środa, 3 lipca 2019

Podróże kształcą, czyli jak odkryłam malarstwo Otto Muellera

Kilka dni temu złapałam gumę w oponie rowerowej w czasie dojazdu do pracy. Nota bene stało się to pod gmachem Biblioteki Uniwersyteckiej, która jest ulubionym miejscem dla młodych ludzi (niekoniecznie studentów) do nocnej lektury broszur i ksiąg opasłych różnych. Stąd tak wiele tam tłuczonego szkła, które tnie opony rowerzystom...

Przeprowadziłam rower do najbliższego roweroparkingu, czyli pod wejście główne do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Mając nadzieję na monitoring tego kulturalnego obszaru pojawiłam się dopiero po dwóch dniach, z moim domowym mechanikiem "złotą rączką". Przyjechaliśmy samochodem po bezużyteczny chwilowo rower.

Bagażnik sedana nie nadaje się do przewożenia rowerów, więc mój mechanik zmuszony był poodkręcać to i owo. Za pomocą zabranych z domu 20-tu tysięcy kluczy próbował pozbawić rower koła, kierownicy, koszyka na bagażniku, hamulców. Wysiłki były dość daremne, bo pomimo różnorodności narzędzi, rozmiarem żadne nie pasowało. Kiedy więc on się męczył, ja z bezczynności rozglądałam się dookoła. Moje oko padło na plakat rozwieszony na fasadzie muzeum, zapowiadający wystawę, o takiej treści: Mentor. Malarz. Mag - Otto Mueller. Był też fragment obrazu na tym plakacie - nagie kobiece sylwetki, miękka kreska jak u Modiglianiego.

Dygresja na temat talentów
Rozwiązałam kilka lat temu test Gallupa i wiem, że moim talentem numer 2 w top 5 talentów jest tzw. Input. To  talent polegający na kolekcjonowaniu różnych rzeczy - przedmiotów, wspomnień, ale też - jak w moim przypadku - wiadomości z różnych, nawet odległych dziedzin. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy się mogą przydać. Mój mózg robi to absolutnie automatycznie i bez wysiłku.

Wracam do roweru
Kiedy więc Andrzej męczył się ze śrubami, w mojej głowie odbywała się potężna transmisja danych, bo fragment obrazu na plakacie był mi znajomy, coś mi przypomniał. Nazwisko malarza mówiło mi mniej, ale wystarczyły 3 sekundy, by powiązać fakty. Kiedyś pisałam o nim na blogu, na pewno w związku z wycieczką w okolice Lubawki. Błyskawicznie przypomniałam sobie tytuł tego posta.
Mój rower nie miał już koła i hamulców, mechanik męczył się z wciśnięciem go do bagaznika, znikając w nim do połowy tułowia, a ja opowiadałam mu o malarzu, bo miałam w telefonie otwartą stronę na poście Otto Mueller

Oczywiście, że pisałam o Otto Muellerze, bo urodził się w Lubawce, którą wtedy zwiedzaliśmy, kształcił w Dreźnie i Monachium, a później był przez lata profesorem na breslauerskiej Akademii Sztuk Pięknych i Rzemiosł Artystycznych. Wielki ekscentryk (stąd ten Mag w tytule wystawy), mentor, bo wywarł głęboki wpływ na swoich uczniów, a jego ekspresjonistyczne dzieła zostały później zakazane w faszystowskich Niemczech jako obsceniczne. Zmarł w 1930 w Obornikach Śl. i jemu właśnie, jako wybitnemu niemieckiemu ekspresjoniście i Wrocławianinowi poświęcona jest wystawa w muzeum, a obrazy przywędrowały z muzeum berlińskiego.



Pamiętam, że pisząc o Lubawce i okolicach tamtego weekendowego, miłego wypadu zwróciłam uwagę na sławnego mieszkańca Lubawki i nawet wysunęłam hipotezę, że cudne pejzaże mogły mieć wpływ na jego twórczość, bo malował przede wszystkim nagie kobiety na łonie natury, fascynowała go cygańska uroda i kultura.

W taki więc sposób przed laty sama odkryłam wybitnego malarza, i to przez przypadek. Mój talent do kolekcjonowania informacji kazał mi wtedy, gdy pisałam posta z wypadu do Lubawki pogrzebać głębiej i zamieścić garść ciekawostek, a nie tylko samych zdjęć tej okolicy. W tym zdarzeniu z rowerem muszę jednak przyznać, że zadziwiłam samą siebie. Post był z 2014 roku. Możecie go przeczytać klikając link powyżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz