niedziela, 6 września 2020

Perfect day

Miałam dziś Imieniny. Wymyśliłam sobie dzień atrakcji w kameralnym gronie Mamy i męża. Wyszedł mi naprawdę perfect day!

Najpierw odwiedziliśmy teścia w Domu Seniora nieopodal Świdnicy, z planem niedzielno-imieninowego obiadu w tym właśnie mieście, które bardzo lubię odwiedzać. Co więcej, dziś była pierwsza niedziela miesiąca i odbywał się słynny Targ Staroci i Osobliwości. Wątpiłam, czy uda się nam dotrzeć akurat na targ, bo trwa tylko do 13.00, ale i tak nasz cel był inny. Spokojnie więc, bez pośpiechu, w słoneczny dzień po wielkiej nawałnicy w tym regionie, dotarliśmy do miasta akurat przed 13-tą. Po kilku okrążeniach Rynku (trudności z zaparkowaniem) zorientowałam się, że targ trwa w najlepsze, więc porzuciwszy męża w samochodzie, z przyjemnością zanurkowałam między straganami.

Targ staroci ma w Świdnicy już półwieczną tradycję i jest to wyjątkowe miejsce i wyjątkowa impreza. Odbywa się na Rynku zabytkowego miasta, oraz w przyległych uliczkach i placykach tworząc niepowtarzalny, unikatowy klimat, który mogę porównać tylko z jednym miejscem. Kiedyś wizytowałam targ staroci w maleńkim, prowansalskim miasteczku we Francji. Było podobnie cudnie. W Świdnicy na targu byłam już kilka razy, za każdym przywożąc jakąś intrygującą zdobycz. 

To targowe i handlowe miasto, którego historię można liczyć w stuleciach. Co więcej, nie ucierpiało w czasie II wojny światowej, więc zabytki (renesansowe a nawet gotyckie kamieniczki) można nadal podziwiać, włącznie z oryginalną zabudową Rynku. Miasto ma jeden zabytek klasy światowej: XVII-wieczny Kościół Pokoju wpisany na listę UNESCO. Poza nim mnóstwo uroczych miejsc, kamienic, pomników, portali, fontann, innych kościołów (katedra św. Stanisława i św. Wacława z wieżą wyższą od wież katedry wrocławskiej, w której znajduje się prawie dwutonowy dzwon!), Ratusz. Lista zabytków miasta jest, po Wrocławiu, najdłuższa na Dolnym Śląsku! Warto więc powłóczyć się uliczkami miasta i samodzielnie odkrywać perełki sprzed wieków.

No a kiedy jeszcze wśród tego architektonicznego przepychu rozłożą się sprzedawcy antyków, osobliwości, przedmiotów sztuki czy wyrobów rzemiosła, to naprawdę nie wiadomo, na co patrzeć! 



Wrócę jednak do mojej dzisiejszej wyprawy. Udało mi się (chyba rzutem na taśmę) znaleźć na targu zachwycający mebelek: szafeczkę, licho wie z jakich czasów i do czego przeznaczoną. Wypatrzyłam ją swoim sokolim okiem, twardo negocjowałam cenę. Udało się z 300 zejść na 200 zł (sprzedawcy się już zaczynali pakować), ale musiałam złożyć obietnicę (zdjąwszy maseczkę :-)), że zawsze będę u tego pana sprzedawcy kupować. Co też uczyniłam :-)



                                                 szafeczka już na swoim miejscu w przedpokoju...

Wpadła mi też w oko cudna patera ze szkła z Murano, w kolorze bladego turkusu, który to kolor mnie ostatnio fascynuje, ale cena 160 zł wydała mi się jednak za wysoka. Sprzedawca zgodził się tylko na 20 zł upustu, więc zrezygnowałam z zakupu.

Szafeczka powędrowała zatem z mężem do bagażnika samochodu i już bez balastu mogliśmy zacząć szukać restauracji. Wcześniej wpadła mi w oko nazwa "Fado i Wino". 

Wyczuwając portugalskie klimaty zdecydowaliśmy się wejść. Znaleźliśmy się w miłym lokalu, w którym jest także hotel i Spa. Wnętrze gustownie urządzone, aromaty potraw przednie, zamówiliśmy więc swoje dania. Andrzej obowiązkowo rosół (wszak niedziela!), tyle że z bażanta. 

Mama miała chęć na dorsza (ale nie był to bacalhau, przynajmniej w karcie o tym nie wspomniano). 

Liczyłam na cataplanę, ale zamiast niej w karcie było coś pokrewnego w nazwie - potrawa z bakłażana, selera naciowego w pomidorach, więc zaryzykowałam. Andrzej wybrał to samo i złamaliśmy zasadę, która zawsze się sprawdza - wybierać różne potrawy, bo można wtedy więcej spróbować. Cata... coś tam była smaczna, ale zbyt al dente jak na mój gust. Żuchwa mnie do teraz boli od gryzienia bakłażanów i selera, które były chyba twardsze niż na surowo!


Natomiast bardzo ładnie wpasowała się w portugalskie klimaty ceramika bolesławiecka, na której podają w "Fado i Wino" wszystkie dania. Super! Po obiadku wróciliśmy do Wrocławia, bo Andrzej jechał wczesnym wieczorem do Warszawy, więc już samotnie kończyłam dzień imienin własnoręcznie przyrządzoną kolacją. Sałata z figami i kozim serem, polana olejem z włoskich orzechów i syropem z granatów:

Chyba otworzę knajpę!

środa, 2 września 2020

Piąta rybka

W naszym ogrodowym oczku pływa sobie pięć złotych rybek. Od kilku dni, gdy je karmię, na posiłki stawiają się tylko cztery, starannie przeze mnie przeliczane. 

Zmartwiona informuję o tym męża:

- Wiesz, coś się stało z jedną rybką, naliczam tylko cztery, i to o różnych porach. Trwa to już parę
dni...

- Hm, widziałem w lodówce wędzoną makrelę, może dorzucisz do oczka, będziesz znowu miała pięć???




wtorek, 11 sierpnia 2020

Remonterka

Och, dawno mnie tu nie było. Wszystko przez nową pasję: remontowanie wnętrz. Jak się wzięliśmy w czasie lock down'u za odgruzowanie komina, tak pooooooszłoooo! Kolejnym zadaniem było odświeżenie mieszkania, które mamy na wynajem.

Po 5 latach pomieszkiwania w nim 5-ciu chłopa z polibudy wymagało jakiegoś liftingu. Pomieszanie z poplątaniem, meble pozestawiane byle jak, kilka nowych w spadku (jakieś tapczany, biurka). Wszystko z innej bajki. 


Zakasaliśmy więc rękawy, bo oferujemy je nadal na wynajem piątce studentów dowolnej płci. Najpierw, z pomocą wujka machnęliśmy nowe kolory na ścianach, a ja zajęłam się przywracaniem designu meblom z przełomu lat 90. i 2000 roku. Czarno białe półki i komódki zmieniałam za pomocą samoprzylepnych folii oraz farby do drewna. 




Najbardziej dumna jestem z kuchni, która wyglądała tak:


A teraz wygląda tak:


Szło mi tak dobrze, że już-już zastanawiałam się nad utworzeniem bloga o odnawianiu mebli, ale szanowny facebook wybił mi to z głowy. Otóż zamieściłam ogłoszenie w grupie "Wrocław na wynajem" czy jakoś tak. Myślałam, że taka facebookowa grupa ma na celu kojarzenie osób wynajmujących i poszukujących najemców. Jakże się myliłam! To raczej kółko różańcowe skrzyżowane z klubem inteligentnych inaczej. Dawno nie spotkało mnie tyle... hejtu. Około setka komentarzy na temat wyglądu mieszkania, że melina, brzydkie meble, porady z cyklu "powinna pani najpierw je wyremontować  a potem oferować do wynajmu", ktoś żądał ode mnie kasy, by zechciał  tam w ogóle potrzymać swoje komputery itd, itp. Żadnego zainteresowanego wynajmem, wszyscy rzucili się do oceniania i osądzania standardu mieszkania, ceny za wynajem i chwalenia się, gdzie wynajmują za mniejsze pieniądze zamkowe albo pałacowe apartamenty w luksusowym standardzie i lokalizacji. Ręce mi opadły. Skąd mają tyle energii i czasu, by przeglądać oferty na grupie, która ich w ogóle nie dotyczy i zadawać sobie trud, by napisać złośliwy komentarz? Co więcej, na kilka ataków odpowiadałam ironią, która najwyraźniej dla inteligentnych inaczej jest  kompletnie niezrozumiała. Najbardziej zadziwiła mnie dziewczyna, która zdobyła 80 lajków za komentarz, że po moich wypowiedziach to ona by ode mnie niczego nie wynajęła! Można więc bez żenady opluwać i atakować kogoś, a gdy broni się ironią, to powód by znów go zaatakować.

Jak idę do sklepu z sukienkami i widzę na wieszakach jakieś  fasony, które mi się nie podobają, to szukam innych na wieszakach albo w innym sklepie. Nie podchodzę do ekspedientki ze skargą, że tu jakiś chłam powiesiła.

Nie znoszę fejs-zbuka. Teraz wiecie, jakie mam hasło do swego konta :-)




niedziela, 12 lipca 2020

Alzheimer z Butelki Lejdejskiej

Siedzimy z mężem na tarasie w letni wieczór, rozmówki o tym i owym.  O urlopach i planach weekendowych. 
Zeszło na kolegę z pracy, że jedzie na urlop i mąż będzie przez to ciurkiem 3 tygodnie w biurze, zamiast naprzemiennie. Dopytuję więc, dokąd jedzie ten kolega na taki długi urlop.
- Do Kamienia Pomorskiego.
- O, super! - ja na to. - Fajną sukienkę sobie tam kupiłam...
- A co tam jeszcze jest ciekawego? - dopytuje mąż.
- No ten cudny kościół, w którym odbywa się słynny festiwal organowy - wymieniam - trochę ładnych zabytków, klasztor stary...
- Ja tam byłem? - pyta zdziwiony.
- No, na majówce, nie pamiętasz? Był tam jeszcze taki dom-muzeum, w którym mieszkał jakiś naukowiec. Może ten, który wymyślił  puszkę Faradaya? - zastanawiam się. Widzę jednak okrągłe ze zdziwienia oczy męża i wycofuję się szybko. - Masz rację, Faraday to brzmi zbyt brytyjsko. To na pewno był jakiś fizyk, ale tam Prusy były, więc takie bardziej niemieckie nazwisko musi mieć. Pamiętasz jakieś prawo fizyczne albo urządzenie nazwane niemieckim nazwiskiem? - dopytuję się, w końcu z inżynierem rozmawiam!
- Alzheimer?
ps.
Okazało się (dzięki znalezisku w domowym archiwum zdjęciowym), że chodziło o butelkę Kleista, zwana też butelką Lejdejską)!

wtorek, 16 czerwca 2020

Lody z akacjami, muchami i komarami

Dialogi na cztery nogi, czyli jak moi bliscy wierzą we mnie i podziwiają moją kreatywność...

moja nowa zabaweczka...
Opowiadam mamie, że nabyłam drogą kupna maszynkę do lodów. W Lidlu.
- A po co ci ta maszynka?
- Będę robić swoje lody!- cieszę się.
- A ile kosztowała? - drąży temat mama.
- 80 zł. - odpowiadam, uważając że to świetny zakup.
- Wiesz, ile miałabyś lodów za to???
- Możliwe, ale za to będą takie, jakie lubię, własnoręcznie robione...
- A są tam jakieś przepisy dołączone? - świdruje temat mama.
- Chyba tak, jeszcze nie zaglądałam do środka...
- A zresztą, co za różnica. Znam cię! Na pewno zrobisz jakieś lody z akacjami, muchami i komarami. Nie będę tego jadła i już!

Nie ma jak wsparcie rodziny!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ten sam dzień, ten sam Lidl. Tuż obok maszynki do lodów ujrzałam piękny kajak dmuchany, dwu-osobowy. Z wiosłami. Dzwonię do męża, czy nabyć?
- Zwariowałaś! Po co teraz kajak?
- Przypominam ci, że za tydzień kupujemy dom z jeziorem...
- No to go najpierw kupmy, zagospodarujmy się w nim, na kajak przyjdzie czas! - poucza mnie surowo.
- No ale wtedy będzie już szczyt sezonu i kajaków w Lidlu nie będzie! - rozpaczam. - No to ja sobie maszynkę do lodów kupię! - grożę, by zrekompensować sobie rozczarowanie.
- A co, da się w niej pływać???
                               
                                              Ręce opadowywujom!

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i duszonymi akacjami...

Moja kreatywność kulinarna w maju/czerwcu sięga co roku wyżyn... szaleństwa - tak uważa moja mama. I coś w tym jest, bo poza szaleństwem smażenia placuszków z kwiatów akacji (maczam całe kiście  w w gęstym cieście naleśnikowym):




produkuję też hurtowo ciasta z rabarbarem. Ponieważ ostatnio wychodzą mi drożdżowe (hurra, hurra!), to zrobiłam ciasto drożdżowe z rabarbarem, truskawkami i kwiatami akacji duszonymi w cukrze. Po prostu po trzech turach placuszków z akacji już mi się ich nie chciało robić, a miałam umyte kwiaty przechowane w lodówce. Zatem - abrakadabra! - ciasto rabarbarowe zostało wzbogacone o szczyptę wariacji:

P.S. z 11 maja 2022
Nic się nie zmienia w kwestii kulinarnego i majowego szaleństwa mojego. Oto dowód z fb: 
Pieczone po nocy. A miałam obraz malować! Zamiast tego wpadłam na pomysł upieczenia kokosanek bez kokosa, bo go nie miałam. Miałam białka i trochę krajanki z orzechów laskowych. No to buch. Jeszcze odrobina kawy mielonej i ciastka gotowe. Nazwałam je laskowianki. Trochę gumowate były, to przetrzymałam w piekarniku i w efekcie lekki węgiel jest na niektórych, ale co tam. Pycha! Aha, parę ozdobiłam żurawiną dla fantazji. Czy jest tu może na fb jakiś psychiatra kulinarny?


W sumie są zjadliwe...

czwartek, 11 czerwca 2020

Pracowite kukułki

Siedzimy z mężem na tarasie, sączymy winko. Jest ciepły, czerwcowy wieczór, cicho. No może z wyjątkiem kumkania żab i kukania kukułki. Mąż zdziwiony:
- Co te kukułki tak kukają, przecież po zachodzie słońca jest!
- A co w tym dziwnego, przecież zegary z kukułką chodzą całą dobę! - bronię kukułek.





niedziela, 7 czerwca 2020

Epidemie, czyli wirusy i bakterie, które piszą historię ludzkości

zdj. holsamed.pl

Obecnie miłościwie nam panująca pandemia covid-19 nie jest ani pierwszą, ani zapewne ostatnią z tych, które dręczyły ludzkość od zarania jej dziejów i niszczyły nawet starożytne cywilizacje. 
Słowa epidemia, pandemia mają źródłosłów w grece. Już to wskazuje na ich zamierzchłą w naszej historii obecność… Epidemia to  z greki, określenie czegoś „na ludziach”. Pandemia z kolei to coś dotyczącego „wszystkich narodów”. Pierwszą literacką wzmiankę o zarazie zawiera „Iliada” Homera. Podczas trwającego 10 lat oblężenia Troi wybuchła wśród Achajów straszna choroba. Żołnierze koczujący 10 lat w warunkach polowych pod murami miasta, na plaży, bez wystarczającej higieny (aczkolwiek wodzowie mieli wanny w namiotach), niedożywieni, zmęczeni ulegli tajemniczemu drobnoustrojowi. Stało się to za sprawą Boga Apolla. (Skądinąd znamienne, że ludzie od zawsze wierzyli, iż pomór zsyłany jest z nieba…) Najpierw padały muły i psy, potem „coś” przeniosło się na żołnierzy. Podejrzewany jest patogen odzwierzęcy – bakteria lub wirus. Co ciekawe, oblegani Trojanie nie ucierpieli, zaraza bowiem nie przedostała się do miasta.

Ateńska zaraza i upadek Grecji
7 wieków później, w V w. p.n.e. w Atenach zaczęła panoszyć się kolejna mordercza choroba: „zaraza ateńska”. Był to czas wojny tzw. peloponeskiej - między Atenami i Spartą. Tuż przed wybuchem wojny, przywódca i prawodawca Aten, Perykles namówił swoich obywateli, by przenieśli się do miasta z całym dobytkiem. Co się działo w 100-tysięcznych Atenach, przeludnionych nagle w 430 r. p.n.e. wiemy od naocznego świadka, także zarażonego – historyka Tukidydesa. Opisał on dokładnie objawy choroby w swoim dziele „O wojnie peloponeskiej”. Wysoka gorączka, bezsenność, oczy i usta wypełniały się krwią, pojawiały się chrypa i katar, silny kaszel, torsje. Śmiertelną ofiarą zarazy był sam Perykles. Armia ateńska została przetrzebiona, wojna przegrana. Doprowadziło to do totalnego osłabienia miast-państw greckich i upadku greckiej cywilizacji. Epidemia, wywołana przez maleńki zarazek w błyskawicznym tempie zniszczyła Ateny - centrum ówczesnej Europy. Zamieniła w siedlisko chaosu i śmierci. Do dziś nie wiadomo, czego to była epidemia: tyfusu, dżumy, a może Eboli (gorączki krwotocznej)? Było kilkadziesiąt tysięcy ofiar.

Cesarz-filozof umiera na dżumę?
Minęło kolejne 6 wieków i w II w. n.e. pojawiła się kolejna epidemia w Cesarstwie Rzymskim, znana jako „zaraza Antoninów”. Musiał się z nią zmierzyć panujący wówczas cesarz Marek Aureliusz, słynny filozof na tronie. Imperium miało wówczas kilka problemów, a cesarz prowadził akurat wojnę z Markomanami, plemionami barbarzyńskimi atakującymi cesarstwo. A zaraza wywołująca objawy podobne do ospy lub odry, dziesiątkowała jego armię. Sam cesarz zachorował, po czym zmarł w obozie wojskowym pod dzisiejszym Wiedniem – daleko od Rzymu. Mówi się obecnie o 5-7 milionach ofiar tej choroby. Galen tak opisywał jej objawy: czarna wysypka w formie wrzodów, temperatura, biegunka, wymioty, bóle żołądka i kaszel. Kiedy pęcherze na ciele twardniały, wysychały i odpadały, pacjenci zaczynali zdrowieć. Coś podobnego do dżumy?

Dżuma w Konstantynopolu
I znów mijają cztery stulecia, w Konstantynopolu w VI w. n.e. pojawia się "dżuma Justyniana". Nazwana od imienia panującego wówczas cesarza Bizancjum. Dżuma wykluła się prawdopodobnie w Etiopii, w ciągu paru lat uśmierciła połowę ludności Konstantynopola, dziennie umierało tam ponoć 5 tys. ludzi. Następnie  przeniosła się do Afryki Płn., Azji, oraz Europy, zabijając ok. 100 milionów ludzi na tych kontynentach. Według szacunków, bo nie sposób tego dokładnie policzyć.

Czarna śmierć Średniowiecza
Czarna śmierć (czyli dżuma) średniowiecza (1346-1353) dotarła do Europy z Azji, konkretniej z Chin. Przenosili ją kupcy wędrujący Jedwabnym Szlakiem. Jednak jej zerowe ognisko pojawiło się na Krymie, kiedy to Mongołowie (Tatarzy) użyli swoistej broni biologicznej: zarażonych dżumą zwłok, by zdobyć miasto. Uciekający z ogarniętej zarazą Kaffy kupcy zawlekli zarazę na Sycylię i do Italii, skąd rozprzestrzeniła się wkrótce po całej Europie. Dane dotyczące ofiar szalejącej przez 6 lat pandemii sięgają prawdopodobnie  kilkudziesięciu milionów ludzi. Trudno to oszacować, nie było przecież spisów ludności, danych demograficznych. Być może wymarło nawet 60% populacji w Europie. Dopiero 150 lat później liczba ludności osiągnęła na kontynencie poziom sprzed czarnej śmierci… Jednego dnia dżuma pokonywała kilkadziesiąt kilometrów, docierając do kolejnych wiosek i miast. Wiele osad wyludniło się, znikały całe wsie i miasteczka. Umierali wszyscy: biedni i bogaci, chłopi i książęta.

Bakterie, wirusy czy inne czynniki?
Oczywiście, ta średniowieczna nie była ostatnią zarazą, ale przykładów już wystarczy do konkluzji. Jakiż ogromny wpływ na dzieje ludzkości mają niewidoczne gołym okiem organizmy: bakterie, wirusy… Jak mocno potrafią zmienić nasz świat, zniszczyć plany, powalić możnych i zwyczajnych tego świata, zrujnować marzenia, i to w ciągu paru dni… Po co przywołałam te historyczne dane? Ku pocieszeniu. Covid-19 to nie dżuma, Ebola czy ospa. To choroba wcale nie groźniejsza niż nękające nas nowotwory, choroby serca, czy te wywołane zanieczyszczeniem środowiska, wody, żywności.

Pocieszająca statystyka
Oto fakty. Jest nas na tej cud-planecie 7 miliardów 800 milionów obywateli. Zarażonych Covid-19 jest 6,5 miliona ludzi na całym świecie, czyli (to trudno policzyć) 0,01% populacji (zaokrągliłam). Z tych 6,5 miliona ludzi większość czuje się dobrze, nie ma żadnych objawów zarażenia. Zmarło do tej pory 350 000 ludzi, czyli z ogółu zakażonych, w zaokrągleniu - 0,5%. Jak to się ma do plag, pustoszących niegdyś świat?
Porównajmy dane statystyczne z jednego dnia, 3 czerwca 2020:  zmarło 152 000 ludzi na całym świecie. W tym:
- 23 600 na chorobę wieńcową,
- 16 800 na udar,
- 8 600 na zakażenie dolnych dróg oddechowych (może się wiązać z covid-19, ale nie musi),
- 8 600 na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (związaną głównie z nałogiem nikotynowym),
- 4500 na choroby oskrzeli, tchawicy, raka płuc     
- 3100 na covid-19.

I zastanawia mnie, że obecna zaraza (trudno mi nazywać ją pandemią, naprawdę nie ta skala) jakoś mało demokratyczna jest. W odróżnieniu do dżumy, która zabierała wodzów, wielkich cesarzy, prawodawców, filozofów, monarchów. Czy słyszeliście, by zmarł na covid-19 jakiś prezydent, premier, król, książę, polityk, miliarder, celebryta? Kto tak naprawdę pisze historię ludzkości? 
Po-zdrawiam!


poniedziałek, 25 maja 2020

Lawendowe żniwa

A u mnie już kwitną dwie kępki lawendy! W maju! 

Jedna w ogrodzie, w starej beczce bez dna, więc w zasadzie w gruncie. Druga na tarasie, w doniczce. Dwie odmiany, dwie piękności:


Uwielbiam lawendę, chociaż nie dla zapachu, który wydaje mi się dość przaśny i mydełkowy (zwłaszcza  w postaci własnie saszetek zapachowych, czy mydeł). Raz zrobiłam nawet nalewkę lawendową, której nikt nie chciał wypić, bo mydlana w smaku i zapachu wyszła... Inna sprawa, że mam wielką kępę przy garażu, która trącam przechodząc. Odwdzięcza mi się świeżą wonią. I tę lubię.
No i same krzaczki, widok, kolor - cudo! Pamiętam, że bardzo chciałam zobaczyć słynne lawendowe pola w Prowansji. Niestety, w lipcu, kiedy tam trafiłam, było już po żniwach. Smętne, przycięte krzaczki nie chwytały za oczy. Nagroda spotkała mnie... na Tasmanii. W grudniu lawenda kwitła tam w całej okazałości. Co więcej, Tasmania, identycznie jak Prowansja, uważa te uprawy za swoją specjalność! Napasłam oczy i aparat. Przypominam sobie, że dość karkołomnie musieliśmy zatrzymać samochód, by zrobić tę focię...


Odcienie fioletu wciąż mi towarzyszą. Nie tylko lawenda:


środa, 20 maja 2020

Dzięcioł, czyli osa

Jesteśmy z mężem ornitologami-amatorami. Wszelkie obserwacje ptaszęce konsultujemy z atlasem ptaków.

Ostatnio widziałam w naszym ogrodzie, na starym orzechu włoskim dzięcioła, opukującego gałęzie. Tyle, że jakiś inny niż zwykle był: nie czarno-biały w czerwonym bereciku, ani nie zielony. Jakiś taki szaro-brązowy, za to miał dużo białych poprzecznych pasków na grzbiecie. Opowiadam o nim mężowi:
- No i wiesz ten dzięcioł...
- Duży czy zielony był? - dopytuje.
- Nie, nieduży i nie zielony... Nie miał czerwonego, ale miał pasy takie w poprzek na pleckach...
- To ty może osę widziałaś???

Czułki mi opadły :-)
Potem się okazało, że to była samica dzięciołka, najmniejszego rodzimego dzięcioła :-)
zdj. Beata S




Pandemolka zamiast pandemonium

Zamiast pandemonium mamy PanDemolkę, czyli mały remoncik przedpokoju wykonywany przez baaardzo zdolnego męża.

W piątek urodził mi się pewien remontowy pomysł. Skonstatowałam mianowicie, że cegły, za którymi ostatnio przepadam (we wnętrzach), mam pod samym nosem, i to od 17 lat! Mieszkamy w domu z 1938 roku, więc jego główną konstrukcję stanowią umiłowane cegły właśnie. Przez chwilę myślałam, że łatwiej będzie położyć sztuczne, których pełno w Castoramach i Merlinach. Ale po co, skoro oryginały są tuż tuż??
Już tego samego dnia wieczorem dokonana została destrukcja tapety na ścianie, by się upewnić, że łatwo ją będzie zedrzeć, no i że cegły są na swoim miejscu:

 W sobotę rano ruszyły prace destrukcyjne, pełną parą dwóch mężowskich rąk. Mogłam go tylko wspierać duchowo zza foliowej śluzy:


Po paru godzinach (zaledwie!) wyłoniło się cudo - i nie mam tu na myśli męża oprószonego tynkiem niczym Amundsen szronem po zdobyciu bieguna... Wyłoniła się cegła, nierówna, pokryta warstwą tynku, z wadami wynikającymi z wieku lub beztroski przedwojennych murarzy.


Ta część prac poszła nadspodziewanie szybko. Ale zaczęły się trudności. Delikatne oczyszczanie cegieł z tynku i wybieranie zaprawy, by uzupełnić ją nową, w jednolitym kolorze. Fugowanie cegieł stało się wyzwaniem dla talentu murarsko-tynkarskiego męża. Ale dał radę!


Przyszła kolej na mnie. Doczyszczenie cegieł i zaimpregnowanie ich. Komin aktualnie wygląda tak:


Cudnie?
Zgłaszamy się jako team odkrywający cegły w starych wnętrzach. Jako rekomendacja niechaj posłużą powyższe zdjęcia :-)

niedziela, 3 maja 2020

Eksperyment kulinarny

Poszukuję informatora, który używał kulinarnie korzeni jukki.

Wczoraj pacyfikowałam jukkę karolińską, rosnącą w moim ogrodzie i wyciągnęłam pół wiadra smakowitych na oko korzonków. Biały miąższ wygląda pysznie. Przypomniałam sobie, że podczas wakacji na Kubie w lutym b.r., codziennie do kolacji podawano m.in. puree z jukki, które ze smakiem spożywałam. Wydaje mi się, że i moje korzonki mogłabym ugotować w ramach eksperymentu kulinarnego, bo eksperyment to moje drugie imię... Jednak w tym przypadku wolałabym mieć pewność że się jutro obudzę... Wprawdzie rzeczywistość przedwyborcza nie nastraja do wstawania w ogóle, ale mam jeszcze parę marzeń poza wyborami, które chciałabym zrealizować, w dodatku z mężem. Zatem: czy ktoś kompetentny może powiedzieć mi (odpowiedzialnie) - tak, ugotuj to!?
Na dole zdjęcia korzonków oraz jukki rosnącej w ogrodzie. Chwilowo bez kwiatów, bo pięknie kwitnie, ale latem.



p.s.
Właśnie natknęłam się na zdjęcie z Kuby... Czy ta jukka nie wygląda na identyczną z tą moją ogrodową? Zatem może jednak to ją podawano na kolację????


Filmowi krótkodystansowcy

Ostatnimi czasy mamy więcej okazji do poślęczenia przed TV i zaliczania kolejnych filmów. Bywa, że w ciągu jednego wieczora udaje nam się z mężem obejrzeć nawet 3-4 fabularne opowieści...

Metoda jest prosta i ogólnie znana: skakanie po kanałach. Ja z zasady nie cierpię oglądania filmów fabularnych na kanałach, które przerywają projekcję reklamami. Takich jest, jak wiadomo, większość. Mój mąż z kolei kocha filmy akcji i może zacząć oglądać jakieś ekscytujące mordobicie nie zrażając się tym, że z reklamami trwa ono np. 3,5 godziny. W efekcie chodzimy czasem spać o 2-3.30 rano (nasz rekord). Dla męża najważniejsze bowiem jest, by film był OD POCZĄTKU.

Ja natomiast poszukuję ciekawej fabuły, więc jeśli np. coś mnie zaintryguje, to oglądam, mimo że film zbliża się do końca za np. 40-30 minut. Dla mnie pointa jest najważniejsza, nawet w przypadku kryminałów. Tak zatem dwie szkoły oglądania ścierają się wieczorami. Bywa, że musimy grać o pilota w karty albo w marynarza, lub w inny sposób rozstrzygać, kto ma w ten wieczór władzę. (Na szczęście posiadamy tylko jeden telewizor i z zasady nie oglądamy filmów na kompie). Ostatnio to ja byłam byłam "przy władzy" i zmusiłam męża do obejrzenia filmu, który kończył się za 25 minut. Był wyraźnie niezainteresowany fabułą, zaglądał do telefonu, robił dwudziestego drinka itp. Gdy w kolejny wieczór to ja miałam decydować o wyborze filmu do obejrzenia wspólnie, mąż przyglądał się moim wysiłkom z wyraźną ironią. W końcu wziął się za doradzanie:
- Nieee, nie ten, za długi! Zostało aż 15 minut do końca! Poszukajmy jakiegoś, który kończy się za 5-7 minut! Przecież nie musimy znać fabuły, streszczenie nam wystarczy!
Małpa z niego.