środa, 25 kwietnia 2018

Trzy mądre małpy, czyli buddyjski sposób na szczęśliwe życie

W sklepach z chińskimi gadżetami można kupić przeróżne figurki. Są śród nich smoki, starcy, węże oraz... trzy małpy, siedzące razem. To właśnie te mądre – jedna zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia – usta. Okazuje się, że symbolizują one buddyjską zasadę życiową.

rys. z nextext.com

Te figurki są bardzo popularne, aczkolwiek na Zachodzie wypacza się ich znaczenie. Uważa się, że najstarszym przedstawieniem „małpiej” zasady: Nie widzę, nie słyszę, nie mówię zła - jest rzeźba na japońskiej świątyni Toshogu w Nikko. Tradycja jednak przypisuje tę filozofię buddyzmowi, który dotarł do Japonii z Chin w VII w. n.e., a rzeźba w Nikko pochodzi z XVII w.

W naszej kulturze powszechnie uważa się, że małpy symbolizują postawę niereagowania na zło, czyli pozwalanie, by zło się działo, my mamy jedynie nie przeciwstawiać się. Tymczasem buddyjskie znaczenie tego symbolu – niemówienie, niewidzenie i niesłyszenie zła jest o wiele głębsze i szlachetniejsze. Nie chodzi o to, by się od zła odwracać, o tchórzliwe przymykanie oczu, lecz o to, żeby odebrać mu moc. Nie słuchać i nie mówić złych rzeczy – bo słowa potrafią zabić. Nie oglądać złych rzeczy, nie kontemplować ich – bo podsycają w nas agresję i zło. Od zła na wszelkie sposoby należy się odciąć, by zachować swoją integralność i spokój ducha i szlachetność w postępkach. Mamy po prostu robić wszystko, aby żyć w świecie dobra i miłości, przekazywać innym i karmić siebie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Nieustanne koncentrowanie się na złu sprawia, że ono się rozprzestrzenia!

Codziennie jesteśmy „faszerowani” jak kurczaki przed pieczeniem złymi wiadomościami. Słuchając radia, oglądając tv widzimy tylko wojnę, walki, podłość, złość, nienawiść. Oglądamy filmy pełne brutalności – filmy akcji, kryminały. W grach komputerowych intryguje nas jedynie przemoc, strzelanie. Nasiąkamy tym jak gąbki, nawet o tym nie wiedząc, karmimy mózg i swoje ciało tym złem, programujemy się na niszczenie, destrukcję. To ma wpływ na nasze życie, każdego dnia doświadczamy zła, bo nasze myślenie jest tak przesycone negatywnymi wiadomościami, obrazami, że tylko podobne przyciągamy do siebie.

Aby żyć życiem spełnionym i szczęśliwym, spokojnym i szlachetnym wybierajmy sobie lektury, filmy, rozrywkę. Są takie, które wzbogacą nasze życie, pomogą innym. Nie oglądajmy bez końca programów złych wieści, bowiem w ten sposób chce się nad nami zapanować. Sfrustrowani ludzie mają przekonanie, że żyją w złych czasach i że ich życie musi być po prostu szare i smutne i pozbawione radości. Tymczasem takimi codziennymi wyborami sami się tego dobra pozbawiamy.

Niechaj trzy małpki podpowiadają nam każdego dnia, jak postępować, czym się w życiu kierować. To bardzo prosta zasada, a jej stosowanie zmieni nasze nastawienie i doświadczanie już od "pierwszego dnia użycia". Naprawdę nie mamy nic do stracenia, zyskać możemy poczucie spokoju, szczęścia, radości. Wszędzie jest miłość, dobro, wystarczy jak przestaniemy koncentrować się na złu, kontemplować je. Pokontemplujmy piękno, dobro, prawdę, pokój i miłość.

środa, 21 marca 2018

Czarodziejski głośnik od Google

Zawsze wiedziałam, że podróże kształcą. Dzięki niedawnej wizycie w Australii poznałam niepozorne urządzenie, sprawiające że każdy dom może zamienić się w centrum dowodzenia Wszechświatem - system Google Home!


Byłam u kuzyna w Melbourne. Podczas wieczornej pogawędki przy winie rozmowa zeszła na ulubione rodzaje muzyki. Powiedziałam, że lubię jazz.

- Polski jazz? – upewnił się kuzyn.
- No nie tylko, ale też… - potwierdziłam.

W tej samej chwili mój kuzyn popatrzył gdzieś w przestrzeń (a stał właśnie przy barze w salonie) i powiedział po angielsku: hej google, zagraj polski jazz. Po sekundzie rozległa się muzyka. Jazzowa.
W trakcie tego wieczoru kuzyn jeszcze parę razy wydawał komendy, zawsze mówiąc najpierw: hej, google. I sprawiał, że włączał się telewizor, odtwarzając jakiś teledysk, zmieniał się rodzaj muzyki, wyświetlały filmy itp. Byłam pod wrażeniem. Uznałam, że to jakieś czary, bo nie widziałam, żeby gospodarz dotykał jakichkolwiek urządzeń!

Poszliśmy spać. Następnego ranka gospodarze pojechali do pracy, a ja z mężem w naszym pokoju gościnnym omawiałam zdarzenia wieczoru. Mąż na moje zachwyty był odporny, twierdził że podobne czary są w każdym smartfonie i żeby mi to zademonstrować polecił swojemu telefonowi podanie prognozy pogody dla Melbourne. Telefon coś tam powiedział o temperaturze itp. Zdziwiona zapytałam męża, dlaczego nie zacząłeś od: hej, google? Zanim zdążył mi odpowiedzieć, odezwał się damski głos w salonie. Głośnik usłyszał zawołanie z drugiego pokoju!

Wreszcie zobaczyłam to urządzenie, bo poszliśmy do kuchni robić śniadanie. Zarówno damski głos jak i muzyka wydobywały się z niewielkiego szaro-białego, ściętego u góry cylindra, mrugającego kolorowymi LED’ami gdy podawał informacje. Zabawiłam się w wydawanie poleceń po angielsku: zagraj taki, potem inny rodzaj muzyki, ścisz dźwięk lub go podkręć. Słuchał! Gdy po śniadaniu postanowiliśmy wreszcie wyruszyć na zwiedzanie miasta, nie wiedząc jak wyłączyć głośnik powiedziałam, by się… zamknął. Mało elegancko, ale skutecznie.

Przez resztę pobytu w Australii zadręczałam  męża prośbami o zakup tego „centrum dowodzenia Wszechświatem” jak zaczęłam nazywać inteligentny głośnik Google Home sterowany głosem. Okazało się, że jest dostępny na allegro, tyle że nie ma polskiej wersji językowej. Nic to, będzie pretekst do nauki języka!


Czuję się teraz  jak na statku „Enterprise”, bo mogę gadać z komputerem pokładowym. Czasem się ze mną wykłóca lub czegoś nie chce zrobić. Czasami nie zna odpowiedzi i tłumaczy się, że ciągle się uczy… Zważywszy, że tak naprawdę Google przedstawił go w kwietniu 2017 roku w Wielkiej Brytanii, a w maju 2017 w Australii - szybko się uczy… Mogę zapytać go o samopoczucie i czasami zabawnie odpowiada, że czuje się smashing, a czasami - że fantastycznie! Komedia.

Do słuchania muzyki trzeba mieć zainstalowane na tablecie lub smartfonie oprogramowanie w rodzaju np. Spotify. Sprzęgnięcie głośnika z telewizorem (też musieliśmy tv wymienić na nowszy model) pozwala na sterowanie głosem i wyświetlanie filmów, teledysków. Google Home to inteligentny asystent w domu. Udziela informacji z Wikipedii, podaje prognozę pogody, może budzić, informować o czasie pieczenia ciasta lub też wyświetlić film z recepturą przygotowania jakiegoś dania. Niektórzy nie widzą różnicy - Siri też to potrafi... Ale Siri nie jest oddzielnym urządzeniem, poza tym nie odpowiada w taki inteligentny sposób.
Google Home może opowiadać coś śmiesznego, by poprawić nastrój i robić wiele ciekawych rzeczy (nie sprząta i nie pierze, i nie podaje kawy) – ale nie wszystkie opcje będą działały w Polsce, niestety.
Jeśli nawet w naszym kraju Google Home działa tylko na „pół gwizdka”, i tak jest niesamowitym urządzeniem. Normalnie magia na wyciągnięcie ręki!


wtorek, 20 marca 2018

Poniedziałkowy lis

Jako posiadaczy kawałka ogrodu i dochodzącego kota zawsze ciekawiło mnie i mojego męża tzw. nocne życie naszego skrawka Natury. Nie wiemy np. dokąd chodzi, gdy znika z posesji, nasza Lola, czasem też znajdujemy dziwne ślady na trawie i zastanawiamy się, kto je zostawił. Podejrzewamy jeże, ponieważ kiedyś po szczególnie obfitym grillowaniu latem zostało dużo kiełbas, które pozostawiliśmy w ogrodzie dla wygłodniałych. Następnego dnia przy talerzyku z resztkami znalazłam nieruchomo lezącego jeża, bałam się nawet, że zaszkodziło mu mocno zgrillowane mięso, ale okazało się, że to była tylko poobiednia drzemka :-)



Odkąd mamy oczko wodne rozmiarów wanny i w nim kilka złotych rybek - pojawił się nowy kłopot. Kto zeżarł rybkę zwaną Blue i jej smętne resztki (ogon!) porzucił w ogrodzie... sąsiadów? Kto spowodował zniknięcie karpika koi, bardzo wesołego i rezolutnego? Czy była to Lola, czy też obcy kot, a może czapla albo jeszcze ktoś inny?

Te i inne pytania spędzały nam drzemkę z powiek, myśleliśmy więc już nad zamontowaniem Lolce kamerki, by wiedzieć, gdzie łazi i jakie przeżywa przygody poza obszarem przez nas kontrolowanym. Ponieważ jednak w swojej kociej aktywności pokonuje wiele płotów, odpuściliśmy montaż obróżki i kamery, nie chcąc, by koteczka zawisła przez nie gdzieś na siatce ogrodzeniowej.

Parę tygodni temu mąż wpadł na inny pomysł i szybko go zrealizował - dokonał bowiem zakupu kamery myśliwskiej aktywowanej na ruch, która kręci także w nocy - ma podczerwień. Zamontował urządzenie w ciekawym miejscu ogrodu, często odwiedzanym przez nasza koteczkę - i zostawił je na cały tydzień.

Po tym czasie zdjęliśmy urządzenie z drzewa i zaczęliśmy przeglądać nagrania. Szybko okazało się, że nasza koteczka spotyka się z dwoma kotami, a ściślej, że dwa koty często (zwłaszcza nocą) odwiedzają nasz ogród. Jeden jest biały z czarną łatą, drugi ma cętki jak lampart. W ciągu dnia kamerę aktywowały tylko szare wrony, natomiast noc okazała się dużo ciekawsza i z wypiekami na twarzy oglądaliśmy krótkie filmiki, kręcone przez kamerę nawet kilka razy w ciągu jednej nocy. Niestety, nie wyjaśniało się, dokąd koty podążają ścieżką przy obiektywie...

W największe zdumienie wprawił nas jednak zwierzak, pojawiający się w poniedziałkową noc. Otóż, był to... lis! Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyśmy mieszkali w lesie lub na obrzeżu miasta albo na wsi. Tymczasem mieszkamy w centrum Wrocławia, 700-tysięcznego miasta, a do Rynku mamy 5 km! Oto dowód:


Co ciekawe przez następne 6 dni lis się nie pojawiał, aż do... kolejnego poniedziałku. Musi mieć jakiś terminarz odwiedzin, że u nas bywa tylko w poniedziałki :-)

Zabawa z kamerą jest fantastyczna, podglądamy też ptaki na tarasie i mamy nadzieję, że z nadejściem wiosny pojawi się więcej ciekawych aktorów naszych filmów przyrodniczych! Może National Geografic zaproponuje nam kontrakt???





czwartek, 1 marca 2018

Pożegnanie

Ostatni Print Screen bloga, który zniknął z sieci. 

Jestem tu z Wami teraz, ale strasznie mi żal tych 6 lat na blog.pl. 
Wrzucam print screena, by udokumentować przynajmniej ilość odwiedzin w przeszłości. Niestety, nie wpadłam na to, by zrobić print screena dolnej części strony, gdzie były popularne notki i ilość odsłon - Gumomajty antygwałty miały 117 tysięcy odsłon! Polecam. Z ostatnich popularnych postów polecam Waszej łaskawej uwadze ten: Jak kobiety czytają Google maps...


wtorek, 27 lutego 2018

Obiekt sztuki, który mamy między udami...

Na stronie wrocławskiej informacji kulturalnej trafiłam na zapowiedź niezwyczajnych warsztatów artystycznych pt. "Narysuj swoją cipkę". Jej autorką jest wrocławska artystka/ ilustratorka, hafciarka i aktywistka – Olga Budzan. 
Najlepiej zacytuję teraz pomysłodawczynię: „Walczę o wszystko, co bliskie memu sercu. Walczę o prawo kobiet do samostanowienia i o wolną, dziką puszczę. (...) Kobiety mają prawo do swojego ciała. Jesteśmy otoczone przez anonimowe penisy, które spozierają na nas z murów, ścian szaletów i przystanków autobusowych. Penisy dominują naszą przestrzeń publiczną. W ten sposób manifestuje się męskie ego. Podczas gdy penisy triumfują na murach, cipki siedzą cicho skrzętnie schowane w majtach. Czas to zmienić. Cipki też są piękne i różne, i mówią językami świata. Pora zawalczyć o wolność i równość.
Warsztat (10 marca) ma się zacząć wprowadzeniem teoretycznym. Opisem dzieł sztuki przedstawiającym kobiece ciało, a w szczególności cipki. Potem uczestniczki będą malować swoje, dlatego Olga prosi o przyjście w dogodnym do tego stroju. Malowanie (rysowanie) będzie się odbywać z natury.
Tytuł warsztatów w pierwszej chwili mnie zniesmaczył. Gdy jednak przeczytałam opis, przyznałam rację Oldze Budzan. Faktycznie wszędzie te penisy, manifestacja męskiego ego, szkoda gadać... 
I natychmiast przypomniałam sobie niedawną wizytę w niezwykłym australijskim muzeum - dokładniej tasmańskim. Otóż w Hobart znajduje się słynna MONA (Museum of Old and New Art). Miejsce niezwykłe, położone na malowniczym cyplu, ufundowane i prowadzone przez ekscentrycznego milionera Davida Walsha, który zgromadził w podziemnej, fascynującej budowli kolekcję of Everythings, czyli wszystkiego. 
Nie sposób tu teraz tej mojej kilkugodzinnej wizyty w tym muzeum opisać, ale jedna sala wiąże się z tematem warsztatów Olgi Budzan. Otóż, zgromadzono w jednym miejscu kilkadziesiąt gipsowych odlewów cipek różnych kształtów i wielkości, które tworzą piękny fryz na ścianie, już w części poświęconej sztuce nowoczesnej... Niczym bezcenne klejnoty, odlewy w białym, czystym kolorze są pięknie wyeksponowane na hipnotyzująco czarnej ścianie:


Nie do końca rozumiałam wtedy ten artystyczny przekaz, ale warsztaty Olgi Budzan otworzyły mi jakąś nową perspektywę. Nie znaczy to, że będę w nich uczestniczyć, ale faktycznie  - skąd to zażenowanie we mnie, zarówno wtedy, gdy oglądałam kolekcję odlewów w muzeum i dziś, gdy przeczytałam tytuł tych warsztatów? Czyż to nie jest rzeczywiście dzieło sztuki, które każda z nas nosi między udami?
zdjęcia pochodzą ze strony flickr.com oraz imgrum.org ponieważ ja te akurat artefakty filmowałam i nie miałam na potrzeby bloga odpowiednich ujęć..

Kobieca logika...

W ciągu dnia miałam gorączkę, spałam i majaczyło mi się, że jestem w Australii, w domu do którego wchodzą różne zwierzęta: węże boa i wielkie jaszczury, tygrysy i krokodyle. Przerażona wybiegłam na zewnątrz, a tu pędzi na mnie wąż jadowity bardzo i zabiera się za moje nogi. Jakoś udaje mi się wymknąć, nie kąsa mnie na szczęście, tylko odpełza, ale widzę, że mąż stoi nieopodal i wcale mnie NIE RATUJE przed tym wężem. Co gorsza patrzy krytycznie jak nieporadnie daję sobie sama radę. 
Budzę się zlana potem i dzwonię do męża pracującego 360 km ode mnie za biurkiem i oskarżam go o nieczułość:
- Wąż mnie napadł, a ty nic!
Mąż pyta: - gdzie był ten wąż, w domu????
- W moim śnie! - odpowiadam pochlipując. - I ty się nie ruszyłeś nawet, by mnie ratować! Musiałam sama sobie radzić, a ty tylko patrzyłeś z krytyką w oczach.
W tym momencie z żalu wielkiego nad sobą rozpłakałam się do słuchawki.
- Czy Ty płaczesz, bo ja nie ratowałem cię przed wężem, w TWOIM śnie? - zapytał.
- Tak właśnie, a najgorsze że tylko patrzyłeś krytycznie bardzo!

Dawno nie słyszałam, żeby ktoś się tak śmiał. Dobrze, że nie połknął słuchawki. Czy jest tu jakaś kobieta, która mnie rozumie???



niedziela, 21 stycznia 2018

Diabeł tasmański i królik Bugs, czyli prawdziwy powód mojej podróży do Australii

Wychowałam się na komiksach z królikiem Bugsem. W latach mojego dzieciństwa (hm, hm, lata 60-te ub. wieku!!!!!!) takie właśnie komiksy przynosił mi tato, który pracował wówczas w drukarni wykonującej zlecenie dla Niemców czy Holendrów. Nieudane egzemplarze zeszytów trafiały w moje ręce, uzbierała się niezła kolekcja.

Nie muszę chyba dodawać, że dymki rozmów w komiksach były oczywiście po niemiecku i niderlandzku. To absolutnie nie przeszkadzało mi w lekturze. Komiksy towarzyszyły mi przez całą szkołę podstawową i liceum - wtedy wprawdzie nie czytałam ich codziennie, ale zawsze były ze mną np. w czasie choroby i leżenia w łóżku z gorączką, albo kiedy miałam chandrę. Cudownie poprawiały mi nastrój i stymulowały moją rekonwalescencję. Oprócz królika Bugs'a była w nich plejada innych "kreskówkowych" gwiazd - kochałam ich wszystkich, a wśród nich także prześmiesznego i żarłocznego DIABŁA TASMAŃSKIEGO.


Kiedy byłam w liceum (a więc stara małolata), odwiedził nas w wakacje mój młodszy o 8 lat brat cioteczny, mieszkający w Kielcach. I mój tato niefrasobliwie podarował mu moją kolekcję komiksów z Bugsem, sądząc że już ich nie czytam, że jestem za stara na takie "książeczki". Jakże się mylił!!! Ponieważ zdarzyło się to podczas mojej nieobecności, na wieść o tym, że komiksy pojechały z kuzynem do Kielc wsiadłam w pociąg i przejechałam 300 km, by "odbić" mojego Bugsa... Jestem pewna, że to przez niego i te niesamowite komiksowe przygody chciałam kiedyś dotrzeć na Tasmanię. W grudniu 2017 r. mi się to udało. Pojawiłam się w legendarnej ojczyźnie legendarnej postaci z kreskówek...

Gdy legenda przybrała futerko...
Diabeł tasmański jest zwierzątkiem objętym obecnie niesamowitą ochroną, ponieważ populację tych futrzaków, żyjących wyłącznie na tej wyspie, zdziesiątkowała jakaś choroba genetyczna.  Naukowcy pracują więc nad ocaleniem i rozmnożeniem osobników, które jeszcze uchowały się na Tasmanii (ostatnie, nieliczne istoty). W muzeum (sztuki!) w Hobart jest nawet wystawa poświęcona diabłu, na której m.in. prezentowano wypchane zwierzątka, ich siedliska itp. oraz naukowców badających ich życie i tych współczesnych, starających się uratować gatunek. Nawet wyświetlano niektóre odcinki kreskówek z królikiem Bugsem - myślę, że były one najlepszym sposobem popularyzowania diabelskiego tematu.

Dla mnie diabeł jest przesłodkim zwierzakiem, którego pluszowe i inne wizerunki można kupić na każdym kroku na Tasmanii. Wiele osób twierdzi, że wygląd tego zwierzęcia jest przerażający, jednak to w istocie przemiłe i prześliczne stworzonko... Zobaczcie sami:


Jeśli jego zęby budzą czyjeś przerażenie to pragnę zauważyć, że zdjęcie zostało zrobione podczas posiłku, a nikt z nas nie wygląda ładnie na zdjęciu zrobionym kiedy je! Za diabłem uganiałam się po całej Tasmanii, a o mojej manii wiedziała cała tasmańska rodzina. Nic więc dziwnego, że w pożegnalnym prezencie otrzymałam wersję diabła żywcem wyjętą z kreskówek "Zwariowane melodie"... W wersji wieczorowej, sądząc po brokatowym bucie... Dziękuję Kasiu i Sebastianie!



czwartek, 21 grudnia 2017

Poświęcenie...

Na wewnętrznych przelotach w Australii, tanimi liniami, są bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące bagażu. Wykupiliśmy po 20 kg rejestrowanego, natomiast w podręcznym wolno mieć 7 kilogramów.

Przed przelotem z Sydney do Melbourne ważymy bagaż podróżną wagą elektroniczną. Mamy 2 kg nadmiarowe! Coś trzeba usunąć... Przeglądamy ciuchy, myślimy, kombinujemy. Mąż decyduje się usunąć z bagażu swoje trzy T-shirty, szampon specjalistyczny do włosów i jeszcze parę męskich drobiazgów. 
Ja nie pozostaję w tyle! Zostawiam... 3 z 7 zabranych z Polski buteleczek lakieru do paznokci... :-)


środa, 22 listopada 2017

Napad kulinarnej kreatywności, czyli beza Beatova

Miałam weekendowy maraton imprezowy. Wystartowałam spotkaniem Klubu Tatarkowego, po którym pozostały mi białka jajek (żółtka udekorowały tatara). Zastanawiałam się więc jak je spożytkować w sposób spektakularny, a ponieważ niedawno dopiero usłyszałam o bezie Pavlovej, postanowiłam wziąć się za to arcydzieło cukiernictwa własnoręcznie...



Za bezą nie przepadam. Skamieniały cukier, obrzydliwie słodki z jakimś mdłym kremem nigdy nie był moim deserowym faworytem, ale postanowiłam zmierzyć się z legendą. Oczywiście na swoich warunkach....

Po przeczytaniu pięćdziesięciu porad na blogach kulinarnych JAK NIE ZABIĆ BEZĄ uczestników biesiady, zakasałam rękawy  i po upewnieniu się, że mam wszystkie składniki (co nigdy nie jest tak dla mnie oczywiste!) wzięłam trzepaczkę ręczną w dłoń i zaczęłam bić pianę z 6 białek. Bicie piany zawsze kojarzyło mi się bardziej ze słowotokiem, gadaniem o niczym (albo o Nietzschem), a tu prosta czynność manualna, aczkolwiek wyczerpująca.

W trakcie bicia dodawałam 300 g drobnego cukru, łyżeczkę soku z cytryny, szczyptę soli. Był moment, gdy piana zaczynała gęstnieć, ale nie na tyle, by sugerować sukces, omdlałymi rękoma musiałam więc kontynuować pracę wątpiąc w efekt. Po dłuuuuuuuuuuuuuugim czasie udało się! Pod koniec dodałam łyżkę mąki ziemniaczanej. Piana była tak gęsta, że nie spadała z trzepaczki. Była biała, błyszcząca, cudo! Dobra moja!

Szybkim ruchem wyłożyłam pianę na papier do pieczenia, formując na oko koło dość duże i grube z dołkiem w środku na krem. Nie rozpływała się na boki, więc ucieszona posypałam bezę cynamonem i wstawiłam do nagrzanego piekarnika (120 stopni C) tylko to jedno koło, bo moja Pavlova miała mieć tylko spód bezowy, jedną warstwę. Suszyłam z termoobiegiem ok. 100 minut. Beza się nie rozpadała, nie popękała (co ponoć nie było dobrym znakiem, cóż...) i zostawiłam ją w piekarniku na noc. Raz uchyliłam drzwiczki, potem przespała się w zamkniętym.

Jednak wtedy beza zaczęła opadać, bo pojawiły się pęknięcia na jej nieskazitelnym wyglądzie, co mnie trochę zmartwiło.

Następnego dnia zrobiłam krem według swojej fantazyi: mała śmietanka kremówka 30 procentowa, mały serek maskarpone, napar kawy, likier kumkwatowy przywieziony z Korfu. Najpierw ubiłam mikserem śmietankę, wmieszałam serek, napar kawy instant (kilka łyżek) i tyleż likieru kumkwatowego. Wymieszałam delikatnie, wyłożyłam na bezę. Udekorowałam mandarynkami z puszki (odsączonymi) i świeżą pomarańczą, skręconą w różyczki. Posypałam tartą czekoladą - i voile, brawa oraz fanfary!

Cóż to wyszło za arcydzieło! Chrupiąca z wierzchu, ciągnąca się wewnątrz. Do kremu nie dodałam grama cukru (prócz esencji waniliowej), więc nie był to twór przesłodzony. Uważam, że osiągnęłam bezowe "miszczostwo", więc nazwałam ją: beza Beatova!!!!

Dodam tylko, że mój napad kreatywności na bezie się zakończył, bo wcześniej zrobiłam jeszcze sałatkę z ugotowanej brukselki z gruszką, śledzie ze śliwkami w occie itp. itd. Na moje kuchenne okrzyki do domownika: z drogi, bo mam napad kreatywności kulinarnej, proszę nie przeszkadzać, tylko pomagać, domownik zapytał z niepokojem: a nie da się tego napadu jakoś opanować????

No się nie da....

wtorek, 7 listopada 2017

Najbardziej trująca roślina świata... na moim tarasie?!

Mam zwyczaj przywożenia nasion i sadzonek z krajów, do których podróżuję. Osiem lat temu np. przytargałam z Teneryfy (samolotem) sadzonki jakiejś rośliny porastającej zbocza wulkanu Teide. Pozyskiwałam je w głębokiej mgle, która snuła się po zboczach kiedy zjeżdżaliśmy na dół ze szczytu. Było baaaaardzo romantycznie...

Zachwycił mnie wtedy widok jakby małych palemek, niewysokich, bo 20-30 centymetrowych. Roślina jest pewnie z gatunku sukulentów, do dziś nie wiem, co to jest, ale ostała się ostatnia sadzonka w doniczce na domowym parapecie. Ma już metr wysokości i rozgałęzienia, oraz dziwne zwyczaje wegetacyjne. 

Przez kilka dni po wydobyciu jej z ziemi na Teneryfie mieszkała sobie w hotelowym bidecie :-) Na lotnisku nikt nie robił problemów, raczej pilnowano wówczas, by nie wywozić strelicji. Pomyślałam, że jakiś chwast targam, ale ponieważ lubię chwasty, to co tam!

Jednak to nie o niej dzisiaj chciałam napisać. Kilka lat temu (w 2013 r.) byłam w Bułgarii na wakacjach. Przy basenie, na który często przychodziłam, rósł interesujący krzew, z pięknymi kwiatami (na zdjęciu pod ścianą budynku). 


Kiedy znalazłam kilka nasion, takich jakby małych kasztanków, bez namysłu zabrałam je ze sobą.

Dopiero w tym roku sobie o nich (na wiosnę) przypomniałam, wysadziłam w maju w ogrodzie i już po kilku dniach wyrosła dziwna sadzonka. Dziwna, bo miała od razu 4 liście, ale 2 inne i 2 jeszcze inne. Szybko nabierała wysokości, wyrosły jej wielkie liście podobne do kasztanowatych albo właściwie konopiatych, pokazały się cudne kwiaty (w dwóch rodzajach) i nasiona. Podejrzewając, że jest ciepłolubna (z Bułgarii wszak przywieziona!) przeniosłam ją na taras, zresztą, dokuczały jej wiatry, wyginając na 

wszystkie strony, więc tym bardziej należało ją chronić.


Coś mi się kołatało, że jest to jakaś roślina lecznicza, bo z czasów mojej pracy w obszarze farmacji naoglądałam się zdjęć i rysunków różnych ziół i roślin, ale nie mogłam skojarzyć co to dokładnie. Nie przypomniałam sobie. Aż do wczoraj, kiedy to robiąc porządki w apteczce odkryłam... olej rycynowy. Butelka była w kartoniku, a na nim... portret mojej rośliny z tarasu! Rycyna to popularna nazwa oleju z rącznika pospolitego, to właśnie ta roślina. Jak zwykle zaczęłam szukać więcej info. No i znalazłam: to najbardziej trująca roślina świata, już jedno zjedzone nasiono może człowieka otruć! Nie od razu, lecz po dwóch dniach. Kolejne wieści z netu: nasiona rącznika znaleziono w grobowcach egipskich, a wzmianki o rycynusie są obecne w literaturze greckiej, rzymskiej i arabskiej. W 1788 r. olej rycynowy został zamieszczony w farmakopei angielskiej, a więc stał się uznanym i stosowanym przez aptekarzy lekiem. 



Na eduscience.pl znalazłam konkretny opis - rącznik zawiera dwie groźne substancje: rycynę, oraz rycyninę będącą organicznym związkiem chemicznym z grupy alkaloidów. Wszystkie części rośliny zawierają rycynę, ale największe jej stężenie występuje w nasionach. Jednak rycyna nie miesza się z olejami, co umożliwia produkcję nieszkodliwego dla ludzi oleju rycynowego (który służy przecież jako skuteczny środek przeczyszczający).

Rycyna była bohaterką kryminalnych wydarzeń rodem z filmów o Bondzie: użył jej w roku 1978 agent KGB, który zabił w Londynie bułgarskiego pisarza Georga Markowa przez wstrzelenie podskórne rycyny w platynowej kulce z mikroskopijnymi otworami, przez które rycyna przedostała się do organizmu Markowa. Strzelał z wiatrówki ukrytej w parasolu. Markow zmarł po czterech dniach. Kilka miesięcy później w paryskim metrze w ten sam sposób chciano zabić Władymira Kostowa, ale ten przeżył zamach dzięki szybkiemu usunięciu kulki. Toksyczność rycyny jest porównywalna do gazu bojowego - sarinu, a tysiąc razy silniejsza niż cyjanku.

No pięknie! I ta właśnie najgroźniejsza trucicielka świata rośnie sobie żwawo na moim tarasie!


piątek, 13 października 2017

Trzynastego - zawsze w grudniu jest wiosna!

Ludzie dzielą się na przesądnych i racjonalnych. Przesądni spluwają na widok czarnego kota, przebiegającego drogę, wieszają podkowy na drzwiach domu, unikają liczby trzynaście, szukają czterolistnej koniczyny. Racjonalni na widok czarnego kota dodają gazu, podkowy oddają na złom i dziwią się, gdy w hotelu nie ma pokoju numer trzynaście… Koniczyna ich nie rusza, wolą róże.

Jednak wydaje się, że nawet racjonaliści drżą przed piątkiem, który wypada trzynastego dnia miesiąca… A to się nam właśnie wydarzyło dziś. Dlaczego kumulacja trzynastki i tego dnia tygodnia wzmacnia pecha?

Powodów jest co najmniej kilka. Trzynastka jako taka jest liczbą przeklętą. Następuje po doskonałej dwunastce: mamy dwanaście miesięcy, dwanaście znaków zodiaku, tuzin jest taką zgrabną liczbą, kompletną. W Biblii często wymienianą: Jakub miał 12 synów, było 12 pokoleń Izraela, 12 apostołów, ale także: 12 bogów olimpijskich i nawet flaga Unii Europejskiej ma 12 gwiazdek. Trzynastka jest liczbą nieharmonijną i przerażającą, np. w tarocie trzynastą kartą Wielkich Arkanów jest Śmierć.

Teraz weźmy z kolei piątek: w cywilizacji chrześcijańskiej to przecież dzień ukrzyżowania Jezusa – a więc tragiczny. Połączenie piątku i trzynastki to zwielokrotnienie złej energii tego dnia. Mówi się, że od XIV w. postrzeganie tego dnia jako pechowego miało związek z aresztowaniem Templariuszy – potężnego zakonu, oskarżonego potem o liczne haniebne czyny, stąd tortury rycerzy i spalenie na stosie Wielkiego Mistrza, który przeklął króla Francji i papieża wtedy. Podobno dlatego właśnie trzynastego w piątek uznawany jest za pechowy, bo aresztowania odbyły się, na rozkaz króla, w tym dniu jednocześnie w wielu miejscach.

Czarodzieje twierdzą, że jeśli w tym czasie wypadnie pełnia, pech piątku trzynastego zostanie bardzo wzmocniony. Podobno taka kombinacja czynników powoduje zmiany w zachowaniu ludzi, wzrost przestępczości, wypadki, choroby i jest gwarancją, że nic w tym dniu nam się nie uda.

Już zatem sama nie wiem, czy uciekać, czy przeciwnie – zamknąć się w domu i nie wychodzić na zewnątrz. W sumie nigdy nie wiadomo, czy nie ma jakiegoś ziarenka prawdy w tym przesądzie… I mimo, że nie jestem przecież ofiarą paraskewidekatriafobii (czyli lęku przed piątkiem, trzynastego) jakiś tam cień niepokoju towarzyszy mi przez cały dzień, zwłaszcza gdy mam w planie podróż itp.

Myślę jednak, że czas to zmienić: im więcej lęku i obaw – tym więcej negatywnych rzeczy może się zdarzyć. Lepiej po prostu traktować ten dzień jak każdy inny, zacząć go z uśmiechem, jak zwykle, i wykonywać swoje zadania, jak zwykle. Bo jak śpiewała  Kasia Sobczyk: "Trzynastego zawsze w grudniu jest wiosna!" lalalalala....



środa, 13 września 2017

Knedle ze śliwkami nadzianymi czekoladą, czyli jak zostałam "miszczemkulinarnym"

Moje "miszczostwo" miało szansę się rozwinąć dzięki kategorycznej odmowie mamy w kwestii wydziergania knedli ze śliwkami.

Moja mama od lat hurtowo produkuje pyszności kuchni polskiej: wszelkie pierogi, knedle, kopytka są jej specjalnością i naprawdę nie pamiętam, kiedy samodzielnie wykonałam którąś z tych standardowych pozycji rodzimego menu. Jak sięgam pamięcią - siebie przy stolnicy nie widzę!

Od dwóch tygodni zamawiam u mamy knedle - danie sezonowe, jesienne, którego jestem wielką fanką. Mama zajęta innymi sprawami wyjątkowo oporna była z realizacją. Gdy dziś po raz kolejny powiedziała "nie", postanowiłam wziąć knedle w swoje ręce...

Mam pewną kuchenną ułomność - gotuję "na oko" i nie potrafię trzymać się przepisu. Zawsze muszę, ale to MUSZĘ coś zmodyfikować, zastąpić czymś brakujący składnik (bo często biorę się za gotowanie nie sprawdziwszy, czy mam wszystkie potrzebne produkty...) albo podkręcić smak. Zaczęło się zwyczajnie - ugotowałam ziemniaki w mundurkach (75 dkg), obrałam je, zgniotłam na puree. Dodałam jedno jajko oraz 25 dkg mąki pszennej. Ciasto się pięknie wyrobiło (palcami), ale mąki było mało, musiałam dosypywać, bo wszystko się do mnie kleiło, a raczej próbowało mnie przykleić do miski i innych przyborów kuchennych.

Wcześniej wymyłam i wydrylowałam węgierki, przekrawając je na pół, ale tak, by połówki trzymały się siebie. Mama poradziła, by nasypać do środka śliwek cukier, tak też zrobiłam- raz biały, albo waniliowy.

Moje oko spoczęło na resztach polewy czekoladowej (robiłam coś parę dni temu, co polewałam rozpuszczoną czekoladą deserową). Ooooooo, pomyślałam, śliwki polane czekoladą, to będą szałowe knedle! Nie namyślając się długo, czekoladę ponownie rozpuściłam i wlewałam gęstą masę do środka śliwek. Prawie od razu zastygała. Tak nadzianą śliwkę wciskałam w kawałki ciasta urwane z kuli starając się dokładnie otoczyć ją ciastem, w dłoniach formując całość w zgrabną kulę. Kule wrzucałam na wrzątek, a kiedy się unosiły do góry, czekałam około minuty, by wyjąć ugotowane knedle.

Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Ciasto rozpływa się w ustach, śliwki są soczyście mięsiste i ta kapeńka czekolady wewnątrz.... Nie potrzebują nawet sosu śmietankowo-waniliowego, którym zawsze polewałam knedle. Tytuł "miszczoski" sama sobie nadałam, nikt inny knedli jeszcze nie degustował.... 24 pyszne kule są tylko moje!!!!!!



Focia pożyczona z interia.pl, bo widelec mam taki sam i knedle wyglądają podobnie do moich. Niestety, kochani, jak ma się łapy utytłane klejem z ziemniaków, nie ma jak chwycić za aparat!

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pajęcza wiadomość od Wszechświata

Właśnie pozbyłam się z tarasu wielkiego pająka. Wyglądał podobnie jak ten tu na zdjęciu, oczywiście nie przyszło mi do głowy, by całą akcję fotografować, więc zdjęcie pożyczone jest z netu. Ale to był ten typ, wielki jak pięciozłotówka plus nogi!

Nie mam arachnofobii, ale przesąd mam pewien, że jak się zobaczy pająka, zwłaszcza w piątek (uff, dobrze że czwartek dziś), to niedobrze...
Zaczęłam się jednak zastanawiać, co to za wiadomość ma dla mnie... Wszechświat? Dzień taki piękny, pająk wyglądał na zadomowionego, może więc to dobry znak?

Pająk to przecież niesamowicie pracowite i twórcze stworzenie - nieraz podziwiałam urodę pajęczej sieci, misterne wzory, zwiewny labirynt cieniutkich jak jedwab nici łapiący krople rosy błyszczące w słońcu jak diamenty... To Twórca, Kreator w dodatku bardzo uparty w dążeniu do celu... 

Doszłam więc do wniosku, że jest to dla mnie taka wiadomość od Wszechświata: twórz i pracuj dużo, nie rezygnuj z tego, co zaczęłaś. Pająk, któremu zniszczono sieć tworzy ją od nowa. Nigdy nie wpadnie mu do głowy, by przestać, prawda? Nigdy nie powie sobie: no nie, ale beznadziejny jestem, sieć mi zerwano to się na siebie obrażę i już żadnej nowej nie utkam! Haruję jak wół, a tu przyjdzie taka, co to na mój widok wrzeszczy z obrzydzeniem, łapie mnie w słoik i zrzuca z pięciu metrów, co ona sobie myśli, że łatwo w locie snuć sieć, by się gdzieś zahaczyć? I co, taki wstrętny jestem???? A nogi sobie dziś uczesałem i w ogóle to myślę, że jestem wyjątkowo przystojny! A kiedy się znów wdrapię na jej taras na pewno się okaże, że wszystko mi porwała, jędza jedna! Na sztuce się nie zna!!!! Skoro nikt nie podziwia moich prac, to przestanę tkać. Będę teraz handlował martwymi muchami!

 

zdj. www.wykop.pl

czwartek, 24 sierpnia 2017

Genialne rady mojego męża...

Mój mąż słynie z dawania genialnych rad. Kiedyś, gdy kolega zwierzył mu się, że psują mu się "zęby między zębami", mąż poradził: wyrwij sobie co drugi i po kłopocie!
Mnie również zasypuje perłami porad życiowych. Dzisiaj rozmawialiśmy o mojej jutrzejszej wizycie w warsztacie samochodowym, bo muszę wymienić przedni wahacz. Warsztat nieznany, z internetu wzięty, więc mam obawy. Mówię mężowi, że muszę ich uczulić, by nie zostawiali kluczyka w stacyjce, bo dwa lata temu na myjni zepsuli mi auto w ten własnie sposób - słuchali sobie radia i gdy wyjechałam z myjni, po stu metrach pojawiła się informacja, że mam całkowicie rozładowany akumulator. Najadłam się wtedy strachu i nie chcę powtórki, bo w warsztatach na ogół zostawiają kluczyk itd. Na to mąż już spieszy z radą:
- To może wymontuj radio, żeby nie słuchali!
Ja:
- ?????????
Mąż:
- Albo jeszcze lepiej: zostaw im same podwozie, zawieszenie przecież będą naprawiać!






wtorek, 15 sierpnia 2017

Polowanie na Perseidy, Napoleon i masoni...

Wydarzeniem astronomicznym, którym ekscytowałam się ostatnio były spadające gwiazdy - Perseidy. W nocy z 12 na 13 sierpnia wszyscy mieliśmy okazję obejrzenia wyjątkowego spektaklu - kumulacji przeszywającego niebo roju meteorytów. Co ciekawe, tę samą noc wybrał kilkaset lat temu Napoleon, spędzając ją w bebechach wielkiej piramidy w Gizie - czytam właśnie o tym książkę i ta zbieżność dat mnie zaintrygowała...
Zacznę od astronomii. Perseidy nazywane kolokwialnie "spadającymi gwiazdami" są tak naprawdę pozostałościami po komecie Swift-Tuttle'a, przelatującymi koło Słońca raz na 133 lata.  Ziemia co 12 lat wpada w samo centrum tego obłoku, więc apogeum udanych obserwacji było ponoć w 2016 r. (przegapiłam!). Jednak i tegoroczny sierpień miał dostarczyć niezłych emocji. Tego mi było trzeba! Postanowiłam wyjechać nocą z Wrocławia, by zwiększyć szanse w polowaniu na meteory na niebie. Miały "wystartować" dopiero około 22-giej, by ok. drugiej w nocy osiągnąć maksimum - nawet do 90 spadających gwiazd na godzinę. Astronomowie zapowiadali, że na początku będą widoczne tylko 30 stopni nad horyzontem, więc uznałam, że miasto odpada jako obserwatorium.
Dokąd by się tu jednak udać? Pierwsza myśl - na Ślężę, oczywiście! Jednak przez całą sobotę chmury przewalały się po niebie, więc ryzyko niemożliwości obserwacji było duże. Wdrapiemy się po ciemku, jeszcze nas deszcz złapie, a spektaklu i tak nie będzie... No to dokąd? Przypomniałam sobie o koledze, który ma domek letniskowy nad Zalewem Mietkowskim, super miejscówka na astro-obserwacje! Nawet jeśli nie pogapimy się w niebo, bo chmury nam nie pozwolą, to będzie okazja do towarzyskiego spotkania z dawno niewidzianymi, a miłymi ludźmi. 
Dzwonię więc do Marka. Akurat jest w tym swoim letniskowym domku, ale ma zamiar wracać przed nocą do Wrocławia. Gdy jednak usłyszał propozycję odwiedzin i oglądania spadających gwiazd natychmiast zmienił plany. Będzie na nas czekać. Jedziemy więc do niego wieczorem. Wyruszyliśmy około 20-tej z Wrocławia i po drodze - niespodzianka. Chmury uciekły gdzieś na boki i widoczność była dobra, coraz lepsza, a wreszcie - rewelacyjna! Wyglądało na to, że będziemy mieć czyste niebo na obserwacje!!!
W Borzygniewie (nomen omen) pojawiliśmy się około 21-szej, wyposażeni w aparaty fotograficzne, statywy i latarki oraz stosowne zakąski. Niebo było jeszcze dość jasne, czekając więc na gwiezdny spektakl raczyliśmy się winem musującym. Jakoś tak mi się z sylwestrem cała sytuacja skojarzyła - "szampan", życzenia, północ, ekscytacja... Po pierwszej butelce uznaliśmy, że niebo jest już wystarczająco czarne, rozsiedliśmy się więc w rządku na fotelach ogrodowych (była nas szczęśliwa siódemka) i zadarłszy głowy zaczęliśmy obserwować niebo... Przez kilkanaście minut nic się nie działo. To znaczy, niezupełnie - widzieliśmy samoloty, satelity - ależ ruch panuje nad naszymi głowami!
Wreszcie ktoś dostrzegł pierwszą spadającą gwiazdę. Przez nanosekundy rysowała cienką kreskę na niebie. Zanim zdążyło się wykrzyknąć: "jest, o taaaam!", by innym pokazać - już jej nie było. Ale każdy z nas w końcu kilka zobaczył! Niezwykłe wrażenie. Żadnej spadającej gwiazdeczki nie udało się jednak sfotografować, cóż... 
W drodze powrotnej, kole północy, gdy pojawił się na niebie już całkiem jasny plaster Księżyca zatrzymaliśmy się jeszcze na niewielkim wzniesieniu, by raz jeszcze popatrzeć na gwiazdy. Takie meteorytowe nienasycenie w nas było. I takie tajemnicze zdjęcie mi wyszło...

Napoleon i sierpniowa noc...
Dokładnie tę samą noc, tyle że w 1799 roku Napoleon Bonaparte spędził samotnie w trzewiach najbardziej imponującej i enigmatycznej budowli świata: w piramidzie Cheopsa w Gizie. Nigdy nie wyjawił, co tam robił, ale Perseid na pewno nie oglądał! Nie wiedziałam nawet, że Napoleon interesował się bardzo przeszłością Egiptu i tak naprawdę ta kampania dała podwaliny egiptologii jako nauki. Wraz z armią Bonaparte ściągnął bowiem do Egiptu około stu naukowców. Mieli zbierać informacje i dokonywać odkryć archeo - z tego okresu pochodzi przecież słynne znalezisko - kamień z Rosetty, który umożliwił Champollionowi odczytanie hieroglifów... Co jeszcze ciekawsze, Bonaparte urodził się 15 sierpnia, w znaku Lwa i noc w piramidzie spędził 3 dni przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Potem jego los się bardzo odmienił...
Pałac masoński w Dobrzycy
Napoleon i te zbieżne daty mnie prześladują nie tylko książkowo, bowiem w ramach atrakcji długiego weekendu, następnego dnia po Perseidach, w niedzielę, postanowiłam zorganizować małą wycieczkę do Dobrzycy - tajemniczego pałacu w Wielkopolsce. Słynie on ze swoich związków z masonerią. I znów pewna data się pokrywa - pałac ukończono w 1799 roku, w tym samym, w którym Napoleon przeszedł swoją przemianę...

Właścicielem pałacu był Augustyn Gorzeński, mason z siódmym stopniem wtajemniczenia, ale też poseł na Sejm Czteroletni i współtwórca Konstytucji 3 Maja. Pałac jest kompaktowy, bryła zewnętrzna dość harmonijna, chociaż niesymetryczna, osadzona na planie węgielnicy, jak zwykło się sądzić, chociaż nie do końca jest to prawdą. Legenda mówi też, że pałacowy park też został zaplanowany według symboliki masońskiej, a w podziemiach Panteonu miały odbywać się rytuały wolnomularskie. Tak czy owak, w pałacu w tej chwili mieści się Muzeum... Ziemiaństwa! Wnętrza  są wspaniale odnowione, malowidła na ścianach - iluzjonistyczne - przypominają te z warszawskich Łazienek. Zachowała się oczywiście dość duża ilość tzw. masoników. Jest też sporo eksponatów patriotycznych - związanych z twórcą hymnu Józefem Wybickim (skoligaconym z gospodarzem pałacu), oraz z czasów napoleońskich (z portretem Bonapartego włącznie). No takie merytorycznie trochę pomieszanie z poplątaniem, ale wnętrza - cuuuuuudo!

Z ciekawością obejrzałam masonika, przypominając sobie, że kiedy dawno temu pracowałam w Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu (nieistniejącym obecnie), w zbiorach odkryłam oznaki wolnomularskie i zajęłam się ich naukowym opracowaniem. Tematyka ta bardzo mnie niegdyś zajmowała i chyba tak do końca nigdy nie przestała ciekawić. W efekcie tej samej nocy miałam zabawny sen: starałam się o pożyczkę w... Wielkopolskim Banku Rytu Szkockiego. :-)
Potem przeszliśmy się przez rozległy park z samymi pomnikami przyrody (jest tu m.in. platan o obwodzie ponad 11 metrów!!!), podziwiając też ogrodowe budowle XVIII-wieczne jak Panteon czy Monopter, romantyczna grotę nad stawem, mostki i kaczki. Wrażeń moc.



Tego dnia, szukając restauracji by zjeść obiad, dojechaliśmy do Pałacyku Myśliwskiego Antoniego Radziwiłła w Antoninie: 


Ale to opowieść na kolejny wpis...