Postanowiłam sprawdzić, dlaczego Gruzja stała się tego
lata ulubionym kierunkiem turystycznym Polaków. Niby to nie egzotyka lecz
raczej swojskie klimaty, fragmentami podobna historia, pokrewieństwo
charakterów narodowych, zdolnych do bitki i wypitki – a jednak zadziwienie mnie
nie odstępowało.
Ta była
republika ZSRR, ojczyzna Stalina, bardzo się stara utrzymać niezależność od potężnego
sąsiada – Rosji. Mały raj dumnych Gruzinów, uważających się za właścicieli
najpiękniejszego kraju na świecie (mają nawet o tym swoją legendę).
Złota Kolchida
Gruzja leży nad Morzem Czarnym, po jego wschodniej stronie.
Na tych terenach w zamierzchłej starożytności leżała mityczna Kolchida. Do niej to wyprawił się Jazon po
Złote Runo. To tu znajdował się cel tej niebezpiecznej wyprawy i tu rozegrała się miłosna historia Jazona i lokalnej
księżniczki - czarodziejki Medei.
Pomnik złotego runa, a właściwie niesamowita
fontanna stoi w Kutaisi. Są to repliki złotych figurek odkopanych na terenie całej Gruzji, a liczące sobie kilka tysięcy lat. Powiększone do gigantycznych rozmiarów koniki ze złotych kolczyków, owce, kozy i inne zwierzątka tworzą teraz fontannę - jedną z ciekawszych atrakcji miasta. Natomiast pomnik Medei, postawiony ogromnym
kosztem miliona dolarów w Batumi, nadal budzi wiele kontrowersji wśród Gruzinów. Historia starożytna dzieje się tu nadal.
![]() |
Medea dzierżąca złote runo |
Uczta tylko z Tamadą!
Do prehistorii należy również Tamada. To jedna z wielu
małych szczerozłotych figurek, liczących
sobie kilka tysięcy lat. Przedstawia siedzącego mężczyznę trzymającego róg – Tamadę. A róg to naczynie do wina, jak twierdzą Gruzini,
którzy nadal z rogu wino pijają. I twierdzą, że figurka jest dowodem na to, że
to u nich narodziła się uprawa winorośli. Z niej powstaje napój sfermentowany,
który stał się podstawą europejskiej cywilizacji (wcześniejsze piwo było
napojem Mezopotamii i Egiptu). Tamada to także współcześnie określenie kogoś
bardzo ważnego na gruzińskiej uczcie (suprze). Wybrany przez ogół mężczyzna,
który wygłasza długie toasty i nadaje rytm biesiadowaniu. To król biesiady,
funkcja bardzo zaszczytna i honorowa.
W smaku czaczy
Wino leje się w Gruzji szerokim strumieniem, produkuje je tu
każdy gospodarz i nikt nie wymaga żadnych licencji, akcyz, certyfikatów czy
sanepidów. Każdy te swoje produkty sprzedaje czy rozdaje, według uznania i bez
pozwolenia. Jednak domowe jest raczej marnej jakości, jak miałam okazję się
przekonać. Mimo rzekomo tysiącletniej historii uprawy winorośli, produkty nie
bardzo mi smakowały. Osobliwością jest też produkowanie wina starożytną metodą
– w glinianych amforach wkopanych w ziemię. Niestety, i to wino niespecjalnie
mnie zachwycało, ale to rzecz gustu. Ciekawszym produktem, aczkolwiek dla
mocnych głów jest czacza. To określenie samogonu, który tu pędzą wszyscy i z
wszystkiego – z wina (czyli ala włoska grappa), ale też z morwy, brzoskwiń,
moreli, śliwek itd. Moc to minimum 40%... Mnie bardziej posmakowały tzw.
„koniaki” – alkohole dosmaczane czymś, wspaniale pachnące i smakujące słońcem,
rodzynkami, karmelem, kupowane za grosze na targu warzywnym od babinek.
Morze, góry, herbata i… krowy
Oprócz Morza Czarnego Gruzja "zasobna" jest w wysokie góry. Jej pejzaż to Mały Kaukaz, Kaukaz,
szczyty liczące sobie 5 tysięcy metrów n.p.m.
Nawet nad morzem pojawiają się wzgórza, na których uprawia się (obecnie
szczątkowo, a krzewy są w opłakanym stanie) herbatę, szczególnie pod Batumi. Poza
herbatą jest jeszcze coś, co upodabnia Gruzję do Indii – wszędobylskie i
beztroskie krowy, spacerujące stadami nie tylko na wsiach, ale w miastach,
miasteczkach. Niezwykłe spotkania krów pasących się dosłownie wszędzie,
wieczorem wracających gromadnie do domu (chyba?). Krów-wielbicielek
motoryzacji, ponieważ stada okupują drogi, niezbyt dobrej jakości,
utrudniając i tak duży ruch. Przyglądają
się samochodom, stojąc w filozoficznej zadumie na środku szosy. A kierowcy
zgrabnie wymijają je zygzakami, nie przerywając sobie prowadzenia pojazdu. Czegoś
podobnego nigdzie nie widziałam. Widok był częściej zabawny, np. krowa stojąca
pod apteką lub przy dystrybutorze na stacji benzynowej. Stały i patrzyły,
zastanawiając się, co zatankować?
Kiedy w regionie wyższych gór, w Swaneti, gdzie drogi są
jeszcze węższe i bardziej kręte, oraz strome, do stad krów dołączyły stada
dzikich koni oraz półdzikich świń (z prosiakami) – to już był prawdziwy obłęd.
Zastanawiałam się, czy ktoś tu w ogóle ogarnia, ile zwierząt domowych powinno
nocować w stajni czy oborze.
Osobom wrażliwym na krzywdę zwierząt podróży do Gruzji nie
polecam ze względu na błąkające się stadami bezpańskie psy, nieraz w
dramatycznej kondycji. Nie widziałam natomiast kóz, owiec i kur, mimo że jajka
były żelaznym punktem każdego śniadania.
Swanetia – gruzińska Toskania bez słoneczników
W Swaneti dotarliśmy do najwyżej położonej wsi (wciąż
zamieszkałej), która okazała się być malownicza niczym Toskania. Kamienne wieże
mieszkalne tworzyły jednocześnie trochę znajomy i nieznany wcześniej pejzaż
średniowiecznych domów niezwykłego kształtu i koloru. Tylko tło było surowsze –
zero słoneczników, falujących zbóż. Za to soczysta zieleń traw i majestat
wysokich gór.
Mieszanka
Gruzja ma naprawdę niezwykłe pejzaże – i te ukształtowane
przez Naturę, i te, będące dziełem ludzkich rąk… Wiele z tych niesamowitych
miejsc zostało ukształtowanych wspólnymi siłami – Stwórcy i człowieka…. Olśniło
mnie Batumi – kurort na miarę Lazurowego Wybrzeża, skalne miasta i monastyry
owiane magią wieków. Niezwykłe jest pismo gruzińskie, alfabet, któremu w Batumi
postawiono nawet pomnik.
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuń