czwartek, 22 października 2020

Jak zostałam bohaterką komedii kryminalnej...

Miałam umówioną prezentację domu na drugim końcu miasta. Postanowiłam zabrać ze sobą Andrzeja w roli kierowcy, bo chcieliśmy jeszcze potem coś załatwić wspólnie, a nie było sensu kręcić się po mieście w tę i z powrotem. 

Andrzej wziął ze sobą książkę, by się nie nudzić w samochodzie, gdy ja będę pokazywać dom. Ostatnio czyta komedię kryminalną Olgi Rudnickiej pt. "Zbyt piękne". Zaśmiewa się w głos, bo bohaterka, Zuzka, jest kompletnie zwariowaną osóbką z niewyparzonym językiem.

Dojeżdżamy na miejsce, a ponieważ ulica na której stoi dom do sprzedania jest rozkopana, parkujemy auto tam, gdzie polecił nam właściciel domu. Wysiadam, mąż zostaje w samochodzie. Czekam na oglądających. Przyjechali po nas, widzę, że zaparkowali w tym samym miejscu, witamy się. Małżeństwo po 60-tce, przy czym pan ma protezę nogi. Jestem o tym uprzedzona, bo kwestią było, jak daleko trzeba będzie dojść od parkingu na prezentację domu. Idziemy spacerkiem, pan męczy się z nogą, ale daje radę. W domu oglądamy każdy jego zakamarek przez jakieś 1,5 godziny. Właściciel opowiada historię swego życia, historię licznych chorób i rodzinnych konfliktów, zatrzymując nas w salonie na dobre 40 minut, bo opowieść wymaga szlachetnej oprawy. Pokazuje wszystkie pomieszczenia po kolei, z namaszczeniem i tłumaczeniem, karcąc nas, gdy za szybko chcemy otworzyć jakieś drzwi. Nudzę się potwornie.

Po ponad godzinie zwiedzania właściciel proponuje nalewkę własnej produkcji. Pan z protezą się wykręca, że kieruje, ja również korzystam z tego samego wykrętu. Natomiast pani oglądająca - degustuje, a jakże! Kiedy w ramach „serwisu” chcę im zdezynfekować dłonie, okazuje się, że pan oglądający ma, oprócz sztucznej nogi, jeszcze protezę ręki...

Nic to. Siedzą, rozmawiają, a ja mam w myślach męża siedzącego w aucie od 1,5 h.  Chcę ich zostawić już sam na sam z właścicielem. Zmyślam, że mam kolejne spotkanie, ale się reflektują - i wreszcie wszyscy wychodzimy. Przepraszam ich, że muszę się pospieszyć, oni potakują: tak, tak, przecież ma pani spotkanie. Oni idą dużo wolniej, pan z protezą nie jest szybkim piechurem. Uciekam, najpierw żwawym marszem, potem już biegiem. Zbliżam się do auta, widzę, że mąż zatopiony jest w lekturze, nawet nie zauważa mnie gdy podchodzę do drzwi. Wsiadam z rozmachem i mówię zdyszana:

- Jeeedź!!!!

Mąż z krnąbrnym namaszczeniem zdejmuje najpierw okulary do czytania, chowa je do futerału. Wkłada zakładkę do książki (zabrał ze sobą????), odkłada ją delikatnie na tylne siedzenie. Mnie się już też odkłada, żółć, w dodatku niedelikatnie. Poprawia się w siedzeniu, sięga po telefon i już-już ma wystukać sobie nawigację do  miejsca, do którego mieliśmy w następnej kolejności jechać, gdy ja, na skraju wytrzymałości będąc, krzyczę:

- Jedź, zanim mnie ten bez nogi dogoni!

Mąż rusza z piskiem opon. Nareszcie! Po jakichś 20 metrach mówi:

- Wiesz, poczułem się, jakbym dalej czytał tę książkę! Normalnie wskoczyłaś w akcję z tym tekstem o beznogim.

Tak więc zostałam bohaterką komedii kryminalnej. A chodziło mi tylko o to, by się nie wydało, że nie piłam nalewki, chociaż mogłam...

środa, 14 października 2020

Napad kreatywności kulinarnej

Dzień deszczowy i pochmurny, zimno, wietrznie - nic, tylko włączać piekarnik!

Postanowiłam zdziałać dziś w kuchni coś więcej, niż tylko obiad. W lodówce czekały 3 białka po jakimś daniu z samymi żółtkami, więc pomysł mnie naszedł deserowy: kokosanki! Bezy byłyby wprawdzie prostsze, bo problem z kokosankami polegał na tym, że nie miałam... wiórek kokosowych. Ale co to za sztuka zrobić kokosanki, gdy dysponuje się wiórkami, ha? Znalazłam w czeluściach szafki kuchennej mąkę kokosową, godne zastępstwo wiórków, więc już nic nie było w stanie mnie powstrzymać. 

Piana z białek wyszła cud-miód. Mąka kokosowa, dosypana na oko, trochę się za mocno wchłonęła, ale to nic. Czymś ją rozrzedzę, np. musem winogronowym, własnoręcznie preparowanym w zeszłym roku do słoików jako polewa do lodów! Tak to mus zagościł i zagęścił masę kokosowo-białkową. Zrobił się produkt elastyczny w formowaniu, co natychmiast wykorzystałam do ulepienia kilku kulek (cholera, kokosanek wyszłoby mi ze czterdzieści!). 

Jeszcze tylko piknięcie piekarnika, że jest odpowiednia temperatura (180 st.) i kulki wylądowały w piecu. Po ok. 30 minutach wyszło to:

Ładne prawda? I rozpływają się w ustach. Niestety, z sypkości, a więc pylicy można dostać!

poniedziałek, 5 października 2020

KMM (Kobiety Mają Moc): Marianna Orańska i jej mauretański zamek w Kamieńcu Ząbkowickim

Kilka moich wypraw po dolnośląskich zamkach i pałacach jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności kręciło się wokół postaci dwóch niezwykłych kobiet z przeszłości. Na wiosnę zwiedzałam zamek Książ – luksusową rezydencję księżnej Daisy. Latem odwiedziłam pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim – budowlę, która była gigantyczną inwestycją nietuzinkowej kobiety…

Książ jest kojarzony przede wszystkim z tajemnicami II wojny światowej, ale też ze słynną Daisy Hochberg von Pless. Pałac Marianny Orańskiej to z kolei własność księżniczki z dynastii do dziś panującej w Holandii. Te dwa obiekty nie są od siebie bardzo oddalone. Łączą je też postaci dwóch nieprzeciętnych kobiet, które nie urodziły się tutaj, ale tu stworzyły swój świat. 

Żyły w podobnym czasie: Marianna Orańska zmarła, gdy Daisy von Pless miała 10 lat. Ich egzystencje zazębiły się o dekadę... Zaczęłam porównywać ich życiorysy, bo odkryłam podobieństwa, prawie równoległe sytuacje. Już od samych narodzin jakaś niewidzialna nić łączyła te dwie damy. Marianna przyszła na świat i zmarła w maju, Daisy – urodziła się i zmarła w czerwcu. Obie nie były nawet Niemkami, lecz wysoko urodzonymi arystokratkami, które pojawiły się na Dolnym Śląsku wskutek małżeństwa z bogatymi i wpływowymi Prusakami. Marianna Orańska była zubożałą księżniczką z niderlandzkiej dynastii Oranje-Nassau (panującej aż do dzisiaj, od 400 lat), która poślubiła księcia pruskiego Alberta Hohenzollerna. Daisy była również osobą błękitnej krwi, z rodziny Cornwallis-West, zubożałej, ale skoligaconej z królem Edwardem VII i Jerzym V. Gdy poślubiła księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XV Hochberga, została księżną von Pless. Obie kobiety nie akceptowały drygu i atmosfery pruskiego dworu i obie rozwiodły się ze swymi prominentnymi mężami w atmosferze skandalu…

Wizjonerka Marianna

Zacznijmy od Marianny (1810-1883), starszej z nich. Urodziła się w Berlinie z matki Hohenzollernówny i ojca - króla Niderlandów. Kiedy wyszła za mąż za swego bliskiego, krewnego - ciotecznego brata Albrechta Pruskiego, nie była w nim zakochana. Małżeństwo formalnie trwało 19 lat i jego owocem była piątka dzieci. Albrecht zdradzał żonę na prawo i lewo. Marianna górowała nad nim inteligencją, obyciem, klasą. Po 15 latach małżeństwa porzuciła męża i zamieszkała w Holandii, gdzie żyła w nieformalnym związku ze swoim masztalerzem, prywatnie osobistym sekretarzem i przyjacielem. Skandal ten sprawił, że dwory w Berlinie i Hadze się zatrzęsły, a gdy Marianna wreszcie wystąpiła o rozwód, ukarano ją infamią, ponieważ spodziewała się dziecka swego partnera. Zabroniono jej przyjazdu na konfirmację jednej córki i pogrzeb drugiej, oraz ślub syna. Zakazano jej też przebywania na terenie Prus przez dłużej niż jeden dzień. To komplikowało sytuację, ponieważ Marianna budowała wtedy pałac w Kamieńcu Ząbkowickim. Aby móc doglądać swoich śląskich włości, księżna zakupiła majątek Weißwasser (dziś Bílá Voda) na Śląsku austriackim, zaledwie kilkanaście kilometrów od Kamieńca. Nigdy nie wyszła za mąż za swego partnera (nawet, gdy owdowiał, bo też był żonaty). Byli razem do śmierci, ale postanowienie Marianny, że sama będzie wychowywała nieślubne dziecko, na owe czasy było odważną decyzją. (Albrecht natomiast miał romans z córką pruskiego ministra wojny Rozalią von Strauch, z którą się ożenił. Facetom wolno było? Wolno). Marianna po rozwodzie podróżowała po Europie i kupowała majątki. We Włoszech urodziła nieślubnego syna, Johannesa Willema. 



Jej pałac w Kamieńcu Ząbkowickim
to jedna z najpiękniejszych budowli neogotyckich w Europie Środkowej. Zdewastowany w 1945 roku pozostaje w ruinie, chociaż obecnie coś drgnęło - trwają prace nad jego restauracją. 


Nie był jednak jedynym przedsięwzięciem Marianny, gdyż ta niesamowicie bogata i nietuzinkowa kobieta prowadziła bardzo intensywną działalność, 
można powiedzieć - biznesową.
Miała rozległy majątek ziemski, o który dbała, finansując budowę dróg i mostów, zatrudniając okolicznych mieszkańców, stawiając nowe budynki mieszkalne i remontując stare. Księżna znana była z działalności dobroczynnej – fundowała i łożyła na utrzymanie szpitali, ochronek dla dzieci i szkół, prowadziła fundusz dla wdów. Sprawowała też patronat nad artystami, ludźmi pióra i duchownymi. Niemal do ostatnich dni swego życia pozostawała zaangażowana w sprawy swoich poddanych. Sława i znaczenie Marianny wykraczały daleko poza granice Ziemi Kłodzkiej. Do dziś pełno jest tu jej śladów: w nazwach (Mariańskie Skały, Łaźnie, Biała Marianna i wiele podobnych), pomnikach, obiektach.

Osamotniona piękność - Daisy

Daisy uchodziła za jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki. Adorowana i uwielbiana, interesowała się modą, potrafiła korzystać z życia. Jej życie, pełne ekscytujących wydarzeń, toczyło się w dwóch rezydencjach: dolnośląskim Zamku Książ i górnośląskim pałacu w Pszczynie... 

cdn.

 

wtorek, 29 września 2020

Kamień Księżycowy z Armenii

Zmartwiła mnie ostatnia wiadomość, że Armenia znów jest w stanie wojny, z Azerbejdżanem. Kłócą się o Górny Karabach (nie wiem, może jest o co...). Podczas ubiegłorocznej wycieczki do Gruzji i Armenii zwiedziłam ten mały kraj niezwykle dumnych i uzdolnionych ludzi, krzywdzonych jednak przez historię. Poznałam trochę ich obyczajów, zakrętów historii i odrobinę ich mentalności.

Ormianie to naród niezwykły, o potężnej przeszłości i marginalnej teraźniejszości. Ich historia mocno przypomina mi historię innego narodu - Żydów. Obie nacje mają podobne zdolności, talenty i obie muszą mierzyć się z niechęcią innych narodów. Chociaż Ormianie są chyba bardziej tolerowani i nie słyszy się o antyormianizmie (właśnie ukułam taki termin) w takim wymiarze globalnym, jakim jest np. antysemityzm.

Kraj kamieni - Karastan

Ararat
Armenia jest surowo piękna. Ich narodowa legenda mówi coś o tym, że kiedy Bóg stwarzał Ziemię, używał sita, by oddzielić kamienie i dać poszczególnym krajom miękką, żyzną ziemię do upraw. Zapomniał o Armenii, albo też Ormianie się spóźnili do Boga, zajęci... handlowaniem. Gdy w końcu upomnieli się o skrawek dla siebie, Bóg miał już tylko kamienie w sicie. I tylko to mógł im ofiarować. Dlatego to, co się w Armenii spotyka na każdym kroku to kamienie. W różnej postaci - stożki wulkaniczne rozrzucone w pejzażu, skaliste góry (ale bez ich najświętszej góry, Araratu, który obecnie znajduje się na emigracji, w Turcji, w kraju ich największego wroga). 

Wśród gór ukryte są kamienne monastyry - cuda architektury z czasów pierwszych chrześcijan. Poza tym miliony Chaczkarów (bogato zdobionych kamiennych obelisków, rozsianych po całym kraju. Nie ma dwóch identycznych!). Lekko fioletowo-rudy tuf, z którego zbudowane jest całe stołeczne miasto - Erywań. Kamienne cuda!

Nie mogłam więc nie przywieźć kamienia z kraju kamieni... W dodatku zdobyłam go (kupiłam) w niezwykłym miejscu - nad jeziorem Sewan. 

Jezioro to, zwane morzem Ormian jest miejscem porażająco niezwykłym i pełnym kolorów... Sewan jest dla Ormian, nie posiadających dostępu do żadnego morza, morzem właśnie. Jezioro jest największym jeziorem Kaukazu, wysoko położonym (1916 m npm). Spływa do niego 28 rzek, a wypływa jedna - Hrazdan. Jest to miejsce wypoczynku, oraz cel pielgrzymek do klasztoru Sewanawank, górującego nad jeziorem. 

Jezioro Sewan

W takim to miejscu nabyłam niezwykle piękny kamień, rzekomo księżycowy. Wygląda jak solidna bryłka szkła, w szmaragdowym kolorze. Mój egzemplarz ma jeszcze biała czapeczkę, bardzo rzadką, o czym zapewniał mnie sprzedawca. Na drugim zdjęciu jest użyta lampa błyskowa - jeszcze lepiej widać strukturę i warstwy kolorów.

W opisach właściwości księżycowych kamieni nie zgadzał mi się kolor, więc nie wiem, czym naprawdę jest ta bryłka. Czy to rzeczywiście ten minerał? Ale zachwyca mnie, zwłaszcza gra świateł. Taki to kamień z Karastanu...






niedziela, 27 września 2020

Zupa z jabłek, czyli jabłczanka

Obfitość jabłek w moim ogrodzie sprawiła, że w szale przetwarzania preparuję różne smakowite dania: kompot z jabłek, ciasto z jabłkami, czyli szarlotkę, ryż z jabłkami i... jabłczankę.

Ta ostatnia przypomniała mi się nagle. Takie wspomnienie z lat 70- i 80-tych, kiedy różnorodność artykułów spożywczych mieściła się skromnie w tuzinie chyba i każda gospodyni domowa główkowała jak uatrakcyjnić codzienne menu. Robiło się kotlety z mortadeli, smażyło ser w panierce, piekło ziemniaczki w piekarniku itp. Moja mama gotowała m.in. zupę z jabłek, którą jadało się z ziemniaczkami puree. Zupa była po prostu gęściejszym kompotem, zabielonym śmietaną, a dodatek ziemniaków utłuczonych z masełkiem miał nadać temu daniu bardziej obiadowo-sycący charakter. 

No to po latach i ja zrobiłam jabłczankę, prawdziwe danie vintage, wpisujące się w jakże modny trend eko, superfood, vege czy co tam chcecie (no z vege jednak przesadziłam, bo śmietana vege nie jest). Oto dowód zdjęciowy:




Antymuzealnik

W piątkowe, dość deszczowe popołudnie wpadamy na pomysł zakupów dla męża. Chodzi o nożne niezbędniki, czyli męskie spodnie. Zakupy planujemy w najbliższej galerii handlowej, czyli Dominikańskiej. Kiedy konstatuję z radością, że po drodze jest też Muzeum Narodowe, i w obliczu ponurego pogodowo popołudnia miałabym ochotę wpaść tam w odwiedziny, mąż (nagle bardzo śpiący) stwierdza:

- Wiesz co, to ja się chwilę zdrzemnę przed wyjściem, może zdążą zamknąć to muzeum?

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Swoją drogą, nie mam pojęcia, skąd u męża ta antymuzealna postawa. Pamiętam doskonale, że na pierwszą randkę przed 33 laty zaprosił mnie do Muzeum Przyrodniczego. Przez bite 4 godziny oglądałam jakieś patyczaki i kości dinozaurów!



środa, 16 września 2020

Mężowskie wsparcie

Ostatnio miałam trochę kłopotów motoryzacyjnych z Bellą. Diagnoza nieciekawa - silnik do remontu czy cuś. Filtr DPF się zapycha i to w szybkim tempie po czyszczeniu. Jedni magicy samochodowi się poddali, inny pogrzebał w kompie i wydawało się wszystkim (a najbardziej mnie), że problem zażegnany.

W tych "okolicznościach przyrody" pojechaliśmy na dłuższy weekend do naszego nowego domu w lubuskiem własnym, a nie wynajętym samochodem. W stronę "tam" (ok. 160 km) Bella spisywała się genialnie, kopytko miała, dowiozła nas z pasażerkami w przewidzianym czasie. 

Odpoczęła sobie, bo postała w garażu trzy dni, aż nadszedł czas powrotu. Zostawiłam męża na posterunku, z planem przyjechania po niego w piątek, a sama z mamą wracałam samochodem do Wrocławia wczoraj. Po ok. 30 km Bella nagle (jak zwykle) odmówiła posłuszeństwa. To znaczy, jechać jechała, ale pojawiać się zaczęły kolejne komunikaty, że nie są dostępne jakieś tajemnicze funkcje ASR, VDC czy VOD może, Hill Holder oraz to, co zwykle: mam sprawdzić silnik. O rany! Nie dyskutowałam z nią tylko zjechałam do zatoczki przy przydrożnym cmentarzu, ustawiłam się wygodnie do wjazdu na lawetę, nie tarasując drogi i wezwałam assistance.

Czekając na pomoc ślę mężowi smsy, że laweta, że to i tamto. Prosił, bym go co jakiś czas informowała gdzie jestem, bo spodziewałam się dłuższej drogi do domu w związku z tymi okolicznościami. Kiedy więc wystartowaliśmy, Bella jak królowa, my z mamą w kokpicie, wysłałam stosowny sms. Potem, kiedy wjechaliśmy w jakiś objazd do Leszna - również wysłałam info sms. W końcu, że udało nam się wjechać na S5. Wtedy odpisał: Hurra! No to ja uszczegóławiam: Mamy 103 km do domu. Na co mąż: Jak będzie 102 daj znać. Mężowska maupa.

niedziela, 6 września 2020

Perfect day

Miałam dziś Imieniny. Wymyśliłam sobie dzień atrakcji w kameralnym gronie Mamy i męża. Wyszedł mi naprawdę perfect day!

Najpierw odwiedziliśmy teścia w Domu Seniora nieopodal Świdnicy, z planem niedzielno-imieninowego obiadu w tym właśnie mieście, które bardzo lubię odwiedzać. Co więcej, dziś była pierwsza niedziela miesiąca i odbywał się słynny Targ Staroci i Osobliwości. Wątpiłam, czy uda się nam dotrzeć akurat na targ, bo trwa tylko do 13.00, ale i tak nasz cel był inny. Spokojnie więc, bez pośpiechu, w słoneczny dzień po wielkiej nawałnicy w tym regionie, dotarliśmy do miasta akurat przed 13-tą. Po kilku okrążeniach Rynku (trudności z zaparkowaniem) zorientowałam się, że targ trwa w najlepsze, więc porzuciwszy męża w samochodzie, z przyjemnością zanurkowałam między straganami.

Targ staroci ma w Świdnicy już półwieczną tradycję i jest to wyjątkowe miejsce i wyjątkowa impreza. Odbywa się na Rynku zabytkowego miasta, oraz w przyległych uliczkach i placykach tworząc niepowtarzalny, unikatowy klimat, który mogę porównać tylko z jednym miejscem. Kiedyś wizytowałam targ staroci w maleńkim, prowansalskim miasteczku we Francji. Było podobnie cudnie. W Świdnicy na targu byłam już kilka razy, za każdym przywożąc jakąś intrygującą zdobycz. 

To targowe i handlowe miasto, którego historię można liczyć w stuleciach. Co więcej, nie ucierpiało w czasie II wojny światowej, więc zabytki (renesansowe a nawet gotyckie kamieniczki) można nadal podziwiać, włącznie z oryginalną zabudową Rynku. Miasto ma jeden zabytek klasy światowej: XVII-wieczny Kościół Pokoju wpisany na listę UNESCO. Poza nim mnóstwo uroczych miejsc, kamienic, pomników, portali, fontann, innych kościołów (katedra św. Stanisława i św. Wacława z wieżą wyższą od wież katedry wrocławskiej, w której znajduje się prawie dwutonowy dzwon!), Ratusz. Lista zabytków miasta jest, po Wrocławiu, najdłuższa na Dolnym Śląsku! Warto więc powłóczyć się uliczkami miasta i samodzielnie odkrywać perełki sprzed wieków.

No a kiedy jeszcze wśród tego architektonicznego przepychu rozłożą się sprzedawcy antyków, osobliwości, przedmiotów sztuki czy wyrobów rzemiosła, to naprawdę nie wiadomo, na co patrzeć! 



Wrócę jednak do mojej dzisiejszej wyprawy. Udało mi się (chyba rzutem na taśmę) znaleźć na targu zachwycający mebelek: szafeczkę, licho wie z jakich czasów i do czego przeznaczoną. Wypatrzyłam ją swoim sokolim okiem, twardo negocjowałam cenę. Udało się z 300 zejść na 200 zł (sprzedawcy się już zaczynali pakować), ale musiałam złożyć obietnicę (zdjąwszy maseczkę :-)), że zawsze będę u tego pana sprzedawcy kupować. Co też uczyniłam :-)



                                                 szafeczka już na swoim miejscu w przedpokoju...

Wpadła mi też w oko cudna patera ze szkła z Murano, w kolorze bladego turkusu, który to kolor mnie ostatnio fascynuje, ale cena 160 zł wydała mi się jednak za wysoka. Sprzedawca zgodził się tylko na 20 zł upustu, więc zrezygnowałam z zakupu.

Szafeczka powędrowała zatem z mężem do bagażnika samochodu i już bez balastu mogliśmy zacząć szukać restauracji. Wcześniej wpadła mi w oko nazwa "Fado i Wino". 

Wyczuwając portugalskie klimaty zdecydowaliśmy się wejść. Znaleźliśmy się w miłym lokalu, w którym jest także hotel i Spa. Wnętrze gustownie urządzone, aromaty potraw przednie, zamówiliśmy więc swoje dania. Andrzej obowiązkowo rosół (wszak niedziela!), tyle że z bażanta. 

Mama miała chęć na dorsza (ale nie był to bacalhau, przynajmniej w karcie o tym nie wspomniano). 

Liczyłam na cataplanę, ale zamiast niej w karcie było coś pokrewnego w nazwie - potrawa z bakłażana, selera naciowego w pomidorach, więc zaryzykowałam. Andrzej wybrał to samo i złamaliśmy zasadę, która zawsze się sprawdza - wybierać różne potrawy, bo można wtedy więcej spróbować. Cata... coś tam była smaczna, ale zbyt al dente jak na mój gust. Żuchwa mnie do teraz boli od gryzienia bakłażanów i selera, które były chyba twardsze niż na surowo!


Natomiast bardzo ładnie wpasowała się w portugalskie klimaty ceramika bolesławiecka, na której podają w "Fado i Wino" wszystkie dania. Super! Po obiadku wróciliśmy do Wrocławia, bo Andrzej jechał wczesnym wieczorem do Warszawy, więc już samotnie kończyłam dzień imienin własnoręcznie przyrządzoną kolacją. Sałata z figami i kozim serem, polana olejem z włoskich orzechów i syropem z granatów:

Chyba otworzę knajpę!

środa, 2 września 2020

Piąta rybka

W naszym ogrodowym oczku pływa sobie pięć złotych rybek. Od kilku dni, gdy je karmię, na posiłki stawiają się tylko cztery, starannie przeze mnie przeliczane. 

Zmartwiona informuję o tym męża:

- Wiesz, coś się stało z jedną rybką, naliczam tylko cztery, i to o różnych porach. Trwa to już parę
dni...

- Hm, widziałem w lodówce wędzoną makrelę, może dorzucisz do oczka, będziesz znowu miała pięć???




wtorek, 11 sierpnia 2020

Remonterka

Och, dawno mnie tu nie było. Wszystko przez nową pasję: remontowanie wnętrz. Jak się wzięliśmy w czasie lock down'u za odgruzowanie komina, tak pooooooszłoooo! Kolejnym zadaniem było odświeżenie mieszkania, które mamy na wynajem.

Po 5 latach pomieszkiwania w nim 5-ciu chłopa z polibudy wymagało jakiegoś liftingu. Pomieszanie z poplątaniem, meble pozestawiane byle jak, kilka nowych w spadku (jakieś tapczany, biurka). Wszystko z innej bajki. 


Zakasaliśmy więc rękawy, bo oferujemy je nadal na wynajem piątce studentów dowolnej płci. Najpierw, z pomocą wujka machnęliśmy nowe kolory na ścianach, a ja zajęłam się przywracaniem designu meblom z przełomu lat 90. i 2000 roku. Czarno białe półki i komódki zmieniałam za pomocą samoprzylepnych folii oraz farby do drewna. 




