poniedziałek, 30 września 2019

Grzybożądza

Coś dziwnego psychologicznie mi się ostatnio przydarzyło - grzybożądza totalna. Nigdy na grzyby tak "napalona" nie byłam, chętnie po nie do lasu jeździłam, ale raczej dla przyjemności spaceru, zwłaszcza jak jesienny dzień był piękny, niż dla zbieractwa. Kto by to miał czas potem przetwarzać? Grzyby wprawdzie lubię, takie na gęsto ze śmietaną do ziemniaczków puree i radość mi sprawia ich samodzielne znajdowanie, ale żeby to była jakaś wielka pasja, to nie. 

Kiedy jednak w ogrodzie przy domu, w centrum miasta znalazłam maślaki, uznałam że w lesie to już musi być grzybowa pandemia i trzeba pouczestniczyć. Ruszyłam zatem w południe, jak zwykle, do kniei, z zamiarem upolowania kilku wspomnianych. Początek był sofcikowy, co widać na zdjęciu, ale mnie cieszył, bo rekordzistką i tak nigdy nie byłam. 


Wszystko szło swoim rytmem, do czasu. Kiedy zaczęliśmy mijać ludzi wracających z wiadrami pełnymi tych darów lasu, a ja tu z maleńkim koszyczkiem wielkanocnym, ledwie zapełnionym - załamałam się z... grzybowej zazdrości! Czegoś podobnego wcześniej nie doświadczyłam. Byłam wręcz zrozpaczona. Nawet nie chciałam w te wiadra zaglądać, bo serce mi się kroiło, a tu wszyscy jak na złość chcieli się chwalić zdobyczą. 
Stanęłam w miejscu i odmówiłam dalszego marszu do lasu. Zarządziłam odwrót, odpuściłam sobie poszukiwania w przekonaniu, że już dla mnie w lesie nie zostało! Że nie ma sensu, te watahy grzybiarzy wyzbierały już wszystko. I wtedy potknęłam się o grzyby. Machały do mnie z trawy, z łąkowej ścieżki, zerkały spod liści. 
Rekord życiowy osiągnięty! Konkluzja? NIGDY NIE REZYGNUJ.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz