poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Miły weekend w Wawie

Pojechałam w odwiedziny do mojego "słoika", ale bez słoików. Gdybym jechała z mamą, na pewno zapakowałaby jakąś hekatombę produktów i wyrobów własnych, ale jechałam sama, więc w walizce miałam kobiecy niezbędnik kosmetyczny plus ciuchy różne, a nie gołąbki. 

Do stolicy pognałam pendziem, i to był mój pierwszy raz. Było jak w samolocie, bardzo mi się podobało. Obok siedziała miła towarzyszka podróży, przydzielona mi przez system rezerwacyjny PKP Intercity. Nie wiem, jak on to zrobił (system znaczy), bo daty urodzenia się wszak nie podaje, a siedziała ze mną prawie rówieśnica ma, więc przez 3 godziny i 40 minut intensywnie wymieniałyśmy uwagi. Nie zdążyłam przeczytać zabranej w podróż książki, ani nawet zjeść kanapki. Na marginesie tylko dodam, że pod koniec podróży pieszczotliwie hołubiona przez moją towarzyszkę spora walizka okazała się być wypchana... sernikiem i gołąbkami w sosie. Ha, jednak jakieś słoiki się koło mnie kręciły! Pani jechała "ze wsi" do córki w wielkim mieście, by zobaczyć wnuczkę i przywieźć moc zdrowych produktów bez konserwantów.

Na dworzec przybył mój słoik (właściwie "wek", bo dla przyjezdnych z odległości ponad 100 km stosuje się to drugie określenie, jak się dowiedziałam) i porwał mnie na obiad. Chciał do syryjskiej restauracyjki Syriana, w której już byliśmy i smacznie zjedliśmy, ale była w małym remoncie (nomen omen). Zjedliśmy więc łososia w domu, popili winem i ruszyli w stolycę. Naszym celem było Centrum Kopernika, bo zawsze chętnie gapimy się w niebo i inne cuda techniki. Obraliśmy więc kierunek Powiśle, modne ostatnio a niezbadane wcześniej. 
Po wyjściu z metra ujrzeliśmy troszkę inną Warszawę - w takiej kameralniejszej skali, która szalenie nam odpowiada. Zanim weszliśmy do budynku minęliśmy ciekawą instalację rurową - Ogród Wyobraźni. Z rur wydobywały się różne tajemnicze dźwięki...
No i to by było na tyle, bo okazało się, że Planetarium jest w remoncie, a budynek centrum jest przepełniony i nie sprzedają już biletów. Pokręciliśmy się rozczarowani po hallu - i wyszliśmy. 
Naprzeciwko Centrum odkryłam fantastyczny budynek, przypomniało mi się, że czytałam o nim niegdyś w "świecie architektury" - to Biblioteka Uniwersytecka, z najprawdziwszym ogrodem na dachu. Co za cudowna przestrzeń, jaka niezwykła koncepcja - bardzo nam się podobał spacer labiryntem ścieżek wśród winorośli, parasoli z clematisów, mnóstwa kwitnących traw pampasowych i kwiatów, systemu małych strumyków. Genialne! 
Budynek, oddany do użytku w 1999 r., jest dość niski. Jednak zrobił na mnie wrażenie... świątyni sztuki. Zafascynowana oglądałam z ogrodu na dachu pejzaż Warszawy, a potem stałam długie minuty pod wielojęzycznymi tablicami przesyconymi filozoficznymi treściami...
Taki to był intelektualny weekend!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz