niedziela, 23 września 2018

Sanatorium (szalonych) dźwięków...

Piękna ruina pięknego Kurhaus
W Sokołowsku, uroczej mieścince w okolicy Wałbrzycha, niegdyś perle uzdrowisk dolnośląskich, odbywa się niezwykły festiwal - Sanatorium dźwięku. W tym roku wydarzenie miało miejsce w połowie sierpnia.

Festiwal jest przedsięwzięciem kulturalnym o długiej historii i światowym zasięgu. Wymienione w nazwie festiwalu dźwięki to eksperymenty muzyczne XX i XXI wieku. 120 artystów ze świata prezentuje się przed wyrafinowaną publicznością. Są to bowiem performance tak osobliwe (przynajmniej z opisu w festiwalowym dossier), że  z pewnością trudno je zrozumieć ludziom o przeciętnym (jak moje) wyobrażeniu na temat muzyki... Przykład? Requiem For A Fly Martyny Poznańskiej: "rytuał wykonywany przy użyciu spreparowanych zwłok much, wiersza i nagrań terenowych. Wynika z poczucia bezsilności wobec obecnego stanu politycznego na świecie. Jednocześnie jest poetycką refleksją na temat znaczenia życia wobec jego nieistotności. Pokazuje rolę i potrzebę żałoby i zrozumienia straty." Może nie byłoby to wcale takie dziwaczne w odbiorze, jednakowoż nie zdecydowałam się...
Kolejny opis: Takahiro Kawaguchi  skupia się na konfiguracji dźwięków w konkretnym miejscu. Podczas występów na żywo do grania i komponowania używa instrumentów, które tworzy z materiałów codziennego użytku. To już by mnie bardziej interesowało, bo może zainspirowałoby mnie do skomponowania np. scherzo na trzepaczkę do białek i młynek do kawy! 
Można było przy okazji zabawić się w generowanie dźwięków ot tak, instrument i instrukcja dostępne były na ulicy:



Sala koncertowa i główne biuro festiwalowe 
Lubię Sokołowsko, byłam tam już raz czy dwa, więc wybrałam się. Na festiwal, który akurat trwał, załapałam się zupełnie "przy okazji". Nie byłam na tyle zdeterminowana muzycznie, by wykupić karnet na koncerty (?), pokazy (?), chodziło raczej o wycieczkę w miłym towarzystwie w miłe miejsce. To miasteczko  ma bowiem dla mnie nieco melancholijny urok dawnej, europejskiej świetności. 
Na wielu budynkach są informacje, kto tu przebywał, tworzył, leczył.się..
Główny obiekt, dla którego warto tu przyjechać to załączona u góry po lewej przepiękna, ceglana ruina XIX-wiecznego sanatorium, które w tej chwili ktoś próbuje dźwignąć z upadku - i jest to właśnie kwatera główna festiwalu. Pozostałe budynki także noszą ślady wielkiej, przedwojennej urody, lecz w zasadzie większość wymaga pilnej restauracji. 

Sokołowsko (dawniej Goerbersdorf) szczyci się swoją bogatą i długą przeszłością: w XX w. było to największe sanatorium leczące choroby płuc. Bywali tu "wielcy", np. niemieccy pisarze nagradzani Noblem, ludzie filmu - Krzysztof Kieślowski, który mieszkał tu w młodości. Z powodu tak szacownego mieszkańca od 2011 roku odbywa się tu festiwal filmowy – „Hommage à Kieślowski” poświęcony twórczości reżysera. 


Szwajcarski styl - pozostałość po pewnej modzie...
Natomiast historia wsi sięga średniowiecza i Benedyktynów z pobliskiego Brumova. W XVII w. jej właścicielem był Hans Heinrich Hochberg, władca pobliskiego Książa, który kiedyś nawet ukrywał się tutaj przed szwedzkimi wojskami w domu sołtysa. 
W 1849 roku miejscowość kupiła od Hochbergów siostrzenica marszałka Bluchera, Maria von Colomb, która miała piękną wizję - założyła tu ośrodek leczenia zimną wodą (wg metody Preissnitza). Niestety, albo stety, poszła do więzienia za długi już 5 lat później, ale zakład odkupił od niej, za niedużo, szwagier i wspólnik, doktor Herman Brehmer. I ten doprowadził pomysł Marii do wielkiego finału. Za pozwoleniem cesarza Brehmer prowadził tu od 1859 roku zakład leczniczy wdrażając własne metody: leczenie (szczególnie gruźlicy) - świeżym powietrzem, ruchem  w plenerze, ćwiczeniami oddechowymi, dietą obfitą w mięso i jarzyny. Lekarz wzniósł pierwsze trzy sanatoria (funkcjonują nadal) i stworzył 70 hektarowy park. W latach 70-tych XIX wieku wzniesiono ten okazały nowy budynek tzw. Neues Kurhaus, którego majestatyczne ruiny stoją do dziś. Wyposażone w ogrzewanie, klimatyzacje i niesamowite urządzenia higieniczne, sanatorium stało się najpopularniejszym w Europie! Park rozrósł się do 120 hektarów, powstawały nowe domy kuracyjne. 
Wzniesiono kościół protestancki oraz cerkiew, dla licznych kuracjuszy z Rosji, którzy tu
przybywali na przełomie wieków. Cerkiewka, taki cukiereczek - miniaturka działa do dziś.

Po I wojnie światowej miasto było stacją klimatyczną i ośrodkiem sportów zimowych (sic!). Po II wojnie światowej wieś zmieniła nazwę na Sokołowsko, od nazwiska Alfreda Sokołowskiego, asystenta doktora Brehmera. W czasie II wojny miejscowość w ogóle nie ucierpiała i sanatoria działały jeszcze w latach 50. Dopiero od lat 70. budynek główny zaczął popadać w ruinę, część rozebrano i tak to się wszystko dla Kurhaus skończyło...

W Sokołowsku jest ciekawie - zapewniam, że i październik może ucieszyć oczy kolorami, wieś ma ambitnych mieszkańców, ciekawie zdobiących swoje domy. Odnowiono właśnie stare sanatorium "Biały Orzeł", zachował się kawałek parku zdrojowego. Warto pospacerować po okolicy i po samej wsi, wpaść na pstrąga do Leśnego Źródła  i zjeść niebywałą Pavlovą w kawiarence przy głównej ulicy!





Centrum festiwalu filmowego



środa, 19 września 2018

Beatka na góralskim weselu

Niedawno wróciłam z mojego pierwszego w życiu góralskiego wesela. Co ciekawe, żadne z nowożeńców nie jest (nie było) góralem z pochodzenia. Niemłody pan młody (71 lat) oznajmił w trakcie bajecznej zabawy, że czuje się góralem, bo zawsze kochał góry. No i to dobry powód chyba :-)

Przed wyjazdem w Tatry poszłam zrobić się na bóstwo (przynajmniej w górnym odcinku) i muszę przyznać, że trochę ucierpiałam oddechowo. Moja osobista fryzjerka, pani Dorotka, do której chodzę od jakichś 20 lat, nadużywa lakieru do włosów. Robi zawsze taką zadymę, że już nie raz postulowałam o maski tlenowe, które powinny spadać nad jej fotelem, jak w samolocie, gdy zawartość tlenu w powietrzu drastycznie się obniży... 
Muszę jej jednak podziękować za zrobienie mi stalowej fryzury. Wprawdzie włosami sztywnymi jak druty podrapałam sobie podsufitkę w samochodzie, za to działała jak kask - gdybym jechała kabrioletem mogłabym śmiało sterować pogodą - rozgoniłabym deszczowe chmury, gdyby zachciało im się zepsuć pogodę. 
Kolejna korzyść to ta, że fryzura Dorotki ochroniła mnie przed ryzykiem utkwienia w mej głowie góralskiej ciupaski, hej! 


Wesele było tak wspaniałe, że podkręciło moją kreatywność - napisałam nowe słowa do przeboju Sławomira "Miłość w Zakopanem" (oto oryginał: https://www.youtube.com/watch?v=n2hJA78YuWw)
a teraz leci on tak:
Miłość, miłość w Bachledówce
daj się uwieść dereniówce,
Rycerzem Edziu jest,
Maja Królową Nocy.
Popatrzycie sobie w oczy
rozpędzone jak motocykl,
zostaniecie góralami już do dnaaaaa!
Czekam teraz na oferty współpracy tekściarskiej.

wtorek, 4 września 2018

Kreatywna ogrodniczka

Na fb zobaczyłam pewien filmik, pokazujący jak wykorzystać stłuczoną doniczkę ceramiczną na zrobienie cudnego tarasowego "mini ogródeczka", który mnie zainspirował:


Przy pierwszej nadarzającej się okazji wzięłam się do dzieła. Miałam pękniętą, starą i dość brzydką doniczkę. Uznałam, że to świetny materiał na mój pierwszy ogródek. Oto co mi wyszło:


Nie jest może doskonały, ale następne egzemplarze będą bardziej dopracowane. Wszystkie rośliny pochodzą z mojego ogrodu :-) Kajtkowi (krasnal z lewej), który mieszka na stałe w moim ogródku, dzieło bardzo się spodobało. Chyba widać jego zachwyconą minę?

czwartek, 30 sierpnia 2018

Graffiti, czyli kontrowersyjna (dla mnie) sztuka...


Wpadła mi w ręce książka dla młodzieży: „Graffiti Moon” autorstwa Cath Crowley.
Dopiero po około 100 stronach zorientowałam się, że historia dzieje się w Melbourne. Główny bohater, tajemniczy Shadow jest utalentowanym artystą, tworzącym uliczną sztukę - graffiti…

Kiedy byłam minionej zimy w tym mieście, mój kuzyn polecił mi odnalezienie ulicy w centrum, słynącej z prac graficiarzy – Hosier Lane. Dotarłam, obejrzałam, czasem z mieszanymi uczuciami. Nie wszystkie dzieła mi się podobały, ale było to ciekawe doświadczenie. Nie widziałam nigdzie indziej ulicy tak upstrzonej kolorami. Jednak wyglądała ona bardziej jak jakiś slumsowy zakątek niż galeria sztuki, choćby i ulicznej. No i te zapachy! Nawet kubły na śmiecie pokryte były graffiti:



Najwyraźniej w Melbourne władze miasta mają wyjątkowo życzliwe podejście do graffiti. Inna sprawa, że nie spotkałam tam bazgrołów pisanych na pięknych budynkach, jedynie w przestrzeni udostępnionej dla tego rodzaju działań. 
To mój problem, że kojarzę graffiti raczej z jednokolorowymi hieroglifami widocznymi na ścianach (najczęściej świeżo odnowionych) kamienic we Wrocławiu, które doprowadzają mnie do szału. Jednak to, co zobaczyłam w Melbourne było po stokroć bardziej interesujące i „artystyczne”. Na Hosier Lane artyści co jakiś czas zamalowują swoje i cudze prace, tworząc nowe obrazy. Poza tym miejsc z naprawdę dobrymi obrazami na budynkach czy na skrzynkach elektrycznych jest w Melbourne mnóstwo. Słyszałam nawet o swego rodzaju graficiarskiej turystyce: zwiedza się miasto podążając za obrazami na  ścianach.

W książce, która przywołała wspomnienie tego miasta twórczość młodych graficiarzy pokazana jest jak zajęcie bardzo kreatywne, poetyckie, niosące widzom jakieś przesłanie. To, co siedzi w głowie książkowego Shadowa jest obrazem, metaforą, za pomocą której komunikuje swoje uczucia, przemyślenia. Od razu przypomina się tu postać istniejącego w realu artysty ulicznego, najsłynniejszego w tej branży, mianowicie Banksy’ego. Dzięki niemu graffiti stało się sztuką przez duże S. Banksy oprócz obrazów tworzy też performance, przemieszczając się po całym świecie i intrygując swoją ukrywaną tożsamością. Istnieje nawet hipoteza, że pod tym nickiem ukrywa się grupa ulicznych artystów. Jego czy też ich „dzieła” bardzo często komentują jakieś wydarzenia społeczne, polityczne.Banksy stał się wręcz "instytucją" kultury... Popatrzcie chociażby na ten obraz, dotyczący syryjskich uchodźców:


Poznajecie Steve'a Jobs'a? No właśnie...

Sztuka uliczna ma swoje odmiany. Jedną z nich jest np....yarn bombing, czyli pokrywanie przestrzeni miejskiej dzianinami. To wytłumaczyło mi te szydełkowe pokrowce na znakach drogowych w Melbourne, w pewnej eleganckiej dzielnicy, nieopodal widocznego na zdjęciu kościoła przerobionego na... apartamentowiec. Takie rzeczy tylko w Melbourne!


Właściwie nie tylko takie. Co myślicie o wielkich złotych owadach wspinających się po ścianie melbournskich biurowców:
Pracowite pszczoły czy muchy utrapione?
Tak to pogalopowałam przez świat i sztukę dzięki jednej lekturze. Czytanie ma kolosalną przyszłość...

środa, 15 sierpnia 2018

Lola i kocia punktualność

Moja dochodząca koteczka Lola nie jest ostatnio systematyczna w przychodzeniu na posiłki. 

Przez upały czy też ogólnie przez lato, które sprawia, że koty mają więcej poważniejszych zajęć, niż jedzenie (niemożliwe?), Lola czasem nie pojawia się przez pół albo więcej dnia. Omija śniadanie, obiad, gardło sobie mogę zedrzeć - łaskawie przyjdzie dopiero na kolację.
Ostatnio wpadła na wieczorny posiłek, jak zwykle podawany w ogrodzie. Ponieważ następnego dnia wyjeżdżałam poza Wrocław, mówię do kotki, bardzo zajętej pochłanianiem pasztecika:
- Lola, jutro rano wyjeżdżam. Jeśli przyjdziesz o 6.15 na śniadanko, to je dostaniesz. Pamiętaj, o 6.15 bądź na śniadaniu.
Resztę posiłków załatwiłam Loli u sąsiadki.

Następnego dnia rano wychodzę z domu i kogo widzę przy drzwiach? Lola pędzi z ogrodu! Jest 6.18 i to ja się spóźniłam. W dodatku umawiałam się z nią w ogrodzie, więc tam czekała. Szczęka mi opadła ze zdziwienia na taką punktualność! Zawsze przeczuwałam, że koty mają zegarki, ale nigdy żadnego swatcha na futrzastej łapce Loli nie widziałam!


                                                Właścicielka szwajcarskiego zegarka...

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pomysłowy Dobromir...

Wybrałam się z mężem do kina (nota bene na świetną Mission: Impossible Fallout). Tuż przed wejściem do Cinema City ogarnęły mnie wątpliwości...
Czy ja aby nie zamarznę w czasie seansu, bo w upalne dni klimatyzacja chłodzi  na maksa, a ja nie wzięłam sobie, jak mam w zwyczaju - szala na ramiona (byłam w bluzce z krótkimi rękawami). Chwila wahania, zastanawiam się nawet, czy nie zrezygnować z filmu, bo trzęsienie się z zimna psuje mi przyjemność oglądania. Andrzej chce pomóc:
- Nie masz czegoś w samochodzie, w bagażniku? Koca piknikowego, kurtki?
- Nieee, wszystko akurat wyjęłam. Kurtkę przeciwdeszczową woziłam, ale dwa dni temu zaniosłam do domu... Koca też nie.... Jedyne co wożę, to srebrną folię na przednią szybę, żeby się kierownica nie nagrzewała....
- To idę po tę  folię!
- ????????

Po chwili widzę męża wracającego do kina ze srebrną folią pod pachą. Ha! W sumie dało się pod nią wysiedzieć. Cieplutko jak pod kocykiem...

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Rozwój osobisty na kocią łapę

Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że praca nad sobą, rozwój osobisty mogą być wzorowane na kocim stylu życia. Przeczytałam mini-poradnik S. Garnier'a "Żyć jak kot - czyli jak nauczyć się odpuszczać, skupić się na tym, co najważniejsze i zadbać o swoje szczęście". Brzmi ciekawie?



Oto 11 kocich zasad, które streszczam z lektury, chociaż  w książce jest więcej rozdziałów. Uważam, że warto wdrożyć je do swego życia, nawet jeśli nie jesteś kociarzem:

1. Koty są wolne. Robią to, co same wybrały, co jest dla nich najlepsze. Robią, co chcą, czego pragną, potrzebują... Są niezależne. Nie potrzebują liderów, podwładnych, żadnych struktur życia w grupie... My działamy inaczej, jednak mimo wszystko warto zastanowić się nad rozległością naszych zależności od innych, próbować zachować niezależność w ważnych dla nas obszarach życia, zgodnie z naszymi wartościami.
2. Są obdarzone charyzmą, która wynika z ich sposobu bycia. Po prostu są sobą, nikogo nie udają, są szczere. Są naturalne i spontaniczne. Człowieku: wystarczy być!
3. Koty unikają konfliktów, stresu. Cenią sobie spokój, wygodę. Jedynie w sytuacji zagrożenia - np. najazdu ich terytorium zmuszają się do działania. Ale nie zawsze atakują wprost, czasem używają sztuczek zniechęcających intruza, nie wdając się w otwarty konflikt.
4. Kot jest asertywny, dba o swoje potrzeby, komfort. Jakże często my dajemy się uwikłać w działanie dla kogoś, w imię wyższego dobra, zaniedbując własne zdrowie, spokój, ciało. Koty potrafią powiedzieć "nie". Jeśli czegoś nie chcą, żadna siła ich do tego nie zmusi...
5. Kot kontempluje życie, żyje tu i teraz. Nie myśli, czy wczoraj złapał mysz i czy jutro złapie... Ceni swój dom i spokój w nim.
6. Kot akceptuje siebie takim jaki jest. Nikt nigdy nie spotkał chyba kota, który chciałby być... psem???? Kot jest szczęśliwy i dumny z tego, kim jest. Jest spójny i pełen harmonii. Nie przejmuje się tym, co myślą o nim inne koty, psy czy "człowieki"... JEST PEWNY SIEBIE. Czuje się swobodnie w każdej sytuacji. Oto cały sekret szczęśliwego życia.
7. Kot jest ciekawski. Każdy dzień wita od nowa, od nowa się nim zachwyca, poznaje, uczy. Kontempluje każdą chwilę swego bycia tu i teraz. Potrafi odpoczywać, zwalczać stres.
8. Umie delegować zadania. To umiejętność, której powinniśmy się od kotów uczyć!
9. Wybiera sobie otoczenie. Kocha swój dom, bez względu na to, jaki on jest. Wybiera sobie ludzi. Czy wiecie, że jesteśmy wypadkową 5 osób z którymi najczęściej mamy kontakt? A gdyby tak, jak kot, trochę tym posterować? Wybierać sobie przyjaciół, znajomych?
10. Jest wytrwały. Godzinami siedzi przy dziurze, by złapać mysz. Jest uparty i konsekwentny. Koncentruje się na tym, co najważniejsze w danej chwili dla niego.
11. Potrafi się bawić. Wystarczy patyk, sznurek - i jest fun. Cieszy się "byle czym"...







czwartek, 2 sierpnia 2018

Wino z kokainą, czyli czego można się dowiedzieć po lekturze kryminału...

Wakacyjny luz to i wakacyjne lektury. Wpadła mi w ręce książka pt. "Wybór Zygmunta" - o śledztwie prowadzonym w Watykanie przez... Zygmunta Freuda.

Myślałam, że fakty będą całkowicie zmyślone przez autora, nota bene pana Martigli, który z bankowca, w dość dojrzałym wieku, zamienił się w pisarza powieści kryminalnych. Nadzieja dla mnie - nigdy nie jest za późno, by wydać POWIEŚĆ :-)

Zaczęłam jednak sprawdzać fakty podane w powieści i wszystko się zgadzało - to, że Freud był w Rzymie, że panował wtedy miłościwie Leon XIII, który w kryminale zlecił mu delikatną misję. Nie będę opowiadać fabuły, ale pojawiają się tam wątki poboczne, które również zgadzają się z faktami historycznymi. Zaciekawiło mnie, że papież Leon XIII był wielbicielem wina z... kokainą. Nigdy o nim nie słyszałam, a istniało naprawdę!

Nazywało się Mariani, miało domieszkę koki, a Leon XIII był tak od niego uzależniony, że rekomendował wino swoim wizerunkiem w reklamie (patrz na lewo).
Wino wymyślił Korsykanin Angelo Mariani, ponoć farmaceuta, w 1863 roku i zaczął je sprzedawać. Do czerwonego wina z Bordeaux dodawał liście koki. Było podobno lekko gorzkie w smaku. Reklamy mówiły, że to napój dodający siły, energii, odwagi, pobudzający. Mariani wysyłał próbki wina lekarzom i oni przepisywali je pacjentom jako środek wzmacniający!
Alkohol ekstrahował z liści koki alkaloid - kokainę. Producent stosował niezłe proporcje, w 100 ml tego wina była to dość duża dawka, trunek od razu wprowadzał w stan euforii. Podobno encyklikę z 1891 r. - „Rerum novarum”papież  napisał "po spożyciu", ale mogą to być tylko plotki... Nie znam tej encykliki, ale wg skrótowego opisu jest to dzieło postulujące idee chrześcijańskiej polityki społecznej jako kontrę na marksizm i bezwzględny kapitalizm. 
Także inni wielcy tych czasów spożywali wino z kokainą wychwalając nadzwyczajne właściwości napoju. Tomasz Edison twierdził, że dzięki niemu może dłużej pracować. Pił je Rodin i pisarz H.G Wells. No i Zygmunt Freud, wracając do książki, która tę notkę zainspirowała. Freud napisał traktat "Ueber cola", w którym omawiał zastosowanie kokainy jako lekarstwa na różne dolegliwości. Zdaje się, że pisał go też "pod wpływem"... W liście do narzeczonej wyznawał, że bierze niewielkie dawki przeciwko depresji (sic!) i niestrawności. Kokainistą był również Sherlock Holmes, a z realnych postaci - Witkacy, Stevenson, który swoją powieścią "Doktor Jekyll i Mister Hyde" przyczynił się do złej sławy kokainy.

W 1914 roku wino Mariani zostało wycofane z rynku. Nie wiem dokładnie dlaczego, skoro kokaina
była już wtedy znana medycynie i stosowana np. jako środek znieczulający. Był też dostępny proszek na katar - Ryno's, składający się w 99,9% z czystej kokainy! Po nim pojawiły się tabletki do ssania. Napar z liści uważano za leczniczy dla astmatyków. Stosowany był w leczeniu syfilisu, rzeżączki, podagry i reumatyzmu. Żucie liści było sprawdzonym energetykiem, pozwalającym np. sportowcom na nowe osiągi. W Nowym Jorku doprawiano kokainą koktajle alkoholowe, lody, likiery.

W podobnym czasie (1891-1894) zaczęto produkować napój, który podbił świat i stał się cezurą cywilizacyjną: Coca-colę... Jak nazwa wskazuje - wiadomo, co zawierała. Jednak kokę też wycofano z tego napoju i stało się to już w latach 1901-1902. Ojcem coca-coli jest Pemberton, farmaceuta z Atlanty, który podobnie jak Mariani tworzył lecznicze mikstury oparte na kokainie.To on do wina z koką dodał ekstrakt z orzechów koli. Obawiał się jednak, że prohibicja w Atlancie odbierze mu zyski ze sprzedaży napoju alkoholowego, opracował zatem recepturę toniku bez alkoholu, a goryczkę koli i koki zamaskował cukrem. To on wymyślił nazwę coca-cola. Ale do ojcostwa przyznaje się jeszcze kilku innych wynalazców, w tym nawet Włosi...

Liście koki obrywa się z rośliny zwanej krasnodrzewem pospolitym. To roślina rosnąca w Andach, pomagająca znieść chorobę wysokościową, dodająca sił. Energetyk boliwijskich i peruwiańskich Indian, "złoto" Inków. Sekretem Marianiego było, że nie używał on liści koki o najwyższej zawartości kokainy, ale wybierał liście najbardziej aromatyczne, te z Kolumbii. Nie wyciskał ich, nie stosował chemikaliów, nie mielił ani nie gotował. Po prostu pozwalał, by dobre wino z Bordeaux zrobiło swoje...

wtorek, 10 lipca 2018

Pyton kontra troskliwa teściowa

Od dwóch dni media informują o znalezionej w Konstancinie-Jeziorna wylince prawie 6 metrowego pytona. Wzywa się mieszkańców  do ostrożności itp.

Moja poranna rozmowa z mamą, we Wrocławiu. Mama: - Słuchaj, w Warszawie jakiś pyton grasuje. Niech Andrzejek (czyli zięć) będzie ostrożny, nie chodzi nad rzekę, tak mówią w radiu, bo może być ten wąż głodny...
Ja, rozbawiona: - Ależ mamuś, Andrzejek pracuje na Starej Ochocie, nie w Konstancinie-Jeziorna!
Mama, z troską: - No ale gdzieś się z kolegami umawiał, żeby uważał!
Ja, nadal rozbawiona: - Dobrze, powiem mu...

Dzwonię do męża. Nadal rozbawiona: - Słuchaj, mama ci mówi, żebyś nie chodził nad rzekę, bo pyton grasuje.
Mąż: Nie chodzę nad rzekę, będę w Parku Szczęśliwickim, nie w Konstancinie...
Ja, łagodnie: - Wiem, ale powtarzam, bo mama się martwi.
Mąż, pocieszająco: - Powiedz mamie, że może mnie tu w biurze pyton nie dopadnie, bo na parterze ochrona jest!


poniedziałek, 9 lipca 2018

Dzieje pewnej korespondencji z 1997 roku....

Znalazłam w kompowym archiwum swój tekst z 1997 roku! Taka humoreska, która ma zaskakująco aktualne nadal brzmienie... Poczytajcie:


DZIEJE PEWNEJ KORESPONDENCJI...

Do miesięcznika porad intymnych „Twoje sekretne miejsce” nadszedł list od młodej czytelniczki, Kariny: „Mam jedenaście lat i już swoje sekretne miejsce. Ostatnio schowałam tam sobie cały zapas ulubionej gumy do rzucia (pisownia oryginalna, przyp. red.) o smaku truskawkowym. Niestety, ktoś mi ją ukradł. Nie wiem, kogo podejrzewać, ostatnio wkuwałam przyrodę z Jackiem z V B. Co robić?”
Red.: Droga Karino, obawiamy się, że Twoje sekretne miejsce nie jest zupełnie tożsame z sekretnym miejscem, o które chodzi redakcji. W sprawie zniknięcia cennego zapasu gumy do żucia (zwróć uwagę na pisownię „żucia”) radzimy napisać do tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro”. Nasza dobra rada: uważaj jednak na Jacka!