Najbardziej dumna jestem z kuchni, która wyglądała tak:


A teraz wygląda tak:


Szło mi tak dobrze, że już-już zastanawiałam się nad utworzeniem bloga o odnawianiu mebli, ale szanowny facebook wybił mi to z głowy. Otóż zamieściłam ogłoszenie w grupie "Wrocław na wynajem" czy jakoś tak. Myślałam, że taka facebookowa grupa ma na celu kojarzenie osób wynajmujących i poszukujących najemców. Jakże się myliłam! To raczej kółko różańcowe skrzyżowane z klubem inteligentnych inaczej. Dawno nie spotkało mnie tyle... hejtu. Około setka komentarzy na temat wyglądu mieszkania, że melina, brzydkie meble, porady z cyklu "powinna pani najpierw je wyremontować  a potem oferować do wynajmu", ktoś żądał ode mnie kasy, by zechciał  tam w ogóle potrzymać swoje komputery itd, itp. Żadnego zainteresowanego wynajmem, wszyscy rzucili się do oceniania i osądzania standardu mieszkania, ceny za wynajem i chwalenia się, gdzie wynajmują za mniejsze pieniądze zamkowe albo pałacowe apartamenty w luksusowym standardzie i lokalizacji. Ręce mi opadły. Skąd mają tyle energii i czasu, by przeglądać oferty na grupie, która ich w ogóle nie dotyczy i zadawać sobie trud, by napisać złośliwy komentarz? Co więcej, na kilka ataków odpowiadałam ironią, która najwyraźniej dla inteligentnych inaczej jest  kompletnie niezrozumiała. Najbardziej zadziwiła mnie dziewczyna, która zdobyła 80 lajków za komentarz, że po moich wypowiedziach to ona by ode mnie niczego nie wynajęła! Można więc bez żenady opluwać i atakować kogoś, a gdy broni się ironią, to powód by znów go zaatakować.

Jak idę do sklepu z sukienkami i widzę na wieszakach jakieś  fasony, które mi się nie podobają, to szukam innych na wieszakach albo w innym sklepie. Nie podchodzę do ekspedientki ze skargą, że tu jakiś chłam powiesiła.

Nie znoszę fejs-zbuka. Teraz wiecie, jakie mam hasło do swego konta :-)




niedziela, 12 lipca 2020

Alzheimer z Butelki Lejdejskiej

Siedzimy z mężem na tarasie w letni wieczór, rozmówki o tym i owym.  O urlopach i planach weekendowych. 
Zeszło na kolegę z pracy, że jedzie na urlop i mąż będzie przez to ciurkiem 3 tygodnie w biurze, zamiast naprzemiennie. Dopytuję więc, dokąd jedzie ten kolega na taki długi urlop.
- Do Kamienia Pomorskiego.
- O, super! - ja na to. - Fajną sukienkę sobie tam kupiłam...
- A co tam jeszcze jest ciekawego? - dopytuje mąż.
- No ten cudny kościół, w którym odbywa się słynny festiwal organowy - wymieniam - trochę ładnych zabytków, klasztor stary...
- Ja tam byłem? - pyta zdziwiony.
- No, na majówce, nie pamiętasz? Był tam jeszcze taki dom-muzeum, w którym mieszkał jakiś naukowiec. Może ten, który wymyślił  puszkę Faradaya? - zastanawiam się. Widzę jednak okrągłe ze zdziwienia oczy męża i wycofuję się szybko. - Masz rację, Faraday to brzmi zbyt brytyjsko. To na pewno był jakiś fizyk, ale tam Prusy były, więc takie bardziej niemieckie nazwisko musi mieć. Pamiętasz jakieś prawo fizyczne albo urządzenie nazwane niemieckim nazwiskiem? - dopytuję się, w końcu z inżynierem rozmawiam!
- Alzheimer?
ps.
Okazało się (dzięki znalezisku w domowym archiwum zdjęciowym), że chodziło o butelkę Kleista, zwana też butelką Lejdejską)!

wtorek, 16 czerwca 2020

Lody z akacjami, muchami i komarami

Dialogi na cztery nogi, czyli jak moi bliscy wierzą we mnie i podziwiają moją kreatywność...

moja nowa zabaweczka...
Opowiadam mamie, że nabyłam drogą kupna maszynkę do lodów. W Lidlu.
- A po co ci ta maszynka?
- Będę robić swoje lody!- cieszę się.
- A ile kosztowała? - drąży temat mama.
- 80 zł. - odpowiadam, uważając że to świetny zakup.
- Wiesz, ile miałabyś lodów za to???
- Możliwe, ale za to będą takie, jakie lubię, własnoręcznie robione...
- A są tam jakieś przepisy dołączone? - świdruje temat mama.
- Chyba tak, jeszcze nie zaglądałam do środka...
- A zresztą, co za różnica. Znam cię! Na pewno zrobisz jakieś lody z akacjami, muchami i komarami. Nie będę tego jadła i już!

Nie ma jak wsparcie rodziny!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ten sam dzień, ten sam Lidl. Tuż obok maszynki do lodów ujrzałam piękny kajak dmuchany, dwu-osobowy. Z wiosłami. Dzwonię do męża, czy nabyć?
- Zwariowałaś! Po co teraz kajak?
- Przypominam ci, że za tydzień kupujemy dom z jeziorem...
- No to go najpierw kupmy, zagospodarujmy się w nim, na kajak przyjdzie czas! - poucza mnie surowo.
- No ale wtedy będzie już szczyt sezonu i kajaków w Lidlu nie będzie! - rozpaczam. - No to ja sobie maszynkę do lodów kupię! - grożę, by zrekompensować sobie rozczarowanie.
- A co, da się w niej pływać???
                               
