piątek, 1 stycznia 2016

Szczytowanie w Sylwestra, czyli jak wdrapałam się na górę wieczorową porą...

W sylwestrowy wieczór poniosło mnie... na górę Ślężę (718 m n.p.m.) Pomysł nie okazał się specjalnie oryginalny, gdyż na ten sam wpadło około... tysiąca osób, które zjechały tłumnie na Przełęcz Tąpadła, by stąd w świetle latarek i pochodni rozpocząć wspinaczkę na magiczną, owianą legendami i pełną Mocy, górę..

Mimo że pojawiliśmy się na przełęczy dość późno (albo właśnie dlatego) porzucenie samochodu było wyczynem - parkingi pełne po brzegi, samochody stały także na poboczach, w rowach i okolicznych dróżkach. Udało nam się znaleźć dziurkę w odległości chyba 200 metrów od szlaku. Uff, robiło się późno, trzeba było się spieszyć. Zaopatrzeni w butelkę szampana, termos z gorącą herbatą i 24 winogrona rozpoczęliśmy wspinaczkę ok. 23.00, planując dotarcie na szczyt przed północą. Ruch był jak na Marszałkowskiej - tłumy dosłownie szły razem z nami, wszędzie migotały światła latarek i pochodni, tworząc wesołe ogniki w zupełnych ciemnościach. Było minus 4,5 stopnia, pogodnie, widać było miliony gwiazd i nadgryziony Księżyc.
No to idziemy. W międzyczasie Wam opowiem, skąd pomysł zabrania ze sobą winogron i dlaczego akurat dwudziestu czterech?

Po co te winogrona?

Wszystko przez portugalską stronę, która zapraszała na sylwestra do Lizbony i wspominała o zwyczaju jedzenia 12-tu winogron. No więc Portugalczycy o północy piją szampana i jedzą dokładnie tyle owoców – po jednym na każdy miesiąc nowego roku. Trzeba też wypowiedzieć życzenie.. Ale nie wiem, kto był pierwszy z tymi 12 winogronami, bo u Hiszpanów jest identyczny zwyczaj, datowany na początek XX w. W dodatku Hiszpanie jeszcze bardziej skomplikowali całą procedurę - nie jedzą winogron z szampanem, bo muszą spożyć jedno winogrono z każdym wybiciem zegara (jest to transmitowana w TV "las 12 campanadas" spod madryckiego Puerta del Sol), więc jednocześnie obu smakowitości degustować się nie da. Podobno miliony Hiszpanów czekają do północy,  by w skupieniu schrupać winogrona – obrane i odpestkowane, grono po gronie, po każdym uderzeniu dzwonu. Można nawet kupić paczuszki sylwestrowe ze spreparowanymi owocami. Dopiero po skonsumowaniu winogron Hiszpanie otwierają szampana i składają sobie życzenia, idą spać lub się bawią. Jeśli piją szampana (czy raczej chyba cavę) to często wrzucają do kieliszka  złoty pierścionek jako „czarowanie” finansowej prosperity na cały nowy rok. Jeśli komuś bardziej zależy na miłości niż na pieniądzach, zamiast pierścionka wrzuca do kieliszka truskawkę lub inny czerwony owoc.

Ten miły rytuał też skopiowaliśmy w czasie sylwestrowej kolacji, jeszcze w domu - wypiliśmy bowiem z naszymi gośćmi po kieliszku szampana, w którym było kilkanaście ziaren granatu. No to już wiecie, na czym nam najbardziej zależy!

A propos, znalazłam kilka innych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych, które można kopiować! Choćby… tłuczenie talerzy. To sylwestrowe pochodzi z Danii. Duńczycy, uzbrojeni w talerze rozbijają je na wycieraczkach swoich sąsiadów. Podobno im więcej odłamków pod drzwiami, tym lepiej, bo to znak, że właściciele wycieraczki mają wielu lojalnych przyjaciół. Włoskie zwyczaje sylwestrowe są też ciekawe. Musi być dobre jedzenie, a na obrusie rozsypana soczewica - symbol szczęścia i pieniędzy. Warto też w Sylwestra założyć czerwoną bieliznę – na szczęście! Ziarna soczewicy też więc rozsypałam na obrusie w czasie kolacji. Bardzo malowniczo wyglądały... Są też nasze rodzime zwyczaje, np. sylwestrowe pobrzękiwanie monetami w kieszeniach, które zapewnia zdrowie, urodę i urodzaj.

Szczytowanie

Kiedy czytaliście o sylwestrowych zwyczajach, my zdążyliśmy już wejść na szczyt. Nie było łatwo, bo poświąteczna kondycja bliska zeru i miałam mordercze myśli pod adresem osoby, która to wpadła na taki głupi pomysł. Jednak przed szczytem oddech się uspokoił, księżyc świecił dziwnie blisko i zaczęło być miło. Docierały do nas odgłosy jakiejś niezłej imprezy. Po wejściu na czubek okazało się, że: wrzaski to... kościelny rap, dochodzący z megafonów kościółka na szczycie, do północy brakuje kwadransa, wokół jest mnóstwo ludzi, którzy palili chyba ze 30 ognisk, w małych grupkach stojąc przy ogniu, piekąc kiełbaski i pijąc szampana. Wiedzieliśmy, że nie mamy co szukać znajomych, z którymi byliśmy tu teoretycznie umówieni, bo coś im wypadło i nie mogli się pojawić. Dym z ognisk natychmiast gryzł mnie w oczy i wsnuwał się w odzież, tak że nasze kurtki do teraz pachną jak z wędzarni, co jest efektem ubocznym sylwestrowej nocy.

Rozejrzeliśmy się za fajnym miejscem i znaleźliśmy takie na schodach prowadzących do kościoła, skąd widać było panoramę wsi i miasteczek (a także Wrocławia) w oddali. Zaczęło się odliczanie, co niecierpliwsi odpalali fajerwerki, dzięki czemu piękny spektakl trwał przed i grubo po północy.


                                                             Fajerwerki na szczycie Ślęży
O północy otworzyliśmy szampana, wyjęliśmy prawdziwe kieliszki, winogrona (po 12 sztuk na usta) i wzięliśmy się do dzieła czarowania i planowania szczęśliwej przyszłości na 2016 rok.

                                                     Po jednym winogronku na życzenie...

Wspaniale było widać fajerwerki w miejscowościach w dole - połyskiwały na nocnym niebie jak diamenty.
W międzyczasie okazało się, że znajomi zmobilizowani naszym wyczynem jednak postanowili do nas dołączyć. Nie zdążą wprawdzie na północ, ale polecili nam czekać do około pierwszej. Zatem czekaliśmy, razem z nami pół butelki szampana. Dotarli przed pierwszą, z kolejną butelką. Tak więc zabraliśmy się za degustację, ludzi ubywało szybko, większość zaczęła schodzić ze szczytu tuż po północy. My czekaliśmy jeszcze aż kościółek się opróżni z ryczących (bo nie śpiewających...) rap wiernych, bo Agnieszka chciała nam pokazać miejsce mocy w podziemiach. W tym kościele bowiem odkopano XII-wieczne fundamenty wcześniejszej świątyni i jest tam punkt, zaznaczony przez radiestetów i nauczycieli reiki jako wysokoenergetyczny. Udało nam się tam dotrzeć i stanąć w oznaczonym miejscu. Nie wiedzieć czemu łydki mi  drżały ;-)

Agnieszka koniecznie chciała się wdrapać na wieżę widokową, na szczęście była w remoncie (wieża, nie Agnieszka). Zaczęliśmy więc schodzić ze szczytu, a za nami niedobitki imprezowiczów. Na kolejnym przystanku, na którym postanowiliśmy dokończyć szampana, dołączyła do nas para - mężczyzna wyjął butelkę whisky, chcąc nas poczęstować. Niestety, dałyśmy mu kosza - mężowie w ogóle nie mogli pić, bo prowadzili auta, a my po wytrąbieniu 1,5 butelki we dwie nie miałyśmy mocy przerobowych na wypicie z nim tego trunku. Chyba że w planie byłoby nocowanie na szlaku...

Do samochodu wsiedliśmy po trzeciej. Ta noc była bardzo oryginalna. Jedna z oryginalniej spędzonych nocy sylwestrowych w moim życiu...





2 komentarze:

  1. Jak piliście szampana z grantem, to ten rok będzie albo bardzo rozrywkowy, albo bardzo wybuchowy :-) Pomysł z wejściem na Ślężę super. W Łodzi jest tylko "górka śmieciowa" - zamierzamy ją zdobyć w przyszłym roku. Widok, wbrew nazwie, powinien być wyśmienity :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj, Hegemonie, jak miło, że wpadłeś! Zobaczymy, jaki będzie "granatowy" efekt - stawiam na rozrywkę jednak... Z każdego szczytu widoki są lepsze... :-) Pięknie pozdrawiam noworocznie!

    OdpowiedzUsuń