Do tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro” nadszedł anonimowy list: „Pisałam już do sekretnego miejsca, ale kazali mi do Was, bo znikła (pisownia oryginalna, przyp. red.) duża ilość cennej gumy (truskawka), nie piszę do czego, bo zrobię byka. Mam kłopoty z „rzuciem” i podejrzenia. Oszczegali (pisownia oryginalna, przyp. red.) mnie jednak przed Jackiem.”
 Red.: Droga, anonimowa Czytelniczko. Domyśliliśmy się, że przesłałaś nam zaszyfrowaną informację o aferze przemytniczej. Guma (truskawka) to prawdopodobnie narkotyki. Gość o pseudonimie „Jacek” jest nam skądinąd znany, spróbujemy własnymi kanałami poinformować służby specjalne (sekretne miejsce, które Ciebie zignorowało) o planowanym przerzucie. Dziękujemy za cynk.

List redakcji tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro” do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych / Szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej / Tajne / Poufne: „Szanowny XYGKEJK 74655   9384, redakcja „Tajemniczego Don Pedra” otrzymała cynk od anonimowego informatora z kręgów przestępczych (świadczy o tym nieporadna stylistyka i ortografia listu), o planowanym przerzucie nowego narkotyku (jakaś odmiana „ekstazy” o nazwie „truskawka”) via „Jacek”. Przesyłamy ów list do wglądu.”

Telegram szefa wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o kryptonimie XYGKEJK 74655 9384, przesłany redakcji „Tajemniczego Don Pedra”: „Gratuluję czujności. Zajmiemy się sprawą.”

Szyfrogram szefa wydziału w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych o znanym już kryptonimie - do szefa Urzędu Ochrony Państwa: ”Zenek, dostałem cynk  niby o przerzucie narkotyków, na szczęście ci durnie z „Tajemniczego Don Pedra” nie połapali się, że chodzi o papiery. Wcięło nasze akta z czerwonej teczki (truskawka). Przerzut do sekretnego miejsca załatwił „Jacek”. Jak my go nie załatwimy, to leżymy. Działaj!”

Zaszyfrowana odpowiedź z UOP-u brzmiała krótko: „Leżymy”.

Notatka prasowa: „W dniu dzisiejszym podał się do dymisji szef Urzędu Ochrony Państwa oraz szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej  w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Obaj zamieszani są w aferę słynnych już, truskawkowych teczek. W chwili obecnej trwa śledztwo, do którego włączyły się służby wywiadowcze i kontrwywiad.”

Karina, jedenastoletnia czytelniczka tygodnika porad intymnych „Twoje sekretne miejsce” po raz drugi napisała do ulubionej redakcji: „Kochana redakcjo, wszystko się odnalazło. Miałam jeszcze jedno sekretne miejsce i zapominałam, że tam schowałam swoją ulubioną gumę do żucia w dużych ilościach. Ale Jacek się obraził i wkuwa teraz przyrodę z Kaśką z V C.”
 Red.: A radziliśmy Ci, Karinko, żebyś na tego Jacka uważała!


sobota, 7 lipca 2018

Kibic

Taka sytuacja: trwa Mundial. Oglądamy akurat  mecz Belgia-Brazylia. Pijemy piwo (co nie jest bez znaczenia dla trzeźwego oglądu). W drugiej połowie meczu A. zwierza mi się nagle:
- Wiesz, ja kibicuję Australijczykom.
- Yyyyyyyyyy????

czwartek, 5 lipca 2018

Szlakiem Czarnej Madonny po Europie...

Przeczytałam (z trudem) sensacyjną książkę bardzo znanego polskiego pisarza, Remigiusza Mroza, pt. „Czarna Madonna”. Z trudem, bo wg mnie szkoda „ócz”, ale wątek religijno-mistyczno-artystyczny, dotyczący słynnego na cały świat wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, przypomniał mi o temacie, który intrygował mnie przed laty.

To przeszłe zainteresowanie tematem Czarnych Madonn było wynikiem lektury książek o Templariuszach, świętym Graalu, potem zaczytywania się w Danie Brownie itd. Wydaje się, że z antropologicznego punktu widzenia Czarna Madonna jest wizualizacją archetypu Bogini Matki. Różnie je nazywaliśmy przed tysiącami lat: Kali, Kybele, Artemida. Temat naprawdę fascynujący, nawet kilka podróży wyszło mi ich śladem - i o nich za chwilę...
 
Niejedna Czarna Madonna...
Chodzi tu o malarskie lub rzeźbiarskie przedstawienia Marii i Jezusa, na których oboje mają ciemną, wręcz czarną karnację skóry. Niektóre Czarne Madonny twarze i dłonie mają czarne, a ubrania kolorowe. Niektóre zaś są bizantyjskimi ikonami, dlatego ich cera na malowidle jest ciemna, bo zgodna z faktycznym kolorem skóry palestyńskich Żydów w I wieku n.e. Są też niektóre Madonny ciemne, ponieważ są wyrzeźbione z ciemnego drewna lub odlane w ciemnym metalu. Wiele takich „czarnych” przedstawień zostało zniszczonych podczas wojen religijnych, było ukrywanych. Niektóre wybielono na rozkaz urzędników kościelnych. 
W Europie jest mnóstwo takich wizerunków (mówi się nawet o liczbie pięciuset, 225 w Hiszpanii i tyleż we Francji!), większość jest otaczana czcią wiernych, wynikającą z cudownych właściwości, którymi te wizerunki słyną. Najczęściej ich pochodzenie objaśniają legendy, mówiące o cudownym ich pojawieniu się. Podobno ponad 30 wizerunków zostało stworzonych przez Łukasza Ewangelistę, inne zostały zesłane ludziom przez anioły lub samą Dziewicę Maryję. Wiele znaleziono w ziemi, w grotach, źródłach lub drzewach.
Jednym ze słynniejszych wizerunków Czarnej Madonny jest Matka Boska Częstochowska. Może być to dla niektórych nieco zaskakujące, ponieważ Kościół w Polsce unika używania tej nazwy w odniesieniu do obrazu z Jasnej Góry. Wielu badaczy sztuki utrzymuje nawet, że oblicze Marii i dzieciątka wcale nie jest czarne tylko ciemnobrązowe, a przyczyną tego koloru skóry jest okadzanie obrazu w dawnych wiekach dymem świec wotywnych. Ten właśnie nasz skarb narodowy jest tytułowym bohaterem powieści R. Mroza. Ale porzućmy książkę, moim zdaniem nie warto się nad nią pochylać, wróćmy do samej Madonny. Podczas moich podróży po Europie odwiedziłam (czasem przypadkiem, czasem z rozmysłem) trzy miejsca kultu Czarnej Madonny. Oto one:

TENERYFA (Wyspy Kanaryjskie)
Na Teneryfie sanktuarium Czarnej Madonny znajduje się w miejscowości Candelaria. Trafiłam tam przypadkiem, jeżdżąc po tej cudownej wyspie i odwiedzając wiele szalenie intrygujących, czy to pod względem archeologicznym, architektonicznym, przyrodniczym czy geologicznym, miejsc. Candelaria była po drodze. 
Bazylika i Królewskie Sanktuarium Maryjne Matki Bożej z Candelarii zostały zbudowane niedawno, w latach 1949–1959. Nie jest więc to zabytek architektury sakralnej, ale jest największą bazyliką Wysp Kanaryjskich i mieszka w niej patronka tych wysp, do której przybywają pielgrzymi, nawet z Ameryki Południowej i Karaibów. 
Piękna legenda mówi, że figurka została znaleziona przez pasterzy (Guanczów) w grocie przy plaży w 1392 r. W jednej ręce trzymała dziecko, w drugiej – zieloną święcę, stąd hiszpańska nazwa figury – Candelaria, bowiem w języku Guanczów nazywana była Chaxiraxi. Przestraszeni pasterze pobiegli zawiadomić o zdarzeniu księcia Acaimo, jednego z dziewięciu rządzących wyspą. Władca rozkazał im dostarczyć figurkę. Gdy pasterze unieśli posąg powróciły im siły, a wszelkie rany zabliźniły się. Rzeźba została umieszczona w grocie. Oddawano jej cześć jako Chaxiraxi, matce bogów. Guanczowie uważali figurkę za protektorkę lądu i morza. Czarny kolor skóry ma powiązanie z kolorem ziemi i to jest źródło jej niewyobrażalnej mocy.
Kiedy na wyspach pojawili się Hiszpanie (XVI w.) trafiła do zbudowanej (w 1562 r.) przez zakonników kaplicy, którą zniszczył później pożar. Madonna pomogła Hiszpanom nawrócić Guanczów na chrześcijaństwo. 
W roku 1826, podczas huraganu, morze porwało figurkę. Jej kopię wykonał Ferdynand Estevaz, oraz umieszczono ją we współczesnej, XX-wiecznej bazylice. Stoi w ołtarzu głównym, w przepysznych strojach. Zadziwia mnie umieszczenie dzieciątka w jej ręce – sprawia wrażenie, jakby miało zaraz wypaść… 
Udokumentowanych jest ponoć 65 cudów figurki. Co ciekawe, kolor jej twarzy czasami się zmienia… Raz w roku, 15 sierpnia (święto Wniebowzięcia Maryi) figurka jest ceremonialnie wynoszona w morze przez wybranego rybaka… Rytuały religijne zaczynają się już 14 sierpnia i z pewnością bardzo ciekawie jest być tam wtedy…
FRANCJA (Prowansja) 
Podobny rytuał wynoszenia figurki w morze panuje we urokliwej mieścince na południu Francji, w Saintes-Maries-de-la-Mer. Mieścinka mnóstwo ma atrakcji – jest kąpieliskiem Prowansji, bramą do unikatowego rezerwatu przyrody Camargue, miejscem corrid, w miejscowych restauracjach można zjeść steki z byka. 
Dla mnie największą atrakcją miasteczka był romański kościół warowny z XII w. skrywający mnóstwo tajemnic: Notre-Dame-de-la-Mer. 


Fantastyczne w nim jest też to, że można wejść na dach (jak na katedrę w Mediolanie...), a roztacza się stamtąd niebywały widok na morze:

 
Kościół jest celem pielgrzymek Romów z całego świata (zwłaszcza w dniu 24 maja). Przybywają tutaj, pielęgnując pewną chrześcijańską legendę. Otóż, około 40 lat po narodzinach Jezusa, trzy Marie – Jakubowa, Salome i Magdalena, oraz  Łazarz byli prześladowani w Jerozolimie. Wsadzeni w dziurawą łódkę bez żagla, skazani na pewną śmierć, dobili jednak do Francji. To miasteczko nazywa się teraz Les-Saintes-Maries-de-la-Mer. Tu działali jako pierwsi misjonarze. Maria Magdalena wyruszyła stąd dalej, by ewangelizować Marsylię, pozostałe Marie zostały w tym miejscu. 
Cyganie uważają, że ich księżniczka, Sara, miała wizję, że musi pomóc świętym, którzy byli obecni przy śmierci Jezusa. Kiedy zobaczyła łódź walczącą z falami rzuciła płaszcz na morze i pomogła trzem Mariom bezpiecznie dotrzeć do brzegu. Wkrótce stała się pierwszą nawróconą we Francji. Inna legenda głosi, że Sara jest córką Jezusa i Marii Magdaleny, świętym Graalem, skrywającym Jego krew. Jej figura, zwana Czarną Madonną, chociaż nie przedstawia Maryi, ubrana w obfite, zdobne szaty, znajduje się w krypcie kościoła i jest otaczana wielką czcią. 


Cyganie czcili niegdyś boginię Ishtari. Raz w roku nieśli jej statuę na ramionach do morza, aby otrzymać błogosławieństwo. Teraz Sara jest niesiona do morza.Każdego roku, w dniach 24-25 maja, wielki tłum europejskich Cyganów, turystów i lokalnych katolików gromadzi się, by przenosić figury Sary, Marii Salome i Maryi Jakubowej do wody, a następnie z powrotem do kościoła. Dopiero w 1935 r. Cyganie uzyskali pozwolenie na zanurzenie królowej w morzu.
Rytualne zanurzanie wizerunków świętych znane jest w wielu kulturach – np. Rzymianie kąpali tak boginię Kybele, a Hindusi – boginię Durgę…

HISZPANIA - Montserrat (Katalonia)
Spektakularnie położony klasztor Benedyktynów opiekuje się świętością Katalonii – Czarną Madonną z Montserrat - La Morenetą. Jest to figurka Madonny wykonana z drewna topoli, polichromowana, prawie metrowej wysokości. Obydwie postaci przystrojone są w złocone szaty i korony. W prawej dłoni Madonny znajduje się kula. Dzieciątko trzyma… ananasa.


Wokół pochodzenia figurki powstało wiele legend. Jedna z nich głosi, że po ukrzyżowaniu Chrystusa Katalończycy wysłali do Palestyny okręt z delegacją, której zadaniem było chronić Matkę Boską. Ta w podziękowaniu za ten gest obiecała wysłać do Katalonii jednego z apostołów, św. Piotra, który wziął ze sobą figurkę Maryi z Dzieciątkiem wyrzeźbioną przez Św. Łukasza za pomocą narzędzi podarowanych mu przez św. Józefa. Rzeźba była bezpieczna do czasu inwazji muzułmańskiej w VIII wieku.  Wtedy to ukryto ją w górach Montserrat.  Ponownie została odnaleziona przez pasterzy w roku 880. Chwilę tę poprzedziły cudowne wydarzenia. Kolejny cud nastąpił, kiedy biskup podjął decyzję o przeniesieniu jej do klasztoru w Manresie. Rzeźba nabrała nadnaturalnej wagi, co zinterpretowano jako chęć do pozostania w tamtejszych górach.
Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, chronioną szybą z pleksi, z wyciętym otworem, by móc pocałować lub dotknąć kuli, trzymanej przez Maryję, i zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze trzeba wejść na schody, bogato zdobione, tak że mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.

Wrocławski "czarny" akcent
To tylko trzy odwiedzone przeze mnie Czarne Madonny. Kiedy zgłębiałam temat, okazało się, że w wielu wizytowanych przeze mnie miejscach w Europie znajdują się takie wizerunki, ale nie byłam tego akurat wtedy świadoma. 
Na deser pokażę Wam bardzo tajemniczą rzeźbę Czarnej Madonny, która  mieszka w Kościele Garnizonowym św. Elżbiety (przy wrocławskim Rynku) – nie znalazłam nigdzie informacji, co to za posąg, z jakiego pochodzi okresu itp.:


Dopisek z dn. 10 lipca 2018: 
Ja to jakiś prorok jestem... Kilka dni (8 lipca) po tym, jak zajęłam się tematem Czarnej Madonny, miłościwie nam panujący premier podpisał na Jasnej Górze akt zawierzenia Polski Czarnej Madonnie: Jasna Góro, Czarna Madonno, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały" - mówił na pielgrzymce Radia Maryja Morawiecki. W religijnym uniesieniu zapomniał o rozdziale Kościoła od państwa, a swoich oponentów potraktował Sienkiewiczowską metaforą "podkopu pod Polską". Bogojczyźniany list od Kaczyńskiego odczytał Błaszczak, a od Dudy - jego minister. W takiej właśnie kolejności...

I teraz strach się bać. Innowiercy i ateiści - na stos???? 



sobota, 23 czerwca 2018

Polskie Stonehenge, czyli Odry


Trwa właśnie magiczny, pod wieloma względami, czas: zaczęło się astronomiczne lato (21 czerwca), czyli prasłowiańska noc Kupały już za nami. Z kolei wigilię dnia św. Jana (24 czerwca) od kilkunastu już lat przyjęło się celebrować, staropolskim zwyczajem rzucając wianki na wodę – jako noc świętojańską.

Korzystając więc z tej tematycznej okazji opowiem o niezwykłym miejscu, w którym można było obserwować letnie przesilenie – prehistorycznym obserwatorium astronomicznym w Odrach (Bory Tucholskie), które odwiedziłam tydzień temu. Wielu ezoteryków nazywa je polskim Stonehenge...

To tajemnicze miejsce kamiennych kręgów badane jest od kilkudziesięciu lat przez archeologów, astronomów, radiestetów, psychotroników i… ufologów. Hipotez naukowych i paranaukowych jest całe mnóstwo, niektóre są całkowicie ze sobą sprzeczne, nawet akademicy mają różne teorie na temat czasu powstania kręgów oraz kultur, które miałyby być ich budowniczymi. Niektórzy uważają to miejsce za portal czasoprzestrzenny, lądowisko kosmitów albo źródło emitowania nadzwyczajnej, nieznanej energii.

Od 1958 roku jest to prawie 20-hektarowy rezerwat przyrody i skupisko archeologiczne. Oprócz kręgów  są tu też bezcenne okazy przyrodnicze: porosty, okrywające głazy, które są przyrodniczym reliktem. Niektóre mogą liczyć sobie kilka tysięcy lat, co też przybliżyć może wiek samych kamieni.


Badania kręgów rozpoczęły się już w połowie XIX w., prawie sto lat później, w czasie II wojny światowej pieczę nad kamiennymi kręgami objęło SS i sam Himmler, ponieważ był nimi żywo zainteresowany jako miejscem kultury... pragermańskiej.

Kto zamieszkiwał Odry, kto stworzył kamienne kręgi i po co? Niektórzy naukowcy uważają, że kamienne koła stworzyli Goci, którzy przybyli na te ziemie ze Skandynawii w I w. n.e. Innym badaczom wydaje się jednak, że Goci wykorzystali już istniejące, dużo starsze siedlisko. Kolejna hipoteza, że kręgi są obserwatorium astronomicznym mającym 6000 lat jest także ciekawa.
Obecnie można tu obejść i podziwiać (nawet z wysokości podestu widokowego) 10 kompletnych kręgów i resztki dwóch. Same kręgi ułożone są z głazów nie tak wysokich jak w Stonehenge, mierzą maksymalnie 70 cm nad ziemią, ale i tak robią wrażenie. Szczególnie wielu gości pojawia się w Odrach właśnie w czasie przesilenia letniego i zimowego.
Ezoterycy uważają rezerwat za miejsce niezwykłej mocy. To ponoć normalne w miejscach takich jak to, gdyż spotyka się tu energia Ziemi i kosmosu.


Według informacji umieszczonej na tablicy w miejscu zwanym Elipsą (poza kręgami, do których, nota bene, nie wolno w rezerwacie wchodzić), teren ten emituje promieniowanie o wysokim natężeniu. Według skali Bovisa promieniowanie ciał fizycznych to 6500-10000 jednostek. Promieniowanie powyżej 50000 jednostek uznaje się za „boskie”. W Odrach zmierzono aż 120000 jednostek, co potwierdza wyjątkowość tego miejsca. I jeszcze jeden argument: radiesteci twierdzą, że przez teren kręgów w Odrach przebiegają linie geomantyczne, które łączą wszystkie miejsca mocy na Ziemi.
Ponadto rezerwat jest cmentarzyskiem z epoki wielbarskiej (II-III w n.e.) – znajdują się tu (w kręgach i obok nich)  kurhany różnej wielkości, w których swego czasu archeolodzy odkryli pochówki i złote przedmioty.
Wielu odwiedzających rezerwat przybywa tu własnie ze względu na zdrowotne właściwości natury. Spotkać tu można całe rodziny, niestety mimo zakazu wszyscy swobodnie wchodzą do kręgów, kładą się na kamieniach w centrum (nazywam je pępkiem), niszcząc porastające je tysiącletnie porosty i mchy... Można się tu wyciszyć, pomedytować - o ile nie będą przeszkadzać tłumy i kilkoro rozbrykanych dzieci, krzyczących na całe gardło z uciechy.
Szczególną estymą zwiedzających cieszy się największy z kręgów o 33-metrowej średnicy, promieniujący ponoć niebieską energią. Znany polski psychotronik Leszek Matela, autor m.in. książek „Polska magiczna. Przewodnik po miejscach mocy” zauważył, że w każdym kręgu z kamieni na obwodzie ku kamieniowi centralnemu (pępkowi) biegną nitki energii. Całość wygląda jak koło ze szprychami. 
I ja posiedziałam w Elipsie, odzyskując siły i poprawiając sobie samopoczucie. A może był to efekt chłonięcia piękna otoczenia: sosnowego lasu, który towarzyszy kręgom od 130 lat?
Polecam Odry nie tylko w czerwcu. Nadchodzą wakacje, może będziecie na Pomorzu – zajrzyjcie tutaj, warto.


wtorek, 12 czerwca 2018

Zimna wojna i życie na podsłuchu...

