środa, 11 maja 2022

Darmowa perfumeria

Maj to olfaktoryczny raj! Wszystko teraz kwitnie, intensywnie pachnie. Uwielbiam!

Szaleją bzy, wcześniej mahonia kwitła na żółto, pachnąc mdląco-słodko. Nawet magnolie w tym roku pachniały, tak trochę cytrusowo, czego w poprzednich latach w ogóle nie czułam! 

Z bzami konwalie już mieszają swe równie intensywne aromaty, zaraz wystartuje jaśmin. W moim ogrodzie są nawet konwalie w różowym kolorze...

Żonkile nieśmiało roztaczają swój dyskretny urok wonny. Wkrótce akacja atakować zacznie nasze nosy, nie mówiąc o mojej tradycji smażenia placuszków z jej kwiatów, więc zaatakowane zostanie również podniebienie...

Żaden inny miesiąc nie jest zapachowo tak intensywny. Normalnie darmowa perfumeria na każdym kroku - byle skwerek, zagajniczek, nie mówiąc o parkach, wyposażony jest w krzew, który roztacza wonną aurę. 

Zastanawiam się jednak nad bzem - dlaczego kreatorzy perfum nie używają tego zapachu? Bez zaromatyzował nam kraj - krzew to tak powszechny, jak oleander w krajach śródziemnomorskich. Cała feeria barw, odcieni, gęstości. I jeden piękny aromat...

Zapach roku 2022

Tymczasem w Grasse, stolicy francuskiego perfumiarstwa, jak co roku ogłoszono zapach królujący i panujący perfumiarzom. W 2022 jest to woń dzikiej róży. I znów moje pytanie - czy oni tam w Grasse mają w ogóle bez? Byłam tam kiedyś w lutym, akurat kwitły mimozy, więc może nie trafiłam na bzową orgię, wydaje mi się jednak, że ten krzew nie jest tam tak powszechny jak w Polsce. W każdym bądź razie w perfumach go brak! A szkoda.

Zapach dzikiej róży, czyli Eglantine Fragonard'a, jest wyjątkowo dla mnie miły. Poprzednie zapachy roku, np. passiflora, magnolia, irys niespecjalnie mnie uwodziły. Jaśmin miał dla mnie urok. No i tegoroczna dzika róża. Jest mało różana, nieoczywista, jakąś świeżość herbaty zielonej tam wyczuwam, ale podoba mi się bardzo.

Tym niemniej czekam na zapach bzu, który będzie nam któregoś roku królował!

czwartek, 5 maja 2022

Otwarte piwnice winiarskie w Zielonej Górze, czyli nowy polski festiwal wina!

Co za impreza majowa mi się trafiła! Zupełnie przypadkiem usłyszałam bowiem o II Lubuskim Festiwalu Otwartych Piwnic i Winnic. Czy mogłam zignorować? W życiu!

Tym bardziej, że z opisu wynikało, iż jest to dokładnie ten sam program winiarskiej imprezy, jaką znam ze... Słowacji! Opisywałam ją chociażby tutaj. Dostępne dla publiczności miały być zabytkowe piwnice zielonogórskie, miejsca nader klimatyczne, w których lokalni producenci win prezentować będą swoje "dzieła". Można je zdegustować, kupić, a clou imprezy są karnety, wyposażające nabywcę w mapkę piwnic, torebeczkę na szyję dla kieliszka z pamiątkowym grawerem, który ułatwia degustację. Impreza trwa 5 dni, karnet pozwala na bezpłatną degustację iluś tam porcji wina. Wszystkiemu towarzyszą enologiczne wykłady, opowiastki, koncerty. Jednym słowem - prawdziwie winiarska impreza, pełen profesjonalizm!

piwnica w której kupiliśmy polskiego "szampana"!
Ponieważ nie wiedziałam dokładnie, w jakim dniu festiwalu (i czy w ogóle) możemy dotrzeć do Zielonej Góry, wyczekiwałam z nabyciem karnetu do ostatniej chwili. No i okazało się, że ich zabrakło, gdy zdecydowaliśmy się 2 maja na wypad na festiwal. 
Mimo wszystko wyruszyliśmy, bo zwiedzanie piwnic niedostępnych na co dzień i tak było bezpłatne, a za degustację możemy przecież zapłacić. Nie mówiąc o możliwości zakupu win!

Odwiedziliśmy zatem wszystkie otwarte w mieście winiarskie piwnice. Byliśmy już o 12.00 na miejscu, gdy otwierano te przybytki, więc nie musieliśmy się mierzyć z tłumami. Pierwsi goście mają przywileje... Stąd wiele rozmów z winiarzami, śmiechu, smakowania wina, zakupów. Podziwiałam pieczołowitość, z jaką

odrestaurowano niektóre podziemia. Oczywiście te piwnice na co dzień nie są własnością winiarzy, ani miejscem przechowywania win. Po prostu udostępnia się je na tę okoliczność. Część jest w rękach prywatnych, część ma winiarską przeszłość - różnie to wygląda.

Rozmowy z winiarzami wiele nas nauczyły, jeśli chodzi o proces powstania płynu, który tak lubię, cenię, podziwiam. I uświadomiły, jak wielu pasjonatów zebrało się w tym miejscu i jak wytrwale pracują na swój sukces... Niektórzy od wielu lat, niektórzy od niedawna, niektórzy zaczynali w sile wieku... To optymistyczna konstatacja!

Wina znakomite, udało mi się kilka zdegustować, mimo potwornego bólu głowy, który nie nastrajał do picia. Ceny za butelkę wysokie - przeciętnie 60-70 zł. Na co dzień nie kupuję win w tej cenie, ale festiwale rządzą się swoimi prawami. Dlatego zrujnowałam się na parę butelek i wracaliśmy do domu z 5 butelkami, głównie białych win, w tym jednym różowym, i jednym musującym.

Z tym musującym wiąże się ciekawa historia. Kiedy w styczniu byliśmy w Krośnie Odrzańskim na pogrzebie  Moniki Jaworskiej (szefowej ulubionej stacji radiowej), chcieliśmy przejechać przez Jej rodzinną wioseczkę Gostchorze. Ze względu na pamięć o Monice, ale i trochę z ciekawości. Dowiedziałam się bowiem z netu, że mieszka tam Francuz, który założył winnicę i produkuje wyłącznie musujące wina. Zachciało nam się spróbować "polskiego szampana". Niestety, wówczas nie udało się znaleźć sklepu, ani sposobu zakupu, w Gostchorzu jest tylko winnica, bez możliwości odwiedzania. Pan Dubois, właściciel winnicy sprzedaje te wina musujące przez internet. 

Na majowym festiwalu nie wystawiał się w żadnej piwnicy, ale okazało się, że pojawili się tam inni producenci wina musującego, wszyscy z okolic Krosna Odrzańskiego. Przypadek? Otóż nie. To uczniowie pana Dubois, namawiani przez niego do produkcji win, otaczani przez niego mentorską opieką. I właśnie od jednej z jego uczennic nabyliśmy wino musujące. Produkowane pod okiem i według wskazówek pana Dubois, półwytrawny riesling z 2020 r.:


No i w ten sposób to będziemy mieli co pić latem! A kolejne piwnice zostaną otwarte już w połowie czerwca!


czwartek, 7 kwietnia 2022

Vincentina

Wczoraj wybraliśmy się na wystawę multimedialną o twórczości mojego mistrza - Vincenta Van Gogha. Było sporo reprodukcji  jego obrazów, notki biograficzne, materiały z produkcji malowanego filmu "Twój Vincent", oraz dzieła artystów naśladujących styl Van Gogha.

Clou wystawy jest sala, w której można było zanurzyć się w kolory, prawie transowo: zaciemniona, z ogromnymi ekranami na ścianach, na których wyświetlane były ożywione komputerowo obrazy Van Gogha. Ustawione wygodne pufy i "leżyska" pomagały w odbiorze tego show. Muzyka, głos lektora cytującego listy Vincenta do brata Theo wspaniale uzupełniały tę feerię barw. 

Tak na marginesie wspomnę, że zaczepiła mnie na wystawie jakaś miła kobieta, która powiedziała mi komplement: że mam zjawiskowy kolor włosów. Chyba się więc wpasowałam w kolorystykę wystawy...

Znów zapomniałam, że Vincent to Holender z urodzenia, myślę o nim zawsze jak o Francuzie. Pewnie przez to, że tworzył głównie w tym kraju. Podczas rocznego pobytu Vincenta w Arles, w Prowansji (dokąd uciekł z Paryża) powstały najbardziej mnie fascynujące obrazy - nocne pejzaże, sceny kawiarniane, prześwietlone słońcem, drgające od barw, niekonwencjonalne. Naruszające prawidła malarstwa realistycznego - nietrzymające perspektywy, rozchybotane, falujące, z rozbłyskami barw, jakby malarz miał jakiś defekt wzroku, chorobę...

Wczoraj upewniłam się jeszcze, że podobnie jest na moich obrazach. Ja też nie widzę, nie uznaję perspektywy, nie maluję starannie, dokładnie, czasem wręcz dziecinnie, naiwnie. Najważniejsze dla mnie są kolory. I brokat...:

Najnowsze moje dzieło, pt. Mgławica

                                                      To są wiszące ogrody Lili.

Moja łąka,

a tu łąka Vincenta:

Doszłam do wniosku, puchnąc z dumy, że jestem Vincentiną. :-)

Dzięki tej wycieczce "po sztukę" przypomniała mi się także cudowna wycieczka do Prowansji wieki temu. Byłam w Arles, czarownym bardzo, nadrodańskim miasteczku, prowansalskim małym Rzymie (nazywanym tak przez pozostałości amfiteatru rzymskiego). Jednak nigdy Arles nie doceniało dzieł Vincenta, ludzie tu okropnie go traktowali, a teraz miasto odcina kupony z jego sławy..

Amfiteatr rzymski w Arles

Uliczka w Arles

Zjawiskowy XII w. portal kościoła chyba św. Trofima

No i jeszcze coś nowszego, zjawiskowego i nawiązującego do Van Gogha pojawiło się w Arles. Chodzi o budynek autorstwa Franka Gehry, słynnego architekta - wizjonera (chociaż dla mnie każdy architekt jest wizjonerem...), tzw. Luma Tower, która jest centrum sztuki, dostępnym bodajże od 2021 r.:

zdj. Iwan Baan

To  12 piętrowa metrowa wieża, którą pokrywa 11 tysięcy paneli ze stali nierdzewnej. Odbijają one promienie, mienią się w słońcu i w blasku latarni ulicznych. Ma to przywoływać obraz „Gwiaździsta noc nad Rodanem” Vincenta. Taki hołd artysty dla Artysty. Podoba mi się, chociaż nie było jej wtedy, gdy zwiedzałam miasto. Wnętrze wystąpiło w jakimś filmie sensacyjnym, nie pamiętam tytułu, ale zastanawiałam się wtedy, gdzie kręcono okropnie destrukcyjną strzelaninę. No to już wiem.

Drugie prowansalskie miasto, w którym tworzył Vincent po wyjeździe z Arles, to było Saint-Remy. Przebywał tam w szpitalu psychiatrycznym pod opieką swego lekarza, i nadal tworzył (np. mój ulubiony nocny pejzaż z cyprysami i falującymi gwiazdami). Tam też zwiedzałam, chociaż Saint Remy jest słynniejsze dwoma innymi celebrytami - tu urodził się bowiem Nostradamus i markiz de Sade...

Właściwie, to o czym jest ten post? Sama nie wiem, zawsze wszystko mi się łączy ze wszystkim... Chciałam po prostu napisać o swojej fascynacji malarstwem van Gogha. Tak dużej, że czuję się, absolutnie nieskromnie, Vincentiną!



środa, 23 marca 2022

Cukiernicze skutki czytania powieści

Czytam "Kolor herbaty" Tunnicliffe. Nie jestem specjalnie zachwycona historią australijskiej mężatki, która przeprowadza się do Macau w Chinach i tam otwiera kawiarnię, w której serwuje makaroniki - małe okrągłe ciasteczka francuskiej proweniencji (zwane macarons).

Czytam tę książkę niejako z musu, bo historia jest trochę rzewna, trochę nieporadnie napisana, i nie wciągnęła mnie w ogóle ślimacza "akcja". Sięgnęłam po nią zwabiona streszczeniem na okładce. I ja mam bowiem  kawiarniane marzenie, więc chciałam poczytać na interesujący mnie temat. Ktoś miał to samo marzenie! Szczegółów technicznych za dużo tam nie ma (w kwestii prowadzenia kawiarnianego biznesu). Ale jest dużo o podawanych do kawy wykwintnych francuskich ciasteczkach - makaronikach. Bohaterka powieści robi je w różnych smakach, czasem dość zaskakujących, np. yuzu z bazylią... W drugiej części tej historii makaroniki stają się elementem wiodącym, leitmotiv'em opowieści, a ja zdałam sobie sprawę, że... nigdy w moim długim i ciekawym (także kulinarnie) życiu ich nie jadłam! 

To dziwne, bo jadłam: mięso węża, kangura, aligatora, strusia, gołębia, ostrygi, ślimaki, żabie udka, duriana, jackfruita, lody lawendowe itd. A makaroników - nigdy! Zdumiona tą konstatacją postanowiłam natychmiast nadrobić braki w osobniczych zasobach smakowych. Wyszukałam, gdzież to serwują makaroniki najbliżej miejsca mojego zamieszkania i udałam się na zakupy. Na rowerze. Pierwszy raz na siodełku po 4 miesiącach przerwy. Dramat. Siodełko w gardle miałam, włos rozwiany i chęć mordu na wszystkich innych użytkownikach dróg, chodników, zarówno pieszych jak i zmotoryzowanych.

Jakoś jednak udało mi się dotrzeć do kawiarenki zwanej Petits fours. Makaroniki pyszniły się 5 smakami i kolorami. Większość, ku memu zdumieniu, była czekoladowych w smaku. Gdzież książkowa różnorodność? Arbuzowy z nadzieniem śmietankowym? Lawenda z kremem figowym? Różany z imbirem? Limonkowy z czekoladą? No nic, wzięłam dwa kawowe i dwa czekoladowe. Kosztują jak biżuteria (7.50 zł szt.), podobnie zostały zapakowane...


Gdy dowiozłam je do domu, godzina zrobiła się późna, do kawy już nie mogłam ich podać. Pożarliśmy je z herbatą. 


Niestety, mój "pierwszy makaronikowy raz" okazał się porażką. Ciastko kawowe nawet nie pachniało kawą, nie mówiąc o smaku, a czekoladowe było równie nijakie. Te makaroniki są kolorowymi, małymi bezami z kremem. Nic nadzwyczajnego, przynajmniej w tym wykonaniu. Aby wyrobić sobie jednak opinię, muszę spróbować makaroników innego cukiernika. Albo dwóch innych cukierników. 

Książka mnie rozczarowała, makaroniki jeszcze bardziej. Oto skutki uboczne czytania! :-)

P.s. Spróbowałam innego wytwórcy. Tym razem makaroniki nieco tańsze (4.90 zł szt.) i w innych smakach: pistacjowym i waniliowym:


Równie słodkie i niewyraziste, jak pierwsze. Chyba to nie będzie moje ulubione ciastko...

środa, 16 marca 2022

Kręcą mnie wschody słońca nad jeziorem!

Ostatnio "oszalłam" na punkcie wschodów słońca. Ta mania zaczęła się, gdy na fujzbuku nieznany znajomy zaczął publikować zdjęcia wschodów słońca nad jeziorem Wilcze.

Dlaczego mnie to tak ekscytuje? Historia sięga równo dwóch lat wstecz. W marcu 2020 r. zaczęliśmy szukać do nabycia (letniskowego) domu nad jeziorem. Wśród kilku wybranych do oglądania był też budynek dawnej wiejskiej szkoły we wsi Wilcze (wielkopolskie), nad jeziorem o tej samej nazwie. Działka była duża, niedroga, budynek ciekawy, ale w stanie totalnej ruiny. Pochodziliśmy wtedy po wnętrzu - pozrywane stropy, dziury w dachu - obraz nędzy i rozpaczy. I jakkolwiek pociągała nas okolica, zwłaszcza bliskość jeziora, to ogrom prac przy remoncie tego domu skutecznie nas zniechęcił do zakupu. W rezultacie miesiąc później nabyliśmy nasze ukochane cudo w Uściu, oddalonym o 2 km od tej nieruchomości (i w innym województwie - lubuskiem). Wprawdzie dom jest nad większym jeziorem, ale nie tak blisko jego brzegów, jak ten dom w Wilczem.

Od 2020 r. jadąc do naszego Uścia przejeżdżamy przeważnie przez Wilcze. Ta ruinka stoi przy drodze, więc zawsze z zainteresowaniem patrzyliśmy czy coś się tam dzieje. Przez cały 2020 rok i początek 2021 r. nie działo się kompletnie nic. Aż na wiosnę coś się zmieniło i bardzo szybko działka została zabudowana trzema nowoczesnymi domami letniskowymi. Wzięto się też za remont ruinki, burząc piętro i remontując ją prawie od fundamentów. Podziwialiśmy tempo prac, ale przede wszystkim pomysł na zagospodarowanie tego fantastycznego miejsca.

Jakież więc było moje zdumienie, gdy na fujzbuku zauważyłam posty znajomego, którego osobiście wprawdzie nie znam (jak to często bywa), ale śledzę go z zainteresowaniem. Nawet nie pamiętam, jakim cudem i dlaczego mam go w kręgu swoich znajomych. Pan jest trenerem personalnym we Wrocławiu, przeważnie publikował relacje z efektów odchudzania swoich klientek itp. I nagle zaczął publikować zdjęcia z postępów budowy tego właśnie kompleksu w Wilczem, poznałam te domki od razu. Ha, jakiż świat jest mały! Szybko wyrosła w tym miejscu osada Dembówka (od nazwiska pana), pięknie zagospodarowany teren z własnym pomostem nad jeziorem. W grudniu 2021 r. był już gotowy na przyjęcie gości. 

I teraz dochodzę do sedna - ostatnio Michał robi tak fantastyczne zdjęcia wschodów słońca nad jeziorem, ma widocznie doskonały widok z któregoś domku, że ja oszalałam na ich punkcie:

zdj. Michał Dembowy

zdj. Michał Dembowy

Natychmiast zapragnęłam te fotografie zamienić na obrazy. Oto moja odpowiedź na "malowanki" Pani  Natury:


Ponieważ pojawiły się też nowe zdjęcia wschodów słońca, we fioletach, nadal jestem zainfekowana i podekscytowana możliwościami malarskimi:

zdj. Michał Dembowy

zdj. Michał Dembowy

Co więcej, postanowiłam mieć własne zdjęcia do skopiowania, a więc upolować wschód słońca nad naszym jeziorem, uściowym. Niestety, mamy jakieś 400 m do jeziora, więc wyprawa będzie musiała zacząć się grubo przed godziną szóstą rano. Nie jestem pewna, czy nam się uda, ponieważ ostatnimi czasy śpimy tak mocno, że nie słyszymy budzika. Może zamówię trąby jerychońskie? Najbliższy planowany wypad nad jezioro za dwa dni, więc trzymajcie kciuki!


czwartek, 17 lutego 2022

Kawał mięsa, czyli sztuka kulinarna na płótnie

Z potrzeby chwili, oraz okazji poszłam w stronę malarstwa kulinarnego :-)

Przyjaciel obchodził 60-te urodziny, a że jest członkiem Klubu Tatarkowego, postanowiłam namalować logo naszego klubu. Jest to więc tatar w wersji Adasiowi najbliższej - z dużą ilością cebuli. Ważny jest też drugi składnik - pieprz, ale tak się przy cebuli narobiłam (naklejałam 3 dni sztuczny śnieg), że pieprzenie obrazu zajęłoby kolejne dni, których już do uroczystości nie miałam... Pozostałe dodatki są Adamowi całkowicie zbędne, więc nie trudziłam się ich umieszczaniem na obrazie. Zrobiłam wprawdzie ogórka z gąbki pomalowanej na zielono, ale ostatecznie został w pracowni.


Postanowiłam uroczyście przyznać Jubilatowi tytuł Honorowego Prezesa Klubu Tatarkowego. Ponieważ wszyscy goście zostali zaproszeni na wytworną kolację do restauracji, tamże mój prezent został publicznie wręczony... Były jeszcze złote balony, w które ustroił się Jubilat podczas tortowej prezentacji...


Nie wiem, czy mogę się nieskromnie porównywać do mistrzów XX w., ale w czym mój tatar jest gorszy od słynnej zupy pomidorowej w puszce, namalowanej przez Andy Warhola w 32 smakach??? :-)



wtorek, 25 stycznia 2022

Pożegnanie cudownej kobiety

Na początku roku odeszła niezwykła przyjaciółka moja. Monika Jaworska, prezenterka ulubionego, lokalnego radia, która od 20 lat budziła mnie prawie co rano...

Piszę prawie, bo miała czasem zmiennika, jeden-dwa poranki w tygodniu pracy budził mnie inny prezenter. Odkąd jednak urodziło się radio ram, nie było lepszego towarzysza porannych trudów wyjścia z miękkiego łóżka. Ta stacja uwiodła mnie, wyłącznie dzięki osobowościom prezenterów i rodzajowi muzyki, którą wlewała do uszu. 

Poranny program był (i jest nadal) najważniejszy. Najbardziej słuchany i słyszalny. Potem w pracy nie zawsze była okazja włączyć radio (nie miałam odbiornika w redakcji), w drodze do i z pracy, w aucie - też wyłącznie ram. I tak od 20 lat... Wtedy jeszcze działała "stara" Trójka - kultowa stacja, która jednak dla mnie nie mogła przebić się rano przez ram. Kiedy nocowała u mnie moja przyjaciółka, mieszkająca na stałe wówczas we Włoszech, ogromna wielbicielka radiowej Trójki - potajemnie przełączała stację, gdy tylko wychodziliśmy do pracy. Odkąd wróciła i mieszka we Wrocławiu, nie ma większej fanki ramu. I bije się teraz w piersi, że taka zawzięta na tę Trójkę kiedyś była...

Moniki Jaworskiej, dyrektor i założycielki radia ram nigdy nie spotkałam na żywo. Przez wiele lat nawet nie wiedziałam, jak wygląda. W niczym to jednak nie przeszkadzało mi Ją lubić, doceniać, szanować, czekać co ranek na Jej głos i ogólną pluszowatość. Dzień stawał się od samego otwarcia oczu fajniejszy, dzięki Monice. Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma medium bardziej intymnego niż radio. Może być z tobą w łazience, w samochodzie, w łóżku. To prawda najprawdziwsza. To stąd rodzi się ta więź z głosem z małej skrzynki, który ofiarowuje wszystko, co ma. Energię, radość, entuzjazm, sympatię. Bo że Monika kochała słuchaczy - to było słychać w każdym Jej słowie... Wszyscy słuchacze wiedzieli, że jest fanką Elvisa Presleya, ale poza tą informacją nie mówiła o swoich osobistych sprawach. Nie wiedziałam, czy ma męża, dzieci. Była cała radia, dla radia i dla słuchaczy.

Kiedy Monika odeszła na początku roku, cios był wielki. Płacz, żal, smutek, jakby odszedł ktoś bardzo, bardzo bliski. Musiałam pojechać na pogrzeb, zaplanowany na 8 stycznia, pożegnać Ją. Inspiracją do wyjazdu była ta właśnie moja realna przyjaciółka, dawna fanka Trójki, neofitka ramu od lat 10. Monika pochodziła z małej wioseczki pod Krosnem Odrzańskim, pogrzeb był w Krośnie... Już w czasie mszy w cmentarnej kaplicy słychać było Elvisa. Pojawiły się osoby związane z fanklubem tego wokalisty, żegnające jego największą chyba fankę na świecie...



Głos Elvisa towarzyszył Monice także w miejscu jej spoczynku. Jak to można powiedzieć - wszyscy obecni na pogrzebie słuchacze radia ram położyli spać Tę, która budziła ich tyle lat... Ktoś rozdał lampiony i nagle wszyscy zajęli się puszczaniem wielkich, białych serc w niebo - dla Moniki.



