poniedziałek, 26 lipca 2021

Homo ludens, czyli niech żyje fun!

Zawsze lubiłam się bawić, ale mam wrażenie, że z wiekiem to nie zanika - przeciwnie, bardzo się u mnie nasila...

Zamiast stateczności, rozważności, przewidywalności, stabilności, mądrości, nudności, sztywności, konserwatywności, zachowawczości, smutku wiekowości - bujnie rozwija się mój pęd do zabawy, umiłowanie szaleństwa, przygody, aktywności wszelakich, szukanie towarzystwa i zaskakiwanie nieprzewidywalnością.

Do takiego wniosku (tzn. o tym nasileniu...) doszłam po tym weekendzie. Namalowawszy dwa nowe obrazy natychmiast zrobiłam ich wernisaż, czyli zakupiłam dużo musującego wina i zaprosiłam gości. Niech żyje fun! 

Teraz, po wernisażu, tak prezentują się na ścianie w domu letniskowym, gdzie króluje tematyka (obrazów), związana z wodą (bo dom nad jeziorem):



Tu ten po lewej to obraz artystki, który odziedziczyłam po poprzedniej właścicielce domu. Też ciekawa technika, malowany woskiem. Mój, z prawej, to ten pouringowy...

No i jeszcze rzut oka na poprzednie obrazy, które już też zdążyłam wernisażować :-)



wtorek, 20 lipca 2021

Pouring, czyli jak zostałam artystką. Samozwańczą.

Wczoraj, w poniedziałek  (bo najlepsze rzeczy zaczynają się w poniedziałki, Wszechmocny to wie!) wzięłam się do pracy tfu-rczej. Najpierw uszyłam sobie nieprzemakalny mundurek z dwóch worków na śmieci, bo praca artystki wielce brudząca jest.


Zainspirowana przez facebookową koleżankę nabyłam drogą kupna pewną ilość farb akrylowych do malowania wiekopomnych dzieł techniką pouringu.

Drugą, równie potężną inspiracją była facebookowa strona Wino-Grono.art i ich akcje malowania przy winie w różnych publicznych miejscach, w różnych miastach. W sierpniu ma się taka impreza odbyć we wrocławskiej Hali Stulecia i już-już gotowa byłam zakupić bilet wstępu na plener malarski z nieograniczoną ilością wina, gdy puknęłam się w głowę. Plener mam we własnym ogrodzie, o winie w ilościach hurtowych, nie mówiąc. Po co mi bilety i czekanie do sierpnia? Malowanie przy winie to ja sobie mogę robić nawet trzy razy dziennie, bezkosztowo...

Zeszłam zatem do ogrodu z pustym podobraziem pod pachą i z kieliszkiem wina domowego mężowskiej produkcji. W dodatku winnica, z której to wino pochodzi również znajduje się w ogrodzie. Będzie więc malowanie przy winie w kilku kontekstach. Oto, co mi wyszło:



Trochę sobie utrudniłam ten "pierwszy raz". Podobrazie było duże do obracania nim, farby za gęste - płynąć i zalewać obraz nie bardzo chciały. Powstało coś mało pouringowego, ale to mój pierwszy krok.
Kolejnego dnia, dzisiaj, stworzyłam już dzieło dużo mniejszego formatu, za to mocno pouringowe:



Wyszedł mi piękny portret mojej najstarszej złotej rybki w oczku wodnym - Wandziuni. Na zdjęciu poniżej ją widać, oczywiście ta z białym paskiem to Łaciata, Wandziunia jest cała pomarańczowa...


Jeśli ktoś chciałby się dołączyć, to zapraszam na plener malarski przy winie! Nie pobieram opłat za wstęp i degustację 🙂 Technika dowolna! Piszcie w komentarzach.

niedziela, 11 lipca 2021

Wschowa - przed Wolsztynem niech się... schowa!

Pognało mnie turystycznie do dwóch miasteczek. Oba położone są w różnych województwach, a pomiędzy nimi znajduje się nasz dom letniskowy...

W drodze do naszego raju nr 2 zazwyczaj mijamy Wschowę. Zawsze w pośpiechu, bo inne cele mamy, ale zawsze spoglądam na mijane z dala od centrum - przepyszne wille. Zwłaszcza jedna, z drewnianym balkonem, rzeźbionym misternie, przypomina mi jakieś arabskie klimaty... Kiedy więc ostatnio wieźliśmy miłych gości do raju, postanowiłam zatrzymać się we Wschowie i dokładniej obejrzeć to miasto. Tym bardziej, że poszukując informacji o jej historii natknęłam się na określenia: królewskie miasto, druga stolica Polski itp. Zaintrygowana postanowiłam poprowadzić mini-wycieczkę. 

Ważny fakt w przeszłości tego miasta miał miejsce w 1343 r., kiedy to król Kazimierz Wielki najpierw zdobył miasto, a potem włączył Wschowę do Polski. Nadał miastu wiele prawdziwie królewskich przywilejów, nawet zaczął budować tutaj zamek. Wschowa musiała go czymś oczarować, bo w 1365 r. wziął tu ślub z kolejną swoją żoną - Jadwigą Żagańską. Oboje (tak myślę) widnieją na tarczy umieszczonej na wschowskim ratuszu:

(jak się później okazało, to jednak moment koronacji Matki Boskiej jest i krzyż Jagiellonów, ale już się przywiązałam do swojej hipotezy, więc ją zostawiam... Swoją droga warto przypomnieć niemiecką nazwę Wschowy: Frauenstadt, czyli miasto Pani (naszej Pani, rozumie się).

Sam ratusz to budowla neogotycka z 1862 r. autorstwa berlińskiego architekta Augusta Stulera, która ma bogatą przeszłość. Siedziba władz miejskich znajdowała się tu już dawno, najpewniej w 1435 r. W XVI w. Wschowa stała się noclegownią saskich królów Augusta II i Augusta III, wędrujących między Warszawą a Dreznem. Dzięki ich częstym wizytom, Wschowa była w saskich czasach jakby nieoficjalną stolicą Polski. W tut. ratuszu odbywały się nawet posiedzenia ówczesnego senatu. Po II rozbiorze Polski Wschowa znalazła się w granicach Prus. Do Polski wróciła dopiero po II wojnie światowej. 

Sądząc po ocalałych wspaniałych willach, zdaje mi się, że miasto nie ucierpiało zbytnio w czasie działań wojennych. Znalazłam też w sieci fotografię tej podziwianej przeze mnie, arabskiej w stylu willi. Oto willa Michel. Prawda, że śliczna? Nic jednak, niestety, nie wiem o jej przeszłości...

Moja ulubiona willa Michel - zdj. z polska-org.pl

Ciekawe, że na listę zabytków naszego narodowego dziedzictwa kulturowego wpisane jest "miasto Wschowa". A bardziej szczegółowa lista zabytków jest dość długa w Wikipedii, przynajmniej jak  na 15-tysięczną miejscowość. Poczynając od murów obronnych z czasów jeszcze przed Kazimierzem Wielkim (wysokich na 10 m!), przez kościoły, klasztory, ratusz, fontannę miejską, po liczne wille, kamieniczki i domy. 

Na początku XX w. Wschowę zamieszkiwali Niemcy (80%). Polacy stanowili zaledwie 10% mieszkańców liczącego niespełna 8 tysięcy ludzi, miasta. Miasto było też w większej części ewangelickie, dzięki temu zachował się stary cmentarz ewangelicki, stanowiący obecnie muzealne Lapidarium. Co intrygujące, cmentarz od początku (czyli od 1609 roku!) znajdował się poza murami miasta - niezwykła lokalizacja wobec odwiecznego przekonania, że poza murami chowa się tylko wyrzutki społeczeństwa...


Oprócz cmentarza zachował się też niezwykły kościół ewangelicki. Budowla niespotykanej architektury, gdyż według legendy, kiedy luteranie w XVII w wskutek dekretu króla Zygmunta III musieli oddać swój kościół katolikom, zapragnęli postawić własny, jednak było to wówczas obwarowane licznymi nakazami i zakazami. Kościół mógł powstać ani w mieście ani poza nim, wieża miała być ani okrągła ani kwadratowa i konieczne było wybudowanie go w dwa miesiące. Tak mówi legenda. W rezultacie powstał kościół bardzo oryginalny, gdyż połączony z dwóch domów mieszkalnych - jeden znajdował się w mieście, drugi poza murami. Pozostałe warunki też spełniono (jak widać wieża jest tez dziwaczna) i oto trwa do dziś kościół Żłóbka Chrystusa:


Nie pełni już sakralnej roli.
Zaułki, kamieniczki, miejsca urokliwe, lecz mooooooocno zaniedbane. szkoda, że królewskie miasto odrapane, zawilgocone, zagrzybione:






Pandemia też pewnie zrobiła swoje: mnóstwo opuszczonych lokali usługowych, sklepów do wynajęcia. Smutnawo tu. Wschowa leży w woj. lubuskim, więc może to tłumaczy stan miasta - lubuskie jest najbiedniejszym województwem zachodu Polski. Taka ściana wschodnia na zachodzie...

Moje spostrzeżenie potwierdza Wolsztyn - miasto podobnej wielkości (też ok. 13 tys. mieszkańców), leżące 40 km na północ od Wschowy, ale już w woj. wielkopolskim. Od momentu wjazdu do Wolsztyna widać rękę dobrego gospodarza. Czysto, zielono, kolorowo, europejsko. W dodatku w samym mieście aż dwa jeziora i rzeka (co czyni go z nazwy i "zajezierzenia" podobnym do Olsztyna...). Miasto szlacheckie lokowane w 1458 r. W XIII w. istniała tu osada założona przez Cystersów (w pobliskiej Obrze zwiedzaliśmy zespół klasztorny, pocysterski). Trudniono się tu produkcją i handlem wełną. Po II rozbiorze Polski miasto znalazło się w granicach Prus, podobnie zatem jak Wschowa. W XIX w. dominowała ludność niemiecka, mimo że wieś była własnością Apolinarego Gajewskiego - polskiego szlachcica.

Obecnie największą atrakcją turystyczna jest muzeum parowozów - mnie temat w ogóle nie ciekawił, więc zdjęć "Pięknej Heleny" nie zobaczycie... Bardziej zainteresowała mnie informacja,. że w tutejszym szpitalu pracował Robert Koch - laureat Nobla z medycyny.

Klimat miasteczka - czarowny! W centrum eleganckie kawiarenki, w których degustowaliśmy pyszną kawę mrożoną i czekoladowy mus. Spacer nad jeziorem i przez kładki parku miejskiego dał ukojenie od upału. Nie robiłam wielu zdjęć, delektując się spacerem wśród wysokich, starych drzew




W necie za wiele historii Wolsztyna nie znalazłam, może niczym szczególnym się nie wsławiło, ale miłe to miasteczko i warte wizyty! Tak czy siak - jak w tytule: Wschowa niech się przed nim schowa!

sobota, 3 lipca 2021

Stojące ambitne cele

Oglądam z mężem mecze 1/4 finału na Euro. Normalnie te o 18.00 i 21.00. Nagle Andrzej odkrywa, że równolegle trwają ćwierćfinały Copa America. Pierwszy mecz Peru-Paragwaj zaczyna się tego samego dnia o północy, drugi: Brazylia-Chile o drugiej w nocy naszego czasu. Postanawia pomaratonić futbolowo.

Drugi mecz Euro kończy się o 23.00 i przez godzinę, pozostającą do meczy Copa America oglądamy razem jakiś stary horror na Paramount Channel. Kiedy film kończy się 10 minut po północy, idę do łazienki i zaudaję się do sypialni, kompletnie niezainteresowana meczami Copa America. Wiercę się jednak w łóżku, bo przeszkadza mi dochodzący z drugiego pokoju komentarz meczu i proszę Andrzeja o ściszenie telewizora. Przez chwilę nic się nie dzieje, po czym wszystko milknie, a mój fan futbolu pojawia się w sypialni. Zdziwiona pytam:

- Idziesz spać? Nie oglądasz meczy amerykańskich? Przecież miałeś siedzieć do czwartej nad ranem przed telewizorem??

- No, postawiłem sobie ambitne cele, ale zostawiłem je w drugim pokoju... Niech stoją!



niedziela, 16 maja 2021

Kuny i gitara!

Rok temu kupiliśmy dom letniskowy nad jeziorem, pod lasem, z ogrodem - cud-miód, tyle że... z sublokatorkami w futrach. Są nimi prześliczne, przesłodkie i ogoniaste zwierzątka - kuny.

Oj, dawały nam się mocno we znaki, ponieważ dom wcześniej był niezamieszkały, więc nie mogły zaakceptować intruzów. W sumie to one były u siebie, mieszkały tam dłużej i wcale nie musiały brać pod uwagę naszego rytmu dnia czy naszej wygody. Bo my, nowi lokatorzy, mamy np. głupi zwyczaj spać w nocy, zamiast wychodzić z tupotem i śpiewem na ustach na nocne polowanie do pobliskiego lasu. Może inni ludzie to robią, ale my, nowi lokatorzy nie wracamy nad ranem z tegoż polowania i nie galopujemy po całym poddaszu, ścigając się, kto pierwszy do łazienki, która akurat znajduje się tam, gdzie "człowieki" mają swoje sypialnie...

