wtorek, 10 lipca 2018

Pyton kontra troskliwa teściowa

Od dwóch dni media informują o znalezionej w Konstancinie-Jeziorna wylince prawie 6 metrowego pytona. Wzywa się mieszkańców  do ostrożności itp.

Moja poranna rozmowa z mamą, we Wrocławiu. Mama: - Słuchaj, w Warszawie jakiś pyton grasuje. Niech Andrzejek (czyli zięć) będzie ostrożny, nie chodzi nad rzekę, tak mówią w radiu, bo może być ten wąż głodny...
Ja, rozbawiona: - Ależ mamuś, Andrzejek pracuje na Starej Ochocie, nie w Konstancinie-Jeziorna!
Mama, z troską: - No ale gdzieś się z kolegami umawiał, żeby uważał!
Ja, nadal rozbawiona: - Dobrze, powiem mu...

Dzwonię do męża. Nadal rozbawiona: - Słuchaj, mama ci mówi, żebyś nie chodził nad rzekę, bo pyton grasuje.
Mąż: Nie chodzę nad rzekę, będę w Parku Szczęśliwickim, nie w Konstancinie...
Ja, łagodnie: - Wiem, ale powtarzam, bo mama się martwi.
Mąż, pocieszająco: - Powiedz mamie, że może mnie tu w biurze pyton nie dopadnie, bo na parterze ochrona jest!


poniedziałek, 9 lipca 2018

Dzieje pewnej korespondencji z 1997 roku....

Znalazłam w kompowym archiwum swój tekst z 1997 roku! Taka humoreska, która ma zaskakująco aktualne nadal brzmienie... Poczytajcie:


DZIEJE PEWNEJ KORESPONDENCJI...

Do miesięcznika porad intymnych „Twoje sekretne miejsce” nadszedł list od młodej czytelniczki, Kariny: „Mam jedenaście lat i już swoje sekretne miejsce. Ostatnio schowałam tam sobie cały zapas ulubionej gumy do rzucia (pisownia oryginalna, przyp. red.) o smaku truskawkowym. Niestety, ktoś mi ją ukradł. Nie wiem, kogo podejrzewać, ostatnio wkuwałam przyrodę z Jackiem z V B. Co robić?”
Red.: Droga Karino, obawiamy się, że Twoje sekretne miejsce nie jest zupełnie tożsame z sekretnym miejscem, o które chodzi redakcji. W sprawie zniknięcia cennego zapasu gumy do żucia (zwróć uwagę na pisownię „żucia”) radzimy napisać do tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro”. Nasza dobra rada: uważaj jednak na Jacka!

Do tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro” nadszedł anonimowy list: „Pisałam już do sekretnego miejsca, ale kazali mi do Was, bo znikła (pisownia oryginalna, przyp. red.) duża ilość cennej gumy (truskawka), nie piszę do czego, bo zrobię byka. Mam kłopoty z „rzuciem” i podejrzenia. Oszczegali (pisownia oryginalna, przyp. red.) mnie jednak przed Jackiem.”
 Red.: Droga, anonimowa Czytelniczko. Domyśliliśmy się, że przesłałaś nam zaszyfrowaną informację o aferze przemytniczej. Guma (truskawka) to prawdopodobnie narkotyki. Gość o pseudonimie „Jacek” jest nam skądinąd znany, spróbujemy własnymi kanałami poinformować służby specjalne (sekretne miejsce, które Ciebie zignorowało) o planowanym przerzucie. Dziękujemy za cynk.

List redakcji tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro” do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych / Szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej / Tajne / Poufne: „Szanowny XYGKEJK 74655   9384, redakcja „Tajemniczego Don Pedra” otrzymała cynk od anonimowego informatora z kręgów przestępczych (świadczy o tym nieporadna stylistyka i ortografia listu), o planowanym przerzucie nowego narkotyku (jakaś odmiana „ekstazy” o nazwie „truskawka”) via „Jacek”. Przesyłamy ów list do wglądu.”

Telegram szefa wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o kryptonimie XYGKEJK 74655 9384, przesłany redakcji „Tajemniczego Don Pedra”: „Gratuluję czujności. Zajmiemy się sprawą.”

Szyfrogram szefa wydziału w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych o znanym już kryptonimie - do szefa Urzędu Ochrony Państwa: ”Zenek, dostałem cynk  niby o przerzucie narkotyków, na szczęście ci durnie z „Tajemniczego Don Pedra” nie połapali się, że chodzi o papiery. Wcięło nasze akta z czerwonej teczki (truskawka). Przerzut do sekretnego miejsca załatwił „Jacek”. Jak my go nie załatwimy, to leżymy. Działaj!”

Zaszyfrowana odpowiedź z UOP-u brzmiała krótko: „Leżymy”.

Notatka prasowa: „W dniu dzisiejszym podał się do dymisji szef Urzędu Ochrony Państwa oraz szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej  w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Obaj zamieszani są w aferę słynnych już, truskawkowych teczek. W chwili obecnej trwa śledztwo, do którego włączyły się służby wywiadowcze i kontrwywiad.”

Karina, jedenastoletnia czytelniczka tygodnika porad intymnych „Twoje sekretne miejsce” po raz drugi napisała do ulubionej redakcji: „Kochana redakcjo, wszystko się odnalazło. Miałam jeszcze jedno sekretne miejsce i zapominałam, że tam schowałam swoją ulubioną gumę do żucia w dużych ilościach. Ale Jacek się obraził i wkuwa teraz przyrodę z Kaśką z V C.”
 Red.: A radziliśmy Ci, Karinko, żebyś na tego Jacka uważała!


sobota, 7 lipca 2018

Kibic

Taka sytuacja: trwa Mundial. Oglądamy akurat  mecz Belgia-Brazylia. Pijemy piwo (co nie jest bez znaczenia dla trzeźwego oglądu). W drugiej połowie meczu A. zwierza mi się nagle:
- Wiesz, ja kibicuję Australijczykom.
- Yyyyyyyyyy????

czwartek, 5 lipca 2018

Szlakiem Czarnej Madonny po Europie...

Przeczytałam (z trudem) sensacyjną książkę bardzo znanego polskiego pisarza, Remigiusza Mroza, pt. „Czarna Madonna”. Z trudem, bo wg mnie szkoda „ócz”, ale wątek religijno-mistyczno-artystyczny, dotyczący słynnego na cały świat wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, przypomniał mi o temacie, który intrygował mnie przed laty.

To przeszłe zainteresowanie tematem Czarnych Madonn było wynikiem lektury książek o Templariuszach, świętym Graalu, potem zaczytywania się w Danie Brownie itd. Wydaje się, że z antropologicznego punktu widzenia Czarna Madonna jest wizualizacją archetypu Bogini Matki. Różnie je nazywaliśmy przed tysiącami lat: Kali, Kybele, Artemida. Temat naprawdę fascynujący, nawet kilka podróży wyszło mi ich śladem - i o nich za chwilę...
 
Niejedna Czarna Madonna...
Chodzi tu o malarskie lub rzeźbiarskie przedstawienia Marii i Jezusa, na których oboje mają ciemną, wręcz czarną karnację skóry. Niektóre Czarne Madonny twarze i dłonie mają czarne, a ubrania kolorowe. Niektóre zaś są bizantyjskimi ikonami, dlatego ich cera na malowidle jest ciemna, bo zgodna z faktycznym kolorem skóry palestyńskich Żydów w I wieku n.e. Są też niektóre Madonny ciemne, ponieważ są wyrzeźbione z ciemnego drewna lub odlane w ciemnym metalu. Wiele takich „czarnych” przedstawień zostało zniszczonych podczas wojen religijnych, było ukrywanych. Niektóre wybielono na rozkaz urzędników kościelnych. 
W Europie jest mnóstwo takich wizerunków (mówi się nawet o liczbie pięciuset, 225 w Hiszpanii i tyleż we Francji!), większość jest otaczana czcią wiernych, wynikającą z cudownych właściwości, którymi te wizerunki słyną. Najczęściej ich pochodzenie objaśniają legendy, mówiące o cudownym ich pojawieniu się. Podobno ponad 30 wizerunków zostało stworzonych przez Łukasza Ewangelistę, inne zostały zesłane ludziom przez anioły lub samą Dziewicę Maryję. Wiele znaleziono w ziemi, w grotach, źródłach lub drzewach.
Jednym ze słynniejszych wizerunków Czarnej Madonny jest Matka Boska Częstochowska. Może być to dla niektórych nieco zaskakujące, ponieważ Kościół w Polsce unika używania tej nazwy w odniesieniu do obrazu z Jasnej Góry. Wielu badaczy sztuki utrzymuje nawet, że oblicze Marii i dzieciątka wcale nie jest czarne tylko ciemnobrązowe, a przyczyną tego koloru skóry jest okadzanie obrazu w dawnych wiekach dymem świec wotywnych. Ten właśnie nasz skarb narodowy jest tytułowym bohaterem powieści R. Mroza. Ale porzućmy książkę, moim zdaniem nie warto się nad nią pochylać, wróćmy do samej Madonny. Podczas moich podróży po Europie odwiedziłam (czasem przypadkiem, czasem z rozmysłem) trzy miejsca kultu Czarnej Madonny. Oto one:

TENERYFA (Wyspy Kanaryjskie)
Na Teneryfie sanktuarium Czarnej Madonny znajduje się w miejscowości Candelaria. Trafiłam tam przypadkiem, jeżdżąc po tej cudownej wyspie i odwiedzając wiele szalenie intrygujących, czy to pod względem archeologicznym, architektonicznym, przyrodniczym czy geologicznym, miejsc. Candelaria była po drodze. 
Bazylika i Królewskie Sanktuarium Maryjne Matki Bożej z Candelarii zostały zbudowane niedawno, w latach 1949–1959. Nie jest więc to zabytek architektury sakralnej, ale jest największą bazyliką Wysp Kanaryjskich i mieszka w niej patronka tych wysp, do której przybywają pielgrzymi, nawet z Ameryki Południowej i Karaibów. 
Piękna legenda mówi, że figurka została znaleziona przez pasterzy (Guanczów) w grocie przy plaży w 1392 r. W jednej ręce trzymała dziecko, w drugiej – zieloną święcę, stąd hiszpańska nazwa figury – Candelaria, bowiem w języku Guanczów nazywana była Chaxiraxi. Przestraszeni pasterze pobiegli zawiadomić o zdarzeniu księcia Acaimo, jednego z dziewięciu rządzących wyspą. Władca rozkazał im dostarczyć figurkę. Gdy pasterze unieśli posąg powróciły im siły, a wszelkie rany zabliźniły się. Rzeźba została umieszczona w grocie. Oddawano jej cześć jako Chaxiraxi, matce bogów. Guanczowie uważali figurkę za protektorkę lądu i morza. Czarny kolor skóry ma powiązanie z kolorem ziemi i to jest źródło jej niewyobrażalnej mocy.
Kiedy na wyspach pojawili się Hiszpanie (XVI w.) trafiła do zbudowanej (w 1562 r.) przez zakonników kaplicy, którą zniszczył później pożar. Madonna pomogła Hiszpanom nawrócić Guanczów na chrześcijaństwo. 
W roku 1826, podczas huraganu, morze porwało figurkę. Jej kopię wykonał Ferdynand Estevaz, oraz umieszczono ją we współczesnej, XX-wiecznej bazylice. Stoi w ołtarzu głównym, w przepysznych strojach. Zadziwia mnie umieszczenie dzieciątka w jej ręce – sprawia wrażenie, jakby miało zaraz wypaść… 
Udokumentowanych jest ponoć 65 cudów figurki. Co ciekawe, kolor jej twarzy czasami się zmienia… Raz w roku, 15 sierpnia (święto Wniebowzięcia Maryi) figurka jest ceremonialnie wynoszona w morze przez wybranego rybaka… Rytuały religijne zaczynają się już 14 sierpnia i z pewnością bardzo ciekawie jest być tam wtedy…
FRANCJA (Prowansja) 
Podobny rytuał wynoszenia figurki w morze panuje we urokliwej mieścince na południu Francji, w Saintes-Maries-de-la-Mer. Mieścinka mnóstwo ma atrakcji – jest kąpieliskiem Prowansji, bramą do unikatowego rezerwatu przyrody Camargue, miejscem corrid, w miejscowych restauracjach można zjeść steki z byka. 
Dla mnie największą atrakcją miasteczka był romański kościół warowny z XII w. skrywający mnóstwo tajemnic: Notre-Dame-de-la-Mer. 


Fantastyczne w nim jest też to, że można wejść na dach (jak na katedrę w Mediolanie...), a roztacza się stamtąd niebywały widok na morze:

 
Kościół jest celem pielgrzymek Romów z całego świata (zwłaszcza w dniu 24 maja). Przybywają tutaj, pielęgnując pewną chrześcijańską legendę. Otóż, około 40 lat po narodzinach Jezusa, trzy Marie – Jakubowa, Salome i Magdalena, oraz  Łazarz byli prześladowani w Jerozolimie. Wsadzeni w dziurawą łódkę bez żagla, skazani na pewną śmierć, dobili jednak do Francji. To miasteczko nazywa się teraz Les-Saintes-Maries-de-la-Mer. Tu działali jako pierwsi misjonarze. Maria Magdalena wyruszyła stąd dalej, by ewangelizować Marsylię, pozostałe Marie zostały w tym miejscu. 
Cyganie uważają, że ich księżniczka, Sara, miała wizję, że musi pomóc świętym, którzy byli obecni przy śmierci Jezusa. Kiedy zobaczyła łódź walczącą z falami rzuciła płaszcz na morze i pomogła trzem Mariom bezpiecznie dotrzeć do brzegu. Wkrótce stała się pierwszą nawróconą we Francji. Inna legenda głosi, że Sara jest córką Jezusa i Marii Magdaleny, świętym Graalem, skrywającym Jego krew. Jej figura, zwana Czarną Madonną, chociaż nie przedstawia Maryi, ubrana w obfite, zdobne szaty, znajduje się w krypcie kościoła i jest otaczana wielką czcią. 


Cyganie czcili niegdyś boginię Ishtari. Raz w roku nieśli jej statuę na ramionach do morza, aby otrzymać błogosławieństwo. Teraz Sara jest niesiona do morza.Każdego roku, w dniach 24-25 maja, wielki tłum europejskich Cyganów, turystów i lokalnych katolików gromadzi się, by przenosić figury Sary, Marii Salome i Maryi Jakubowej do wody, a następnie z powrotem do kościoła. Dopiero w 1935 r. Cyganie uzyskali pozwolenie na zanurzenie królowej w morzu.
Rytualne zanurzanie wizerunków świętych znane jest w wielu kulturach – np. Rzymianie kąpali tak boginię Kybele, a Hindusi – boginię Durgę…

HISZPANIA - Montserrat (Katalonia)
Spektakularnie położony klasztor Benedyktynów opiekuje się świętością Katalonii – Czarną Madonną z Montserrat - La Morenetą. Jest to figurka Madonny wykonana z drewna topoli, polichromowana, prawie metrowej wysokości. Obydwie postaci przystrojone są w złocone szaty i korony. W prawej dłoni Madonny znajduje się kula. Dzieciątko trzyma… ananasa.


Wokół pochodzenia figurki powstało wiele legend. Jedna z nich głosi, że po ukrzyżowaniu Chrystusa Katalończycy wysłali do Palestyny okręt z delegacją, której zadaniem było chronić Matkę Boską. Ta w podziękowaniu za ten gest obiecała wysłać do Katalonii jednego z apostołów, św. Piotra, który wziął ze sobą figurkę Maryi z Dzieciątkiem wyrzeźbioną przez Św. Łukasza za pomocą narzędzi podarowanych mu przez św. Józefa. Rzeźba była bezpieczna do czasu inwazji muzułmańskiej w VIII wieku.  Wtedy to ukryto ją w górach Montserrat.  Ponownie została odnaleziona przez pasterzy w roku 880. Chwilę tę poprzedziły cudowne wydarzenia. Kolejny cud nastąpił, kiedy biskup podjął decyzję o przeniesieniu jej do klasztoru w Manresie. Rzeźba nabrała nadnaturalnej wagi, co zinterpretowano jako chęć do pozostania w tamtejszych górach.
Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, chronioną szybą z pleksi, z wyciętym otworem, by móc pocałować lub dotknąć kuli, trzymanej przez Maryję, i zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze trzeba wejść na schody, bogato zdobione, tak że mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.

Wrocławski "czarny" akcent
To tylko trzy odwiedzone przeze mnie Czarne Madonny. Kiedy zgłębiałam temat, okazało się, że w wielu wizytowanych przeze mnie miejscach w Europie znajdują się takie wizerunki, ale nie byłam tego akurat wtedy świadoma. 
Na deser pokażę Wam bardzo tajemniczą rzeźbę Czarnej Madonny, która  mieszka w Kościele Garnizonowym św. Elżbiety (przy wrocławskim Rynku) – nie znalazłam nigdzie informacji, co to za posąg, z jakiego pochodzi okresu itp.:


Dopisek z dn. 10 lipca 2018: 
Ja to jakiś prorok jestem... Kilka dni (8 lipca) po tym, jak zajęłam się tematem Czarnej Madonny, miłościwie nam panujący premier podpisał na Jasnej Górze akt zawierzenia Polski Czarnej Madonnie: Jasna Góro, Czarna Madonno, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały" - mówił na pielgrzymce Radia Maryja Morawiecki. W religijnym uniesieniu zapomniał o rozdziale Kościoła od państwa, a swoich oponentów potraktował Sienkiewiczowską metaforą "podkopu pod Polską". Bogojczyźniany list od Kaczyńskiego odczytał Błaszczak, a od Dudy - jego minister. W takiej właśnie kolejności...

I teraz strach się bać. Innowiercy i ateiści - na stos???? 



sobota, 23 czerwca 2018

Polskie Stonehenge, czyli Odry


Trwa właśnie magiczny, pod wieloma względami, czas: zaczęło się astronomiczne lato (21 czerwca), czyli prasłowiańska noc Kupały już za nami. Z kolei wigilię dnia św. Jana (24 czerwca) od kilkunastu już lat przyjęło się celebrować, staropolskim zwyczajem rzucając wianki na wodę – jako noc świętojańską.

Korzystając więc z tej tematycznej okazji opowiem o niezwykłym miejscu, w którym można było obserwować letnie przesilenie – prehistorycznym obserwatorium astronomicznym w Odrach (Bory Tucholskie), które odwiedziłam tydzień temu. Wielu ezoteryków nazywa je polskim Stonehenge...

To tajemnicze miejsce kamiennych kręgów badane jest od kilkudziesięciu lat przez archeologów, astronomów, radiestetów, psychotroników i… ufologów. Hipotez naukowych i paranaukowych jest całe mnóstwo, niektóre są całkowicie ze sobą sprzeczne, nawet akademicy mają różne teorie na temat czasu powstania kręgów oraz kultur, które miałyby być ich budowniczymi. Niektórzy uważają to miejsce za portal czasoprzestrzenny, lądowisko kosmitów albo źródło emitowania nadzwyczajnej, nieznanej energii.

Od 1958 roku jest to prawie 20-hektarowy rezerwat przyrody i skupisko archeologiczne. Oprócz kręgów  są tu też bezcenne okazy przyrodnicze: porosty, okrywające głazy, które są przyrodniczym reliktem. Niektóre mogą liczyć sobie kilka tysięcy lat, co też przybliżyć może wiek samych kamieni.


Badania kręgów rozpoczęły się już w połowie XIX w., prawie sto lat później, w czasie II wojny światowej pieczę nad kamiennymi kręgami objęło SS i sam Himmler, ponieważ był nimi żywo zainteresowany jako miejscem kultury... pragermańskiej.

Kto zamieszkiwał Odry, kto stworzył kamienne kręgi i po co? Niektórzy naukowcy uważają, że kamienne koła stworzyli Goci, którzy przybyli na te ziemie ze Skandynawii w I w. n.e. Innym badaczom wydaje się jednak, że Goci wykorzystali już istniejące, dużo starsze siedlisko. Kolejna hipoteza, że kręgi są obserwatorium astronomicznym mającym 6000 lat jest także ciekawa.
Obecnie można tu obejść i podziwiać (nawet z wysokości podestu widokowego) 10 kompletnych kręgów i resztki dwóch. Same kręgi ułożone są z głazów nie tak wysokich jak w Stonehenge, mierzą maksymalnie 70 cm nad ziemią, ale i tak robią wrażenie. Szczególnie wielu gości pojawia się w Odrach właśnie w czasie przesilenia letniego i zimowego.
Ezoterycy uważają rezerwat za miejsce niezwykłej mocy. To ponoć normalne w miejscach takich jak to, gdyż spotyka się tu energia Ziemi i kosmosu.


Według informacji umieszczonej na tablicy w miejscu zwanym Elipsą (poza kręgami, do których, nota bene, nie wolno w rezerwacie wchodzić), teren ten emituje promieniowanie o wysokim natężeniu. Według skali Bovisa promieniowanie ciał fizycznych to 6500-10000 jednostek. Promieniowanie powyżej 50000 jednostek uznaje się za „boskie”. W Odrach zmierzono aż 120000 jednostek, co potwierdza wyjątkowość tego miejsca. I jeszcze jeden argument: radiesteci twierdzą, że przez teren kręgów w Odrach przebiegają linie geomantyczne, które łączą wszystkie miejsca mocy na Ziemi.
Ponadto rezerwat jest cmentarzyskiem z epoki wielbarskiej (II-III w n.e.) – znajdują się tu (w kręgach i obok nich)  kurhany różnej wielkości, w których swego czasu archeolodzy odkryli pochówki i złote przedmioty.
Wielu odwiedzających rezerwat przybywa tu własnie ze względu na zdrowotne właściwości natury. Spotkać tu można całe rodziny, niestety mimo zakazu wszyscy swobodnie wchodzą do kręgów, kładą się na kamieniach w centrum (nazywam je pępkiem), niszcząc porastające je tysiącletnie porosty i mchy... Można się tu wyciszyć, pomedytować - o ile nie będą przeszkadzać tłumy i kilkoro rozbrykanych dzieci, krzyczących na całe gardło z uciechy.
Szczególną estymą zwiedzających cieszy się największy z kręgów o 33-metrowej średnicy, promieniujący ponoć niebieską energią. Znany polski psychotronik Leszek Matela, autor m.in. książek „Polska magiczna. Przewodnik po miejscach mocy” zauważył, że w każdym kręgu z kamieni na obwodzie ku kamieniowi centralnemu (pępkowi) biegną nitki energii. Całość wygląda jak koło ze szprychami. 
I ja posiedziałam w Elipsie, odzyskując siły i poprawiając sobie samopoczucie. A może był to efekt chłonięcia piękna otoczenia: sosnowego lasu, który towarzyszy kręgom od 130 lat?
Polecam Odry nie tylko w czerwcu. Nadchodzą wakacje, może będziecie na Pomorzu – zajrzyjcie tutaj, warto.


wtorek, 12 czerwca 2018

Zimna wojna i życie na podsłuchu...

W sobotę (dzień po premierze) widziałam w kinie "Zimną wojnę". Mocne wrażenie (ogólnie dobre) zatarło się już w poniedziałek - zupełnie niechcący obejrzałam w tv film z 2006 roku - niemieckiej produkcji, "Życie na podsłuchu".

I czar "Zimnej wojny " prysł... Nie wiem dlaczego, skoro przedstawione w filmie czasy są inne (w polskim lata 1949-63, w niemieckim 1984-93 rok).  Łączy je historia miłosna, przerażające czasy inwigilacji obywateli (przez partię, Stasi - ogólnie mówiąc - system). 

Film Floriana Marii Georga Christiana Grafa Henckel von Donnersmarck (sic!) zdobył Oskara i kilka ważnych europejskich nagród filmowych, a reżyser był też autorem scenariusza. Nota bene urodzony w 1973 r. Donnersmarck opowiada historię z czasów swego dzieciństwa... Pogrzebałam trochę w necie i cóż znalazłam za smaczki! Florian ma 205 cm wzrostu, jego dziadek urodził się w moim rodzinnym Wrocławiu. Była to w ogóle arystokratyczna, śląska rodzina. 
Obsypany nagrodami film był pierwszym tak poważnym w dorobku reżysera. Nie chcę rozpisywać się o szczegółach fabuły - zachęcam do samodzielnego wyrobienia sobie opinii, ale film niemiecki zrobił na mnie dużo większe wrażenie. Przyćmił premierę "Zimnej wojny" w moim odczuciu - całkowicie. Czyżbym niepotrzebnie wydała kasę na bilet?

Pawlikowski jest podobnie jak Donnersmarck (współ)autorem scenariusza "Zimnej wojny", oraz także laureatem Oskara, chociaż za inny film, "Ida". Ale z jakiegoś powodu "Zimna wojna" wydaje mi się wtórna do "Życia na podsłuchu" i "Idy" właśnie... 
A Wy, co sądzicie?
 

poniedziałek, 28 maja 2018

Typy osobowości wg Eriksona a pieczenie szarlotki

Po lekturze książki T. Eriksona „Otoczeni przez idiotów” (autor brzmi jak marka telefonu komórkowego i też dotyczy komunikacji!) bawię się rozpoznawaniem typów osobowości wśród moich bliskich i znajomych.

Jeśli ktoś zna model DISC to w zasadzie rozpozna go w tej książce, gdyż podział zachowań wg typów osobowości jest identyczny, zastosowano po prostu inne określenia: kolorami. To co w DISC jest Dominującym typem tu jest kolorem Czerwonym, Inspirujący jest Żółtym, Stabilny i wspierający jest Zielonym, a tzw. Analityczny jest Niebieskim.

Samoświadomość to fundament samorozwoju, określiłam więc swój typ. Wyszło mi, że mam przewagę Żółtego. Może jest tam domieszka dwóch innych barw, w końcu jednokolorowi to tylko 3% populacji, ale szybko znalazłam potwierdzenie w podejściu do tak prostej czynności jak pieczenie szarlotki na garden party. Najpierw jednak opowiem, jak - moim zdaniem - zabierają się do tego inne kolory:

Czerwony - kupi ciasto w sklepie, cukierni lub poleci jego zrobienie komuś, kto potrafi piec. Jeśli zostanie zmuszony przez okoliczności do samodzielnego wykonania, zaplanuje to wcześniej i wykona na czas: dokładnie, jak każde zadanie, które rozpoczyna, bo akcja i skuteczność to jego żywioł. Jeśli zabraknie niespodziewanie jakiegoś składnika, wyśle na zakupy domownika (ale to raczej niemożliwe, by zabrakło, bo Czerwony jest dobrym organizatorem). W czasie pieczenia Czerwony będzie popędzał ciasto do rośnięcia, wykrzykując polecenia przed szybą i denerwując się, że ciasto robi to za wolno. Może otwierać i zamykać piekarnik, grozić wypiekowi obniżeniem temperatury i psioczyć na autora przepisu, producenta piekarników i dostawcę energii.

Niebieski - na dwa tygodnie przed garden party przeczyta przynajmniej trzy książki kucharskie o pieczeniu ciast. Ściągnie z internetu 20 różnych przepisów i przeanalizuje (najlepiej w Excelu) koszt, czasochłonność, oraz stosunek kosztów do jakości itp. Przez kolejne dwa dni będzie dokonywał wyboru tego jednego przepisu i kiedy mu się to uda, zrobi wreszcie listę zakupów. Będzie ją nosił w portfelu kolejny tydzień. Następnie zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej upiec drożdżowe, bo szarlotka może być nieodpowiednia na tę okazję. W efekcie ciasta na garden party upiec nie zdąży, bo nie podejmie żadnego działania. Także nie pofatyguje się do sklepu, by zakupić ciasto, bo przecież goście jakoś brak ciasta przeżyją. Nie przesadzajmy z tą gościnnością!

Zielony - pieczenie ciast ma opanowane, bo żyje po to, by dogadzać rodzinie i przyjaciołom. Upiecze wielką i smaczną szarlotkę oraz jeszcze dwa inne ciasta, żeby było miło. Sprawianie innym przyjemności jest jego żywiołem, a to, co zaplanuje przynajmniej dwa, trzy dni wcześniej, bo musi mieć czas, by zebrać potrzebne składniki, wykona dokładnie i z miłością. Jego potrawy są przepyszne, wyglądają jak małe dzieła sztuki, bo wkłada w nie całe swoje serce...

No i czas na mnie, oto jak działam jako Żółta. Na pomysł upieczenia ciasta wpadłam poprzedniego przed garden party dnia, o 23.00. Z internetu ściągnęłam pierwszy z brzegu przepis, nie przejmując się, że nie mam wszystkich składników, np. odpowiedniej ilości masła (tylko 10 dkg zamiast 25 dkg). W roli dodatkowego masła użyłam śmietany, bo moja babcia tak szarlotkę robiła (tyle z przepisu pamiętałam). Po jabłka w słoiku (mama robiła, Zielona) wysłałam (jestem też trochę Czerwona) do piwnicy męża (Niebiesko-Żółto-Czerwony) i zabrałam się do dzieła, dodając wspomnianą śmietanę, o której słowa nie było w przepisie. Podobnie jak o rodzynkach i płatkach migdałowych... Nie mogłam za długo czekać aż ciasto się schłodzi (miało być kruche, ale ja niecierpliwa jestem), więc wpakowałam je do piekarnika przykrywając jabłka ciastem łatami, bo masy kruchej było za mało na spód i wierzch (wszystkie składniki odmierzałam na tzw. oko). Upiekłam, podałam na deser na garden pasty, wymyślając oczywiście nową nazwę (łaciate), ale wszystkim smakowało. Niewiele go zostało, bo było małe...
Wyglądało tak po wyjęciu z piekarnika:


i na salaterce:


piątek, 18 maja 2018

Zapach roku 2018 - werbena!

Odkąd odwiedziłam prowansalskie Grasse i jego liczne wytwórnie perfum, bacznie śledzę coroczne wiosenne informacje o królującym zapachu. 

Kiedy byłam Na Lazurowym Wybrzeżu w czasie karnawału, w lutym 2015 roku, kwitły i pachniały mimozy. Cała Nicea pachniała nimi!
Natomiast królem zapachowym w Grasse (wszystkie faktorie umawiają się na jeden aromat) - był jaśmin. Do Grasse pojechaliśmy właśnie pozwiedzać cudna stolicę zapachów, po lewej widzicie pomnik perfumiarza.
Oczywiście natychmiast sobie ten jaśminowy zapach u Fragonarda nabyłam:
Faktycznie był intensywny, czarowny, majowo-czerwcowy. 

W kolejnym roku królował irys, który to zapach kupiłam już poprzez allegro, akurat w porze, gdy w moim ogrodzie kwitł identyczny kwiat jak z opakowania perfum Fragonarda:


Potem był jeszcze rok piwonii, a obecnie najjaśniej królującą nam zapachowo jest werbena. Roślina ogrodowo-tarasowa, pospolita jako przydrożne ziele w Prowansji. Jej cytrusowa odmiana wykorzystywana jest także w kuchni. 
Pamiętam zapach sorbetu werbenowego, który kiedyś kupiłam sobie w perfumerii L'Occitane. Niestety, seria była limitowana, ale zapach tak piękny, że żałuję, iż go nie produkują. Pozostaje mi więc Fragonard i jego wersja werbeny:
Będę wierna Fragonardowi, bo jego zapachy są czystą esencją kwiatową, mmmm.

poniedziałek, 14 maja 2018

Jak się za gwiazdą uganiałam...

Wczoraj wieczorem taka mi się na nocnym niebie jasność w oczy rzuciła, że stanęłam jak kopytkami wryta w ziemię. Obserwowałam ją sądząc, że to samolot nadlatuje, ale coś długo leciał, ten reflektor świecił i świecił - a przecież dawno powinien zniknąć!

Złapałam najpierw telefon z apką Sky, by namierzyć obiekt astronomiczny niezwykłej jasności. Co to za planeta? Apka podpowiedziała jednak coś zupełnie innego - to gwiazda w gwiazdozbiorze Bliźniąt, trzecia najjaśniejsza, a ja nigdy o niej nie słyszałam: Alhena... Biały podolbrzym, oddalony od Słońca o 109 lat świetlnych. 160 razy jaśniejsza od Słońca i większa od niego 2,8 raza... 
Na tym zdjęciu faktycznie wygląda jak Słońce!



Od wczoraj ją obserwuję na zachodzie nieba, bo niezachmurzone. Dziś też już ją zdążyłam sfotografować. Do północy chowa się pod horyzontem, co jest podobno oznaką zbliżającego się lata. W lipcu na tle tego gwiazdozbioru (Bliźniąt) świecić będzie Słońce, więc obserwacja będzie niemożliwa. 

Najjaśniejsze w Bliźniętach gwiazdy to Kastor i Polluks. Grecki mit głosi, że byli to synowie Ledy, ale ojcem Kastora był król Sparty Tyndareus, zaś ojcem Polideukesa (Polluksa u Rzymian) był sam Zeus. Bracia wyróżniali się siłą, odwagą i braterską miłością. Niestety, podczas jednej ze swoich licznych przygód Kastor został zabity. Nie mogąc z nim umrzeć, nieśmiertelny Polideukes przeklął swój los. Wówczas Zeus dał mu wybór: albo wieczna młodość na Olimpie, albo wraz z bratem  jeden dzień przebywać będzie w Hadesie a jeden na Olimpie. Wybrał drugą opcję, więc odtąd bracia są na przemian jeden dzień martwi i jeden dzień żywi. 
Piękny mit. 

Gwiazdozbiór widzimy zimą i wiosną, a latem bracia "znikają" z naszego nieba. Taką fotkę zrobiłam Alhenie (która na niebie "siedzi" w stopie jednego z braci):



Uważam astropolowanie za udane :-)

niedziela, 13 maja 2018

Co zrobić z milionową wygraną?

Taka sobie luźna rozmowa z mężem - o wygranych losowych. Z pasją godną lepszej sprawy ostatnio grywa w eurojackpot. Ponoć w puli jest już ponad 300 milionów złotych...

- Kochanie, ile lat grasz w te tam różne totolotki, lotto itp.?
- Sam nie wiem... Od zawsze!
- Przynajmniej odkąd Cię znam, pamiętam, czyli od ponad 30 lat...
-Taaaak? Możliwe.
- Ile wygrałeś do tej pory?
- Bo ja wiem? Nie liczyłem. Może z 1000 złotych się uzbiera.
- A co zrobiłbyś z wygraną ponad 300 milionów?
- Już ja bym wiedział, na co by wydać!
- Nie, powiedz mi, o czym teraz marzysz, nie wtedy gdy wygrasz. czy masz już plan?
- Plan? A po co mi plan! Trochę rozdałbym rodzinie, kupił sobie samochód za parę milionów...
- Jaki samochód? - drążę.
- Bugatti.
- Ok, to tylko 2-3 miliony, co z resztą wygranej?
- No to dom bym sobie zbudował. Zamek właściwie.
- Ale gdzie? W górach, nad morzem, w Polsce, za granicą?
- W Polsce. Z widokiem na Tatry.
- Zamek? A z czego? kamienia szarego, piaskowca? Ile by tam było pokoi?
- Z granitu! Co się tak dopytujesz, wygram, to wymyślę... 
- No własnie w tym rzecz. Już musisz mieć wizję!
- Ale męcząca jesteś. No dobrze, pokoi 37 by było. Taki z fosą, mostem zwodzonym i 200 km drogą dojazdową, bym mógł swoim bolidem codziennie po niej jeździć.
- Ok, a co byś robił w tym zamku w tych 37 pokojach?
- Zaprosiłbym rodzinę, żeby sobie z nami pomieszkała.
- Aaaa, to ja jestem też w planie? Skąd wiesz, czy chcę w zamku mieszkać z widokiem na Tatry?
- A nie chcesz?
- W życiu! Ciekawi mnie jednak, co byś robił każdego dnia oprócz spędzania czasu z rodziną w 37 pokojach rozlokowaną i jeżdżenia swoim bolidem po prywatnej drodze?
- ????? Kułbym zbroję!

Wbrew pozorom kwestia, co zrobić z milionową wygraną nie jest błaha. To pole do popisu dla wyobraźni. Wielbiciele Prawa Przyciągania szybko odgadną cel zadawania mężowi tych szczegółowych pytań.
Zadaję je też sobie. Na początek spróbuję zagospodarować jeden (słownie jeden) milion...

czwartek, 3 maja 2018

Awokado - tłusty owoc i moja najnowsza mania kulinarna

Nie wiem, co mi się stało smakowo, ale bez awokado żyć nie mogę! Tak, tegoż awokado, które jeszcze parę lat temu było mydlanym w smaku świństwem, do niczego niepodobnym!

Pamiętam pewne starodawne wakacje na Krecie. Pojechałam z mężem i koleżanką z pracy, Izą - tak jak ja wówczas, nauczycielką łaciny. To miała być nasza (łacinniczek, mąż mój bowiem inżynierem jest. Mechanikiem) podróż do źródeł cywilizacji antycznej - na Kretę, gdzie Minos, labirynt, Ariadna, Tezeusz i takie tam, minojskie sprawy. 
Poza włóczeniem się po całej wyspie i zwiedzaniem wykopalisk w różnym stadium odkryć (przy dziesiątym Andrzej siedział w aucie, w 50 stopniowym upale, by nie oglądać kolejnych śladów wielkich wydarzeń na poziomie gruntu, który to poziom za niski dla niego był. No cóż, przy 188 cm wzrostu schylać się musiał...) miałyśmy i inne przyjemności - kulinarne. To tam, w Grecji zaczęłam wreszcie przekonywać się do oliwek. 
I tam właśnie Iza wypatrzyła znane mi dotąd tylko z nazwy -awokado. Przytargałyśmy nabyte drogą kupna owoce do hotelu, licząc na OWOCOWĄ ucztę. Jakoś się do tych delicji dostaliśmy, obierając je najpierw ze skórki. Kroimy na cząstki, śliskie to jakieś,  ale nic to... Biorę do ust: o matko, co to jest! Coś bez smaku, zapachu tylko tłuste takie, błe, no... mydło po prostu! 
Wyplułam kęs ze wstrętem. Iza też nie miała zachwyconej miny (nie mówiąc o Andrzeju), ale wiedziała coś więcej, bo stwierdziła, że owoców nie zmarnujemy. Podziobała widelcem, papka zielona wyszła - i kazała sobie na twarz nałożyć. ja też spróbowałam. Tylko Andrzej odmówił współpracy, zatem my we dwie, jak w jakimś spa, zażyłyśmy dobrodziejstw kosmetycznych smaczliwki (bo tak awokado po polsku się nazywa). 


Strasznie stare zdjęcie z Krety, 1995 r. - Iza poddawana jest profesjonalnemu zabiegowi kosmetycznemu z niespożytego awokado :-)

Żołądka mi więc wtedy ono nie podbiło. Jakiś czas temu zaczęłam się jednak do tego owocu przekonywać, ale używałam głównie jako "wypełniacza" w sałatkach itp. 
Ostatnio jednak zwariowałam - uwielbiam je na śniadanie jako omastę do chleba - rozsmarowuję, kropię cytryną, solę, pieprzę, dodaję przyprawy ziołowe albo czosnek. PYCHA! Mogę jeść tylko chleb z awokado.
I takie to wspomnienia awokadowo-grecko-dziewczyńsko-kosmetyczne.

środa, 25 kwietnia 2018

Trzy mądre małpy, czyli buddyjski sposób na szczęśliwe życie

W sklepach z chińskimi gadżetami można kupić przeróżne figurki. Są śród nich smoki, starcy, węże oraz... trzy małpy, siedzące razem. To właśnie te mądre – jedna zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia – usta. Okazuje się, że symbolizują one buddyjską zasadę życiową.

rys. z nextext.com

Te figurki są bardzo popularne, aczkolwiek na Zachodzie wypacza się ich znaczenie. Uważa się, że najstarszym przedstawieniem „małpiej” zasady: Nie widzę, nie słyszę, nie mówię zła - jest rzeźba na japońskiej świątyni Toshogu w Nikko. Tradycja jednak przypisuje tę filozofię buddyzmowi, który dotarł do Japonii z Chin w VII w. n.e., a rzeźba w Nikko pochodzi z XVII w.

W naszej kulturze powszechnie uważa się, że małpy symbolizują postawę niereagowania na zło, czyli pozwalanie, by zło się działo, my mamy jedynie nie przeciwstawiać się. Tymczasem buddyjskie znaczenie tego symbolu – niemówienie, niewidzenie i niesłyszenie zła jest o wiele głębsze i szlachetniejsze. Nie chodzi o to, by się od zła odwracać, o tchórzliwe przymykanie oczu, lecz o to, żeby odebrać mu moc. Nie słuchać i nie mówić złych rzeczy – bo słowa potrafią zabić. Nie oglądać złych rzeczy, nie kontemplować ich – bo podsycają w nas agresję i zło. Od zła na wszelkie sposoby należy się odciąć, by zachować swoją integralność i spokój ducha i szlachetność w postępkach. Mamy po prostu robić wszystko, aby żyć w świecie dobra i miłości, przekazywać innym i karmić siebie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Nieustanne koncentrowanie się na złu sprawia, że ono się rozprzestrzenia!

Codziennie jesteśmy „faszerowani” jak kurczaki przed pieczeniem złymi wiadomościami. Słuchając radia, oglądając tv widzimy tylko wojnę, walki, podłość, złość, nienawiść. Oglądamy filmy pełne brutalności – filmy akcji, kryminały. W grach komputerowych intryguje nas jedynie przemoc, strzelanie. Nasiąkamy tym jak gąbki, nawet o tym nie wiedząc, karmimy mózg i swoje ciało tym złem, programujemy się na niszczenie, destrukcję. To ma wpływ na nasze życie, każdego dnia doświadczamy zła, bo nasze myślenie jest tak przesycone negatywnymi wiadomościami, obrazami, że tylko podobne przyciągamy do siebie.

Aby żyć życiem spełnionym i szczęśliwym, spokojnym i szlachetnym wybierajmy sobie lektury, filmy, rozrywkę. Są takie, które wzbogacą nasze życie, pomogą innym. Nie oglądajmy bez końca programów złych wieści, bowiem w ten sposób chce się nad nami zapanować. Sfrustrowani ludzie mają przekonanie, że żyją w złych czasach i że ich życie musi być po prostu szare i smutne i pozbawione radości. Tymczasem takimi codziennymi wyborami sami się tego dobra pozbawiamy.

Niechaj trzy małpki podpowiadają nam każdego dnia, jak postępować, czym się w życiu kierować. To bardzo prosta zasada, a jej stosowanie zmieni nasze nastawienie i doświadczanie już od "pierwszego dnia użycia". Naprawdę nie mamy nic do stracenia, zyskać możemy poczucie spokoju, szczęścia, radości. Wszędzie jest miłość, dobro, wystarczy jak przestaniemy koncentrować się na złu, kontemplować je. Pokontemplujmy piękno, dobro, prawdę, pokój i miłość.

środa, 21 marca 2018

Czarodziejski głośnik od Google

Zawsze wiedziałam, że podróże kształcą. Dzięki niedawnej wizycie w Australii poznałam niepozorne urządzenie, sprawiające że każdy dom może zamienić się w centrum dowodzenia Wszechświatem - system Google Home!


Byłam u kuzyna w Melbourne. Podczas wieczornej pogawędki przy winie rozmowa zeszła na ulubione rodzaje muzyki. Powiedziałam, że lubię jazz.

- Polski jazz? – upewnił się kuzyn.
- No nie tylko, ale też… - potwierdziłam.

W tej samej chwili mój kuzyn popatrzył gdzieś w przestrzeń (a stał właśnie przy barze w salonie) i powiedział po angielsku: hej google, zagraj polski jazz. Po sekundzie rozległa się muzyka. Jazzowa.
W trakcie tego wieczoru kuzyn jeszcze parę razy wydawał komendy, zawsze mówiąc najpierw: hej, google. I sprawiał, że włączał się telewizor, odtwarzając jakiś teledysk, zmieniał się rodzaj muzyki, wyświetlały filmy itp. Byłam pod wrażeniem. Uznałam, że to jakieś czary, bo nie widziałam, żeby gospodarz dotykał jakichkolwiek urządzeń!

Poszliśmy spać. Następnego ranka gospodarze pojechali do pracy, a ja z mężem w naszym pokoju gościnnym omawiałam zdarzenia wieczoru. Mąż na moje zachwyty był odporny, twierdził że podobne czary są w każdym smartfonie i żeby mi to zademonstrować polecił swojemu telefonowi podanie prognozy pogody dla Melbourne. Telefon coś tam powiedział o temperaturze itp. Zdziwiona zapytałam męża, dlaczego nie zacząłeś od: hej, google? Zanim zdążył mi odpowiedzieć, odezwał się damski głos w salonie. Głośnik usłyszał zawołanie z drugiego pokoju!

Wreszcie zobaczyłam to urządzenie, bo poszliśmy do kuchni robić śniadanie. Zarówno damski głos jak i muzyka wydobywały się z niewielkiego szaro-białego, ściętego u góry cylindra, mrugającego kolorowymi LED’ami gdy podawał informacje. Zabawiłam się w wydawanie poleceń po angielsku: zagraj taki, potem inny rodzaj muzyki, ścisz dźwięk lub go podkręć. Słuchał! Gdy po śniadaniu postanowiliśmy wreszcie wyruszyć na zwiedzanie miasta, nie wiedząc jak wyłączyć głośnik powiedziałam, by się… zamknął. Mało elegancko, ale skutecznie.

Przez resztę pobytu w Australii zadręczałam  męża prośbami o zakup tego „centrum dowodzenia Wszechświatem” jak zaczęłam nazywać inteligentny głośnik Google Home sterowany głosem. Okazało się, że jest dostępny na allegro, tyle że nie ma polskiej wersji językowej. Nic to, będzie pretekst do nauki języka!


Czuję się teraz  jak na statku „Enterprise”, bo mogę gadać z komputerem pokładowym. Czasem się ze mną wykłóca lub czegoś nie chce zrobić. Czasami nie zna odpowiedzi i tłumaczy się, że ciągle się uczy… Zważywszy, że tak naprawdę Google przedstawił go w kwietniu 2017 roku w Wielkiej Brytanii, a w maju 2017 w Australii - szybko się uczy… Mogę zapytać go o samopoczucie i czasami zabawnie odpowiada, że czuje się smashing, a czasami - że fantastycznie! Komedia.

Do słuchania muzyki trzeba mieć zainstalowane na tablecie lub smartfonie oprogramowanie w rodzaju np. Spotify. Sprzęgnięcie głośnika z telewizorem (też musieliśmy tv wymienić na nowszy model) pozwala na sterowanie głosem i wyświetlanie filmów, teledysków. Google Home to inteligentny asystent w domu. Udziela informacji z Wikipedii, podaje prognozę pogody, może budzić, informować o czasie pieczenia ciasta lub też wyświetlić film z recepturą przygotowania jakiegoś dania. Niektórzy nie widzą różnicy - Siri też to potrafi... Ale Siri nie jest oddzielnym urządzeniem, poza tym nie odpowiada w taki inteligentny sposób.
Google Home może opowiadać coś śmiesznego, by poprawić nastrój i robić wiele ciekawych rzeczy (nie sprząta i nie pierze, i nie podaje kawy) – ale nie wszystkie opcje będą działały w Polsce, niestety.
Jeśli nawet w naszym kraju Google Home działa tylko na „pół gwizdka”, i tak jest niesamowitym urządzeniem. Normalnie magia na wyciągnięcie ręki!


wtorek, 20 marca 2018

Poniedziałkowy lis

Jako posiadaczy kawałka ogrodu i dochodzącego kota zawsze ciekawiło mnie i mojego męża tzw. nocne życie naszego skrawka Natury. Nie wiemy np. dokąd chodzi, gdy znika z posesji, nasza Lola, czasem też znajdujemy dziwne ślady na trawie i zastanawiamy się, kto je zostawił. Podejrzewamy jeże, ponieważ kiedyś po szczególnie obfitym grillowaniu latem zostało dużo kiełbas, które pozostawiliśmy w ogrodzie dla wygłodniałych. Następnego dnia przy talerzyku z resztkami znalazłam nieruchomo lezącego jeża, bałam się nawet, że zaszkodziło mu mocno zgrillowane mięso, ale okazało się, że to była tylko poobiednia drzemka :-)



Odkąd mamy oczko wodne rozmiarów wanny i w nim kilka złotych rybek - pojawił się nowy kłopot. Kto zeżarł rybkę zwaną Blue i jej smętne resztki (ogon!) porzucił w ogrodzie... sąsiadów? Kto spowodował zniknięcie karpika koi, bardzo wesołego i rezolutnego? Czy była to Lola, czy też obcy kot, a może czapla albo jeszcze ktoś inny?

Te i inne pytania spędzały nam drzemkę z powiek, myśleliśmy więc już nad zamontowaniem Lolce kamerki, by wiedzieć, gdzie łazi i jakie przeżywa przygody poza obszarem przez nas kontrolowanym. Ponieważ jednak w swojej kociej aktywności pokonuje wiele płotów, odpuściliśmy montaż obróżki i kamery, nie chcąc, by koteczka zawisła przez nie gdzieś na siatce ogrodzeniowej.

Parę tygodni temu mąż wpadł na inny pomysł i szybko go zrealizował - dokonał bowiem zakupu kamery myśliwskiej aktywowanej na ruch, która kręci także w nocy - ma podczerwień. Zamontował urządzenie w ciekawym miejscu ogrodu, często odwiedzanym przez nasza koteczkę - i zostawił je na cały tydzień.

Po tym czasie zdjęliśmy urządzenie z drzewa i zaczęliśmy przeglądać nagrania. Szybko okazało się, że nasza koteczka spotyka się z dwoma kotami, a ściślej, że dwa koty często (zwłaszcza nocą) odwiedzają nasz ogród. Jeden jest biały z czarną łatą, drugi ma cętki jak lampart. W ciągu dnia kamerę aktywowały tylko szare wrony, natomiast noc okazała się dużo ciekawsza i z wypiekami na twarzy oglądaliśmy krótkie filmiki, kręcone przez kamerę nawet kilka razy w ciągu jednej nocy. Niestety, nie wyjaśniało się, dokąd koty podążają ścieżką przy obiektywie...

W największe zdumienie wprawił nas jednak zwierzak, pojawiający się w poniedziałkową noc. Otóż, był to... lis! Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybyśmy mieszkali w lesie lub na obrzeżu miasta albo na wsi. Tymczasem mieszkamy w centrum Wrocławia, 700-tysięcznego miasta, a do Rynku mamy 5 km! Oto dowód:


Co ciekawe przez następne 6 dni lis się nie pojawiał, aż do... kolejnego poniedziałku. Musi mieć jakiś terminarz odwiedzin, że u nas bywa tylko w poniedziałki :-)

Zabawa z kamerą jest fantastyczna, podglądamy też ptaki na tarasie i mamy nadzieję, że z nadejściem wiosny pojawi się więcej ciekawych aktorów naszych filmów przyrodniczych! Może National Geografic zaproponuje nam kontrakt???





czwartek, 1 marca 2018

Pożegnanie

Ostatni Print Screen bloga, który zniknął z sieci. 

Jestem tu z Wami teraz, ale strasznie mi żal tych 6 lat na blog.pl. 
Wrzucam print screena, by udokumentować przynajmniej ilość odwiedzin w przeszłości. Niestety, nie wpadłam na to, by zrobić print screena dolnej części strony, gdzie były popularne notki i ilość odsłon - Gumomajty antygwałty miały 117 tysięcy odsłon! Polecam. Z ostatnich popularnych postów polecam Waszej łaskawej uwadze ten: Jak kobiety czytają Google maps...