poniedziałek, 28 maja 2018

Typy osobowości wg Eriksona a pieczenie szarlotki

Po lekturze książki T. Eriksona „Otoczeni przez idiotów” (autor brzmi jak marka telefonu komórkowego i też dotyczy komunikacji!) bawię się rozpoznawaniem typów osobowości wśród moich bliskich i znajomych.

Jeśli ktoś zna model DISC to w zasadzie rozpozna go w tej książce, gdyż podział zachowań wg typów osobowości jest identyczny, zastosowano po prostu inne określenia: kolorami. To co w DISC jest Dominującym typem tu jest kolorem Czerwonym, Inspirujący jest Żółtym, Stabilny i wspierający jest Zielonym, a tzw. Analityczny jest Niebieskim.

Samoświadomość to fundament samorozwoju, określiłam więc swój typ. Wyszło mi, że mam przewagę Żółtego. Może jest tam domieszka dwóch innych barw, w końcu jednokolorowi to tylko 3% populacji, ale szybko znalazłam potwierdzenie w podejściu do tak prostej czynności jak pieczenie szarlotki na garden party. Najpierw jednak opowiem, jak - moim zdaniem - zabierają się do tego inne kolory:

Czerwony - kupi ciasto w sklepie, cukierni lub poleci jego zrobienie komuś, kto potrafi piec. Jeśli zostanie zmuszony przez okoliczności do samodzielnego wykonania, zaplanuje to wcześniej i wykona na czas: dokładnie, jak każde zadanie, które rozpoczyna, bo akcja i skuteczność to jego żywioł. Jeśli zabraknie niespodziewanie jakiegoś składnika, wyśle na zakupy domownika (ale to raczej niemożliwe, by zabrakło, bo Czerwony jest dobrym organizatorem). W czasie pieczenia Czerwony będzie popędzał ciasto do rośnięcia, wykrzykując polecenia przed szybą i denerwując się, że ciasto robi to za wolno. Może otwierać i zamykać piekarnik, grozić wypiekowi obniżeniem temperatury i psioczyć na autora przepisu, producenta piekarników i dostawcę energii.

Niebieski - na dwa tygodnie przed garden party przeczyta przynajmniej trzy książki kucharskie o pieczeniu ciast. Ściągnie z internetu 20 różnych przepisów i przeanalizuje (najlepiej w Excelu) koszt, czasochłonność, oraz stosunek kosztów do jakości itp. Przez kolejne dwa dni będzie dokonywał wyboru tego jednego przepisu i kiedy mu się to uda, zrobi wreszcie listę zakupów. Będzie ją nosił w portfelu kolejny tydzień. Następnie zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej upiec drożdżowe, bo szarlotka może być nieodpowiednia na tę okazję. W efekcie ciasta na garden party upiec nie zdąży, bo nie podejmie żadnego działania. Także nie pofatyguje się do sklepu, by zakupić ciasto, bo przecież goście jakoś brak ciasta przeżyją. Nie przesadzajmy z tą gościnnością!

Zielony - pieczenie ciast ma opanowane, bo żyje po to, by dogadzać rodzinie i przyjaciołom. Upiecze wielką i smaczną szarlotkę oraz jeszcze dwa inne ciasta, żeby było miło. Sprawianie innym przyjemności jest jego żywiołem, a to, co zaplanuje przynajmniej dwa, trzy dni wcześniej, bo musi mieć czas, by zebrać potrzebne składniki, wykona dokładnie i z miłością. Jego potrawy są przepyszne, wyglądają jak małe dzieła sztuki, bo wkłada w nie całe swoje serce...

No i czas na mnie, oto jak działam jako Żółta. Na pomysł upieczenia ciasta wpadłam poprzedniego przed garden party dnia, o 23.00. Z internetu ściągnęłam pierwszy z brzegu przepis, nie przejmując się, że nie mam wszystkich składników, np. odpowiedniej ilości masła (tylko 10 dkg zamiast 25 dkg). W roli dodatkowego masła użyłam śmietany, bo moja babcia tak szarlotkę robiła (tyle z przepisu pamiętałam). Po jabłka w słoiku (mama robiła, Zielona) wysłałam (jestem też trochę Czerwona) do piwnicy męża (Niebiesko-Żółto-Czerwony) i zabrałam się do dzieła, dodając wspomnianą śmietanę, o której słowa nie było w przepisie. Podobnie jak o rodzynkach i płatkach migdałowych... Nie mogłam za długo czekać aż ciasto się schłodzi (miało być kruche, ale ja niecierpliwa jestem), więc wpakowałam je do piekarnika przykrywając jabłka ciastem łatami, bo masy kruchej było za mało na spód i wierzch (wszystkie składniki odmierzałam na tzw. oko). Upiekłam, podałam na deser na garden pasty, wymyślając oczywiście nową nazwę (łaciate), ale wszystkim smakowało. Niewiele go zostało, bo było małe...
Wyglądało tak po wyjęciu z piekarnika:


i na salaterce:


piątek, 18 maja 2018

Zapach roku 2018 - werbena!

Odkąd odwiedziłam prowansalskie Grasse i jego liczne wytwórnie perfum, bacznie śledzę coroczne wiosenne informacje o królującym zapachu. 

Kiedy byłam Na Lazurowym Wybrzeżu w czasie karnawału, w lutym 2015 roku, kwitły i pachniały mimozy. Cała Nicea pachniała nimi!
Natomiast królem zapachowym w Grasse (wszystkie faktorie umawiają się na jeden aromat) - był jaśmin. Do Grasse pojechaliśmy właśnie pozwiedzać cudna stolicę zapachów, po lewej widzicie pomnik perfumiarza.
Oczywiście natychmiast sobie ten jaśminowy zapach u Fragonarda nabyłam:
Faktycznie był intensywny, czarowny, majowo-czerwcowy. 

W kolejnym roku królował irys, który to zapach kupiłam już poprzez allegro, akurat w porze, gdy w moim ogrodzie kwitł identyczny kwiat jak z opakowania perfum Fragonarda:


Potem był jeszcze rok piwonii, a obecnie najjaśniej królującą nam zapachowo jest werbena. Roślina ogrodowo-tarasowa, pospolita jako przydrożne ziele w Prowansji. Jej cytrusowa odmiana wykorzystywana jest także w kuchni. 
Pamiętam zapach sorbetu werbenowego, który kiedyś kupiłam sobie w perfumerii L'Occitane. Niestety, seria była limitowana, ale zapach tak piękny, że żałuję, iż go nie produkują. Pozostaje mi więc Fragonard i jego wersja werbeny:
Będę wierna Fragonardowi, bo jego zapachy są czystą esencją kwiatową, mmmm.

poniedziałek, 14 maja 2018

Jak się za gwiazdą uganiałam...

Wczoraj wieczorem taka mi się na nocnym niebie jasność w oczy rzuciła, że stanęłam jak kopytkami wryta w ziemię. Obserwowałam ją sądząc, że to samolot nadlatuje, ale coś długo leciał, ten reflektor świecił i świecił - a przecież dawno powinien zniknąć!

Złapałam najpierw telefon z apką Sky, by namierzyć obiekt astronomiczny niezwykłej jasności. Co to za planeta? Apka podpowiedziała jednak coś zupełnie innego - to gwiazda w gwiazdozbiorze Bliźniąt, trzecia najjaśniejsza, a ja nigdy o niej nie słyszałam: Alhena... Biały podolbrzym, oddalony od Słońca o 109 lat świetlnych. 160 razy jaśniejsza od Słońca i większa od niego 2,8 raza... 
Na tym zdjęciu faktycznie wygląda jak Słońce!



Od wczoraj ją obserwuję na zachodzie nieba, bo niezachmurzone. Dziś też już ją zdążyłam sfotografować. Do północy chowa się pod horyzontem, co jest podobno oznaką zbliżającego się lata. W lipcu na tle tego gwiazdozbioru (Bliźniąt) świecić będzie Słońce, więc obserwacja będzie niemożliwa. 

Najjaśniejsze w Bliźniętach gwiazdy to Kastor i Polluks. Grecki mit głosi, że byli to synowie Ledy, ale ojcem Kastora był król Sparty Tyndareus, zaś ojcem Polideukesa (Polluksa u Rzymian) był sam Zeus. Bracia wyróżniali się siłą, odwagą i braterską miłością. Niestety, podczas jednej ze swoich licznych przygód Kastor został zabity. Nie mogąc z nim umrzeć, nieśmiertelny Polideukes przeklął swój los. Wówczas Zeus dał mu wybór: albo wieczna młodość na Olimpie, albo wraz z bratem  jeden dzień przebywać będzie w Hadesie a jeden na Olimpie. Wybrał drugą opcję, więc odtąd bracia są na przemian jeden dzień martwi i jeden dzień żywi. 
Piękny mit. 

Gwiazdozbiór widzimy zimą i wiosną, a latem bracia "znikają" z naszego nieba. Taką fotkę zrobiłam Alhenie (która na niebie "siedzi" w stopie jednego z braci):



Uważam astropolowanie za udane :-)

niedziela, 13 maja 2018

Co zrobić z milionową wygraną?

Taka sobie luźna rozmowa z mężem - o wygranych losowych. Z pasją godną lepszej sprawy ostatnio grywa w eurojackpot. Ponoć w puli jest już ponad 300 milionów złotych...

- Kochanie, ile lat grasz w te tam różne totolotki, lotto itp.?
- Sam nie wiem... Od zawsze!
- Przynajmniej odkąd Cię znam, pamiętam, czyli od ponad 30 lat...
-Taaaak? Możliwe.
- Ile wygrałeś do tej pory?
- Bo ja wiem? Nie liczyłem. Może z 1000 złotych się uzbiera.
- A co zrobiłbyś z wygraną ponad 300 milionów?
- Już ja bym wiedział, na co by wydać!
- Nie, powiedz mi, o czym teraz marzysz, nie wtedy gdy wygrasz. czy masz już plan?
- Plan? A po co mi plan! Trochę rozdałbym rodzinie, kupił sobie samochód za parę milionów...
- Jaki samochód? - drążę.
- Bugatti.
- Ok, to tylko 2-3 miliony, co z resztą wygranej?
- No to dom bym sobie zbudował. Zamek właściwie.
- Ale gdzie? W górach, nad morzem, w Polsce, za granicą?
- W Polsce. Z widokiem na Tatry.
- Zamek? A z czego? kamienia szarego, piaskowca? Ile by tam było pokoi?
- Z granitu! Co się tak dopytujesz, wygram, to wymyślę... 
- No własnie w tym rzecz. Już musisz mieć wizję!
- Ale męcząca jesteś. No dobrze, pokoi 37 by było. Taki z fosą, mostem zwodzonym i 200 km drogą dojazdową, bym mógł swoim bolidem codziennie po niej jeździć.
- Ok, a co byś robił w tym zamku w tych 37 pokojach?
- Zaprosiłbym rodzinę, żeby sobie z nami pomieszkała.
- Aaaa, to ja jestem też w planie? Skąd wiesz, czy chcę w zamku mieszkać z widokiem na Tatry?
- A nie chcesz?
- W życiu! Ciekawi mnie jednak, co byś robił każdego dnia oprócz spędzania czasu z rodziną w 37 pokojach rozlokowaną i jeżdżenia swoim bolidem po prywatnej drodze?
- ????? Kułbym zbroję!

Wbrew pozorom kwestia, co zrobić z milionową wygraną nie jest błaha. To pole do popisu dla wyobraźni. Wielbiciele Prawa Przyciągania szybko odgadną cel zadawania mężowi tych szczegółowych pytań.
Zadaję je też sobie. Na początek spróbuję zagospodarować jeden (słownie jeden) milion...

czwartek, 3 maja 2018

Awokado - tłusty owoc i moja najnowsza mania kulinarna

Nie wiem, co mi się stało smakowo, ale bez awokado żyć nie mogę! Tak, tegoż awokado, które jeszcze parę lat temu było mydlanym w smaku świństwem, do niczego niepodobnym!

Pamiętam pewne starodawne wakacje na Krecie. Pojechałam z mężem i koleżanką z pracy, Izą - tak jak ja wówczas, nauczycielką łaciny. To miała być nasza (łacinniczek, mąż mój bowiem inżynierem jest. Mechanikiem) podróż do źródeł cywilizacji antycznej - na Kretę, gdzie Minos, labirynt, Ariadna, Tezeusz i takie tam, minojskie sprawy. 
Poza włóczeniem się po całej wyspie i zwiedzaniem wykopalisk w różnym stadium odkryć (przy dziesiątym Andrzej siedział w aucie, w 50 stopniowym upale, by nie oglądać kolejnych śladów wielkich wydarzeń na poziomie gruntu, który to poziom za niski dla niego był. No cóż, przy 188 cm wzrostu schylać się musiał...) miałyśmy i inne przyjemności - kulinarne. To tam, w Grecji zaczęłam wreszcie przekonywać się do oliwek. 
I tam właśnie Iza wypatrzyła znane mi dotąd tylko z nazwy -awokado. Przytargałyśmy nabyte drogą kupna owoce do hotelu, licząc na OWOCOWĄ ucztę. Jakoś się do tych delicji dostaliśmy, obierając je najpierw ze skórki. Kroimy na cząstki, śliskie to jakieś,  ale nic to... Biorę do ust: o matko, co to jest! Coś bez smaku, zapachu tylko tłuste takie, błe, no... mydło po prostu! 
Wyplułam kęs ze wstrętem. Iza też nie miała zachwyconej miny (nie mówiąc o Andrzeju), ale wiedziała coś więcej, bo stwierdziła, że owoców nie zmarnujemy. Podziobała widelcem, papka zielona wyszła - i kazała sobie na twarz nałożyć. ja też spróbowałam. Tylko Andrzej odmówił współpracy, zatem my we dwie, jak w jakimś spa, zażyłyśmy dobrodziejstw kosmetycznych smaczliwki (bo tak awokado po polsku się nazywa). 


Strasznie stare zdjęcie z Krety, 1995 r. - Iza poddawana jest profesjonalnemu zabiegowi kosmetycznemu z niespożytego awokado :-)

Żołądka mi więc wtedy ono nie podbiło. Jakiś czas temu zaczęłam się jednak do tego owocu przekonywać, ale używałam głównie jako "wypełniacza" w sałatkach itp. 
Ostatnio jednak zwariowałam - uwielbiam je na śniadanie jako omastę do chleba - rozsmarowuję, kropię cytryną, solę, pieprzę, dodaję przyprawy ziołowe albo czosnek. PYCHA! Mogę jeść tylko chleb z awokado.
I takie to wspomnienia awokadowo-grecko-dziewczyńsko-kosmetyczne.

środa, 25 kwietnia 2018

Trzy mądre małpy, czyli buddyjski sposób na szczęśliwe życie

W sklepach z chińskimi gadżetami można kupić przeróżne figurki. Są śród nich smoki, starcy, węże oraz... trzy małpy, siedzące razem. To właśnie te mądre – jedna zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia – usta. Okazuje się, że symbolizują one buddyjską zasadę życiową.

rys. z nextext.com

Te figurki są bardzo popularne, aczkolwiek na Zachodzie wypacza się ich znaczenie. Uważa się, że najstarszym przedstawieniem „małpiej” zasady: Nie widzę, nie słyszę, nie mówię zła - jest rzeźba na japońskiej świątyni Toshogu w Nikko. Tradycja jednak przypisuje tę filozofię buddyzmowi, który dotarł do Japonii z Chin w VII w. n.e., a rzeźba w Nikko pochodzi z XVII w.

W naszej kulturze powszechnie uważa się, że małpy symbolizują postawę niereagowania na zło, czyli pozwalanie, by zło się działo, my mamy jedynie nie przeciwstawiać się. Tymczasem buddyjskie znaczenie tego symbolu – niemówienie, niewidzenie i niesłyszenie zła jest o wiele głębsze i szlachetniejsze. Nie chodzi o to, by się od zła odwracać, o tchórzliwe przymykanie oczu, lecz o to, żeby odebrać mu moc. Nie słuchać i nie mówić złych rzeczy – bo słowa potrafią zabić. Nie oglądać złych rzeczy, nie kontemplować ich – bo podsycają w nas agresję i zło. Od zła na wszelkie sposoby należy się odciąć, by zachować swoją integralność i spokój ducha i szlachetność w postępkach. Mamy po prostu robić wszystko, aby żyć w świecie dobra i miłości, przekazywać innym i karmić siebie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Nieustanne koncentrowanie się na złu sprawia, że ono się rozprzestrzenia!

Codziennie jesteśmy „faszerowani” jak kurczaki przed pieczeniem złymi wiadomościami. Słuchając radia, oglądając tv widzimy tylko wojnę, walki, podłość, złość, nienawiść. Oglądamy filmy pełne brutalności – filmy akcji, kryminały. W grach komputerowych intryguje nas jedynie przemoc, strzelanie. Nasiąkamy tym jak gąbki, nawet o tym nie wiedząc, karmimy mózg i swoje ciało tym złem, programujemy się na niszczenie, destrukcję. To ma wpływ na nasze życie, każdego dnia doświadczamy zła, bo nasze myślenie jest tak przesycone negatywnymi wiadomościami, obrazami, że tylko podobne przyciągamy do siebie.

Aby żyć życiem spełnionym i szczęśliwym, spokojnym i szlachetnym wybierajmy sobie lektury, filmy, rozrywkę. Są takie, które wzbogacą nasze życie, pomogą innym. Nie oglądajmy bez końca programów złych wieści, bowiem w ten sposób chce się nad nami zapanować. Sfrustrowani ludzie mają przekonanie, że żyją w złych czasach i że ich życie musi być po prostu szare i smutne i pozbawione radości. Tymczasem takimi codziennymi wyborami sami się tego dobra pozbawiamy.

Niechaj trzy małpki podpowiadają nam każdego dnia, jak postępować, czym się w życiu kierować. To bardzo prosta zasada, a jej stosowanie zmieni nasze nastawienie i doświadczanie już od "pierwszego dnia użycia". Naprawdę nie mamy nic do stracenia, zyskać możemy poczucie spokoju, szczęścia, radości. Wszędzie jest miłość, dobro, wystarczy jak przestaniemy koncentrować się na złu, kontemplować je. Pokontemplujmy piękno, dobro, prawdę, pokój i miłość.

środa, 21 marca 2018

Czarodziejski głośnik od Google

Zawsze wiedziałam, że podróże kształcą. Dzięki niedawnej wizycie w Australii poznałam niepozorne urządzenie, sprawiające że każdy dom może zamienić się w centrum dowodzenia Wszechświatem - system Google Home!


Byłam u kuzyna w Melbourne. Podczas wieczornej pogawędki przy winie rozmowa zeszła na ulubione rodzaje muzyki. Powiedziałam, że lubię jazz.

- Polski jazz? – upewnił się kuzyn.
- No nie tylko, ale też… - potwierdziłam.

W tej samej chwili mój kuzyn popatrzył gdzieś w przestrzeń (a stał właśnie przy barze w salonie) i powiedział po angielsku: hej google, zagraj polski jazz. Po sekundzie rozległa się muzyka. Jazzowa.
W trakcie tego wieczoru kuzyn jeszcze parę razy wydawał komendy, zawsze mówiąc najpierw: hej, google. I sprawiał, że włączał się telewizor, odtwarzając jakiś teledysk, zmieniał się rodzaj muzyki, wyświetlały filmy itp. Byłam pod wrażeniem. Uznałam, że to jakieś czary, bo nie widziałam, żeby gospodarz dotykał jakichkolwiek urządzeń!

Poszliśmy spać. Następnego ranka gospodarze pojechali do pracy, a ja z mężem w naszym pokoju gościnnym omawiałam zdarzenia wieczoru. Mąż na moje zachwyty był odporny, twierdził że podobne czary są w każdym smartfonie i żeby mi to zademonstrować polecił swojemu telefonowi podanie prognozy pogody dla Melbourne. Telefon coś tam powiedział o temperaturze itp. Zdziwiona zapytałam męża, dlaczego nie zacząłeś od: hej, google? Zanim zdążył mi odpowiedzieć, odezwał się damski głos w salonie. Głośnik usłyszał zawołanie z drugiego pokoju!

Wreszcie zobaczyłam to urządzenie, bo poszliśmy do kuchni robić śniadanie. Zarówno damski głos jak i muzyka wydobywały się z niewielkiego szaro-białego, ściętego u góry cylindra, mrugającego kolorowymi LED’ami gdy podawał informacje. Zabawiłam się w wydawanie poleceń po angielsku: zagraj taki, potem inny rodzaj muzyki, ścisz dźwięk lub go podkręć. Słuchał! Gdy po śniadaniu postanowiliśmy wreszcie wyruszyć na zwiedzanie miasta, nie wiedząc jak wyłączyć głośnik powiedziałam, by się… zamknął. Mało elegancko, ale skutecznie.

Przez resztę pobytu w Australii zadręczałam  męża prośbami o zakup tego „centrum dowodzenia Wszechświatem” jak zaczęłam nazywać inteligentny głośnik Google Home sterowany głosem. Okazało się, że jest dostępny na allegro, tyle że nie ma polskiej wersji językowej. Nic to, będzie pretekst do nauki języka!


Czuję się teraz  jak na statku „Enterprise”, bo mogę gadać z komputerem pokładowym. Czasem się ze mną wykłóca lub czegoś nie chce zrobić. Czasami nie zna odpowiedzi i tłumaczy się, że ciągle się uczy… Zważywszy, że tak naprawdę Google przedstawił go w kwietniu 2017 roku w Wielkiej Brytanii, a w maju 2017 w Australii - szybko się uczy… Mogę zapytać go o samopoczucie i czasami zabawnie odpowiada, że czuje się smashing, a czasami - że fantastycznie! Komedia.

Do słuchania muzyki trzeba mieć zainstalowane na tablecie lub smartfonie oprogramowanie w rodzaju np. Spotify. Sprzęgnięcie głośnika z telewizorem (też musieliśmy tv wymienić na nowszy model) pozwala na sterowanie głosem i wyświetlanie filmów, teledysków. Google Home to inteligentny asystent w domu. Udziela informacji z Wikipedii, podaje prognozę pogody, może budzić, informować o czasie pieczenia ciasta lub też wyświetlić film z recepturą przygotowania jakiegoś dania. Niektórzy nie widzą różnicy - Siri też to potrafi... Ale Siri nie jest oddzielnym urządzeniem, poza tym nie odpowiada w taki inteligentny sposób.
Google Home może opowiadać coś śmiesznego, by poprawić nastrój i robić wiele ciekawych rzeczy (nie sprząta i nie pierze, i nie podaje kawy) – ale nie wszystkie opcje będą działały w Polsce, niestety.
Jeśli nawet w naszym kraju Google Home działa tylko na „pół gwizdka”, i tak jest niesamowitym urządzeniem. Normalnie magia na wyciągnięcie ręki!


wtorek, 20 marca 2018

Poniedziałkowy lis

Jako posiadaczy kawałka ogrodu i dochodzącego kota zawsze ciekawiło mnie i mojego męża tzw. nocne życie naszego skrawka Natury. Nie wiemy np. dokąd chodzi, gdy znika z posesji, nasza Lola, czasem też znajdujemy dziwne ślady na trawie i zastanawiamy się, kto je zostawił. Podejrzewamy jeże, ponieważ kiedyś po szczególnie obfitym grillowaniu latem zostało dużo kiełbas, które pozostawiliśmy w ogrodzie dla wygłodniałych. Następnego dnia przy talerzyku z resztkami znalazłam nieruchomo lezącego jeża, bałam się nawet, że zaszkodziło mu mocno zgrillowane mięso, ale okazało się, że to była tylko poobiednia drzemka :-)



Odkąd mamy oczko wodne rozmiarów wanny i w nim kilka złotych rybek - pojawił się nowy kłopot. Kto zeżarł rybkę zwaną Blue i jej smętne resztki (ogon!) porzucił w ogrodzie... sąsiadów? Kto spowodował zniknięcie karpika koi, bardzo wesołego i rezolutnego? Czy była to Lola, czy też obcy kot, a może czapla albo jeszcze ktoś inny?

Te i inne pytania spędzały nam drzemkę z powiek, myśleliśmy więc już nad zamontowaniem Lolce kamerki, by wiedzieć, gdzie łazi i jakie przeżywa przygody poza obszarem przez nas kontrolowanym. Ponieważ jednak w swojej kociej aktywności pokonuje wiele płotów, odpuściliśmy montaż obróżki i kamery, nie chcąc, by koteczka zawisła przez nie gdzieś na siatce ogrodzeniowej.

Parę tygodni temu mąż wpadł na inny pomysł i szybko go zrealizował - dokonał bowiem zakupu kamery myśliwskiej aktywowanej na ruch, która kręci także w nocy - ma podczerwień. Zamontował urządzenie w ciekawym miejscu ogrodu, często odwiedzanym przez nasza koteczkę - i zostawił je na cały tydzień.

Po tym czasie zdjęliśmy urządzenie z drzewa i zaczęliśmy przeglądać nagrania. Szybko okazało się, że nasza koteczka spotyka się z dwoma kotami, a ściślej, że dwa koty często (zwłaszcza nocą) odwiedzają nasz ogród. Jeden jest biały z czarną łatą, drugi ma cętki jak lampart. W ciągu dnia kamerę aktywowały tylko szare wrony, natomiast noc okazała się dużo ciekawsza i z wypiekami na twarzy oglądaliśmy krótkie filmiki, kręcone przez kamerę nawet kilka razy w ciągu jednej nocy. Niestety, nie wyjaśniało się, dokąd koty podążają ścieżką przy obiektywie...

W największe zdumienie wprawił nas jednak zwierzak, pojawiający się w poniedziałkową noc. Otóż, był to... lis! Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyśmy mieszkali w lesie lub na obrzeżu miasta albo na wsi. Tymczasem mieszkamy w centrum Wrocławia, 700-tysięcznego miasta, a do Rynku mamy 5 km! Oto dowód:


Co ciekawe przez następne 6 dni lis się nie pojawiał, aż do... kolejnego poniedziałku. Musi mieć jakiś terminarz odwiedzin, że u nas bywa tylko w poniedziałki :-)

Zabawa z kamerą jest fantastyczna, podglądamy też ptaki na tarasie i mamy nadzieję, że z nadejściem wiosny pojawi się więcej ciekawych aktorów naszych filmów przyrodniczych! Może National Geografic zaproponuje nam kontrakt???





czwartek, 1 marca 2018

Pożegnanie

Ostatni Print Screen bloga, który zniknął z sieci. 

Jestem tu z Wami teraz, ale strasznie mi żal tych 6 lat na blog.pl. 
Wrzucam print screena, by udokumentować przynajmniej ilość odwiedzin w przeszłości. Niestety, nie wpadłam na to, by zrobić print screena dolnej części strony, gdzie były popularne notki i ilość odsłon - Gumomajty antygwałty miały 117 tysięcy odsłon! Polecam. Z ostatnich popularnych postów polecam Waszej łaskawej uwadze ten: Jak kobiety czytają Google maps...


wtorek, 27 lutego 2018

Obiekt sztuki, który mamy między udami...

Na stronie wrocławskiej informacji kulturalnej trafiłam na zapowiedź niezwyczajnych warsztatów artystycznych pt. "Narysuj swoją cipkę". Jej autorką jest wrocławska artystka/ ilustratorka, hafciarka i aktywistka – Olga Budzan. 
Najlepiej zacytuję teraz pomysłodawczynię: „Walczę o wszystko, co bliskie memu sercu. Walczę o prawo kobiet do samostanowienia i o wolną, dziką puszczę. (...) Kobiety mają prawo do swojego ciała. Jesteśmy otoczone przez anonimowe penisy, które spozierają na nas z murów, ścian szaletów i przystanków autobusowych. Penisy dominują naszą przestrzeń publiczną. W ten sposób manifestuje się męskie ego. Podczas gdy penisy triumfują na murach, cipki siedzą cicho skrzętnie schowane w majtach. Czas to zmienić. Cipki też są piękne i różne, i mówią językami świata. Pora zawalczyć o wolność i równość.
Warsztat (10 marca) ma się zacząć wprowadzeniem teoretycznym. Opisem dzieł sztuki przedstawiającym kobiece ciało, a w szczególności cipki. Potem uczestniczki będą malować swoje, dlatego Olga prosi o przyjście w dogodnym do tego stroju. Malowanie (rysowanie) będzie się odbywać z natury.
Tytuł warsztatów w pierwszej chwili mnie zniesmaczył. Gdy jednak przeczytałam opis, przyznałam rację Oldze Budzan. Faktycznie wszędzie te penisy, manifestacja męskiego ego, szkoda gadać... 
I natychmiast przypomniałam sobie niedawną wizytę w niezwykłym australijskim muzeum - dokładniej tasmańskim. Otóż w Hobart znajduje się słynna MONA (Museum of Old and New Art). Miejsce niezwykłe, położone na malowniczym cyplu, ufundowane i prowadzone przez ekscentrycznego milionera Davida Walsha, który zgromadził w podziemnej, fascynującej budowli kolekcję of Everythings, czyli wszystkiego. 
Nie sposób tu teraz tej mojej kilkugodzinnej wizyty w tym muzeum opisać, ale jedna sala wiąże się z tematem warsztatów Olgi Budzan. Otóż, zgromadzono w jednym miejscu kilkadziesiąt gipsowych odlewów cipek różnych kształtów i wielkości, które tworzą piękny fryz na ścianie, już w części poświęconej sztuce nowoczesnej... Niczym bezcenne klejnoty, odlewy w białym, czystym kolorze są pięknie wyeksponowane na hipnotyzująco czarnej ścianie:


Nie do końca rozumiałam wtedy ten artystyczny przekaz, ale warsztaty Olgi Budzan otworzyły mi jakąś nową perspektywę. Nie znaczy to, że będę w nich uczestniczyć, ale faktycznie  - skąd to zażenowanie we mnie, zarówno wtedy, gdy oglądałam kolekcję odlewów w muzeum i dziś, gdy przeczytałam tytuł tych warsztatów? Czyż to nie jest rzeczywiście dzieło sztuki, które każda z nas nosi między udami?
zdjęcia pochodzą ze strony flickr.com oraz imgrum.org ponieważ ja te akurat artefakty filmowałam i nie miałam na potrzeby bloga odpowiednich ujęć..

Kobieca logika...

W ciągu dnia miałam gorączkę, spałam i majaczyło mi się, że jestem w Australii, w domu do którego wchodzą różne zwierzęta: węże boa i wielkie jaszczury, tygrysy i krokodyle. Przerażona wybiegłam na zewnątrz, a tu pędzi na mnie wąż jadowity bardzo i zabiera się za moje nogi. Jakoś udaje mi się wymknąć, nie kąsa mnie na szczęście, tylko odpełza, ale widzę, że mąż stoi nieopodal i wcale mnie NIE RATUJE przed tym wężem. Co gorsza patrzy krytycznie jak nieporadnie daję sobie sama radę. 
Budzę się zlana potem i dzwonię do męża pracującego 360 km ode mnie za biurkiem i oskarżam go o nieczułość:
- Wąż mnie napadł, a ty nic!
Mąż pyta: - gdzie był ten wąż, w domu????
- W moim śnie! - odpowiadam pochlipując. - I ty się nie ruszyłeś nawet, by mnie ratować! Musiałam sama sobie radzić, a ty tylko patrzyłeś z krytyką w oczach.
W tym momencie z żalu wielkiego nad sobą rozpłakałam się do słuchawki.
- Czy Ty płaczesz, bo ja nie ratowałem cię przed wężem, w TWOIM śnie? - zapytał.
- Tak właśnie, a najgorsze że tylko patrzyłeś krytycznie bardzo!

Dawno nie słyszałam, żeby ktoś się tak śmiał. Dobrze, że nie połknął słuchawki. Czy jest tu jakaś kobieta, która mnie rozumie???



niedziela, 21 stycznia 2018

Diabeł tasmański i królik Bugs, czyli prawdziwy powód mojej podróży do Australii

Wychowałam się na komiksach z królikiem Bugsem. W latach mojego dzieciństwa (hm, hm, lata 60-te ub. wieku!!!!!!) takie właśnie komiksy przynosił mi tato, który pracował wówczas w drukarni wykonującej zlecenie dla Niemców czy Holendrów. Nieudane egzemplarze zeszytów trafiały w moje ręce, uzbierała się niezła kolekcja.

Nie muszę chyba dodawać, że dymki rozmów w komiksach były oczywiście po niemiecku i niderlandzku. To absolutnie nie przeszkadzało mi w lekturze. Komiksy towarzyszyły mi przez całą szkołę podstawową i liceum - wtedy wprawdzie nie czytałam ich codziennie, ale zawsze były ze mną np. w czasie choroby i leżenia w łóżku z gorączką, albo kiedy miałam chandrę. Cudownie poprawiały mi nastrój i stymulowały moją rekonwalescencję. Oprócz królika Bugs'a była w nich plejada innych "kreskówkowych" gwiazd - kochałam ich wszystkich, a wśród nich także prześmiesznego i żarłocznego DIABŁA TASMAŃSKIEGO.


Kiedy byłam w liceum (a więc stara małolata), odwiedził nas w wakacje mój młodszy o 8 lat brat cioteczny, mieszkający w Kielcach. I mój tato niefrasobliwie podarował mu moją kolekcję komiksów z Bugsem, sądząc że już ich nie czytam, że jestem za stara na takie "książeczki". Jakże się mylił!!! Ponieważ zdarzyło się to podczas mojej nieobecności, na wieść o tym, że komiksy pojechały z kuzynem do Kielc wsiadłam w pociąg i przejechałam 300 km, by "odbić" mojego Bugsa... Jestem pewna, że to przez niego i te niesamowite komiksowe przygody chciałam kiedyś dotrzeć na Tasmanię. W grudniu 2017 r. mi się to udało. Pojawiłam się w legendarnej ojczyźnie legendarnej postaci z kreskówek...

Gdy legenda przybrała futerko...
Diabeł tasmański jest zwierzątkiem objętym obecnie niesamowitą ochroną, ponieważ populację tych futrzaków, żyjących wyłącznie na tej wyspie, zdziesiątkowała jakaś choroba genetyczna.  Naukowcy pracują więc nad ocaleniem i rozmnożeniem osobników, które jeszcze uchowały się na Tasmanii (ostatnie, nieliczne istoty). W muzeum (sztuki!) w Hobart jest nawet wystawa poświęcona diabłu, na której m.in. prezentowano wypchane zwierzątka, ich siedliska itp. oraz naukowców badających ich życie i tych współczesnych, starających się uratować gatunek. Nawet wyświetlano niektóre odcinki kreskówek z królikiem Bugsem - myślę, że były one najlepszym sposobem popularyzowania diabelskiego tematu.

Dla mnie diabeł jest przesłodkim zwierzakiem, którego pluszowe i inne wizerunki można kupić na każdym kroku na Tasmanii. Wiele osób twierdzi, że wygląd tego zwierzęcia jest przerażający, jednak to w istocie przemiłe i prześliczne stworzonko... Zobaczcie sami:


Jeśli jego zęby budzą czyjeś przerażenie to pragnę zauważyć, że zdjęcie zostało zrobione podczas posiłku, a nikt z nas nie wygląda ładnie na zdjęciu zrobionym kiedy je! Za diabłem uganiałam się po całej Tasmanii, a o mojej manii wiedziała cała tasmańska rodzina. Nic więc dziwnego, że w pożegnalnym prezencie otrzymałam wersję diabła żywcem wyjętą z kreskówek "Zwariowane melodie"... W wersji wieczorowej, sądząc po brokatowym bucie... Dziękuję Kasiu i Sebastianie!



czwartek, 21 grudnia 2017

Poświęcenie...

Na wewnętrznych przelotach w Australii, tanimi liniami, są bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące bagażu. Wykupiliśmy po 20 kg rejestrowanego, natomiast w podręcznym wolno mieć 7 kilogramów.

Przed przelotem z Sydney do Melbourne ważymy bagaż podróżną wagą elektroniczną. Mamy 2 kg nadmiarowe! Coś trzeba usunąć... Przeglądamy ciuchy, myślimy, kombinujemy. Mąż decyduje się usunąć z bagażu swoje trzy T-shirty, szampon specjalistyczny do włosów i jeszcze parę męskich drobiazgów. 
Ja nie pozostaję w tyle! Zostawiam... 3 z 7 zabranych z Polski buteleczek lakieru do paznokci... :-)


środa, 22 listopada 2017

Napad kulinarnej kreatywności, czyli beza Beatova

Miałam weekendowy maraton imprezowy. Wystartowałam spotkaniem Klubu Tatarkowego, po którym pozostały mi białka jajek (żółtka udekorowały tatara). Zastanawiałam się więc jak je spożytkować w sposób spektakularny, a ponieważ niedawno dopiero usłyszałam o bezie Pavlovej, postanowiłam wziąć się za to arcydzieło cukiernictwa własnoręcznie...



Za bezą nie przepadam. Skamieniały cukier, obrzydliwie słodki z jakimś mdłym kremem nigdy nie był moim deserowym faworytem, ale postanowiłam zmierzyć się z legendą. Oczywiście na swoich warunkach....

Po przeczytaniu pięćdziesięciu porad na blogach kulinarnych JAK NIE ZABIĆ BEZĄ uczestników biesiady, zakasałam rękawy  i po upewnieniu się, że mam wszystkie składniki (co nigdy nie jest tak dla mnie oczywiste!) wzięłam trzepaczkę ręczną w dłoń i zaczęłam bić pianę z 6 białek. Bicie piany zawsze kojarzyło mi się bardziej ze słowotokiem, gadaniem o niczym (albo o Nietzschem), a tu prosta czynność manualna, aczkolwiek wyczerpująca.

W trakcie bicia dodawałam 300 g drobnego cukru, łyżeczkę soku z cytryny, szczyptę soli. Był moment, gdy piana zaczynała gęstnieć, ale nie na tyle, by sugerować sukces, omdlałymi rękoma musiałam więc kontynuować pracę wątpiąc w efekt. Po dłuuuuuuuuuuuuuugim czasie udało się! Pod koniec dodałam łyżkę mąki ziemniaczanej. Piana była tak gęsta, że nie spadała z trzepaczki. Była biała, błyszcząca, cudo! Dobra moja!

Szybkim ruchem wyłożyłam pianę na papier do pieczenia, formując na oko koło dość duże i grube z dołkiem w środku na krem. Nie rozpływała się na boki, więc ucieszona posypałam bezę cynamonem i wstawiłam do nagrzanego piekarnika (120 stopni C) tylko to jedno koło, bo moja Pavlova miała mieć tylko spód bezowy, jedną warstwę. Suszyłam z termoobiegiem ok. 100 minut. Beza się nie rozpadała, nie popękała (co ponoć nie było dobrym znakiem, cóż...) i zostawiłam ją w piekarniku na noc. Raz uchyliłam drzwiczki, potem przespała się w zamkniętym.

Jednak wtedy beza zaczęła opadać, bo pojawiły się pęknięcia na jej nieskazitelnym wyglądzie, co mnie trochę zmartwiło.

Następnego dnia zrobiłam krem według swojej fantazyi: mała śmietanka kremówka 30 procentowa, mały serek maskarpone, napar kawy, likier kumkwatowy przywieziony z Korfu. Najpierw ubiłam mikserem śmietankę, wmieszałam serek, napar kawy instant (kilka łyżek) i tyleż likieru kumkwatowego. Wymieszałam delikatnie, wyłożyłam na bezę. Udekorowałam mandarynkami z puszki (odsączonymi) i świeżą pomarańczą, skręconą w różyczki. Posypałam tartą czekoladą - i voile, brawa oraz fanfary!

Cóż to wyszło za arcydzieło! Chrupiąca z wierzchu, ciągnąca się wewnątrz. Do kremu nie dodałam grama cukru (prócz esencji waniliowej), więc nie był to twór przesłodzony. Uważam, że osiągnęłam bezowe "miszczostwo", więc nazwałam ją: beza Beatova!!!!

Dodam tylko, że mój napad kreatywności na bezie się zakończył, bo wcześniej zrobiłam jeszcze sałatkę z ugotowanej brukselki z gruszką, śledzie ze śliwkami w occie itp. itd. Na moje kuchenne okrzyki do domownika: z drogi, bo mam napad kreatywności kulinarnej, proszę nie przeszkadzać, tylko pomagać, domownik zapytał z niepokojem: a nie da się tego napadu jakoś opanować????

No się nie da....

wtorek, 7 listopada 2017

Najbardziej trująca roślina świata... na moim tarasie?!

Mam zwyczaj przywożenia nasion i sadzonek z krajów, do których podróżuję. Osiem lat temu np. przytargałam z Teneryfy (samolotem) sadzonki jakiejś rośliny porastającej zbocza wulkanu Teide. Pozyskiwałam je w głębokiej mgle, która snuła się po zboczach kiedy zjeżdżaliśmy na dół ze szczytu. Było baaaaardzo romantycznie...

Zachwycił mnie wtedy widok jakby małych palemek, niewysokich, bo 20-30 centymetrowych. Roślina jest pewnie z gatunku sukulentów, do dziś nie wiem, co to jest, ale ostała się ostatnia sadzonka w doniczce na domowym parapecie. Ma już metr wysokości i rozgałęzienia, oraz dziwne zwyczaje wegetacyjne. 

Przez kilka dni po wydobyciu jej z ziemi na Teneryfie mieszkała sobie w hotelowym bidecie :-) Na lotnisku nikt nie robił problemów, raczej pilnowano wówczas, by nie wywozić strelicji. Pomyślałam, że jakiś chwast targam, ale ponieważ lubię chwasty, to co tam!

Jednak to nie o niej dzisiaj chciałam napisać. Kilka lat temu (w 2013 r.) byłam w Bułgarii na wakacjach. Przy basenie, na który często przychodziłam, rósł interesujący krzew, z pięknymi kwiatami (na zdjęciu pod ścianą budynku). 


Kiedy znalazłam kilka nasion, takich jakby małych kasztanków, bez namysłu zabrałam je ze sobą.

Dopiero w tym roku sobie o nich (na wiosnę) przypomniałam, wysadziłam w maju w ogrodzie i już po kilku dniach wyrosła dziwna sadzonka. Dziwna, bo miała od razu 4 liście, ale 2 inne i 2 jeszcze inne. Szybko nabierała wysokości, wyrosły jej wielkie liście podobne do kasztanowatych albo właściwie konopiatych, pokazały się cudne kwiaty (w dwóch rodzajach) i nasiona. Podejrzewając, że jest ciepłolubna (z Bułgarii wszak przywieziona!) przeniosłam ją na taras, zresztą, dokuczały jej wiatry, wyginając na 

wszystkie strony, więc tym bardziej należało ją chronić.


Coś mi się kołatało, że jest to jakaś roślina lecznicza, bo z czasów mojej pracy w obszarze farmacji naoglądałam się zdjęć i rysunków różnych ziół i roślin, ale nie mogłam skojarzyć co to dokładnie. Nie przypomniałam sobie. Aż do wczoraj, kiedy to robiąc porządki w apteczce odkryłam... olej rycynowy. Butelka była w kartoniku, a na nim... portret mojej rośliny z tarasu! Rycyna to popularna nazwa oleju z rącznika pospolitego, to właśnie ta roślina. Jak zwykle zaczęłam szukać więcej info. No i znalazłam: to najbardziej trująca roślina świata, już jedno zjedzone nasiono może człowieka otruć! Nie od razu, lecz po dwóch dniach. Kolejne wieści z netu: nasiona rącznika znaleziono w grobowcach egipskich, a wzmianki o rycynusie są obecne w literaturze greckiej, rzymskiej i arabskiej. W 1788 r. olej rycynowy został zamieszczony w farmakopei angielskiej, a więc stał się uznanym i stosowanym przez aptekarzy lekiem. 



Na eduscience.pl znalazłam konkretny opis - rącznik zawiera dwie groźne substancje: rycynę, oraz rycyninę będącą organicznym związkiem chemicznym z grupy alkaloidów. Wszystkie części rośliny zawierają rycynę, ale największe jej stężenie występuje w nasionach. Jednak rycyna nie miesza się z olejami, co umożliwia produkcję nieszkodliwego dla ludzi oleju rycynowego (który służy przecież jako skuteczny środek przeczyszczający).

Rycyna była bohaterką kryminalnych wydarzeń rodem z filmów o Bondzie: użył jej w roku 1978 agent KGB, który zabił w Londynie bułgarskiego pisarza Georga Markowa przez wstrzelenie podskórne rycyny w platynowej kulce z mikroskopijnymi otworami, przez które rycyna przedostała się do organizmu Markowa. Strzelał z wiatrówki ukrytej w parasolu. Markow zmarł po czterech dniach. Kilka miesięcy później w paryskim metrze w ten sam sposób chciano zabić Władymira Kostowa, ale ten przeżył zamach dzięki szybkiemu usunięciu kulki. Toksyczność rycyny jest porównywalna do gazu bojowego - sarinu, a tysiąc razy silniejsza niż cyjanku.

No pięknie! I ta właśnie najgroźniejsza trucicielka świata rośnie sobie żwawo na moim tarasie!