceuta, w 1863 roku i zaczął je sprzedawać. Do czerwonego wina z Bordeaux dodawał liście koki. Było podobno lekko gorzkie w smaku. Reklamy mówiły, że to napój dodający siły, energii, odwagi, pobudzający. Mariani wysyłał próbki wina lekarzom i oni przepisywali je pacjentom jako środek wzmacniający!
Alkohol ekstrahował z liści koki alkaloid - kokainę. Producent stosował niezłe proporcje, w 100 ml tego wina była to dość duża dawka, trunek od razu wprowadzał w stan euforii. Podobno encyklikę z 1891 r. - „Rerum novarum”papież  napisał "po spożyciu", ale mogą to być tylko plotki... Nie znam tej encykliki, ale wg skrótowego opisu jest to dzieło postulujące idee chrześcijańskiej polityki społecznej jako kontrę na marksizm i bezwzględny kapitalizm. 
Także inni wielcy tych czasów spożywali wino z kokainą wychwalając nadzwyczajne właściwości napoju. Tomasz Edison twierdził, że dzięki niemu może dłużej pracować. Pił je Rodin i pisarz H.G Wells. No i Zygmunt Freud, wracając do książki, która tę notkę zainspirowała. Freud napisał traktat "Ueber cola", w którym omawiał zastosowanie kokainy jako lekarstwa na różne dolegliwości. Zdaje się, że pisał go też "pod wpływem"... W liście do narzeczonej wyznawał, że bierze niewielkie dawki przeciwko depresji (sic!) i niestrawności. Kokainistą był również Sherlock Holmes, a z realnych postaci - Witkacy, Stevenson, który swoją powieścią "Doktor Jekyll i Mister Hyde" przyczynił się do złej sławy kokainy.

W 1914 roku wino Mariani zostało wycofane z rynku. Nie wiem dokładnie dlaczego, skoro kokaina
była już wtedy znana medycynie i stosowana np. jako środek znieczulający. Był też dostępny proszek na katar - Ryno's, składający się w 99,9% z czystej kokainy! Po nim pojawiły się tabletki do ssania. Napar z liści uważano za leczniczy dla astmatyków. Stosowany był w leczeniu syfilisu, rzeżączki, podagry i reumatyzmu. Żucie liści było sprawdzonym energetykiem, pozwalającym np. sportowcom na nowe osiągi. W Nowym Jorku doprawiano kokainą koktajle alkoholowe, lody, likiery.

W podobnym czasie (1891-1894) zaczęto produkować napój, który podbił świat i stał się cezurą cywilizacyjną: Coca-colę... Jak nazwa wskazuje - wiadomo, co zawierała. Jednak kokę też wycofano z tego napoju i stało się to już w latach 1901-1902. Ojcem coca-coli jest Pemberton, farmaceuta z Atlanty, który podobnie jak Mariani tworzył lecznicze mikstury oparte na kokainie.To on do wina z koką dodał ekstrakt z orzechów koli. Obawiał się jednak, że prohibicja w Atlancie odbierze mu zyski ze sprzedaży napoju alkoholowego, opracował zatem recepturę toniku bez alkoholu, a goryczkę koli i koki zamaskował cukrem. To on wymyślił nazwę coca-cola. Ale do ojcostwa przyznaje się jeszcze kilku innych wynalazców, w tym nawet Włosi...

Liście koki obrywa się z rośliny zwanej krasnodrzewem pospolitym. To roślina rosnąca w Andach, pomagająca znieść chorobę wysokościową, dodająca sił. Energetyk boliwijskich i peruwiańskich Indian, "złoto" Inków. Sekretem Marianiego było, że nie używał on liści koki o najwyższej zawartości kokainy, ale wybierał liście najbardziej aromatyczne, te z Kolumbii. Nie wyciskał ich, nie stosował chemikaliów, nie mielił ani nie gotował. Po prostu pozwalał, by dobre wino z Bordeaux zrobiło swoje...