Nowy rok ma już równo tydzień, a ja dopiero teraz wzięłam się za opis mojego wyjątkowo kosmopolitycznego Sylwestra w Wiedniu, "pod chmurką". W tym czasie to przepiękne miasto opanowały... świnki różnej maści i wielkości. Dręczyła mnie ta świńska zagadka: o co chodzi? Wszędzie widziałam maskotki, fikuśne czapki w postaci różowych pluszaków, a nawet ciastka-bułeczki w kształcie świńskiej mordeczki.
Gdybym częściej bywała w Sylwestra w krajach niemieckojęzycznych, wiedziałabym, że "Schwein haben" (mieć świnkę) to nie wyznanie chorego, lecz absolutny muss haben przed każdym nowym rokiem, to po prostu "mieć szczęście"... W krajach tych różowiutka świnka jest symbolem fortuny. Ale ponieważ po raz pierwszy byłam w takich językowych okolicznościach akurat w Sylwestra, więc intuicyjnie jedynie konstatowałam, że musi to być jakieś zaklęcie szczęśliwości, jak nasz kominiarz albo czterolistna koniczynka.
Jak się wkrótce okazało, witając kolejny rok w Austrii nie można wrócić do domu bez choćby maleńkiej świnki. Szczęściu trzeba przecież pomagać! Najwięcej więc było stoisk ze świnkami właśnie - z porcelany, kryształu, pluszowych, z marcepana, ciasta drożdżowego. Wielkości przeróżne: od półcentymetrowych po giganty. Uległam szybko zbiorowej świńskiej psychozie i nabyłam moim współtowarzyszom podróży takie ciupeńkie, szklane świnki, mieszczące się w portfelu, a Andrzejkowi kupiłam nieco większą, ale za to bardzo różową.
Oczywiście były także do kupienia koniczynki, muchomory (?????), biedronki (?????), kominiarze, podkówki i drobne monety. W tej grupie amuletów muchomory zadziwiały mnie najbardziej, a w tym roku taki właśnie kształt miały ceramiczne kubeczki, w których serwowano słynny punsch (o nim za chwilę). Co roku bowiem inny amulet jest kubeczkiem na gorącego punscha czy grzane wino.
Punsch, szampan i grzane wino
Podczas nocy Sylwestrowej Wiedeńczycy popijają punscha, inaczej poncz (napój alkoholowy na gorąco) podawanego w specjalnych kubkach. Jest około 20 jego smaków, a jego cudowne aromaty (najczęściej owocowe) unoszą się nad całą tzw. Silvesterpfad - sylwestrową ścieżką, która idzie zygzakiem od Ratusza po katedrę, zahaczając w sumie o około 10 scen z różnymi rodzajami muzyki.
Kolejnym, bardzo charakterystycznym w Wiedniu akcentem tej wyjątkowej nocy są nakrycia głowy. Można więc zobaczyć ludzi w rogach łosia, nausznikach z koniczyną, a mnie najbardziej ubawiły czapki ala świnka, a więc cały prosiak (pluszowy, rzecz jasna!) noszony na głowie...
Przy każdej scenie muzycznej były stoiska z amuletami, kiełbaskami i grzanym winem czy punschem, oraz stoliki (ale do konsumpcji na stojąco), przy których wiele osób piło z kieliszków przyniesione szampany, co i my czyniliśmy. Żadnych awantur, rozbijania butelek - nikt nie sprawdzał na wejściu zawartości plecaków itp. policja była niewidoczna.
Muzycy nie ogłuszali muzyką (piję do imprez organizowanych na wrocławskim rynku w sylwestra) - kiedy chciało się potańczyć, szło się pod scenę. Przy stolikach można było normalnie rozmawiać nie przekrzykując się i zawierając sympatyczne znajomości z ludźmi, którzy się tu przyszli kulturalnie zabawić. Zmienialiśmy miejsca, krążąc przez całą noc po sylwestrowym szlaku z tysiącami innych ludzi. Było super! A o północy zabrzmiał dzwon Pommerin z katedralnej wieży oraz walc i Wiedeńczycy ruszyli w tany. Niesamowite to było.
Ach, Wiedeń...
Przyznam się, że to miasto to moja nowa miłość od października'14, kiedy to spędziłam tam weekend z Klubem 6 Talerzy. Chodziłam teraz tymi samymi ścieżkami: Starówka z katedrą, Hofburg, Naschmarkt itd., ale pojawiły się też nowe trakty i nowe odkrycia: Parlament, Kościół Boromeusza, Wotywny, ulica Graben, Hundertwasserhaus, Volkspark, Plac Marii Teresy (teściowej Europy) z jej ogromnym pomnikiem, Prater. Na Naschmarkcie odkryłam nowe octy: szparagowy i szafranowy. Na stoiskach rybnych sprzedawano to, czego nie udało mi się spróbować w Lizbonie - bakalau (suszony dorsz).
Na wytwornej ulicy Graben znalazłam sklep Juliusa Meinla z delikatesami z całego świata, oraz przede wszystkim - z pyszną kawą. Ciekawe też były wózki na zakupy ze szkłem powiększającym przy rączce. Bardzo praktyczne! Zjadłam w końcu Wienerschnitzla z sałatką ziemniaczaną. Spróbowałam też kanapek Trześniewskiego. To Polak z Krakowa, który prawie 200 lat temu otworzył w Wiedniu bufet z kanapkami. Słynne do dziś, z pastami o wielu smakach, według starych receptur. Pyszne!
Byłam na Praterze, smutnym o tej porze roku (czynne tylko to wielkie Młyńskie Koło - jeden z symboli Wiednia). No i zwiedziłam domy Hundertwassera, którego nazywam Gaudim Wiednia.
Myślę, że mogłabym w Wiedniu jakiś czas pomieszkać - ot choćby tyle, by zaliczyć wszystkie muzea. Sądzę, że rok by na to wystarczył :-)
Widziałam oczami wyobraźni wysyp świnek pod wiedeńskim ratuszem, uszami wyobraźni słyszałam walca, a węchem wyobraźni poczułam cynamonowego punscha (o ile takowy istnieje!). Przeczytanie Twojej relacji było absolutnym muss haben (określenie-doskonałość!), na które czekałam od ~30 grudnia. Szkło powiększające przy wózku? U nas musieliby do pilnowania takich wózków zatrudnić dodatkowych ochroniarzy :(
OdpowiedzUsuńBardzo dobry wpis! ...tylko to jajeczko na kanapce za bardzo kusi o tej porze... Ale kamień z nerki, że mam jeszcze jedno w lodówce! Będzie na śniadanie! :)
Fantastyczna wyprawa!
Ściskam : )
Taki czytelnik z wyobraźnią to skarb każdego blogera! Buziaki raz jeszcze...
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy artykuł. Jestem pod wielkim wrażeniem.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że trafiła Pani na mojego bloga, pozdrawiam serdecznie!
Usuń