poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Fritz Haber - chemik, który zdobył Nobla, a potem postanowił unicestwić ludzkość

Niedawno pisałam o von Braunie, kontrowersyjnym naukowcu, który działał najpierw dla nazistów, a potem pomógł Amerykanom wylądować na Księżycu. Oto niemniej zawikłana historia człowieka, który zdobył Nobla w dziedzinie chemii, ale inne jego odkrycia obróciły się przeciwko ludzkości. Fritz Haber - dobroczyńca rolników i pozbawiony skrupułów twórca śmiercionośnych i okaleczających gazów bojowych.

Zwiedzałam Cmentarz Żydowski we Wrocławiu. Jest to obecnie muzeum, które bada i chroni przedwojenne grobowce mieszkańców Wrocławia, żydowskiego pochodzenia. Odkryłam grobowiec rodziców Fritza Habera - urodzonego w Breslau wybitnego chemika, który zdobył Nobla w tej dziedzinie. Wpisał się więc na jasne karty historii tego miasta. Niestety, jego późniejsze odkrycia doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi...To sprawiło, że jako laureat Nobla znalazł się w gronie 10 najbardziej kontrowersyjnych wyróżnionych.


zdj. z irc.adsl.kirov.ru

Ambitny naukowiec

Fritz przyszedł na świat w Breslau, w 1868 roku, w rodzinie szanowanych żydowskich kupców handlujących chemicznymi barwnikami do tkanin. Jego zainteresowania szły raczej w kierunku chemii niż handlu. Studiował w Breslau, Heidelbergu, Berlinie, Zurychu i Jenie. W latach 1898-1911 był profesorem chemii na Uniwersytecie  w Karlsruhe, a w latach 1911-1933 pracował w Instytucie Chemii Fizycznej w Berlinie.
W 1901 roku poślubił wybitną chemiczkę, Clarę Immerwahr. Była pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia uniwersyteckie i w dodatku obroniła doktorat na ówczesnym Uniwersytecie Wrocławskim. Trzy lata wcześniej niż doktorem została Maria Curie-Skłodowska na Sorbonie!

Fritz Haber zaczął imponująco - udało mu się dokonać wiekopomnej rzeczy. W latach 1905-1910 pracował nad syntezą azotu z amoniaku. Azot to cenny związek chemiczny, znajdujący się w powietrzu, niezbędny do wzrostu roślin i wszystkich organizmów żywych. Stał się on składnikiem produkowanych od 1913 roku nawozów sztucznych, co uratowało europejskie rolnictwo. Na początku XX w. prognozowano, że w latach 30. będzie panował wielki głód w Europie. Odkrycie Habera było na miarę Nobla, którego za tę syntezę właśnie otrzymał, w 1918 roku. Poza sławą i zaszczytami (stanął na czele Instytutu chemii fizykalnej im. Cesarza Wilhelma w Berlinie), naukowiec zarobił miliony. Nazywany był cudotwórcą, który robi "chleb z powietrza". I znów byłaby to piękna historia, gdyby ludzie nie ulegali tak łatwo pasjom, emocjom, ambicjom. 

Oddany obywatel
Fritz Haber potrzebował uznania w świecie nauki. Ponieważ jego żydowskie pochodzenie przeszkadzało mu w karierze w ówczesnych Niemczech, przeszedł na protestantyzm jeszcze przed pracą nad azotem. Dopiero wówczas kariera stała przed nim otworem. Czuł się przede wszystkim obywatelem Niemiec i chciał pracować dla dobra tego kraju.
Kiedy w czasie I wojny światowej armia zleciła mu prace nad wykorzystaniem chemii do działań bojowych, ochoczo wziął się do pracy. Uważał za swój patriotyczny obowiązek sporządzenie czegoś, co pozwoli Niemcom na szybkie zwycięstwo. Osobiście nadzorował użycie sporządzonej przez siebie  mieszanki oparów na polu bitwy - pod Ypres, na froncie francuskim w 1915. Zginęło 15 tysięcy żołnierzy.  Haber oglądał efekty zatrucia gazem (nazwanym później iperytem) i notował objawy u rannych. Skutki były przerażające. Tak bardzo, że jego żona Clara, zdruzgotana postawą męża, który naukę wprzągł w politykę i zbrodnię, popełniła samobójstwo. Zastrzeliła się ze służbowego pistoletu Habera tuz po jego awansie na stopień kapitana. Ta wspaniała kobieta, równie uzdolniona i wybitnego umysłu jak jej mąż Noblista, pokazała siłę charakteru i moralną postawę, której Fritz Haber nie potrafił dorównać.
Osobista tragedia nie powstrzymała go przed udaniem się następnego dnia na front, by znów obserwować reakcje na gaz bojowy.

Kontrowersyjny Noblista
Fritz Haber otrzymał w 1918 roku Nagrodę Nobla za syntezę azotu sprzed kilku lat. Werdykt Akademii Szwedzkiej wydano po zakończeniu I wojny światowej. Niebawem wyszło na jaw, że laureat ma na swoim koncie także śmiercionośną broń. Jurorzy zastanawiali się więc, czy nie odebrać przyznanej nagrody, ale sytuacja była bez precedensu, więc zostawiono sprawę.
Tymczasem Haber nadal współpracował z rządem, tym razem próbując wynaleźć coś skutecznego na wszy, pchły i inne insekty, dręczące żołnierzy.W latach 20. wraz z zespołem swoim opracował skuteczną truciznę, insektocyd o nazwie cyklon A.

Doktor Śmierć
Kiedy w 1933 władzę przejął Hitler, Haber zgłosił swoją chęć opracowania nowej broni dla Niemców. Dowiedział się jednak, że III Rzesza nie potrzebuje niczego od Żydów. Został nawet zwolniony z pracy w Instytucie. Popadł w depresję, w końcu został też zmuszony do opuszczenia Rzeszy - wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł w styczniu 1934 roku. 

Nie doczekał kolejnego zbrodniczego wykorzystania wyniku jego naukowej pracy - insektocydu o nazwie cyklon A, w obozach koncentracyjnych. Cyklon A ulepszono (uczynili to jego uczniowie) do wersji B - to był właśnie ten bezwonny, śmiertelnie szybki gaz, którym uśmiercono np. tysiące Żydów w Auschwitz. Co za ironia losu - Żyd przyłączył się do holokaustu. Jego wątpliwe dla ludzkości zasługi dały mu przydomek Doktor Śmierć...

Skandal współczesny
To nie koniec dramatycznej historii z Noblem w tle. Kilka lat temu, w 2005 r. dwujęzyczna szkoła w Oleśnie (woj. opolskie) chciała zmienić imię patrona. Patronem zostali "Nobliści śląscy". Jednak ktoś doszukał się w tym gronie Fritza Habera i zaczęła się awantura z władzami oświatowymi, które unieważniły uchwałę itd. Przepychanki i kłótnie trwały czas jakiś. Ostatecznie, szkoła nosi imię Jadwigi Śląskiej.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Główny inżynier III Rzeszy twórcą amerykańskich rakiet kosmicznych

Wernher von Braun, naukowiec i konstruktor rakiet balistycznych V1 i V2 produkowanych przez nazistów w czasie II wojny światowej, jest też twórcą rakiet, które pozwoliły Amerykanom wylądować na Księżycu. 20 lipca obchodzona była 50 rocznica tego niesamowitego lądowania. Niesamowita jest też historia bardzo kontrowersyjnego człowieka, który był autorem wielkiego kroku ludzkości w kosmos. Nazistowski zbrodniarz, czy wybitny wizjoner, który sięgnął gwiazd?

Życie i naukowe dokonania von Brauna są w równym stopniu spektakularne jak okrutne i niemoralne. Urodził się w 1912 r. w Wyrzysku (obecnie powiat pilski w Wielkopolsce), w arystokratycznej rodzinie (miał tytuł barona). Po 1920 r. mieszkaniec Berlina, kiedy Wyrzysk znalazł się w granicach odrodzonego państwa polskiego.

Dziecięca fascynacja kosmosem
Von Braun od najmłodszych lat interesował się astronomią i podróżami w kosmos. Podobno zainspirował go teleskop, który podarowała mu matka na 11 urodziny. Od tego czasu patrzył tylko w gwiazdy. Ludzie i wydarzenia na Ziemi były mu obojętne, koncentrował się na kosmosie. W wieku 15 lat został członkiem niemieckiego Towarzystwa Podróży Kosmicznych (VfR), które miało ścisłe kontakty naukowe z podobnym amerykańskim stowarzyszeniem.
Rozpoczął studia techniczne w Berlinie. W latach 30. XX w. został asystentem Hermana Obertha, swojego mentora, naukowca przekonanego o możliwościach odbywania lotów kosmicznych, konstruktora rakiet. Oberth w 1931 r. wystrzelił pod Berlinem pierwszą rakietę na paliwo ciekłe. Jego asystent i pilny uczeń doktoryzował się w 1934 r. pracą o napędzie rakietowym.

Pakt z diabłem
Nazistowskie Niemcy blokują działalność VfR, ponieważ cywile nie powinni eksperymentować z rakietami. Wernher musi wstąpić do armii, gdyż tylko w ten sposób będzie mógł kontynuować swoje badania. Zawiera pakt z diabłem. Jeszcze przed 1933 zostaje protegowanym Hitlera. Ma dla III Rzeszy skonstruować rakietę, oczywiście do celów militarnych, śmiercionośnych, a  nie dla podboju kosmosu. To akurat nie jest dla niego ważne, bardziej liczy się budżet, który ma na badania i swoboda działania. Nie obchodzą go przecież przyziemne cele, fascynują możliwości rozwoju techniki i nauki o aerodynamice.

Mityczne V1 i V2
Konstruuje kilka rakiet balistycznych, potem "słynną" V1. Następnie ją ulepsza do wersji V2. Nazwy na "V" to pomysł Goebbelsa, ministra propagandy III Rzeszy. V jest pierwszą literą niemieckiego słowa oznaczającego odwet.
V2 była produkowana masowo w tajnych podziemnych tunelach. Przy produkcji pracowały dziesiątki tysięcy jeńców i więźniów obozów koncentracyjnych w Dora i Buchenwaldzie. Warunki były straszne, tysiące więźniów umierały z wyczerpania, głodu, tortur. Von Braun podczas częstych inspekcji fabryki po prostu przeskakiwał przez martwe ciała, leżące w tunelach na każdym kroku...

Rakiety V2 nie dały nazistom upragnionej przewagi. Von Braun przeczuwał już zmiany sytuacji na frontach. Nie interesował go militarny cel poszukiwań. W 1944 r. stracił zaufanie Gestapo, mimo że był majorem SS - bo nie ukrywał swej chęci skupienia się na cywilnych zastosowaniach rakiet. Naziści podejrzewali go o chęć współpracy z aliantami. Został uwięziony, ale na krótko. Jest zbyt cenny dla Hitlera.
Na początku 1945 r. von Braun decyduje się nawiązać kontakt z Amerykanami, ale musi się ukrywać przed Gestapo - Hitler nie chce, by jego inżynierowie ze swoimi mądrymi projektami wpadli w ręce aliantów. Do kontaktu dochodzi w maju’45, kiedy główny konstruktor III Rzeszy i setka jego inżynierów poddają się 44. Dywizji Piechoty USA.

Cenna zdobycz Amerykanów
Dla Amerykanów konstruktor jest jeszcze cenniejszy, niż dla Hitlera. Obchodzą się z nim jak z jajkiem. W rezultacie von Braun ląduje w supertajnym więzieniu w stanie Wirginia, w którym przesłuchiwani byli podobni jemu naukowcy, specjalizujący się w aerodynamice i fizyce jądrowej.
Von Braun wyjawił wszystko na temat rakiet. W zamian Amerykanie zapominają, że to członek NSDAP i wysoki oficer SS. Proces w Norymberdze mu nie grozi.
Od 1946 pracował w bazach wojskowych rozwijając arsenał pocisków balistycznych. Czasy zimnej wojny to jego kariera jako dyrektora programu rakietowego w bazie w Alabamie. Kiedy w 1957 r. Rosjanie umieścili pierwszy sputnik na orbicie Ziemi, jego kariera przyspiesza. Odpowiedź Ameryki to "Explorer" na orbicie, dzieło m.in. von Brauna...
Nikt mu nie miał za złe jego wojennej przeszłości. Traktowany był jak ekspert, wybitny Amerykanin (otrzymał obywatelstwo, odznaczenia od Prezydenta USA, honory). Z Waltem Disneyem tworzył scenariusze filmów o podboju Kosmosu. Gwiazda mediów.
Tu jeszcze wygląda jak major SS...

Na Księżyc i jeszcze dalej!

W 1970 były SS-man został dyrektorem NASA, odpowiedzialnym za loty załogowe. Jego dziełem był Saturn V - rakieta, która pozwoliła m.in. Apollo 11 wylądować na Księżycu 20 lipca 1969 r. Spełniły się jego młodzieńcze marzenia. Miał ich więcej, następnym krokiem ludzkości w kosmos był lot na Marsa, zaplanowany na 1981 r.

A w Wikipedii prezentuje się jak typowy Amerykanin, prawda?
I byłaby to bardzo piękna historia, gdyby nie pewne „szczegóły". Na zdjęciach w europejskich gazetach, opisujących jego sukcesy rozpoznali go byli więźniowie, przymusowi robotnicy w tunelach fabryki V1 i V2. Pisali listy do redakcji, w których twierdzili, że von Braun osobiście wskazywał robotników do egzekucji, uważając ich za sabotażystów. Miał na sumieniu śmierć wielu ludzi.
Atmosfera zaczęła się zagęszczać wokół niego. W sumie nie wiadomo, czym by się to skończyło, może nawet jakimś procesem? Zmarł jednak na raka w 1977 r.

Z jednej strony rozumiem pasję, trwającą całe życie - chciał polecieć w kosmos i spełnił to marzenie, umożliwiając ludzkości pokonanie siły grawitacji. Łatwo się tłumaczyć wykonywaniem rozkazów itp. Nie zastanawiał się, gdzie spadają konstruowane przezeń rakiety. Z drugiej - nie do zaakceptowania jest ta zmiana munduru - z SS-mana na komandora (czy jakikolwiek to nie był stopień) US Army...

(przy pisaniu tekstu korzystałam z informacji zawartych w książce V. Chalmet "Diler Hitlera i inne nieznane postacie, które zmieniły bieg historii")





piątek, 19 lipca 2019

W Dzień Czerwonego Kapturka o niebieskim kapturku...

Z pozoru zabawne dziś święto, a więc okazja, by przypomnieć moje stare opowiadanie "Niebieski kapturek":

Niebieski kapturek

Czy na letnim obozie nad morzem będzie jak w bajce? Możliwe... Oby tylko nie pojawił się żaden wilk!

„Chyba będzie tu fajnie!” – pomyślałam, rozpakowując plecak. Jestem na obozie młodzieżowym, nad morzem. Pogoda jest miodzio. Popatrzyłam na Asię, miłą dziewczynę, poznaną w autobusie. Będzie spała na łóżku koło mnie. Oprócz nas na sali było jeszcze kilka innych dziewczyn, właśnie poznawałyśmy się ze sobą.
-   Dziewczyny! Wyciągajcie bikini! Zaraz idziemy na plażę! – do sali weszła nasza opiekunka grupy: – Szkoda pięknej pogody, za kwadrans czekam na was na placyku przed budynkiem. Weźcie kremy do opalania, ręczniki i coś na głowę! Ze słońcem nie ma żartów. Pogadamy sobie, poznamy się...

Gdy pojawiłyśmy się z Asią na placyku przed budynkiem, stało tam kilku chłopców. Czyżby nasza grupa była mieszana? Tak przypuszczam, bo kręciła się przy nich nasza opiekunka, rozmawiając z nimi. W każdym bądź razie wyglądało, że chłopcy idą z nami na plażę. Przyjrzałam się im bliżej. Było ich zaledwie 5-ciu, wszyscy raczej w moim wieku, więc... eee, nieciekawi!
-   Hej, hej, niebieski kapturku! Ponieść ci ręcznik, chciałem powiedzieć - koszyczek? – to chyba do mnie? Nikt inny w promieniu kilometra nie ma na głowie niebieskiego kapelusika, który założyłam, by chronić się przed słońcem... Spojrzałam najpierw na Asię potem na „zaczepiacza”. Jakiś nieduży chłoptaś w okularach. Właściwie to prawie... chłopczyk. Sięga mi zaledwie do ucha! Taki szczuplutki, wąs dopiero mu się pod nosem sypie, naprawdę chłopięcy chłopak. Żaden tam facet! Nie wygląda poza tym na amanta, ale pewnie wyobraża sobie, że nim jest, skoro tak śmiało zaczepia kobiety!
-   Dlaczego chcesz nieść mój koszyczek? – zapytałam matczynym głosem, jednocześnie mrugając porozumiewawczo do Asi.
-  Z tego co pamiętam, w bajce o „Czerwonym kapturku” wszyscy interesowali się jej koszyczkiem. No i samym kapturkiem... – powiedział „zaczepiacz”. W tym momencie nasza kawalkada ruszyła za opiekunką.
-   No a ty - kim się właściwie interesujesz? Koszyczkiem, czy mną?
-   Jasne, że tobą! Przecież lubię niebieskie kapturki!
-   Chyba cię ten młody podrywa – szepnęła mi na ucho Aśka, tłumiąc śmiech.
-   W takim razie kim jesteś w tej bajce? Wilkiem czy może... babcią?
-   A może leśniczym? – wtrąciła Aśka.
-   Leśniczym w pampersach! – powiedział to... jakiś nowy głos. Zrównał się z nami chłopak, którego nie widziałam na placyku. Prawdziwy facet, wysoki i barczysty... Ale dziwne ciarki mnie przeszły, gdy spojrzałam mu w oczy... Budził respekt, a nie sympatię, jak ten młody.
-   On jest leśniczym, a ja jestem wilkiem! – kontynuował nieznajomy. No to mamy komplet, nie babciu? – zwrócił się do Asi, trącając ją łokciem. Wcale nie było to sympatyczne. Ani śmieszne.
-   Grzela, daj spokój, to moje nowe znajome – powiedział poważnym głosem chłopczyk. Wyczułam napięcie w jego tonie. Natychmiast taki jakiś doroślejszy się zrobił, mina mu spoważniała i w ogóle. Jakby miał do czynienia z niebezpiecznym wężem.
-   Nie masz tu nic do gadania. Zmiataj, Pimpek! – burknął wąż.
-   Chwileczkę, dlaczego przerywasz nam rozmowę? – teraz ja się wtrąciłam, bo już nie wytrzymałam. O co tutaj chodzi? Chce się bić, czy co? Kretyńska sytuacja!
-   Ty się, kapturek, lepiej nie odzywaj, bo cię zjem! – pogroził duży. Ja się jednak nie przestraszyłam: - Wcale bym się nie zdziwiła, masz możliwości, biorąc pod uwagę twoje duże, żółte zębiska! – Oj, oj chyba za ostro poleciałam z tą przemową. Chłopak nagle umilkł, jakby stracił mowę. Patrzył na mnie wściekle, ale odwrócił się na pięcie i odszedł na koniec naszego pochodu. Nawet się za nim nie obejrzałam. Dochodziliśmy do plaży.
-   Udało ci się spacyfikować bossa, a raczej wilka, kapturku! – powiedział mój „zaczepiacz”. – Odważna jesteś jak nie wiem co! Jak chłopak prawie!
-   A co to za boss? – zapytała przytomnie Asia – czy piszą o nim w gazetach?
-   Taki jeden palant, znam go niestety, nie od dziś. Lubi rozróby i kręci ciemne interesy. Wydaje mu się, że jest mocny.
-   A jest? – zaciekawiłam się.
-   Dosyć. Przy nim zawsze kilku fanów. Są jak stado wilków...
-   Czy ty więc rzeczywiście jesteś samotnym leśniczym?
-   Jestem! No i teraz już nie samotnym, mam przecież niebieski kapturek... To ja, McGyver, który przy pomocy sznurówki i truskawki walczy z wilkami! – musiałam w duchu przyznać, że ten chłopaszek jest nietuzinkowy! W takim szczuplutkim ciele taki mocarny duch!
-   A jak McGyver ma na imię? – odważyła się zapytać Aśka.
-   Juliusz, proszę o uśmiech!
-   Przecież to ładne imię. Takie staro...polskie – powiedziałam, w ostatniej chwili gryząc się w język.
-   Chciałaś powiedzieć - staroświeckie?
-   Może troszkę. Można mówić do ciebie Julek, no nie? – teraz była okazja do wzajemnej prezentacji imion.

Akurat opiekunka wynalazła dla naszego stadka miejsce plażowego biwakowania. Julek rozłożył ręcznik tuż przy nas. Najwyraźniej nie będzie łatwo pozbyć się wielbiciela niebieskich kapturków... Boss trzymał się od nas z daleka, chociaż intuicyjnie czułam, że będzie próbował nas jeszcze zaczepić. Ten typ tak ma. Kiedy nasza opiekunka powiedziała wszystko, co młody człowiek na obozie wakacyjnym wiedzieć powinien, mogliśmy wpaść w morską kąpiel. Zdjęłam kapelusik, by mi nie przeszkadzał w pływaniu. We trójkę po prostu szaleliśmy w morzu. Julek wyczyniał zabawne sztuczki w wodzie, poza tym świetnie pływa. Było nam bardzo wesoło. Czułam się przy nim tak (i myślę, że Aśka czuła podobnie), jakbyśmy go znały od wieków. Albo jakby był naszym... rodzonym bratem! Kiedy śmiejąc się wróciliśmy na piasek i padliśmy na ręczniki zauważyłam zniknięcie mojego kapelusza.

-   Może wiatr ci porwał? – wymyślała Aśka.

-   Nie sądzę. Myślę, że ktoś go zabrał, specjalnie - snuł przypuszczenia Julek.

-   Wilk?

-   A któżby inny?

-   Chciałabym go odzyskać. To jedyny kapelusz jaki mam na to lipcowe słońce!

-   Myślę, że on go tak łatwo nie odda. Obraziłaś go. To wyjątkowo wredny typ... – straszył Julek.

-   To co mam zrobić, poskarżyć się opiekunce?

-   Oczywiście, że nie! Trzeba wymyślić jakiś plan, by go przechytrzyć i odebrać szybko kapelusz.

-   Może lepiej najpierw się upewnić, czy to on go zabrał? Bo i po co miałby to robić?

-   Żeby ci dokuczyć, to oczywiste!

-   To pójdę i zapytam, czy go ma i czego ode mnie chce – wymyśliłam plan na poczekaniu. Jakie to proste! Wstałam i poszłam szukać bossa. Nigdzie go jednak nie było, podobnie jak mojego kapelusza. Obaj zniknęli jak przysłowiowa kamfora! Popytałam kilka osób, które mogły go widzieć. Ktoś powiedział, że Mirek (chyba tak ten cały boss ma na imię) wrócił się do pokoju, bo zapomniał... kąpielówek. Nie namyślając się wiele i nie pytając nawet opiekunki o zgodę poszłam jego śladem. Nie przyszło mi do głowy poprosić Asię czy Julka o pomoc. Idąc przez sosnowy lasek, który rozciągał się tuż za wydmami myślałam, gdzie mam szukać bossa w budynku. Nagle ktoś wyskoczył zza drzewa i wykręcił mi rękę do tyłu. Wilk! I skąd się tu wziął? Chyba nie czekał właśnie na mnie? Niestety, z kieszeni dżinsów wyglądał wciśnięty tam mój niebieski kapelusik.

-   Zwariowałeś? Puszczaj!

-   No i mamy sytuację jak w bajce: las, niebieski kapturek chwilowo bez kapturka i wilk. Leśniczego ani widu, babcia smacznie śpi na plaży. I co teraz?

-   Co ty w ogóle wyczyniasz? - Szarpnęłam się, ale uchwyt był silny - Taki duży chłopak a bawi się w jakąś dziecinną bajkę? – chciałam zyskać na czasie. Nie spodziewałam się pomocy, tu w ogóle nie szedł teraz żaden człowiek!

-   Tak, taki duży chłopak z dużymi, żółtymi zębami... – wysyczał mi do ucha. Chyba rzeczywiście nadepnęłam mu na... dumę! – No i jak teraz wyglądasz, kto ci pomoże, gdzie twój leśniczy niebieski kapturku?

-   To jakaś paranoja, nie mam zamiaru się z tobą w to bawić! Trzymaj się z daleka ode mnie! Co za dziecinada, zabrałeś mi kapelusz, żeby mi dokuczyć? Ludzie, czy ja jestem w przedszkolu?

-   Jeśli przedszkolem jest to, że wykręcam ci rękę...

-   No to po co mi ją wykręcasz? Widzę cię pierwszy raz w życiu i czym ci podpadłam?

-   Podobasz mi się i będziesz robiła to, co ja chcę!

-   Niedoczekanie! To jakieś „końskie zaloty”? Pierwszy raz widzę, że szarpie się dziewczynę, która się podoba, zamiast zaprosić ja na lody albo umówić z nią na randkę!

-   Na randkę to niech się z tobą umawia ten mały!

-   A pewnie, że się z nim umówię! Jest bardzo miły, zabawny i inteligentny.

-   I tak oberwie, należy mu się! Mam z nim swoje porachunki. – uścisk Bossa wreszcie zelżał. Widocznie trudno się dyskutuje w takiej pozycji, gdy trzeba dziewczynie wykręcać rękę. Cholerny damski bokser. Miałam go serdecznie dosyć. Z oddali zamajaczyły mi sylwetki Asi i Julka. Co za szczęście! Chyba mnie szukali…

-   Oddaj mi kapelusz i już. Nie mam zamiaru psuć sobie wakacji jakimiś niedorzecznymi potyczkami z tobą. Przyjechałam tu odpocząć i miło spędzić czas, a nie wdawać się w kłótnie. Jak szukasz ofiary, to zmień rewir. A tak w ogóle to wystrzel się w Kosmos!

-   Nie bądź taka ostra, bo pożałujesz!

-   Grozisz mi?

-   Nie, podrywam! – z tymi słowami oddalił się, zanim para moich przyjaciół do mnie dotarła.

-   Dlaczego poszłaś gdzieś sama? – dopytywał się Julek. – Nie możesz ruszać się beze mnie! Widzisz, że to niebezpieczne.

-   No widzę, widzę – musiałam przyznać mu rację. Nachalne zaloty bossa stają się nieprzyjemne. I nie oddał mi w końcu kapelusza! Ucieszyłam się, że Julek będzie mnie pilnował. Przy nim czuję się bezpiecznie i tak jakoś milutko... Z bossem to dopiero początek kłopotów. Warto mieć Julka przy sobie, na pewno jeszcze urośnie... Najważniejsze, że facetem jest i basta. Bo „mężczyzna to nie wygląd, to charakter!”


A zupełnie na poważnie o tej przerażającej bajce napisałam tu:
psychoanaliza Czerwonego Kapturka

wtorek, 9 lipca 2019

Całkiem fajne Goerlitz


Goerlitz to małe niemieckie miasto, podzielone na dwie części. Zachodnia nosi nazwę z umlautem, a po wschodniej stronie rzeki (Nysy Łużyckiej) nazywa się Zgorzelcem. Śmiesznie?

W zamierzchłych czasach, przed 20 laty, w mieście przebiegała granica państwa, stały posterunki, celnicy i szlabany. Kiedy jeździło się samochodem "za granicę" trzeba było przemierzyć zapyziały Zgorzelec i poczekać w kolejce do niemieckich celników. Potem gaz do dechy i... kto by tam jakieś Goerlitz oglądał, trzeba było pędzić w piękny świat. Dziś można swobodnie przejść mostem na Nysie Łużyckiej, by za wszelkie przyjemności płacić euro. Podobnie, obywatele niemieccy przybywają na zgorzelecką stronę miasta, by popróbować polskich specjałów. Od 1998 r. oba miasta uważają się za jeden organizm miejski: Europa-Miasto Görlitz-Zgorzelec.

Nawet parę lat temu, gdy naszym celem był weekend w Dreźnie, nie poświeciliśmy na Goerlitz nawet godzinki - ot, miasto graniczne, co w nim być może ciekawego? Coś tam słyszałam, że pustoszeje, że nie ma w nim ludzi, że je remontują i że tanio mieszkanie można kupić. Nie interesowało mnie to jednak.
Jakiś czas temu poznałam młodą przedsiębiorczą dziewczynę, która opowiedziała mi o swoim hobby - wypadach weekendowych do Goerlitz. 
- A co tam ciekawego? - spytałam. W odpowiedzi otrzymałam opisy miejsca naszpikowanego zabytkami, historią.

Dwie siostry, wcale  nie bliźniacze...
Miasto podzielone jest rzeką (Nysa Łużycka) na dwie części, które znacznie się między sobą różnią. 

Widok na polską stronę i słynny most, który łączy, nie dzieli
Niemiecka część, Goerlitz, jest znacznie, znacznie piękniejsza. Podobno jest to zasługą zbiegu historycznych okoliczności, bowiem Goerlitz w ogóle nie było zniszczone w czasie działań wojennych. Jest to tym dziwniejsze, że polska część – Zgorzelec – zdecydowanie ucierpiała. Za to sława nienaruszonej struktury wielowiekowego miasta sprawiła, że do Goerlitz przyjeżdżają ekipy filmowe z całego świata, głównie z Hollywood, by tu kręcić filmy! Był wśród nich m.in. Q. Tarantino. Görliwood stało się żartobliwą nazwą miasta, w którym zrealizowano kilkadziesiąt filmów. Można je zwiedzać także i w ten sposób - szlakiem filmowców.



Trochę pusto poza śródmieściem
Przyjechaliśmy do Goerlitz autostradą  A4 i nawigacja doprowadziła nas w okolice dworca głównego. Zaparkowaliśmy przy ulicy dworcowej, ale zamiast skierować się w stronę wspomnianego dworca, nota bene zabytkowego, poszliśmy w drugą i skręciliśmy w ulicę biegnącą równolegle do „dworcowej”. Było to urokliwa część miasta, większość domów odnowionych, pieczołowicie odrestaurowanych. Jednak uderzyła nas dziwna pustka. Samochody stały wprawdzie pod domami, nie widać jednak było sklepów ani przechodniów. Później się okazało, że trochę od tyłu Goerlitz zdobywaliśmy i zanim doszliśmy do górnego Rynku, zrobiliśmy parę kilometrów. 

Miasto-muzeum
W mieście jest 4000 zabytków (a niespełna 50 000 mieszkańców…), z różnych epok. Zobaczyć tu można arcydzieła architektury gotyckiej, renesansowej, barokowej, secesyjnej. Budynki zachwycają bogato zdobionymi fasadami, sklepieniami oraz freskami na sufitach. Nigdzie w Niemczech nie ma podobnie odrestaurowanego miasta. Legenda głosi, że w latach 1995-2016, zawsze na początku nowego roku pojawiało się w kasie miasta pół miliona euro od tajemniczego darczyńcy, który zobowiązał władze Goerlitz do spożytkowania tej darowizny na renowację kamieniczek. Władze miasta skrupulatnie wypełniały wolę ofiarodawcy, dzięki temu Goerlitz jest prawie w pełni zrewitalizowanym miastem. 

W trzecią niedzielę września są dni otwartych muzealnych drzwi. Można wtedy zwiedzać miejsca, które na co dzień nie są dostępne dla turystów. Z kolei największe święto w regionie to Altstadtfest Görlitz, organizowane w ostatni weekend sierpnia.
W informacji turystycznej można się zaopatrzyć w mapkę atrakcji, ale przy takim „załadowaniu” zabytków sensowniej jest włóczyć się uliczkami i podziwiać, zaglądać w podwórka – wszystkie przepiękne. Osobliwością Goerlitz są dwa rynki – dolny i górny (Untermarkt i Obermarkt), połączone pięknym traktem. Oba ciekawe, aczkolwiek piękniejszy jest ten dolny, przy którym stoją… dwa ratusze oraz renesansowe i barokowe kamienice, waga miejska oraz fontanna Neptuna.



Zajazdy dla kupców
Kolejną osobliwością miasta są tzw. domy halowe bogatych kupców (głównie handlowano tu suknem). Görlitz ulokowane jest przy starodawnym szlaku handlowym Via Regia, który prowadził z Kijowa do Santiago de Compostela, a który Rada Europy podniosła do rangi szlaku kulturowego. Kamienice należące do kupców, którzy prowadzili handel z odległymi krajami, spełniały jednocześnie kilka funkcji: były  mieszkaniami, sklepami, magazynami i hostelami dla podróżujących kupców z innych stron.  To prawdziwe domy handlowe, z własnym placem targowym, browarem. Nazwa domów halowych bierze się od przestronnej bramy z przejazdem na dziedziniec i szerokich schodów prowadzących do ogromnej hali centralnej.

Wieże i zegary, oraz unikalne organy
Görlitz to także miasto wież. Większość z nich stanowiła część fortyfikacji miejskich. Do zwiedzania udostępnionych jest pięć z nich, na pewno warto wdrapać się choć na jedną. Na wieżach często znajdują się zegary. Niektóre to majstersztyk zegarmistrzostwa.


Słyszeliście kiedykolwiek organy… słoneczne? Pewnie nie, udajcie się zatem do kościoła Piotra i Pawła w Goerlitz, które posiadają takie właśnie, unikalne organy słoneczne, imitujące m.in. głosy ptaków. Warto poczekać na koncert!

Ach, a z pamiątek przywiozłam... musztardę o smaku kawy espresso. Jeszcze nie próbowałam, ale w sklepie musztardowym było chyba blisko 100 smaków tego specjału. Szaleństwo!





poniedziałek, 8 lipca 2019

Głodnemu chleb na myśli...

W sobotę mieliśmy gości - miłe spotkanie towarzyskie w okolicznościach ogrodowych, obficie podlewane pysznym winem. 
Następnego dnia byliśmy z Andrzejkiem na małej wycieczce, bo oglądamy domy do kupienia poza Wrocławiem. Zwiedzamy jeden z domów, gdy gospodarz, chcąc okazać się gościnnym pyta uprzejmie:
- Może się państwo czegoś napiją?
Ja (bez namysłu):
- Nie, dziękuję, jesteśmy samochodem, nie możemy...
Konsternacja gospodarza, jego żony oraz dwojga towarzyszących nam pośredników nieruchomości, wreszcie Andrzej ze śmiechem:
- Kotku, ale pan pyta czy chcesz wody...

Głodnemu chleb na myśli, ale na kacu przecież nie byłam!


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Wyprawiam rano podróżnika do Warszawy. Temperatura się znacznie obniżyła, o 6.00 jest 12 C, więc radzę:
- Weź kurtkę i może czapkę, bo chyba cały tydzień ma być chłodny.
- Tak, i narty jeszcze wezmę!

środa, 3 lipca 2019

Podróże kształcą, czyli jak odkryłam malarstwo Otto Muellera

Kilka dni temu złapałam gumę w oponie rowerowej w czasie dojazdu do pracy. Nota bene stało się to pod gmachem Biblioteki Uniwersyteckiej, która jest ulubionym miejscem dla młodych ludzi (niekoniecznie studentów) do nocnej lektury broszur i ksiąg opasłych różnych. Stąd tak wiele tam tłuczonego szkła, które tnie opony rowerzystom...

Przeprowadziłam rower do najbliższego roweroparkingu, czyli pod wejście główne do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Mając nadzieję na monitoring tego kulturalnego obszaru pojawiłam się dopiero po dwóch dniach, z moim domowym mechanikiem "złotą rączką". Przyjechaliśmy samochodem po bezużyteczny chwilowo rower.

Bagażnik sedana nie nadaje się do przewożenia rowerów, więc mój mechanik zmuszony był poodkręcać to i owo. Za pomocą zabranych z domu 20-tu tysięcy kluczy próbował pozbawić rower koła, kierownicy, koszyka na bagażniku, hamulców. Wysiłki były dość daremne, bo pomimo różnorodności narzędzi, rozmiarem żadne nie pasowało. Kiedy więc on się męczył, ja z bezczynności rozglądałam się dookoła. Moje oko padło na plakat rozwieszony na fasadzie muzeum, zapowiadający wystawę, o takiej treści: Mentor. Malarz. Mag - Otto Mueller. Był też fragment obrazu na tym plakacie - nagie kobiece sylwetki, miękka kreska jak u Modiglianiego.

Dygresja na temat talentów
Rozwiązałam kilka lat temu test Gallupa i wiem, że moim talentem numer 2 w top 5 talentów jest tzw. Input. To  talent polegający na kolekcjonowaniu różnych rzeczy - przedmiotów, wspomnień, ale też - jak w moim przypadku - wiadomości z różnych, nawet odległych dziedzin. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy się mogą przydać. Mój mózg robi to absolutnie automatycznie i bez wysiłku.

Wracam do roweru
Kiedy więc Andrzej męczył się ze śrubami, w mojej głowie odbywała się potężna transmisja danych, bo fragment obrazu na plakacie był mi znajomy, coś mi przypomniał. Nazwisko malarza mówiło mi mniej, ale wystarczyły 3 sekundy, by powiązać fakty. Kiedyś pisałam o nim na blogu, na pewno w związku z wycieczką w okolice Lubawki. Błyskawicznie przypomniałam sobie tytuł tego posta.
Mój rower nie miał już koła i hamulców, mechanik męczył się z wciśnięciem go do bagaznika, znikając w nim do połowy tułowia, a ja opowiadałam mu o malarzu, bo miałam w telefonie otwartą stronę na poście Otto Mueller
Oczywiście, że pisałam o Otto Muellerze, bo urodził się w Lubawce, którą wtedy zwiedzaliśmy, kształcił w Dreźnie i Monachium, a później był przez lata profesorem na breslauerskiej Akademii Sztuk Pięknych i Rzemiosł Artystycznych. Wielki ekscentryk (stąd ten Mag w tytule wystawy), mentor, bo wywarł głęboki wpływ na swoich uczniów, a jego ekspresjonistyczne dzieła zostały później zakazane w faszystowskich Niemczech jako obsceniczne. Zmarł w 1930 w Obornikach Śl. i jemu właśnie, jako wybitnemu niemieckiemu ekspresjoniście i Wrocławianinowi poświęcona jest wystawa w muzeum, a obrazy przywędrowały z muzeum berlińskiego.

Pamiętam, że pisząc o Lubawce i okolicach tamtego weekendowego, miłego wypadu zwróciłam uwagę na sławnego mieszkańca Lubawki i nawet wysunęłam hipotezę, że cudne pejzaże mogły mieć wpływ na jego twórczość, bo malował przede wszystkim nagie kobiety na łonie natury, fascynowała go cygańska uroda i kultura.

W taki więc sposób przed laty sama odkryłam wybitnego malarza, i to przez przypadek. Mój talent do kolekcjonowania informacji kazał mi wtedy, gdy pisałam posta z wypadu do Lubawki pogrzebać głębiej i zamieścić garść ciekawostek, a nie tylko samych zdjęć tej okolicy. W tym zdarzeniu z rowerem muszę jednak przyznać, że zadziwiłam samą siebie. Post był z 2014 roku. Możecie go przeczytać klikając link powyżej lub w Polecany post po prawej stronie.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Adios sparagos!

Podobno jutro w całej Europie kończy się sezon szparagowy. Wiem od koleżanki, która przed laty zbierała szparagi w Niemczech, to się zna.

Na naszych podwrocławskich polach szparagowych, sezon również się kończy. Powiedziała mi to pani sprzedająca szparagi prosto z pola w budce za Wrocławiem, którą często  w sezonie odwiedzam. 

Pożegnaliśmy więc dziś bardzo serdecznie ulubioną potrawę maja i czerwca, także w wersji ogrodowej, z niezastąpionym (naszym zdaniem) winem do białych szparagów nabywanym w niezawodnym w tej materii Aldi’m. Machnęłam nawet kilka słoików szparagów w zalewie octowo-miodowej według przepisu pani, u której w Strzegomianach nabywaliśmy je drogą kupna, świeżuteńkie. 

Adios sparagos, do zjedzenia za rok!



Zafisiowanie świętojańskie


Szczyt zafisiowania świętojańskiego: wybrać się o 20.00 na przełęcz w Tąpadłach, wejść na Ślężę po zachodzie słońca - i to bez wsparcia napojów fermentowanych, pożreć na szczycie przynajmniej  kilogram czereśni zagryzając bułką z mortadelą, zejść nocą z latarkami licząc po drodze robaczki świętojańskie (baja, do zobaczenia tylko w tej okolicy) i upajać się wonią kwitnącego jeszcze jaśminu (nadal bez napojów fermentowanych). 
Zakończyć aktywność o 2.00 w nocy. Noce de San Juan przed Noce de San Juan!


Ognisko bez ognia

Trójca zdobywców

Po zachodzie...

Ślężański miś


wtorek, 18 czerwca 2019

Szczyt zafisiowania motoryzacyjnego

Wjechać na rowerze do galerii handlowej wjazdem dla samochodów, pokonać dwa ślimaki w górę (Dominikańska) i ocknąć się przy szlabanie poboru biletu, bo szlaban uparcie nie chciał go wydać...


sobota, 15 czerwca 2019

Księżycowa twarz

Od 3 dni biorę lek (zewnętrzny), który w skutkach ubocznych ma wypisaną w ulotce "księżycową twarz". Domyślam się tylko, o co chodzi, bo gdy wpisałam hasło w googlach wypadała nienaturalnie opuchnięta twarz Ewy Minge...

Co rano z niepokojem przyglądam się więc sobie w lustrze. Oczywiście już na drugi dzień po przeczytaniu ulotki wydawało mi się, że moja twarz stała się okrąglejsza niż zwykle, no ale szukałam potwierdzenia u otoczenia.
Otoczenie nie widziało mnie 4 dni, więc było dobrym elementem porównawczym. Pytam więc z drżeniem serca Andrzeja, czy nie zauważył jakiejś zmiany na moim obliczu.
- Jakiej zmiany? - konkretyzuje.
- No, czy nie mam czasami księżycowej twarzy? - dociekam.
- Wyglądasz wprawdzie nie z tej ziemi, ale czy akurat z księżyca jesteś - to ja nie wiem!




piątek, 14 czerwca 2019

Pająkożerca

Wchodzę wieczorem do kuchni, a tam na ścianie pająk wielki jak hipopotam. Mam umiarkowaną arachnofobię - tzn. nie lubię tych stworzonek, zwłaszcza kiedy np. chcą ze mną wziąć kąpiel w wannie (kto by nie chciał?), ale nie wrzeszczę na ich widok i nie duszę się w ataku paniki. Po prostu wiem, że w moim 80-letnim domu mieszkają pająki, a nawet nietoperze, więc walczyć z tymi sublokatorami sensu żadnego nie ma. 

Ponieważ mojego domowego spider bustera nie było w domu, musiałam sobie sama radzić. Spider buster zazwyczaj łapie pająki w dłoń i wyprowadza na spacer poza balkon lub uczy pływać w sedesie. Ponieważ nie mogłam skorzystać z tej pomocnej męskiej dłoni, przypomniałam sobie sposób koleżanki, wielkiej arachnofobki, która pająki łapie do słoika. Wzięłam pusty słoik po musztardzie francuskiej (zdarzenie będzie miało kulinarne konotacje), wdrapałam się na taboret i zapolowałam na bestię. Nie pytajcie, jak poluje się słoikiem po musztardzie na hipopotama, może po prostu on ma elastyczne ciało??? Albo jako astygmatyczka inaczej postrzegam rozmiary (co ma zaletę przed lustrem w łazience - sylfida jestem, chociaż waga łazienkowa twierdzi coś innego, kłamczuszka).

Pierwsze podejście było nieudane, bo to szczwany pająk był, i wystrzelił ze słoika zanim zdążyłam nałożyć pokrywkę. Proszę dzieci o niekontynuowanie lektury, bo opis dalszej walki będzie drastyczny. Udało się zamknąć go w słoiku przy drugim podejściu.
Obejrzałam bestię - jak na hipopotama miał dość zgrabne nogi w paski. Miotał się bidulek strasznie po tym słoiku, więc postanowiłam go wyprowadzić poza taras, ale przedtem udzieliłam pająkowi pouczenia. Głosem poważnym i surowym obiecałam mu wolność, pod warunkiem, że więcej go w domu nie zobaczę. Poinformowałam, że w kuchni nic smacznego dla niego i tak nie było i żeby poszukał sobie lepszego lokum. Po czym wyrzuciłam go ze słoika w księżycową noc, myślę, że się  gdzieś zahaczył...
Dumna z siebie piszę przed północą sms do spider bustera, który szykuje się do snu 360 km ode
mnie: „ale złapałam w kuchni pająka do słoika. Wielki”. Na co błyskawicznie dostaję lakoniczną odpowiedź: „Ok. Zjemy jak przyjadę”.



środa, 12 czerwca 2019

Mark Twain - "tylko jedno cygaro dziennie"

To ciekawe, że pisarz, który przybrał pseudonim znaczący dosłownie: "oznacz dwa" - chciał ograniczyć się do jednego cygara dziennie...

Ale nie dajmy się zwieść. W książce o tematyce naszych zachowań dotyczących finansów, pieniędzy i domowej ekonomii znalazłam ciekawą anegdotkę o Marku Twainie i jego niepohamowanej miłości do cygar. Jak twierdzi Dan Ariely w książce "Grosz do grosza", Twain kreatywnie manipulował własnymi regułami. Kiedy bowiem postanowił ograniczyć się do tylko jednego cygara dziennie, to zaczął kupować je coraz większe. Aż pewnego dnia sprawił sobie tak wielkie cygaro, że "mógłby się nim podpierać jak laską"!
Wcale mnie to nie dziwi, bo gdzieś indziej znalazłam słynne powiedzenie pisarza: 
"Jeśli w niebie nie będę mógł palić cygar, moja noga tam nie postanie."  
No i jeszcze takie cygarowe perełki:
"Z zasady nigdy nie palę więcej niż jedno cygaro na raz." (Mark Twain w dniu swych 17. urodzin, na prośbę, by ograniczył ilość wypalanych cygar.) 
I z czasów doroślejszych: "Palę z umiarem. Na daną okazję tylko jedno cygaro." 
A oto jego refleksja, pomocna mi bardzo, odkąd jestem doradcą klienta w Old Havanie: "Wokół tytoniu narosło wiele przesądów. Pierwszym z nich jest przekonanie, że materią tą rządzą jakieś normy, podczas gdy nic podobnego nie istnieje. Dla palacza jedynym standardem są jego własne upodobania, i tylko im może się poddawać. Nawet kongres wszystkich miłośników tytoniu na świecie nie potrafiłby ustalić żadnych norm wiążących mnie lub ciebie, nie mógłby mieć na nas wpływu." Mark Twain „Concerning Tobacco”, 1893 r. 

No i jak Wam się podoba ten cigar aficionado? Znalezienie zdjęcia z cygarem było dość trudne... Więcej Marka Twaina z fajką. Nie rozumiem...





poniedziałek, 10 czerwca 2019

A, jak aficionado - pułkownik Hannibal z Drużyny A!

Serial "Drużyna A" opowiada(ł) w komediowy sposób o niezbyt legalnych akcjach byłych amerykańskich komandosów w Wietnamie, oskarżonych o napad na bank w Hanoi i z ukrycia próbujących oczyścić się z zarzutów. Cała czwórka to niezły mix indywiduum, którymi dowodzi pułkownik o ksywce "Hannibal".

Amerykański serial z lat 80. XX wieku stał się absolutnie kultowy, ale jego wersja kinowa sprzed paru lat, z Liam'em Nessonem w roli Hannibala okazała się dużym niewypałem. Nic dziwnego, wszak drużyna A jest tylko jedna, pozostałe to wersje Beta...


Bardzo lubiłam ten serial, wyświetlany w Polsce po raz pierwszy w latach 90.  Pomimo wartkiej akcji, pościgów, wybuchów i standardowych "efektów ubocznych" działań komandosów, krew się tu nie lała zbyt często, a członkowie drużyny wychodzili z wszelkich akcji bez szwanku. Serial szybko zdobył popularność, a muzyczna czołówka weszła na stałe do kanonu - najbardziej rozpoznawalnych. Podobnie jak samochody drużyny - Corvetta Buźki czy czarny Van GMC. 
No i te osobowości! Kultowe były sprzeczki między neurotycznym i całkowicie stukniętym pilotem, kapitanem Murdockiem, a sierżantem Baracusem - obwieszonym biżuterią atletą z irokezem na głowie, który... bał się latać. Buźka, najprzystojniejszy z nich działał tam, gdy trzeba było uwieść kobietę, przemieszczał się piękną Corvettą i miał zniewalający moje serce - uśmiech.
Wszelkie plany, strategie drużyny obmyślał natomiast pułkownik Hannibal (w tej roli George Peppard jr, znany wcześniej ze "Śniadania u Tiffanyego") - mózg wszystkich akcji, aczkolwiek nie zawsze realizowanych przez krnąbrnych podwładnych tak, jak zaplanował. Jego główna broń, oprócz mózgu skrywanego pod siwą czupryną, to skórzane rękawiczki i... potężne cygaro w rozciągniętych w uśmiechu ustach. Często przebierał się za kogoś innego - to też był element jego strategii. Dużo starszy od swoich podwładnych, patrzy na nich z ojcowską pobłażliwością. Niestety, nie wiem, jakie palił cygara...



piątek, 7 czerwca 2019

Na tropie aficionado 3 - roztargniony Colombo

Kiedyś to były seriale! Oglądałam głównie kryminalne: „Świętego” z Rogerem Moore, Arsena Lupin, Randalla i ducha Hopkirka (ktoś to jeszcze pamięta oprócz mnie?), Remingtona Steel, no i, oczywiście, Colombo.

To kolejny aficionado, aczkolwiek postać serialowa, nierzeczywista, za to stworzona przez scenarzystów w sposób soczysty, konsekwentny, z nawykami i innymi detalami. Przede wszystkim genialnie odtwarzana przez Petera Falka.
Colombo to serial z gatunku „odwróconego kryminału”, czyli o tym, kto zabił, dowiadujemy się na początku odcinka. Potem obserwujemy jak porucznik dochodzi do rozwikłania zagadki i kibicujemy jego, hm, niestandardowym metodom. Morderstwa dzieją się zazwyczaj w wyższych sferach - finansowych, politycznych, celebryckich. Porucznik Colombo, ubrany w straszliwie pomięty prochowiec, uzbrojony jedynie w tanie cygaro (nie nosi broni) budzi w tym środowisku zazwyczaj politowanie. Jego sposób bycia usypia czujność mordercy - wydaje się tak nieporadny, że nie traktują go jak godnego siebie przeciwnika i zazwyczaj z tego powodu popełniają błędy.
Colombo zawsze podkreśla swoją niższość - np. że nie stać go na dobre cygara i dlatego nigdy nie przepuszcza okazji, by poczęstować się  habanosem u jakiegoś milionera lub polityka. Aficionado z niego najgorliwszy. Cygaro zdecydowanie pomaga mu zebrać myśli, zaplanować podstęp i odkryć zabójcę...