Kiedyś siedzieliśmy wieczorową, letnią porą na tarasie - a tu nad głowami zaczęły nam galopować... tabuny koni! No bo chyba niemożliwe, by te małe, kunie stópki mogły generować taki tętent? Innym razem widzieliśmy, jak jedna z nich wygląda z dachu, wypatrując oczy za drugą, która okrążała taras, na którym popijaliśmy winko, nie mając odwagi koło nas przejść. Po tych wszystkich zdarzeniach kuny otrzymały imiona: Helenka i Rysiu. Sąsiedzi opowiadali nam, że od lat nasze sublokatorki w futrze bardzo ciekawe i intensywne życie małżeńskie prowadzą, bo kłócą się temperamentnie na całą okolicę i wywalają z domu na zbity pysk. Potem powroty, pogodzenia i znów awantury. Myślimy, że to Helenka Rysia tak wciąż gania. 

Wymyśliliśmy sposób, by ukrócić te sublokatorskie harce. Głośna muzyka w domu, elektroniczne urządzenie odstraszające kuny, olejki eteryczne, którymi spryskałam tuję, po której wchodzą na dach i wciskają się do swego lokum. Mijały miesiące, uciszyło się znacznie. Zimą, gdy myśleliśmy, że ciepły komin skusi kuny - nie było nic słychać. Żadnych dźwięków, hałasów. Ucieszyliśmy się pewni, że lokatorki się wyprowadziły. Generowaliśmy może za dużo ludzkiego hałasu (zwłaszcza z jedynej stacji radiowej, która odbiera w domu: rmf fm, buuuu), ultradźwięków z odstraszacza... Aż do czasu, gdy dwa tygodnie temu Andrzej wybrał się sam do domu letniskowego, jakąś męską robótkę tam sobie wynalazł. Dzwonię do niego następnego dnia rano, z pytaniem co słychać:

- Nie wyspałem się, o pierwszej w nocy obudziły mnie kuny.

- Jak to? - dopytuję.

- No tupały, galopowały, tak hałasowały, że mnie wybudziły ze snu.

- No ale wychodziły z domu czy wracały skądś? - dociekam.

- Skąd mam wiedzieć, może po gitarę wpadły!? - zezłościł się na mnie.

W ostatni weekend byliśmy razem w domku letniskowym. W nocy, tak przed pierwszą - znowu tumult. Tym razem ja je usłyszałam. Tupanie, jakby w szpilkach chodziły! Postukałam pięścią w sufit nad głową (skosy mamy) i wrzasnęłam: cicho ma tu być! I  było. No!

"Kuńska" droga do naszego domu: po tui z prawej strony na daszek nad gankiem i poziomym otworem przy rynnie (tak naprawdę tam wszystko zakryte, a otwór dylatacyjny jest wielkości wacika kosmetycznego) - na poddasze! Całe ich!





piątek, 7 maja 2021

Od serialu o szachistce, przez wspomnienie podróży do Armenii, po roszadowy amok

Obejrzałam miniserial "Gambit królowej". Wiem, wiem, tak z rok za resztą świata? W netflixowym temacie nie bywam na bieżąco, bo mam dostęp do platformy zaledwie od paru tygodni.

Serial został wspaniale nakręcony! Dbałość o detale, malarskie ujęcia kamery, klimat epoki w strojach i wnętrzach, a przede wszystkim porażająca uroda aktorki odtwarzającej główną rolę - to wszystko przykuło mnie do sofy. I podobnie jak miliony ludzi na całym świecie wkręciłam się w grę w... szachy! Tzn. moje wkręcenie jest na razie czysto teoretyczne, żadnej partii jeszcze nie rozegrałam, ale mam taki zamiar. I to wkrótce! 

Przypominam sobie, że na początku mojego małżeństwa wraz z mężem pojawiły się w domu szachy. Andrzej próbował mnie nauczyć w nie grać, jednak próby skończyły się po kilku podejściach. Zrozpaczona swoją tępotą umysłową walnęłam się w złości planszą po głowie (drewnianą!). Mój świeżo nabyty mąż, w obawie przed przedwczesnym wdowieństwem odpuścił mi te tortury. I tak szachy kurzą się w naszym domu już ponad 30 lat... Myślę, że są zabytkowe, w takim drewnianym pudełku z wypalanym wzorem, klasyka PRL-u! Tymczasem zupełnie dla mnie nieoczekiwanie na Netflixie pojawiła się taka szachowa inspiracja!

Armenia - szachowa potęga?