                                              Ręce opadowywujom!

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i duszonymi akacjami...

Moja kreatywność kulinarna w maju/czerwcu sięga co roku wyżyn... szaleństwa - tak uważa moja mama. I coś w tym jest, bo poza szaleństwem smażenia placuszków z kwiatów akacji (maczam całe kiście  w w gęstym cieście naleśnikowym):




produkuję też hurtowo ciasta z rabarbarem. Ponieważ ostatnio wychodzą mi drożdżowe (hurra, hurra!), to zrobiłam ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i kwiatami akacji duszonymi w cukrze. Po prostu po trzech turach placuszków z akacji już mi się ich nie chciało robić, a miałam umyte kwiaty przechowane w lodówce. Zatem - abrakadabra! - ciasto rabarbarowe zostało wzbogacone o szczyptę wariacji:

P.S. z 11 maja 2022
Nic się nie zmienia w kwestii kulinarnego i majowego szaleństwa mojego. Oto dowód z fb: 
Pieczone po nocy. A miałam obraz malować! Zamiast tego wpadłam na pomysł upieczenia kokosanek bez kokosa, bo go nie miałam. Miałam białka i trochę krajanki z orzechów laskowych. No to buch. Jeszcze odrobina kawy mielonej i ciastka gotowe. Nazwałam je laskowianki. Trochę gumowate były, to przetrzymałam w piekarniku i w efekcie lekki węgiel jest na niektórych, ale co tam. Pycha! Aha, parę ozdobiłam żurawiną dla fantazji. Czy jest tu może na fb jakiś psychiatra kulinarny?


W sumie są zjadliwe...

czwartek, 11 czerwca 2020

Pracowite kukułki

Siedzimy z mężem na tarasie, sączymy winko. Jest ciepły, czerwcowy wieczór, cicho. No może z wyjątkiem kumkania żab i kukania kukułki. Mąż zdziwiony:
- Co te kukułki tak kukają, przecież po zachodzie słońca jest!
- A co w tym dziwnego, przecież zegary z kukułką chodzą całą dobę! - bronię kukułek.





niedziela, 7 czerwca 2020

Epidemie, czyli wirusy i bakterie, które piszą historię ludzkości

zdj. holsamed.pl

Obecnie miłościwie nam panująca pandemia covid-19 nie jest ani pierwszą, ani zapewne ostatnią z tych, które dręczyły ludzkość od zarania jej dziejów i niszczyły nawet starożytne cywilizacje. 
Słowa epidemia, pandemia mają źródłosłów w grece. Już to wskazuje na ich zamierzchłą w naszej historii obecność… Epidemia to  z greki, określenie czegoś „na ludziach”. Pandemia z kolei to coś dotyczącego „wszystkich narodów”. Pierwszą literacką wzmiankę o zarazie zawiera „Iliada” Homera. Podczas trwającego 10 lat oblężenia Troi wybuchła wśród Achajów straszna choroba. Żołnierze koczujący 10 lat w warunkach polowych pod murami miasta, na plaży, bez wystarczającej higieny (aczkolwiek wodzowie mieli wanny w namiotach), niedożywieni, zmęczeni ulegli tajemniczemu drobnoustrojowi. Stało się to za sprawą Boga Apolla. (Skądinąd znamienne, że ludzie od zawsze wierzyli, iż pomór zsyłany jest z nieba…) Najpierw padały muły i psy, potem „coś” przeniosło się na żołnierzy. Podejrzewany jest patogen odzwierzęcy – bakteria lub wirus. Co ciekawe, oblegani Trojanie nie ucierpieli, zaraza bowiem nie przedostała się do miasta.

Ateńska zaraza i upadek Grecji
7 wieków później, w V w. p.n.e. w Atenach zaczęła panoszyć się kolejna mordercza choroba: „zaraza ateńska”. Był to czas wojny tzw. peloponeskiej - między Atenami i Spartą. Tuż przed wybuchem wojny, przywódca i prawodawca Aten, Perykles namówił swoich obywateli, by przenieśli się do miasta z całym dobytkiem. Co się działo w 100-tysięcznych Atenach, przeludnionych nagle w 430 r. p.n.e. wiemy od naocznego świadka, także zarażonego – historyka Tukidydesa. Opisał on dokładnie objawy choroby w swoim dziele „O wojnie peloponeskiej”. Wysoka gorączka, bezsenność, oczy i usta wypełniały się krwią, pojawiały się chrypa i katar, silny kaszel, torsje. Śmiertelną ofiarą zarazy był sam Perykles. Armia ateńska została przetrzebiona, wojna przegrana. Doprowadziło to do totalnego osłabienia miast-państw greckich i upadku greckiej cywilizacji. Epidemia, wywołana przez maleńki zarazek w błyskawicznym tempie zniszczyła Ateny - centrum ówczesnej Europy. Zamieniła w siedlisko chaosu i śmierci. Do dziś nie wiadomo, czego to była epidemia: tyfusu, dżumy, a może Eboli (gorączki krwotocznej)? Było kilkadziesiąt tysięcy ofiar.

Cesarz-filozof umiera na dżumę?
Minęło kolejne 6 wieków i w II w. n.e. pojawiła się kolejna epidemia w Cesarstwie Rzymskim, znana jako „zaraza Antoninów”. Musiał się z nią zmierzyć panujący wówczas cesarz Marek Aureliusz, słynny filozof na tronie. Imperium miało wówczas kilka problemów, a cesarz prowadził akurat wojnę z Markomanami, plemionami barbarzyńskimi atakującymi cesarstwo. A zaraza wywołująca objawy podobne do ospy lub odry, dziesiątkowała jego armię. Sam cesarz zachorował, po czym zmarł w obozie wojskowym pod dzisiejszym Wiedniem – daleko od Rzymu. Mówi się obecnie o 5-7 milionach ofiar tej choroby. Galen tak opisywał jej objawy: czarna wysypka w formie wrzodów, temperatura, biegunka, wymioty, bóle żołądka i kaszel. Kiedy pęcherze na ciele twardniały, wysychały i odpadały, pacjenci zaczynali zdrowieć. Coś podobnego do dżumy?

Dżuma w Konstantynopolu
I znów mijają cztery stulecia, w Konstantynopolu w VI w. n.e. pojawia się "dżuma Justyniana". Nazwana od imienia panującego wówczas cesarza Bizancjum. Dżuma wykluła się prawdopodobnie w Etiopii, w ciągu paru lat uśmierciła połowę ludności Konstantynopola, dziennie umierało tam ponoć 5 tys. ludzi. Następnie  przeniosła się do Afryki Płn., Azji, oraz Europy, zabijając ok. 100 milionów ludzi na tych kontynentach. Według szacunków, bo nie sposób tego dokładnie policzyć.

Czarna śmierć Średniowiecza
Czarna śmierć (czyli dżuma) średniowiecza (1346-1353) dotarła do Europy z Azji, konkretniej z Chin. Przenosili ją kupcy wędrujący Jedwabnym Szlakiem. Jednak jej zerowe ognisko pojawiło się na Krymie, kiedy to Mongołowie (Tatarzy) użyli swoistej broni biologicznej: zarażonych dżumą zwłok, by zdobyć miasto. Uciekający z ogarniętej zarazą Kaffy kupcy zawlekli zarazę na Sycylię i do Italii, skąd rozprzestrzeniła się wkrótce po całej Europie. Dane dotyczące ofiar szalejącej przez 6 lat pandemii sięgają prawdopodobnie  kilkudziesięciu milionów ludzi. Trudno to oszacować, nie było przecież spisów ludności, danych demograficznych. Być może wymarło nawet 60% populacji w Europie. Dopiero 150 lat później liczba ludności osiągnęła na kontynencie poziom sprzed czarnej śmierci… Jednego dnia dżuma pokonywała kilkadziesiąt kilometrów, docierając do kolejnych wiosek i miast. Wiele osad wyludniło się, znikały całe wsie i miasteczka. Umierali wszyscy: biedni i bogaci, chłopi i książęta.

Bakterie, wirusy czy inne czynniki?
Oczywiście, ta średniowieczna nie była ostatnią zarazą, ale przykładów już wystarczy do konkluzji. Jakiż ogromny wpływ na dzieje ludzkości mają niewidoczne gołym okiem organizmy: bakterie, wirusy… Jak mocno potrafią zmienić nasz świat, zniszczyć plany, powalić możnych i zwyczajnych tego świata, zrujnować marzenia, i to w ciągu paru dni… Po co przywołałam te historyczne dane? Ku pocieszeniu. Covid-19 to nie dżuma, Ebola czy ospa. To choroba wcale nie groźniejsza niż nękające nas nowotwory, choroby serca, czy te wywołane zanieczyszczeniem środowiska, wody, żywności.

Pocieszająca statystyka
Oto fakty. Jest nas na tej cud-planecie 7 miliardów 800 milionów obywateli. Zarażonych Covid-19 jest 6,5 miliona ludzi na całym świecie, czyli (to trudno policzyć) 0,01% populacji (zaokrągliłam). Z tych 6,5 miliona ludzi większość czuje się dobrze, nie ma żadnych objawów zarażenia. Zmarło do tej pory 350 000 ludzi, czyli z ogółu zakażonych, w zaokrągleniu - 0,5%. Jak to się ma do plag, pustoszących niegdyś świat?
Porównajmy dane statystyczne z jednego dnia, 3 czerwca 2020:  zmarło 152 000 ludzi na całym świecie. W tym:
- 23 600 na chorobę wieńcową,
- 16 800 na udar,
- 8 600 na zakażenie dolnych dróg oddechowych (może się wiązać z covid-19, ale nie musi),
- 8 600 na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (związaną głównie z nałogiem nikotynowym),
- 4500 na choroby oskrzeli, tchawicy, raka płuc     
- 3100 na covid-19.

I zastanawia mnie, że obecna zaraza (trudno mi nazywać ją pandemią, naprawdę nie ta skala) jakoś mało demokratyczna jest. W odróżnieniu do dżumy, która zabierała wodzów, wielkich cesarzy, prawodawców, filozofów, monarchów. Czy słyszeliście, by zmarł na covid-19 jakiś prezydent, premier, król, książę, polityk, miliarder, celebryta? Kto tak naprawdę pisze historię ludzkości? 
Po-zdrawiam!