Nawet nie zdążyliśmy obejrzeć miasteczka, chociaż nigdy wcześniej nie byłam w Krośnie, a wyglądało zachęcająco z zewnątrz. Pognało nas jednak zaraz po pogrzebie do Gostchorza, gdzie mieszkała Monika przed studiami we Wrocławiu, i gdzie nadal mieszka Jej rodzina. Wyczytałam wcześniej, że w wiosce pewien Francuz założył winnicę, produkującą polskie wino musujące. Chcieliśmy kupić tego "szampana", by wypić zdrowie Moniki. Nie udało się. 

Wracaliśmy już nocą, nie tyle do Wrocławia, lecz do Uścia, bo do naszego domu letniskowego z Krosna jest tylko 70 km. A szampana GostArt kupię przez Internet i wzniosę kielich w intencji Moniki...Śpij, Kochana...

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Kreatura na cztery ręce

Rzadko ostatnio piszę na blogu, bo... ręce mam zajęte czymś innym. Głównie gliną i machaniem pędzlem - na płótnie i na ścianie.

Taka się ze mnie zrobiła aktywna kreatura, że za chwilę rąk mi zabraknie, zacznę działać artystycznie także nogami :-). Na zajęciach z ceramiki lepię po 5 obiektów, m.in. takie motyle, kafelki i temu podobne duperelki:


Natomiast malowanie obrazów to ostatnio działalność bardziej prezentowa, bo przecież się nie rozdwoję. Jak tylko wymyślę okazję, to zaraz biorę się do pracy. W wirze tworzenia będąc, jak każdy szaleniec, pragnę uszczęśliwiać świat i ludzi swoimi "dziełami". Że czasem na siłę? :-)

Szliśmy ostatnio do znajomych na spotkanie Klubu Tatarkowego. Gospodyni, moja przyjaciółka Lila, bardzo lubi kolor zielony. I szalenie kocha kwiaty, a ogród przy domu ma tak piękny, że och i ach. Postanowiłam zatem namalować obraz "Wiszące ogrody Lili". Wyszedł taki:

Użyłam dużo brokatu i jaskrawych barw, bo lubię. Kiedy pokazałam dzieło mężowi i mamie - wili się jak piskorze. Mama tłumaczyła się, że nie jest znawcą sztuki, Andrzej wydawał jakieś dźwięki trudne do zidentyfikowania. 

- Nic to! - oznajmiłam moim pierwszym krytykom - najwyżej powieszą to sobie w garażu!

Pełna samozadowolenia opakowałam słusznych gabarytów płótno i pojechaliśmy na kolację. Mina mężowi zrzedła, gdy obdarowana ucieszyła się na widok dzieła i natychmiast powiesiła je na ścianie w salonie, twierdząc, że czegoś takiego tu brakowało! Hak się znalazł, po dużym zdjęciu jakiegoś miasta nocą. I tak wiszące ogrody już wiszą!

środa, 22 grudnia 2021

Odszedł 20 lat temu. Obywatel GC!

Grzegorz Ciechowski - artysta, z którym splotło się na moment moje życie... I to w tym najbardziej znaczącym okresie - studiów. Wspominam te czasy, bo dziś dokładnie 20-ta rocznica Jego śmierci. Miał zaledwie 44 lata. Pamiętacie słowa wieszcza? Hm.

Zaczynał grać i tworzyć w Toruniu, a pierwszy koncert jako zespół Republika zagrali w 1981 roku. W tym samym, w którym ja właśnie zaczęłam studiować filologię klasyczną w Toruniu, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Grzegorz ukończył filologię polską. Oba kierunki miały zajęcia w Collegium Majus. Oczywiście, nie widywałam go na korytarzach uczelni, bo ja byłam przecież nieopierzonym pierwszakiem, a na dodatek sytuacja na uczelni mocno się skomplikowała. Najpierw (już w listopadzie) wybuchły strajki studenckie, potem nastał stan wojenny. Ciekawe to były czasy!

Wróciliśmy do zajęć na uczelni w 1982 r., jakoś w lutym, i powoli odżywało życie studenckie, mimo trwającej wciąż godziny policyjnej. Nie pamiętam dokładnie kiedy usłyszałam piosenkę "Kombinat", która brzmiała dla nas, młodych bardzo antysystemowo i buńczucznie. Każda kolejna piosenka Republiki niosła przesłanie. Biało-czarna okładka pierwszej płyty, wizerunek zespołu, również czarno-biały sprawiał, że najwięksi fani chodzili po Toruniu ubrani tak właśnie: w białe trampki i czarny strój. Jeśli myślicie, że na początku lat 80-tych zdobycie białych trampek nie było żadnym wyczynem, to się grubo mylicie...

Republikanie dawali koncerty - najpierw w Collegium Maximum, potem w klubie studenckim na toruńskich Bielanach, który przez cały czas moich studiów zmieniał nazwę. Albo nazywał się "Odnowa", albo "Od nowa". Wspaniały jest polski język, pozwala na takie niuanse, omijające wojenną i PRL-owską cenzurę. W 2021 znów nazywa się Od nowa... Nomen omen?

Ponieważ na ostatnim roku studiów byłam stałą bywalczynią tego klubu, a Republika tam miewała czasem próby, czy też członkowie zespołu wpadali tam po prostu - ktoś poznał mnie z perkusistą zespołu. Wycyganiłam od niego autograf Ciechowskiego, który był moim idolem. Z blond grzywą gęstych włosów, z tym lekko sepleniącym wokalem przykuwał moją uwagę, głównie tekstami, oraz muzyką. "Śmierć w bikini", "Biała flaga", "Telefony", "Sexy Doll", "Halucynacje", "Arktyka", - Bosz, słuchałam tego na okrągło!

Potem Grzegorz zniknął z Torunia (podobnie jak jam, wróciłam do Wrocławia), przeniósł się do Warszawy, wiązała się z tym sercowa historia. Nowa żona (druga) podzieliła zespół jak niegdyś Yoko Ono Beatlesów. 

Kariera Ciechowskiego nadal się jednak rozwijała. Komponował, wydawał płyty jako Obywatel GC. Wspaniałe przeboje, m.in.  "Tak!Tak!", "Nie pytaj o Polskę". Nie wiem dlaczego, ale ten ostatni utwór do dziś wyciska mi łzy z oczu. Zastanawia mnie, dlaczego w słuchanych przeze mnie stacjach radiowych nigdy nie grają utworów ani Republiki ani Obywatela GC? Dzisiaj się wszyscy obudzili, bo rocznica śmierci okrągła...

Same rocznice!

W tym roku obchodziłam też 35. rocznicę ukończenia studiów w Toruniu. Była okazja do małego zjazdu rocznicowego. Kiedy usłyszałyśmy o muralu z Ciechowskim, oczywiście musiałyśmy się pod nim sfotografować. Znajduje się na Bielanach, w pobliżu Rektoratu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, na budynku mieszkalnym.

I tak historia zatoczyła koło. 40 lat od rozpoczęcia studiów minęło dla mnie w tym roku, tyle samo od pierwszego koncertu Republiki, 35 lat od ukończenia moich studiów i 20 od śmierci lidera zespołu. Utalentowanego Artysty, o którym chyba troszkę zapomniano...


niedziela, 5 grudnia 2021

Tajin z kurczaka w daktylach i płatkach róż, czyli ekspresowa wycieczka do Maroka!

Podróż była krótka: dziś przed południem wybraliśmy się na pchli targ, który jest zawsze w niedzielę, nieopodal naszego domu. Uwielbiam te klimaty! Nic konkretnego nie mieliśmy na myśli, jednak krążąc tu i tam natknęłam się na górną część naczynia, które widziałam w Maroku. "Kominkowa" pokrywa tajin, bez dolnej części, w dodatku szklana (co dziwne). Mimo to interesująca, w dodatku za 20 złotych!

Pomyślałam sobie, że na ten brakujący dół coś na pewno w domu dopasuję i będę miała naczynie, które dawno chciałam mieć, a z Maroka swego czasu nie przywiozłam, bo było za duże. Tak wyglądały oryginały sfotografowane podczas podróży w 2010 r.:

Jadłam tam wówczas potrawę dość dla mnie dziwaczną: gołębia w migdałach i rodzynkach, z kiszoną cytryną (chyba?). Było smaczne i baaaaaaaaaaardzo aromatyczne.

No właśnie, naczynie to nie wszystko, bardzo ważny jest aromat, czyli właściwe przyprawy. Na wspomnianym pchlim targu zawsze są przynajmniej dwa stoiska z przyprawami. Zapytałam o specjalną do tajin i kupiłam dwie różne. Jedna nazywa się Ras el hanout, druga "marokańską do kurczaka". Jeszcze tylko szybkie zakupy suszonych owoców na święta, na sprawdzonym od lat stoisku. Na nim Andrzej wypatrzył swoje ulubione daktyle, które jeszcze będą dzisiaj w akcji :-)

Kiedy przyniosłam zdobycz do domu, okazało się, że pasuje m.in. na moją ceramiczną patelnię. Szybko przejrzałam przepisy w necie, nie byłam pewna, czy mam tajin wkładać do piekarnika czy na płycie przygotowywać. Sposoby są jednak różne, a że w planach na obiad był dziś kurczak (a raczej jego nogi) pieczone, szybko zdecydowałam, że zrobię je w tajin., w wersji na płycie, na patelni. Andrzej się przeraził. Nic nie przeraża bardziej mojego męża, niż moje pomysły. Na ogół jest odważny jak stado lwic, jednak w sytuacjach, gdy musi się zmierzyć z moimi pomysłami, wymięka totalnie! Straszyłam go zmiennymi wersjami potrawy, a to w warzywach, albo z rodzynkami. Ostatecznie i tak zrobiłam jeszcze co innego. Oto przepis na danie po mojemu: zeszkliłam cebulę na oleju i wrzuciłam na to nogi natarte przyprawą Ras el hanout, która w składzie ma m.in. cynamon. Widziałam ją 11 lat temu na marokańskim targu. Swoją drogą, popatrzcie jak misternie te przyprawy były prezentowane:


Kiedy nogi się trochę podsmażyły z obu stron, dolałam szklankę bulionu i przykryłam zakupionym kominkiem:

Zapach Ras el hanout jest obłędnie pyszny. Po chwili dorzuciłam do tajin Andrzejkowych daktyli, pokrojonych w paseczki (dobre 7 sztuk) i dwie łyżki płatków róży w cukrze, własnej produkcji, bo miałam wcześniej otwarty słoiczek. (Dwa dni temu robiłam ciasteczka z takim nadzieniem.)
W sumie to nie wiem, ile trzymałam kurczaka na ogniu, godzinę na pewno. W ferworze walki nie patrzyłam na zegarek. Ale teraz już wiem, że daktyle i płatki mogłam dodać dużo później. Sos się zrobił mocno skarmelizowany, słodki. Był dobry, ale pewnie miałby lepszy kolor, gdybym dorzuciła te dwa kluczowe składniki pod koniec gotowania. Wszystko się piekło, egzotycznie i słodko pachniało w całym domu. Od czasu do czasu dolewałam do tajin resztek bulionu, później wody, gdy sos za mocno się zredukował.
Podałam tajin z ryżem jaśminowym udekorowanym kapką szafranu (nie przepadam za kuskusem) i surówką z pora. Andrzejek zaserwował wino malborough z Nowej Zelandii, zrobiło się genialnie musujące na języku, chyba przez Ras el hanout...


I co, zabrałam Was w ekspresową podróż do Maroka? Bez paszportu covidowego, bez kłopotu...



czwartek, 2 grudnia 2021

Miseczki pożądania

Od miesiąca uczestniczę w zajęciach Akademii Sztuki Trzeciego Wieku. Sekcja rzeźby/ceramiki (brzmi cholernie dumnie!). Niezła frajda!

Jako że lepienie nie było mi nigdy obce, co mogą poświadczyć liczni znajomi obdarowywani aniołami różnej maści, postanowiłam przejść na wyższy poziom rękodzieła. W trwalszym materiale, jakim jest wypalona glina, a nie masa solna czy taka suszona powietrzem. Koleżanka mnie wciągnęła, młodsza, która już 5 lat chodzi na te zajęcia i cudne rzeczy robi. 

W mojej grupie są same seniorki, starsze ode mnie, bardziej doświadczone. Piękne rzeczy lepią. Prowadząca zajęcia artystka, pani Kasia, na pierwszej lekcji zachęcała mnie do lepienia miseczek różnej wielkości. Nuda. Coś tam jednak spróbowałam ulepić, by nie pokazywać od razu swojej krnąbrności. Takie dwie śmieszne miseczki ulepiłam, na zdjęciu poniżej pozostawione do wysuszenia:

Suszyły się tydzień, potem poszły do pieca. Gdy przyszłam na kolejne zajęcia, rozglądam się za miseczkami po pierwszym wypale. Nie ma! Pani Kasia pomaga mi zlokalizować miseczki, bo pamięta, że je z pieca wyjmowała. Znalazły się, u koleżanki, która każe mówić na siebie Zytka. Dobrze, że się podpisałam, ale Zytka i tak dość niechętnie mi je oddawała, nieprzekonana wyraźnym Bea na spodzie... Zajęłam się innymi przedmiotami, zostawiłam miseczki do dalszej obróbki na sali zajęć. Kiedy przyszedł czas ich szkliwienia, znowu szukam, znowu są u Zytki, która miała zamiar je przeszlifować przed koloryzacją... Znów je wydarłam, chociaż to o te większą Zytce chodziło. Potem je poszkliwiłam i znów poszły do pieca. 

Przychodzę wczoraj na zajęcia, spóźniona mocno, bo coś mnie zatrzymało. Szukam obiektów po szkliwieniu, bo ciekawa jestem, jak mi to wyszło. Nie ma! Pani Kasia znów mówi, że jest pewna, że wyjmowała je z pieca, trzeba szukać po paniach. Od razu podeszłyśmy obie do Zytki. Zytka ma już pięknie zapakowany pakuneczek, na wierzchu jej miseczka, pod spodem coś owinięte w czerwoną folię. Moje obie miseczki! No nie, trzeci raz! Mrucząc coś nieartykułowanego pod nosem oddaje mi moje arcydzieła. Miseczki pożądania normalnie! Oto one w całej okazałości:

Prawda, że fajnie wyszły? Dobrze, że mimo spóźnienia, dotarłam jednak na zajęcia, bo Zytka poniosłaby moje miseczki do domu i tyle bym je widziała!


A to filmik, który udało mi się z miseczkami zrobić...