Od razu przypomniała mi się nasza nie tak odległa w czasie (2019 rok) podróż do Armenii. Dowiedziałam się wówczas od lokalnego przewodnika, Tatula, nota bene świetnie mówiącego po polsku, że w tym kraju szachy są obowiązkowym przedmiotem w szkole podstawowej! I to chyba od drugiej-trzeciej klasy! A Ormianie mają nawet kilku arcymistrzów szachowych, zdobyli też parę razy złoto na Olimpiadach Szachowych. Gorący aktualnie u nich temat to przejście ormiańskiego arcymistrza Levona Aroniana do federacji szachowej Stanów Zjednoczonych. jak informuje chess24: Aktualny "numer 6" w światowym rankingu i gwiazda ormiańskich szachów, która poprowadziła swój kraj do trzech wygranych Olimpiad Szachowych w 2006, 2008 i 2012 roku, narzeka na obojętność rządu Armenii wobec szachów, od trzech lat. Wcześniej narodowa kadra Armenii miała wsparcie poprzedniego rządu, bo Serż Sarkisjan, który był prezydentem Armenii, był również prezydentem tamtejszej federacji szachowej. Według Aroniana, obecny rząd odwrócił się i od szachów, i od niego. Rządowi eksperci stwierdzili, iż Levon Aronian nie ma już więcej potencjału". Ten "stwierdzony brak potencjału" pokazał wkrótce, pokonując Mistrza Świata Magnusa Carlsena i Fabiano Caruanę (światowy numer dwa) czarnymi na turnieju Norway Chess.

Z tych ostatnich informacji wynika dla mnie pewność, że fabuła "Gambitu królowej" (poza nieistniejącą w historii główną bohaterką) nie jest daleka od szachowej rzeczywistości. Krzyżują się w niej różne racje i strategie, dokładnie jak w samej grze... A ja czekam na swoją pierwszą partię, już niebawem!


Roszady sufitowe
Na razie jednak moje roszady sufitowe (nawiązuję do tego, co inspirowało filmową szachistkę - rozgrywanie partii na suficie, w wyobraźni...) dotyczą... mebli! Jak ja je przestawiam, rozstawiam, oklejam, przemalowuję, ozdabiam, upiększam - meble nabyte wraz z domem letniskowym rok temu! I czynię to również w myślach, z zamkniętymi oczami! Chcecie przykładu? Proszę bardzo - oto fragment sypialni przed i po (chodzi o oklejoną nie wiadomo czym, a potem całkiem przemalowaną komódkę):





sobota, 24 kwietnia 2021

Zapach pandemii....

Od paru lat śledzę wiosenne wybory perfumiarzy w Grasse. Mniej więcej w marcu ogłaszają, jaki kwiat będzie zapachem danego roku. Wybór passiflory zapachem 2021 wydał mi się wyborem związanym ściśle z pandemią...

Mimo chłodnej wiosny, zapachy atakują mój nos. Najwcześniej poczułam w ogrodzie woń fiołków, zwłaszcza w nieliczne słoneczne dni - mocną i słodką. Potem zaczęły kwitnąć morele i brzoskwinie, zapach tych kwiatów także już poczułam. Magnolie są w pełnym rozkwicie, aczkolwiek ich zapach nie jest dla mnie w ogóle wyczuwalny, za to pasę oczy ich widokiem. Zaraz będę miała miodową woń kwitnącego berberysu, którą wręcz uwielbiam i uważam, że powinni wyekstrahować jego zapach w Grasse. Może się doczekam?

Tymczasem zapachem, który wybrali francuscy perfumiarze Fragonarda w Grasse - w tym olfaktorycznym pępku świata, jest passiflora. Inaczej zwana męczennicą. Niektóre jej gatunki wydają jadalne owoce, zwane marakują. Kojarzycie już? 

Dlaczego jednak uważam, ze wybór zapachu jest związany z pandemią? Otóż, powód jest taki, że kwiat i łodyga passiflory są surowcem farmaceutycznym, przynoszącym ukojenie w stresie, bezsenności, stanach lękowych i depresji. A to problemy, z którymi zaczęły borykać się całe społeczeństwa, uwięzione przez pandemię nie tylko fizycznie - w domach, ale też mentalnie i emocjonalnie. Wszystko wokół nas się zmieniło, niektórzy nie wytrzymują ciśnienia związanego zarówno z samym lękiem przed zakażeniem się covid-19, jak i z konsekwencjami, które dotknęły wszystkich sfer życia poszczególnego człowieka. 

Roślina ta ma status leku roślinnego zatwierdzony przez Europejską Agencję Leków! Pochodzi z tropików, ma niezwykłej budowy, wyszukane architektonicznie - kwiaty. Sprowadzona do Europy w XVIII w uprawiana jest w oranżeriach, ogrodach. Nazwę roślinie nadali południowo amerykańscy misjonarze, którzy dopatrzyli się w kształcie kwiatów odniesień do męki i ran Chrystusa. Tak więc wydaje się, że wybór passiflory jest jak najmniej przypadkowy.

Mam już ten nowy zapach, jest przyjemny. Nie wiem jednak, czy działa równie dobroczynnie jak roślina. Myślicie, że aby zapewnić sobie dobry sen rozsądnie byłoby wyperfumować się przed pójściem spać?



niedziela, 11 kwietnia 2021

Paella z krewetkami, czyli niedzielna wycieczka na patelni do... Hiszpanii!

Możliwości międzynarodowego podróżowania mam ostatnio mocno ograniczone. Jak wszyscy. Wzięłam się więc na sposób, zaczerpnięty z arcydzieła światowej literatury, czyli ekspresowego przemieszczania się w czasie i przestrzeni za pomocą... zmysłu smaku, który przywodzi odległe wspomnienia!



Dzisiaj przywołałam na obiad Hiszpanię, w smaku paelli. Miałam trochę mrożonych krewetek, ryż do risotto i ochotę na lekkie danie. Trochę własnych modyfikacji, niezbędnych oczywiście, w postaci dwóch garści mrożonych warzyw (mieszanka 8-mio składnikowa), świeżego pomidora, szczypty szafranu, przywiezionego niegdyś z Maroka, dużych ilości czosnku. 
Paella zrobiła się w 16 minut, szybkość przygotowania tego dania mocno mnie zaskoczyła. Za to już przy pierwszym kęsie pojawiło się oczekiwane wspomnienie: Andaluzja! 2004 rok, jejku prawie 17 lat temu! 

Nasza zwariowana wycieczka z biurem podróży, ale z przygodami, bo spóźniliśmy się na samolot z Krakowa do Malagi (tzn. biuro nas nie poinformowało, że zmienił się termin odlotu) i musieliśmy wracać do Wrocławia. Wprawdzie przez urzekający  Ojcowski Park Narodowy, bo tzw. wycieczkę zastępczą sobie zrobiliśmy, ale dmuchane krokodyle w walizkach zapakowanych na uroki Morza Śródziemnego nieco ucierpiały mimo wszystko... Kolejny minus: polecieliśmy zamiast w połowie lipca, to w połowie sierpnia, czyli w najgorętszym miesiącu roku. Upał był trzaskający:



Za to czekała nas nagroda: wielka fiesta w Maladze (15 sierpnia), na której bawiliśmy się z Hiszpanami na ulicach do późnej nocy, wypiliśmy morze białej malagi zagryzając ją orzeszkami arachidowymi i oliwkami:


Potem często jedliśmy paellę, w różnych miejscach. W Kordobie, która dzięki Mesquicie była dla mnie w kolorach zachodzącego słońca, 


w Grenadzie z jej filigranami Alhambry, w Sewilli, którą zwiedzaliśmy z rosyjską wycieczką i przewodnik nazywał nas, nie wiedzieć czemu: wojsko polskie, ale ciekawie opowiadał, słuchaliśmy go z otwartymi uszami. 
Paella kojarzy mi się z corridą, na którą poszłam z ciekawości, i na której płakałam jak bóbr. Z ukrytą w górach Rondą i jej strzelistymi mostami, dokąd pojechaliśmy wynajętym samochodem, a uliczki były tam tak wąskie, że urywaliśmy lusterka w wypożyczonym aucie...


No i wreszcie z kolejnymi urodzinami Andrzejka (23 sierpnia), na które postanowiłam obdarować go zakupionym w Maladze mieczem Templariusza. Miałam wtedy straszną fazę na Zakon Templariuszy i miecz, który napatoczył się moim oczom w jakimś sklepie z pamiątkami wydał mi się najlepszym prezentem urodzinowym dla mojego mężusia. Po poważnej minie sądząc, trafiłam w sedno!


Musieliśmy nadać prezent na bagaż rejestrowany i obserwowaliśmy na lotnisku w Krakowie, czy nikt go nam nie "zajumie". Na szczęście dotarł cały i zdrów, i od 17 już lat zdobi ścianę w domu:


Upał, powietrze drżące od ciepła, blask, muzyka, smak paelli, strużka potu cieknąca po plecach, nogach. Raz tylko zdarzyła się mżawka, a że nieprzygotowani byliśmy (parasola brak, bo przecież to  słowo oznaczające coś "na słońce"), użyłam torby foliowej, by ochronić fryzurę:


Jeden niedzielny obiad, parę kęsów, a odbyliśmy podróż w czasie (17 lat wstecz) i przestrzeni (jakieś 3000 kilometrów?)

czwartek, 25 marca 2021

Guz rozweselający

Tak, tak, dobrze przeczytaliście: guz nie gaz!

Dziś taka sytuacja w biurze: mam spotkanie biznesowe w szklanym pomieszczeniu, które nazywam "akwarium". Na grube ryby, oczywiście! Trwają negocjacje, zaaferowana nimi wychodzę poprawić coś w dokumentach. Wychodzę przez... zamknięte szklane drzwi, całą sobą. To oznacza, że walę w nie czołem, nosem z okularami na nich, oraz lewym kolanem. Naparłam na drzwi z prędkością przelotową ok. 2 m na sekundę. Huk, ból... 

Chwilę potem zaczęłam pękać... ze śmiechu. Im szybciej rósł guz, tym było mi śmieszniej. Cały czas w maseczce medycznej (mówiłam, że ja się przez nie kiedyś zabiję - okulary parują!), kwicząc ze śmiechu, popędziłam do łazienki, otrzeć łzy rozbawienia, potem popędziłam do kuchni po łyżkę stołową, którą usiłowałam zminimalizować guza na czole. Z łyżką wróciłam do "akwarium", a tam lekka konsternacja gości. Nie wiedzą, czy będę sprawna mentalnie, by dokończyć spotkanie. Nie jest łatwo, trochę splątana jestem, cały czas się śmieję, ten guz jest jakiś rozweselający! Muszę dwa razy poprawiać błędy, no ale się udaje zakończyć temat. Klientka rozładowuje sytuację stwierdzając: to były jednak twarde negocjacje! 

W trakcie całego zamieszania przybiegli jeszcze koledzy z drugiej części biura, bo "usłyszeli coś jakby TiR wjechał do biura przez szybę!". No ładnie, a to tylko TiRBetka!

W efekcie porannych wydarzeń biurowych mąż nałożył mi szlaban na Netflixa, na którym od 2 tygodni oglądam wyłącznie serial "Star Trek - Discovery". W każdym odcinku się tam "przesyłają" między pomieszczeniami (teleportują). Mąż twierdzi, że w trosce o moje zdrowie wyłącza Netflixa i zaleca mi teraz oglądanie serialu "Kozacka miłość", który mnie uziemi... Za wzór stawia mi moją mamę, która ów serial ogląda codziennie, a nie rwie się na koń, na wojnę, fryzury na Kozaka sobie nie robi, i nie chodzi w łapciach z łyka... Podziwia za to serwetki, ikony i wiejskiego policjanta. No to się już nie poteleportuję...





niedziela, 14 marca 2021

Miasto sukienników, Joannitów, Niemena i największego na świecie (kiedyś) pomnika Chrystusa...

Chyba się domyślacie, zwłaszcza po ostatniej tytułowej informacji, że opowiem o Świebodzinie - słynnym z pobożności (lub tylko aspiracji do niej) mieście w woj. lubuskim?

Zajrzałam do Świebodzina w grudniu ub. roku. Celem tej wycieczki bynajmniej nie było podziwianie figury Chrystusa, przez dwa lata (2010-2011) największej na świecie. Taka ciekawostka: miasto szybko zostało zdetronizowane przez miejscowość Cristo de la Concordia w... Boliwii! Do Świebodzina przywiódł mnie powód prozaiczny, choć też mocno energetycznej natury: zamówiona internetowo wizyta w Enei - dostawcy prądu do naszego domu letniskowego. Jedyny dogodny dla nas termin wypadł właśnie w Świebodzinie, więc tam się udaliśmy. Pierwszeństwo miały sprawy urzędowe, potem dopiero przyszła chwila na zwiedzanie Rynku. Do figury nie dotarliśmy, ale widać ją dobrze z daleka, i ta perspektywa całkowicie nam wystarczyła. Wspaniała okazja do mini-wycieczki dla seryjnej podróżniczki jaką jestem. Podjechaliśmy zatem do Rynku. Zaparkowaliśmy pod jakąś opuszczoną kamienicą, która mimo lekkiej dewastacji została bardzo kreatywnie ozdobiona:

Ruderka stała się galerią pod chmurką, pomyślałam więc, że ten Świebodzin musi mieć jeszcze inne atrakcje, oprócz religijnych. Następny obiekt, który rzucił się w oczy to ratusz. Budynek neorenesansowy, XVI w., po przejściach w XIX w., jednak nadal uroczy:

W XIX w. ratusz został przebudowany, zlikwidowano jedną z wież, a z tej ocalałej w południe rozlega się hejnał Świebodzina. Wieże były niegdyś połączone drewnianym mostkiem, a ratusz otoczony był jatkami. Obecnie zabytek, bardzo wdzięcznie górujący nad placykiem, siedziba władz miejskich i muzeum. Nie przygotowałam się z historii miasta wcześniej, jak to mam w zwyczaju, musiałam polegać wyłącznie na swoim entuzjazmie do wycieczek, oraz informacjach z wiki. Na pierwszym narożniku Rynku, który postanowiłam obiec, spotkałam budowlę tak majestatyczną, że natychmiast rzuciłam się w jej stronę. Kościół z czerwonej cegły, który wyglądał jak twierdza. Potężny, solidny, bezpieczny jak skrzydła Archanioła Michała. Pod tym wezwaniem tu trwa:

Niestety, był zamknięty, więc wnętrza nie widziałam. Ponoć ma też wieżę widokową. Poczytałam sobie o nim w wiki. Powstał w XIV w. jako świątynia Piotra i Pawła. Prezbiterium miało obejście (uwielbiam takie plany architektoniczne), a sklepienie nawy głównej to sieciowe. Miało ono imitować sieć apostoła-rybaka, cudo:

Autorstwa Kapitel - Praca własna
W nawach bocznych i kaplicach są sklepienia gwiaździste i kryształowe.
Ten sam pożar (1541), który zniszczył ratusz, dopadł też kościół. W XIX w. stan budowli był katastrofalny, ówczesny proboszcz zlecił odbudowę kościoła architektowi z Wrocławia - Alexisowi Langerowi. 
Bryła świątyni jest potężna, powiększa ją fakt, że fasada niewiele oddalona jest od szeregu kamienic, więc nie ma miejsca na "odejście" z aparatem. Przez to chyba robi jeszcze bardziej kolosalne wrażenie. Przynajmniej na mnie. Ołtarz autorstwa mistrza ołtarza z Gościszowic (XV/XVI w.), bardzo ładny sądząc po zdjęciach w necie.
Resztki ceglanych murów miejskich, które widziałam przy kościele, mają także ciekawą historię - mur oraz fosa opasały miasto od XV wieku. W system fortyfikacyjny zaliczany był także zamek, którym w latach 1438-1477 władali Joannici.
XVI w. był tragiczny dla miasta: w 1500 roku miał miejsce wielki pożar, podczas którego spaliła się niemal połowa miasta. Drugi  wybuchł w 1522 roku, Świebodzin uległ wtedy całkowitemu spaleniu. W 1533 roku miasto zostało częściowo zniszczone po trzęsieniu ziemi, przeżyło też epidemię dżumy. Kolejny pożar w 1541. Coś okropnego!
Z kościoła wróciłam do Rynku. Obchodząc kolejną pierzeję dotarłam do rzeźby sukiennika. Okazuje się, że miasto ma wielowiekową tradycję tego fachu. Stawało się ośrodkiem tkactwa i sukiennictwa już w XIV w., czemu sprzyjało położenie na obszarach nadających się do hodowli owiec. W 1395 r. książę Henryk VIII nadał tkaczom świebodzińskim najstarszy przywilej tkaczy. Od 1452 roku w mieście istniało bractwo sukienników, a sukno świebodzińskie stało się przedmiotem eksportu. "wystąpiło" także w dziełach polskiej literatury, co przypomina stosowna tabliczka na pomniku sukiennika:


Za pomnikiem sukiennika odkryłam miłą ławeczkę. Ktoś na niej siedział, zwrócony plecami do ratusza. Ktoś o znajomej sylwetce... Czesław Niemen???? Tutaj??? Okazuje się, że ławeczkę ustawiło tu lokalne stowarzyszenie miłośników Niemena. A ja nie wiedziałam, że Artysta był związany ze Świebodzinem, w którym dorastał po wyjeździe całej rodziny ze Starych Wasiliszek na wschodzie Polski...

Powłóczyłam się jeszcze trochę po Świebodzinie, podziwiając urocze kamieniczki, stylowe galeryjki artystyczne i odwiedzając fajny sklep z butami, w którym nabyłam cudowną parę zamszaków!