W sobotę (dzień po premierze) widziałam w kinie "Zimną wojnę". Mocne wrażenie (ogólnie dobre) zatarło się już w poniedziałek - zupełnie niechcący obejrzałam w tv film z 2006 roku - niemieckiej produkcji, "Życie na podsłuchu".

I czar "Zimnej wojny " prysł... Nie wiem dlaczego, skoro przedstawione w filmie czasy są inne (w polskim lata 1949-63, w niemieckim 1984-93 rok).  Łączy je historia miłosna, przerażające czasy inwigilacji obywateli (przez partię, Stasi - ogólnie mówiąc - system). 

Film Floriana Marii Georga Christiana Grafa Henckel von Donnersmarck (sic!) zdobył Oskara i kilka ważnych europejskich nagród filmowych, a reżyser był też autorem scenariusza. Nota bene urodzony w 1973 r. Donnersmarck opowiada historię z czasów swego dzieciństwa... Pogrzebałam trochę w necie i cóż znalazłam za smaczki! Florian ma 205 cm wzrostu, jego dziadek urodził się w moim rodzinnym Wrocławiu. Była to w ogóle arystokratyczna, śląska rodzina. 
Obsypany nagrodami film był pierwszym tak poważnym w dorobku reżysera. Nie chcę rozpisywać się o szczegółach fabuły - zachęcam do samodzielnego wyrobienia sobie opinii, ale film niemiecki zrobił na mnie dużo większe wrażenie. Przyćmił premierę "Zimnej wojny" w moim odczuciu - całkowicie. Czyżbym niepotrzebnie wydała kasę na bilet?

Pawlikowski jest podobnie jak Donnersmarck (współ)autorem scenariusza "Zimnej wojny", oraz także laureatem Oskara, chociaż za inny film, "Ida". Ale z jakiegoś powodu "Zimna wojna" wydaje mi się wtórna do "Życia na podsłuchu" i "Idy" właśnie... 
A Wy, co sądzicie?
 

poniedziałek, 28 maja 2018

Typy osobowości wg Eriksona a pieczenie szarlotki

Po lekturze książki T. Eriksona „Otoczeni przez idiotów” (autor brzmi jak marka telefonu komórkowego i też dotyczy komunikacji!) bawię się rozpoznawaniem typów osobowości wśród moich bliskich i znajomych.

Jeśli ktoś zna model DISC to w zasadzie rozpozna go w tej książce, gdyż podział zachowań wg typów osobowości jest identyczny, zastosowano po prostu inne określenia: kolorami. To co w DISC jest Dominującym typem tu jest kolorem Czerwonym, Inspirujący jest Żółtym, Stabilny i wspierający jest Zielonym, a tzw. Analityczny jest Niebieskim.

Samoświadomość to fundament samorozwoju, określiłam więc swój typ. Wyszło mi, że mam przewagę Żółtego. Może jest tam domieszka dwóch innych barw, w końcu jednokolorowi to tylko 3% populacji, ale szybko znalazłam potwierdzenie w podejściu do tak prostej czynności jak pieczenie szarlotki na garden party. Najpierw jednak opowiem, jak - moim zdaniem - zabierają się do tego inne kolory:

Czerwony - kupi ciasto w sklepie, cukierni lub poleci jego zrobienie komuś, kto potrafi piec. Jeśli zostanie zmuszony przez okoliczności do samodzielnego wykonania, zaplanuje to wcześniej i wykona na czas: dokładnie, jak każde zadanie, które rozpoczyna, bo akcja i skuteczność to jego żywioł. Jeśli zabraknie niespodziewanie jakiegoś składnika, wyśle na zakupy domownika (ale to raczej niemożliwe, by zabrakło, bo Czerwony jest dobrym organizatorem). W czasie pieczenia Czerwony będzie popędzał ciasto do rośnięcia, wykrzykując polecenia przed szybą i denerwując się, że ciasto robi to za wolno. Może otwierać i zamykać piekarnik, grozić wypiekowi obniżeniem temperatury i psioczyć na autora przepisu, producenta piekarników i dostawcę energii.

Niebieski - na dwa tygodnie przed garden party przeczyta przynajmniej trzy książki kucharskie o pieczeniu ciast. Ściągnie z internetu 20 różnych przepisów i przeanalizuje (najlepiej w Excelu) koszt, czasochłonność, oraz stosunek kosztów do jakości itp. Przez kolejne dwa dni będzie dokonywał wyboru tego jednego przepisu i kiedy mu się to uda, zrobi wreszcie listę zakupów. Będzie ją nosił w portfelu kolejny tydzień. Następnie zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej upiec drożdżowe, bo szarlotka może być nieodpowiednia na tę okazję. W efekcie ciasta na garden party upiec nie zdąży, bo nie podejmie żadnego działania. Także nie pofatyguje się do sklepu, by zakupić ciasto, bo przecież goście jakoś brak ciasta przeżyją. Nie przesadzajmy z tą gościnnością!

Zielony - pieczenie ciast ma opanowane, bo żyje po to, by dogadzać rodzinie i przyjaciołom. Upiecze wielką i smaczną szarlotkę oraz jeszcze dwa inne ciasta, żeby było miło. Sprawianie innym przyjemności jest jego żywiołem, a to, co zaplanuje przynajmniej dwa, trzy dni wcześniej, bo musi mieć czas, by zebrać potrzebne składniki, wykona dokładnie i z miłością. Jego potrawy są przepyszne, wyglądają jak małe dzieła sztuki, bo wkłada w nie całe swoje serce...

No i czas na mnie, oto jak działam jako Żółta. Na pomysł upieczenia ciasta wpadłam poprzedniego przed garden party dnia, o 23.00. Z internetu ściągnęłam pierwszy z brzegu przepis, nie przejmując się, że nie mam wszystkich składników, np. odpowiedniej ilości masła (tylko 10 dkg zamiast 25 dkg). W roli dodatkowego masła użyłam śmietany, bo moja babcia tak szarlotkę robiła (tyle z przepisu pamiętałam). Po jabłka w słoiku (mama robiła, Zielona) wysłałam (jestem też trochę Czerwona) do piwnicy męża (Niebiesko-Żółto-Czerwony) i zabrałam się do dzieła, dodając wspomnianą śmietanę, o której słowa nie było w przepisie. Podobnie jak o rodzynkach i płatkach migdałowych... Nie mogłam za długo czekać aż ciasto się schłodzi (miało być kruche, ale ja niecierpliwa jestem), więc wpakowałam je do piekarnika przykrywając jabłka ciastem łatami, bo masy kruchej było za mało na spód i wierzch (wszystkie składniki odmierzałam na tzw. oko). Upiekłam, podałam na deser na garden pasty, wymyślając oczywiście nową nazwę (łaciate), ale wszystkim smakowało. Niewiele go zostało, bo było małe...
Wyglądało tak po wyjęciu z piekarnika:


i na salaterce: