Od lat jestem opętana... żelazkową manią prześladowczą, co implikuje wiele różnych, czasem niebezpiecznych dla zdrowia (również moich bliskich) sytuacji.
Nie należę do kobiet, które planują z dobowym wyprzedzeniem, co będą jadły, robiły, albo jak będą wyglądały następnego dnia. To znaczy, jeśli jest to dzień powszedni jedynym pewnikiem jest to, że pójdę do pracy. Ale już to - w czym - wyjaśnia się rankiem każdego dnia, gdy miotam się przed szafą próbując wyłowić z niej coś sensownego. Gdy uda mi się namierzyć tekstylną ofiarę, pędzę z nią do prasowalni - i korzystam z żelazka.
Mimo wdrażania wielu technik zapamiętywania, po wyjściu z domu zawsze dręczy mnie pytanie, kierowane do inteligentniejszego "ja", które o poranku jeszcze smacznie śpi: czy wyłączyłaś żelazko? Skutek jest przeważnie jeden: wracam się (czasem jakieś 2-3 km, zależy jak daleko ujadę), otwieram drzwi, sprawdzam stan podłączenia żelazka, siadam na taborecie, liczę do 10-ciu (taki rytuał odczarowujący złą wróżbę wracania się), wychodzę, zamykam drzwi, jadę. Mniej więcej po tym samym dystansie znów opadają mnie wątpliwości, ale przekonując siebie: nie, idiotko, wracałaś się już - docieram wreszcie do pracy. Zawsze spóźniona. Często też wydzwaniam do męża prowadząc śledztwo, czy np. on przed wyjściem z domu sprawdzał wyłączenie żelazka. I nie ma dla mnie znaczenia to, że wyszedł godzinę przede mną...
Ponieważ Andrzej jest moim regularnym dostawcą dobrych rad, za jego namową kupiłam sobie telefon komórkowy z aparatem foto. Bo rada męża wyglądała tak: gdy coś prasuję i wyłączam wtyczkę, powinnam zrobić sobie zdjęcie telefonem. I wtedy gdy ogarną mnie jakiekolwiek wątpliwości, sprawdzę sobie stan bieżący na zdjęciu.
Pomysł był super, zakupiłam więc sprzęt ale... pojawiły się trudności. Np. zrobię zdjęcie, ale potem coś doprasowuję i zapominam zrobić zdjęcie numer dwa. I kicha, wracać się znów trzeba. Z czasem było coraz gorzej - w pośpiechu w ogóle zapominałam użyć aparatu, więc wszystko wróciło do normy - czyli schematu opisanego powyżej.
Kolejnym mądrym posunięciem było zakupienie żelazka z tzw. strażakiem. To bardzo pożyteczne i zmyślne ustrojstwo wyłącza grzałkę (czy co tam ono ma), gdy żelazko stoi w bezruchu. Eureka! Ale nie myślcie sobie, że odtąd mam spokój! Bo niby jest Ok - jest strażak, ale... Zawsze pojawiają się jakieś "ale": czy on działa poprawnie? A może własnie tym razem nie wyłączył żelazka? Te i podobne wątpliwości znów mnie ogarniają, więc wracam się, sprawdzam itd. Mimo zatem posiadania "strażaka" jestem w punkcie wyjścia, a żelazkowa mania prześladowcza ma się świetnie!
Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy wybraliśmy się daleko na urlop samochodem - do Chorwacji. Klucze do mieszkania zostawiliśmy przyjaciołom, którzy mieli podlewać kwiaty i karmić dochodzącego kota, Ryśka. Wyruszyliśmy rano, a przyjaciele mieli zajrzeć do mieszkania dopiero następnego dnia. Mnie, jak zwykle już po 2 km jazdy, więc jeszcze nieopodal domu ogarnęły liczne żelazkowe wątpliwości. Oliwy do ognia dolał Andrzej, gdyż stwierdził, że tego akurat nie sprawdzał, bo to ja miałam sprawdzić wszystkie wyłączenia w domu, on zajęty był przecież pakowaniem bagażnika.
No to pat, bo ja ufam tylko mężowi - jak mówi, że sprawdził, to nie ma problemu, bo mu wierzę bardziej niż sobie.... Chciałam więc wracać, ale reszta podróżnych zaprotestowała, że to zła wróżba. No to się nie wróciliśmy, ale robak niepewności (lub moje opętanie) zaczął drążyć mą duszę. I drążył przez jakieś 200 km, gdy wreszcie pękłam: w tajemnicy przed resztą wysłałam sms do przyjaciół z kluczami, z prośbą by podjechali natychmiast do naszego mieszkania i sprawdzili żelazko, bo mimo że ma funkcje strażaka jestem zaniepokojona jego ewentualnym niewyłączeniem.
Przez następne 200 km nic się nie działo, miałam już, jak to opętana - różne wizje: pożaru, płonącej deski do prasowania, ewakuacji sąsiadów i Ryśka itp. Siedziałam więc dziwnie smutna i milcząca w aucie, aż wreszcie za Wiedniem otrzymałam upragnioną informację, zwrotnego sms: "Żelazko było wyłączone. Czy włączyć? Teraz karmię kota."
Nota bene autorem tego sms był mąż przyjaciółki, który kiedyś, podczas wycieczki po Kaanie Galilejskiej (w której nie uczestniczył) wysłał żonie takiego smsa: Gosia, nie kupuj wody, kup wino! Cud może się już nie powtórzyć...
środa, 27 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Podróż niespełnionych życzeń, czyli szczytowanie na Zadziernej i przegapienie niezwykłego grobowca w smoczym mieście…
Moje ostatnie wyprawy są dowodem na to, że nie warto wyjeżdżać bez przygotowania. Dotyczy to, niestety, każdego wyjazdu - nawet takiego malutkiego, weekendowego, niedalekiego…
Przyjaciele zaprosili nas do wsi Bukówka koło Lubawki, gdzie spędzali dość samotnicze wczasy przy pięknym zbiorniku wodnym. Samotnicze, bo dwóch towarzyszących im nastolatków praktycznie nie opuszczało swego pokoju, w którym do bladego świtu przesiadywali przyspawani do kompa, tableta, smartfona itp. Na posiłkach młodzieńcy pojawiali się chmurnie milczący, mrużąc oczy od słonecznego blasku i wpychając sobie do ust kęsy jedzenia w takim tempie, jakby bili rekord swego pasażu jelitowego. Na wszelkie próby nawiązania kontaktu międzygalaktycznego odpowiadali monosylabami nie podnosząc nawet wzroku. Co to za nieszczęście ta młodość!
Zatem przybyliśmy jako weekendowa atrakcja i towarzyskie wsparcie dla pary, której połowica na dodatek właśnie złamała nogę, nosząc wędki za mężem…
Zanim jednak dotarliśmy do Bukówki zatrzymaliśmy się na uroczym ryneczku w
Podcienia Ryneczku w Lubawce
Lubawce. Prostokątny, ze zgrabnym ratuszem pośrodku i arkadami na jednej ścianie miał w sobie jakąś nostalgię dawnych czasów, słodkich lat 60-tych. Pod jedną z arkad wypatrzyłam „Fryzjera męskiego” i żartobliwie zaproponowałam Andrzejkowi wizytę, na co ów bardzo się ucieszył, i z oświadczeniem, że miał to właśnie w planie - pomknął pod jedną z arkad. Zajrzałam do maciupeńkiego wnętrza ”salonu”, a tam czarno-białe postery na ścianach, dwaj mistrzowie w białych kitlach, dwa stare fotele, białe fartuchy pod brodą klientów – świetne klimaty! (I muszę przyznać, że fryzura mężowska, mimo że już w tej chwili mało bujna, rzekłabym – z przewagą skóry, wygląda teraz bardzo rasowo! Może to był „przedwojenny mistrz”?).
W czasie gdy Jędrek się fryzował oglądałyśmy miasteczko, kręcąc się po Rynku. Nie trafiłyśmy więc do kościoła p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o wybitnie barokowym charakterze, wykazującym duże powinowactwo z klasztorem w niedalekim przecież Krzeszowie i artystami tam pracującymi: jest ołtarz dłuta J. Lachela, chrzcielnica z 1781 r., drewniana ambona z XVIII w. i zespół polichromowanych figur, oraz obrazy z XVII-XVIII w. (m.in. Felixa Antona Schefflera). No i masz, o tych skarbach wyczytałam dopiero po powrocie!
Podobnie zresztą jak o tym, że w Lubawce urodził się (w 1874 r.) znany (i świetny moim zdaniem) ekspresjonista niemiecki, Otto Muller. Malował głównie nagie, kąpiące się w rzece kobiety o cygańskiej urodzie (był pod wpływem legendy, którą wpoiła mu matka, że jest cygańskim dzieckiem.…), namalował m.in. tzw. Cygańską Madonnę. Klimat jego obrazów jest niesamowity: kobiety nakreślone niedbałą jakby kreską przeciągają się, leżą, stoją albo siedzą w swobodnych pozach, całkiem bez odzienia, w zielono-brązowym pejzażu z kawałkiem wody w tle. Popatrzcie sami na dwa wybrane przeze mnie:
Otto Muller obraz
Wybrałam właśnie takie, bo przeglądając teraz zdjęcia zrobione podczas wypadów zaczęłam szukać podobnych pejzaży, być może zapamiętanych przez Ottona z dzieciństwa (bo później kształcił się w odległym Berlinie, a zmarł w 1930 r. w „moim” Wrocławiu, w którym przez wiele lat był wykładowcą w Akademii Sztuk Pięknych). No i wydaje mi się, że coś tam da się przypasować, bo wokół Lubawki jest po prostu przepięknie!!!!!!!!!!!
Korona zbiornika
Gdy wreszcie dotarliśmy do przyjaciół w Bukówce było już wczesne popołudnie, udaliśmy się zatem na rekonesans już tylko po najbliższej okolicy. By zachęcić młodzieńców do ruszenia pup zabetonowanych w pokoju, ofiarowaliśmy im wielką atrakcję: spacer z wykrywaczem metali… Młodzież wzięła więc torbę sapera, my dobre humory, bo pogoda była przecudna. Efekty naszych łowów: chłopaki wreszcie rozruszały nogi, latając bez ładu i składu ze sprzętem po lesie, my za to zdobyliśmy fotograficzne trofea: dziewięćsiły
kwiat który daje moc!
(chronione kwiaty o właściwościach magiczno-leczniczych) oraz
Grzybobranie....
dwie garści grzybków, z których zrobiłam sos dla... 7 osób!!! (nota bene, mój talent kulinarny zaczyna mnie samą przerażać...).
Wieczorem panowie udali się na nocne wędkowanie nad przepiękne jezioro Bukówka, niczego jednak nie złowili, mimo że w dzień bezczelnie wylegiwały się tuż przy brzegu wypasione ryby wielkie na metr. Ja za to zrobiłam czarną focie z jakimiś świecącymi odblaskami. Robaczki świętojańskie? Niemożliwe. Gwiezdny pył? Może...
Następnego dnia (bo okazało się, że sos grzybowy przeżyliśmy wszyscy, hurrrrrrrrra...) zaplanowaliśmy zdobycie pobliskiego szczytu, zaliczanego do tzw. "korony Sudetów polskich" - Zadziernej (724 m).
Ostre podejście już na początku wspinaczki kazało się nam zastanowić nad sensem podejmowania aż tak wielkich życiowych wyzwań, bo raczej wszyscy jesteśmy Sybarytami. Ale głupio było nam ( przed młodzieżą) się wycofać, zwłaszcza, że wyciągnęliśmy ich tylko pod warunkiem, że będą mogli wziąć wykrywacz. Oczywiście sens jego używania na szczycie był mocno dyskusyjny, ale ponieważ młodzieńcy ochoczo targali torbę i nawet raźnie przebierali nogami, uznaliśmy, że takie małe oszustwo dobrze im zrobi. Praktycznie ani razu nie otworzyli nawet torby, zatem przebiegli się przez kilkukilometrowy dystans ze sporym balastem :-) Zadzierna została zdobyta - w strasznym skwarze, okupione to było wylaniem hektolitrów potu - słowo daje, nigdy nie zrozumiem Himalaistów... Ostatnie metry szliśmy jak w transie, ponieważ na ścieżce wyrastały nam grzyby, co nas tak oszołomiło, że nie wiedząc kiedy - byliśmy na szczycie. W dodatku z pieśnią na ustach, gdyż zaniepokojona odkrytym legowiskiem dzikiej zwierzyny darłam się jak opętana w misji zapewnienia bezpieczeństwa naszej grupce. Na szczycie byli inni turyści, których musiałam
widok z Zadziernej
serdecznie przeprosić za swoje szansonistyczne popisy.
Potem było już tylko coraz milej: schodziliśmy, a na końcu tej dość długiej trasy czekał gościniec z zimnym piwem. I gdzie tu niespełnione życzenie, zapytacie? Ha, zaraz opowiem: jak już byliśmy na dole, zajrzeliśmy do Stanicy pod Zadzierną, coby skorzystać z toalety. Rozmawiamy sobie z właścicielką tego przepięknego ośrodka, a ona nas pyta, czy wybieramy się na Zadzierną, bo to jest góra, która spełnia marzenia... Jak to, pytamy? Na co opowiada, jak się to robi - trzeba dostać się na szczyt (łatwizna, właśnie z niego wracamy...), wypowiedzieć tam życzenie, a ono się spełni...
No i widzicie, gdybym wiedziała, ze Zadzierna spełnia marzenia, coś bym tam sobie uszykowała. A tak - figa z makiem! Drugi cios w nos, z własnego zaniedbania, uffa!
Trzeci cios otrzymałam następnego dnia, bowiem w oczekiwaniu na obiad, który szykowała koleżanka ze złamaną nogą, poniosło nas do pobliskiego czeskiego miasta - Trutnov. Nazywane jest ono smoczym, bo z jego historią związana jest legenda o smoku - całkiem jak w naszym Krakowie. Tyle, że smoka zabili inaczej, chwytając go w pułapkę-klatkę, następnie obdarli ze skóry, która ponoć do dziś zdobi wejście do ratusza w ... Brnie. Trzeba będzie to sprawdzić.
Rynek w Trutnovie
Póki co Trutnov nas oczarował - Rynek to cacuszko, bo w odróżnieniu od Lubawki, podcieni jest tu bez liku na wszystkich 4 ścianach Rynku i w pobocznych uliczkach. Musiało to być bogate, kupieckie miasto kiedyś. Dziś kolorowo odremontowane kamieniczki, jak w Lubawce z XVI-XVIII wieku - po prostu zachwycają. Na Ratusz wspina się smoczysko -
smok Trutnovski
metalowy potomek tego pierwszego gada, a naprzeciw stoi fontanna - tzw. smocza studnia. Jest też posąg Józefa II i data 1866.
Nie wiedzieliśmy, co to za zdarzenie, aczkolwiek przed wjazdem do miasta jest info, że tu rozegrała się w tym wymienionym roku bitwa. Jaka? Braki w edukacji lokalnej, sprawdziłam to dopiero po powrocie - otóż miała tu miejsce bitwa austriacko-pruska, jedna z większych i znaczniejszych bitew całej wojny prusko-austriackiej.
Była to jedyna bitwa wygrana przez Austriaków, a zwycięskiemu marszałkowi Ludwigowi von Gablenz postawiono osobliwy pomnik-grobowiec-mauzoleum. Dwudziestometrowy obelisk z 1868 roku stoi na szczycie pobliskiego wzgórza Šibeník. Pusta w środku żeliwna wieża ze schodami prowadzącymi wewnątrz aż na wierzchołek jest od 1874 roku miejscem ostatniego spoczynku Gablenza. Ze szczytu obelisku rozciąga się piękny widok na cały Trutnov i okolicę.
No i ja, wielbicielka grobowców - nie dotarłam tam! Siedziałam na trutnovskim rynku i jak ten truteń piłam zimne czeskie piwo, zamiast wdrapać się na Sibenik. Uhhhhh.
Przyjaciele zaprosili nas do wsi Bukówka koło Lubawki, gdzie spędzali dość samotnicze wczasy przy pięknym zbiorniku wodnym. Samotnicze, bo dwóch towarzyszących im nastolatków praktycznie nie opuszczało swego pokoju, w którym do bladego świtu przesiadywali przyspawani do kompa, tableta, smartfona itp. Na posiłkach młodzieńcy pojawiali się chmurnie milczący, mrużąc oczy od słonecznego blasku i wpychając sobie do ust kęsy jedzenia w takim tempie, jakby bili rekord swego pasażu jelitowego. Na wszelkie próby nawiązania kontaktu międzygalaktycznego odpowiadali monosylabami nie podnosząc nawet wzroku. Co to za nieszczęście ta młodość!
Zatem przybyliśmy jako weekendowa atrakcja i towarzyskie wsparcie dla pary, której połowica na dodatek właśnie złamała nogę, nosząc wędki za mężem…
Zanim jednak dotarliśmy do Bukówki zatrzymaliśmy się na uroczym ryneczku w
Podcienia Ryneczku w Lubawce
Lubawce. Prostokątny, ze zgrabnym ratuszem pośrodku i arkadami na jednej ścianie miał w sobie jakąś nostalgię dawnych czasów, słodkich lat 60-tych. Pod jedną z arkad wypatrzyłam „Fryzjera męskiego” i żartobliwie zaproponowałam Andrzejkowi wizytę, na co ów bardzo się ucieszył, i z oświadczeniem, że miał to właśnie w planie - pomknął pod jedną z arkad. Zajrzałam do maciupeńkiego wnętrza ”salonu”, a tam czarno-białe postery na ścianach, dwaj mistrzowie w białych kitlach, dwa stare fotele, białe fartuchy pod brodą klientów – świetne klimaty! (I muszę przyznać, że fryzura mężowska, mimo że już w tej chwili mało bujna, rzekłabym – z przewagą skóry, wygląda teraz bardzo rasowo! Może to był „przedwojenny mistrz”?).
W czasie gdy Jędrek się fryzował oglądałyśmy miasteczko, kręcąc się po Rynku. Nie trafiłyśmy więc do kościoła p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o wybitnie barokowym charakterze, wykazującym duże powinowactwo z klasztorem w niedalekim przecież Krzeszowie i artystami tam pracującymi: jest ołtarz dłuta J. Lachela, chrzcielnica z 1781 r., drewniana ambona z XVIII w. i zespół polichromowanych figur, oraz obrazy z XVII-XVIII w. (m.in. Felixa Antona Schefflera). No i masz, o tych skarbach wyczytałam dopiero po powrocie!
Podobnie zresztą jak o tym, że w Lubawce urodził się (w 1874 r.) znany (i świetny moim zdaniem) ekspresjonista niemiecki, Otto Muller. Malował głównie nagie, kąpiące się w rzece kobiety o cygańskiej urodzie (był pod wpływem legendy, którą wpoiła mu matka, że jest cygańskim dzieckiem.…), namalował m.in. tzw. Cygańską Madonnę. Klimat jego obrazów jest niesamowity: kobiety nakreślone niedbałą jakby kreską przeciągają się, leżą, stoją albo siedzą w swobodnych pozach, całkiem bez odzienia, w zielono-brązowym pejzażu z kawałkiem wody w tle. Popatrzcie sami na dwa wybrane przeze mnie:
Otto Muller obraz
Wybrałam właśnie takie, bo przeglądając teraz zdjęcia zrobione podczas wypadów zaczęłam szukać podobnych pejzaży, być może zapamiętanych przez Ottona z dzieciństwa (bo później kształcił się w odległym Berlinie, a zmarł w 1930 r. w „moim” Wrocławiu, w którym przez wiele lat był wykładowcą w Akademii Sztuk Pięknych). No i wydaje mi się, że coś tam da się przypasować, bo wokół Lubawki jest po prostu przepięknie!!!!!!!!!!!
Korona zbiornika
Gdy wreszcie dotarliśmy do przyjaciół w Bukówce było już wczesne popołudnie, udaliśmy się zatem na rekonesans już tylko po najbliższej okolicy. By zachęcić młodzieńców do ruszenia pup zabetonowanych w pokoju, ofiarowaliśmy im wielką atrakcję: spacer z wykrywaczem metali… Młodzież wzięła więc torbę sapera, my dobre humory, bo pogoda była przecudna. Efekty naszych łowów: chłopaki wreszcie rozruszały nogi, latając bez ładu i składu ze sprzętem po lesie, my za to zdobyliśmy fotograficzne trofea: dziewięćsiły
kwiat który daje moc!
(chronione kwiaty o właściwościach magiczno-leczniczych) oraz
Grzybobranie....
dwie garści grzybków, z których zrobiłam sos dla... 7 osób!!! (nota bene, mój talent kulinarny zaczyna mnie samą przerażać...).
Wieczorem panowie udali się na nocne wędkowanie nad przepiękne jezioro Bukówka, niczego jednak nie złowili, mimo że w dzień bezczelnie wylegiwały się tuż przy brzegu wypasione ryby wielkie na metr. Ja za to zrobiłam czarną focie z jakimiś świecącymi odblaskami. Robaczki świętojańskie? Niemożliwe. Gwiezdny pył? Może...
Następnego dnia (bo okazało się, że sos grzybowy przeżyliśmy wszyscy, hurrrrrrrrra...) zaplanowaliśmy zdobycie pobliskiego szczytu, zaliczanego do tzw. "korony Sudetów polskich" - Zadziernej (724 m).
Ostre podejście już na początku wspinaczki kazało się nam zastanowić nad sensem podejmowania aż tak wielkich życiowych wyzwań, bo raczej wszyscy jesteśmy Sybarytami. Ale głupio było nam ( przed młodzieżą) się wycofać, zwłaszcza, że wyciągnęliśmy ich tylko pod warunkiem, że będą mogli wziąć wykrywacz. Oczywiście sens jego używania na szczycie był mocno dyskusyjny, ale ponieważ młodzieńcy ochoczo targali torbę i nawet raźnie przebierali nogami, uznaliśmy, że takie małe oszustwo dobrze im zrobi. Praktycznie ani razu nie otworzyli nawet torby, zatem przebiegli się przez kilkukilometrowy dystans ze sporym balastem :-) Zadzierna została zdobyta - w strasznym skwarze, okupione to było wylaniem hektolitrów potu - słowo daje, nigdy nie zrozumiem Himalaistów... Ostatnie metry szliśmy jak w transie, ponieważ na ścieżce wyrastały nam grzyby, co nas tak oszołomiło, że nie wiedząc kiedy - byliśmy na szczycie. W dodatku z pieśnią na ustach, gdyż zaniepokojona odkrytym legowiskiem dzikiej zwierzyny darłam się jak opętana w misji zapewnienia bezpieczeństwa naszej grupce. Na szczycie byli inni turyści, których musiałam
widok z Zadziernej
serdecznie przeprosić za swoje szansonistyczne popisy.
Potem było już tylko coraz milej: schodziliśmy, a na końcu tej dość długiej trasy czekał gościniec z zimnym piwem. I gdzie tu niespełnione życzenie, zapytacie? Ha, zaraz opowiem: jak już byliśmy na dole, zajrzeliśmy do Stanicy pod Zadzierną, coby skorzystać z toalety. Rozmawiamy sobie z właścicielką tego przepięknego ośrodka, a ona nas pyta, czy wybieramy się na Zadzierną, bo to jest góra, która spełnia marzenia... Jak to, pytamy? Na co opowiada, jak się to robi - trzeba dostać się na szczyt (łatwizna, właśnie z niego wracamy...), wypowiedzieć tam życzenie, a ono się spełni...
No i widzicie, gdybym wiedziała, ze Zadzierna spełnia marzenia, coś bym tam sobie uszykowała. A tak - figa z makiem! Drugi cios w nos, z własnego zaniedbania, uffa!
Trzeci cios otrzymałam następnego dnia, bowiem w oczekiwaniu na obiad, który szykowała koleżanka ze złamaną nogą, poniosło nas do pobliskiego czeskiego miasta - Trutnov. Nazywane jest ono smoczym, bo z jego historią związana jest legenda o smoku - całkiem jak w naszym Krakowie. Tyle, że smoka zabili inaczej, chwytając go w pułapkę-klatkę, następnie obdarli ze skóry, która ponoć do dziś zdobi wejście do ratusza w ... Brnie. Trzeba będzie to sprawdzić.
Rynek w Trutnovie
Póki co Trutnov nas oczarował - Rynek to cacuszko, bo w odróżnieniu od Lubawki, podcieni jest tu bez liku na wszystkich 4 ścianach Rynku i w pobocznych uliczkach. Musiało to być bogate, kupieckie miasto kiedyś. Dziś kolorowo odremontowane kamieniczki, jak w Lubawce z XVI-XVIII wieku - po prostu zachwycają. Na Ratusz wspina się smoczysko -
smok Trutnovski
metalowy potomek tego pierwszego gada, a naprzeciw stoi fontanna - tzw. smocza studnia. Jest też posąg Józefa II i data 1866.
Nie wiedzieliśmy, co to za zdarzenie, aczkolwiek przed wjazdem do miasta jest info, że tu rozegrała się w tym wymienionym roku bitwa. Jaka? Braki w edukacji lokalnej, sprawdziłam to dopiero po powrocie - otóż miała tu miejsce bitwa austriacko-pruska, jedna z większych i znaczniejszych bitew całej wojny prusko-austriackiej.
Była to jedyna bitwa wygrana przez Austriaków, a zwycięskiemu marszałkowi Ludwigowi von Gablenz postawiono osobliwy pomnik-grobowiec-mauzoleum. Dwudziestometrowy obelisk z 1868 roku stoi na szczycie pobliskiego wzgórza Šibeník. Pusta w środku żeliwna wieża ze schodami prowadzącymi wewnątrz aż na wierzchołek jest od 1874 roku miejscem ostatniego spoczynku Gablenza. Ze szczytu obelisku rozciąga się piękny widok na cały Trutnov i okolicę.
No i ja, wielbicielka grobowców - nie dotarłam tam! Siedziałam na trutnovskim rynku i jak ten truteń piłam zimne czeskie piwo, zamiast wdrapać się na Sibenik. Uhhhhh.
środa, 13 sierpnia 2014
Perseidy, Lola i katar sienny
Ta noc miała być pełna gwiezdnych fajerwerków - Perseidy znaczy przechodzą w pobliżu, i dobrze je widać, jak doniosły media, między 1.00 a 4.00 w nocy.
1. 00. Zaopatrzeni więc w zapałki (coby powieki sobie podpierać) i butelkę winopochodnego napoju różowego o smaku grejpfrutowym, uprzednio dobrze schłodzonego, zaudaliśmy się na osobisty taras. Rozsiedliśmy się w fotelach. Lornetki, aparaty, kamery - rozstawione. Wino nalane. Oczy szeroko otwarte na północną stronę, gdzie według pewnej popularnej aplikacji na telefon, pokazującej gwiazdy - miały nadlecieć perseidowe pociski. Czekamy. Pierwsza godzina już minęła, niebo niezbyt czarne - tu latarnia, tam latarnia, dach sąsiadów, wystająca lukarna – Perseid ani widu. Pijemy wino (z braku lepszego zajęcia dla dłoni).
1.30. Postanawiamy zejść jednak (z I p.) do ogrodu. Zabieramy kieliszki, aparaty, kamery, statywy, lornetki, odgrzebujemy ze schowka latarkę – i wychodzimy. Tuż przy ogrodowej furtce wita nas zadowolona bardzo z naszej obecności (będzie żarcie, albo zabawa!) rezydentka naszego ogrodu, czyli Lola. Kocia asystentka towarzyszy nam do ławki, na której rozkładamy: wino, aparat, kamerę, lornetkę, telefon. Ustawiamy się (i ławkę) przodem do kierunku jazdy (perseidowej). Czekamy. Nadal nic nie widać.
1.45. Pijemy wino. Księżyc raz za chmurami, to znów jak przez mgłę. Andrzej widzi (chyba) 1 (słownie: jedną) Perseidę. Lola pcha mu się na kolana, ociera o brzuch, statyw aparatu, gryzie pasek. Pierwsze kichnięcie mojego „kociego” alergika.
1.50. Nie wiem, czy mam omamy, ale widzę kilka bardzo szybko migocących błysków, na granicy wzroku, z różnych stron (a nie z tej, wskazanej przez pewną bardzo popularną aplikację na telefon). Słyszę kilka kichnięć Andrzeja, próbującego pozbyć się z kolan Lolki, która okupuje go, nie zwracając kompletnie uwagi na moje zaproszenia do miziania.
1.55. Kończy się nam wino i… chusteczki higieniczne. Andrzej smarka, kicha, smarka. Zarządzam perseidowy odwrót: zabieramy kamerę, aparat, statyw, lornetkę, pustą butelkę po winie, zostawiamy Lolę, bardzo zawiedzioną. Wchodzimy do domu. Proponuje natychmiastowy wyjazd samochodem poza miasto, by kontynuować obserwacje nieba, ale Andrzej tylko odmownie kręci głową (między kichnięciami).
2.30. Ktoś w domu strasznie kicha, smarka, kicha, smarka…. Ja robię przetwór ze śliwek (i tak nie zasnę, gdy ON ma atak kataru siennego…).
3.00. Idziemy wreszcie spać.
6.45. Wstaję do roboty. W radiu mówią, że jeszcze przez 2 dni będzie można oglądać perseidowy spektakl na niebie. Andrzej oświadcza, że dzisiaj już gwiazd w nocy nie będzie oglądał. Aaaaaaaaaaapsik!
11.00 Jem śniadanie w fabryce. Ze śliwkowym przetworem nocnym. Taka przynajmniej korzyść z przelatujących Perseid!
1. 00. Zaopatrzeni więc w zapałki (coby powieki sobie podpierać) i butelkę winopochodnego napoju różowego o smaku grejpfrutowym, uprzednio dobrze schłodzonego, zaudaliśmy się na osobisty taras. Rozsiedliśmy się w fotelach. Lornetki, aparaty, kamery - rozstawione. Wino nalane. Oczy szeroko otwarte na północną stronę, gdzie według pewnej popularnej aplikacji na telefon, pokazującej gwiazdy - miały nadlecieć perseidowe pociski. Czekamy. Pierwsza godzina już minęła, niebo niezbyt czarne - tu latarnia, tam latarnia, dach sąsiadów, wystająca lukarna – Perseid ani widu. Pijemy wino (z braku lepszego zajęcia dla dłoni).
1.30. Postanawiamy zejść jednak (z I p.) do ogrodu. Zabieramy kieliszki, aparaty, kamery, statywy, lornetki, odgrzebujemy ze schowka latarkę – i wychodzimy. Tuż przy ogrodowej furtce wita nas zadowolona bardzo z naszej obecności (będzie żarcie, albo zabawa!) rezydentka naszego ogrodu, czyli Lola. Kocia asystentka towarzyszy nam do ławki, na której rozkładamy: wino, aparat, kamerę, lornetkę, telefon. Ustawiamy się (i ławkę) przodem do kierunku jazdy (perseidowej). Czekamy. Nadal nic nie widać.
1.45. Pijemy wino. Księżyc raz za chmurami, to znów jak przez mgłę. Andrzej widzi (chyba) 1 (słownie: jedną) Perseidę. Lola pcha mu się na kolana, ociera o brzuch, statyw aparatu, gryzie pasek. Pierwsze kichnięcie mojego „kociego” alergika.
1.50. Nie wiem, czy mam omamy, ale widzę kilka bardzo szybko migocących błysków, na granicy wzroku, z różnych stron (a nie z tej, wskazanej przez pewną bardzo popularną aplikację na telefon). Słyszę kilka kichnięć Andrzeja, próbującego pozbyć się z kolan Lolki, która okupuje go, nie zwracając kompletnie uwagi na moje zaproszenia do miziania.
1.55. Kończy się nam wino i… chusteczki higieniczne. Andrzej smarka, kicha, smarka. Zarządzam perseidowy odwrót: zabieramy kamerę, aparat, statyw, lornetkę, pustą butelkę po winie, zostawiamy Lolę, bardzo zawiedzioną. Wchodzimy do domu. Proponuje natychmiastowy wyjazd samochodem poza miasto, by kontynuować obserwacje nieba, ale Andrzej tylko odmownie kręci głową (między kichnięciami).
2.30. Ktoś w domu strasznie kicha, smarka, kicha, smarka…. Ja robię przetwór ze śliwek (i tak nie zasnę, gdy ON ma atak kataru siennego…).
3.00. Idziemy wreszcie spać.
6.45. Wstaję do roboty. W radiu mówią, że jeszcze przez 2 dni będzie można oglądać perseidowy spektakl na niebie. Andrzej oświadcza, że dzisiaj już gwiazd w nocy nie będzie oglądał. Aaaaaaaaaaapsik!
11.00 Jem śniadanie w fabryce. Ze śliwkowym przetworem nocnym. Taka przynajmniej korzyść z przelatujących Perseid!
wtorek, 12 sierpnia 2014
Średniowieczne mury, gotyckie freski, mistyczny owoc Żydów i… śliwki,czyli Szydłów
Podróż przez Świętokrzyskie to właściwie wycieczka w naszą narodową przeszłość, ponieważ tu gdzieś znajduje się matecznik polskości (i PiS-u przy okazji, hm…). Wszędzie w regionie natkniemy się na ślady obecności np. polskich królów. To dla mnie bardzo ekscytujące, gdyż na Dolnym Śląsku, gdzie mieszkam, w opowieściach z przeszłości owszem są Piastowie śląscy, ale zbyt często pojawiają się też nazwiska zaczynające się od von…
W drodze z Kielc do Sandomierza (odwiedzonego w poprzednim poście) mijaliśmy Szydłów. Postanowiliśmy zerknąć na kolejne polskie Carcassonne (pierwsze już też opisywałam na tym blogu – śląski Paczków), bo zawsze chętni jesteśmy na zatrzymanie samochodu i zaczerpnięcie lokalnego powietrza, nasyconego historią. To mi wygląda na poważny i nieuleczalny nałóg…
Dlaczego polskie Carcassonne?
Niepozorna wieś (miastem była w latach 1329-1869) okazała się wyposażona w ruiny zamku królewskiego i resztki fortyfikacji obronnych autorstwa samego specjalisty od Polski murowanej - Kazimierza Wielkiego! Miały swój cel: wchodziły w skład królewskiego systemu obrony kraju. XIV-wieczne mury zachowały się na długości ok. 700 m z przepiękną bramą.
Natomiast po zamku zostały 4 ściany, jest to za to miejsce malowniczych turniejów, gdyż w Szydłowie prężnie działa Bractwo Rycerskie.
Szydłów ma piękną historię – od początku swego istnienia (pierwsze wzmianki już w XII w.) był własnością królewską. Prawa miejskie nadał wsi na początku XIV w. Władysław Łokietek, a w połowie tego samego wieku Kaziu Wielki wybudował tu warowny zamek i potężne mury obronne z 3 bramami, dzięki którym Szydłów nazywany jest polskim Carcassonne. Mury wraz z Bramą Krakowską są obecnie starannie odrestaurowane i wdzięcznie pozują do zdjęć...
Miasto miało korzystne w dawnych czasach położenie na szlaku pątniczym (z Sandomierza do Tyńca – i dalej do Santiago di Compostela) oraz handlowym, z którego czerpało dochody: za tranzyt wina, chmielu oraz stad bydła. Rozwijało się tu rzemiosło, np. w XVI w. miasto słynęło z produkcji sukna. Był to też czas, gdy w mieście osiedlali się licznie Żydzi. Kupcy żydowscy zostali nawet pod koniec XVI w. zrównani w prawach z chrześcijańskimi. Po tej dość licznej gminie (ok. 30% mieszkańców) pozostały konkretne pamiątki: XVI-wieczna synagoga (jedna z najstarszych w Polsce) z zachowanym Aron ha-kodesz (to szafa ołtarzowa do przechowywania zwojów Tory – tu rzeźbiona w kamieniu), macewy z pobliskiego kirkutu (przeniesione), oraz liczne judaika, eksponowane w gablotach wewnątrz świątyni. Wśród nich dostrzegłam srebrne naczynie na etroga.
Od dawna fascynuje mnie tradycja i kultura żydowska, więc teraz sobie pogalopuję w tym kierunku, bo jak mnie coś zaintryguje, to koniec. Czytelnicy o ściślejszych mózgach mogą swobodnie ominąć ten fragment.
Mistyczny owoc Żydów
Etrog to rodzaj cytrusa, przez wiele wieków symbol judaizmu. Podobny nieco do cytryny, a jednak całkiem inny. Dla Żydów to superważny owoc używany do obrzędów religijnych w czasie święta Sukkot. Do jego przechowywania wtedy (to jakieś 7-8 dni w roku) służą specjalne naczynia, które chronią etrog przed utratą koszerności.
Zgodnie z jedną z interpretacji talmudycznych (komentarze do Tory), to właśnie etrog, a nie jabłko, był zakazanym owocem zerwanym przez Ewę w Raju... Poszukując informacji na temat etroga dotarłam do strony gminy żydowskiej w Polsce, na której felietonista, Tomek Krakowski, opisywał długą tradycję hodowania w Izraelu etrogów oraz używania ich w obrzędach (od I w. p.n.e.), oraz skomplikowany proces zakupu właściwego egzemplarza. "Kabała mówi, że etrog jest jak serce człowieka. To nie tylko skóra, miąższ, pestki i trochę soku. Całe święto Sukot ma związek z wodą, która w tym czasie jest sądzona, a jaki etrog - tyle wody. Woda to dla Żydów wszystko, co najbliższy rok przyniesie: pieniądze, powodzenie, zaszczyty... Pobożny Żyd musi więc starannie wybierać owoc. Czekają go godziny z lupą przy straganach, noce nad księgami, czytanie opinii, sugestii i zaleceń, spisanych przez wielkich rabinów i cadyków przez ostatnie dwieście lat…"
To dlatego, gdy wygoogluje się „obrazy dla etrog”, pojawiają się m.in. focie panów z pejsami, trzymających w dłoniach wielką, pomarszczoną ala cytrynę i przyglądających się jej przez lupę… Gdy Żydzi zostali wypędzeni z Izraela, hodowla etrogów upadła. Wtedy zaczęto je dla nich hodować na… Korfu! (no i niech mi ktoś powie, że nic tu się z niczym nie łączy). Jednak Grecy poszli na łatwiznę: szczepili etrogi na drzewach cytrynowych (bo to wszystko są, jak wspomniałam, cytrusy), więc Żydzi przez kilka wieków mieli temat do dywagacji: Czy etrog z Korfu jest koszerny? Ile jest etrogu, a ile cytryny w etrogu z Korfu? Dziś większość etrogów pochodzi z Izraela oraz z… Kalabrii.

Wybieranie etroga..
Czy wiecie, że ten owoc może kosztować nawet 150 dolarów za sztukę??? Po święcie można z niego zrobić marmoladę i spożyć. Na surowo jednak miąższ jest niesmaczny, ze skórki robi się natomiast kandyzowany dodatek do ciast. Są też etrogowe perfumy. Prrrrrrrrrrrrr, no to wracam do Szydłowa.
Gotyckie freski
W kościele p.w. Św. Ducha, położonym poza murami miasta, prawdopodobnie najstarszym, którego historia sięga początków miasta – odkryto na ścianach gotyckie polichromie. Byliśmy we wnętrzu, jednak zdjęć robić nie było można, bo trwa restauracja fresków, wykonywana przez samotnie pracująca panią doktor z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Freski są przepiękne, kolorowe, przedstawiają sceny Nowego Testamentu. Unikat.
Śliwkowa wieś
No i na koniec powrót do owoców – ale nie o etrogu będzie, a o śliwce. 1000 sadów śliwkowych, znajdujących się w okolicach wsi to nie przelewki – dlatego właśnie Szydłów nazywany jest stolicą polskiej śliwki! W sierpniu są tu śliwkowe dni i wydarzenia, niestety, nie załapaliśmy się. Nie spróbowaliśmy też lokalnej śliwki, pojechaliśmy dalej, bo wszak Szydłów nie był celem naszej wyprawy. Warto było jednak się tu zatrzymać!
Aż szalenie trudno mi teraz rozstrzygnąć, któremu miastu bardziej należy się etykieta "polskie Carcassonne": Paczkowowi czy Szydłowowi...
W drodze z Kielc do Sandomierza (odwiedzonego w poprzednim poście) mijaliśmy Szydłów. Postanowiliśmy zerknąć na kolejne polskie Carcassonne (pierwsze już też opisywałam na tym blogu – śląski Paczków), bo zawsze chętni jesteśmy na zatrzymanie samochodu i zaczerpnięcie lokalnego powietrza, nasyconego historią. To mi wygląda na poważny i nieuleczalny nałóg…
Dlaczego polskie Carcassonne?
Niepozorna wieś (miastem była w latach 1329-1869) okazała się wyposażona w ruiny zamku królewskiego i resztki fortyfikacji obronnych autorstwa samego specjalisty od Polski murowanej - Kazimierza Wielkiego! Miały swój cel: wchodziły w skład królewskiego systemu obrony kraju. XIV-wieczne mury zachowały się na długości ok. 700 m z przepiękną bramą.
Natomiast po zamku zostały 4 ściany, jest to za to miejsce malowniczych turniejów, gdyż w Szydłowie prężnie działa Bractwo Rycerskie.
Szydłów ma piękną historię – od początku swego istnienia (pierwsze wzmianki już w XII w.) był własnością królewską. Prawa miejskie nadał wsi na początku XIV w. Władysław Łokietek, a w połowie tego samego wieku Kaziu Wielki wybudował tu warowny zamek i potężne mury obronne z 3 bramami, dzięki którym Szydłów nazywany jest polskim Carcassonne. Mury wraz z Bramą Krakowską są obecnie starannie odrestaurowane i wdzięcznie pozują do zdjęć...
Miasto miało korzystne w dawnych czasach położenie na szlaku pątniczym (z Sandomierza do Tyńca – i dalej do Santiago di Compostela) oraz handlowym, z którego czerpało dochody: za tranzyt wina, chmielu oraz stad bydła. Rozwijało się tu rzemiosło, np. w XVI w. miasto słynęło z produkcji sukna. Był to też czas, gdy w mieście osiedlali się licznie Żydzi. Kupcy żydowscy zostali nawet pod koniec XVI w. zrównani w prawach z chrześcijańskimi. Po tej dość licznej gminie (ok. 30% mieszkańców) pozostały konkretne pamiątki: XVI-wieczna synagoga (jedna z najstarszych w Polsce) z zachowanym Aron ha-kodesz (to szafa ołtarzowa do przechowywania zwojów Tory – tu rzeźbiona w kamieniu), macewy z pobliskiego kirkutu (przeniesione), oraz liczne judaika, eksponowane w gablotach wewnątrz świątyni. Wśród nich dostrzegłam srebrne naczynie na etroga.
Od dawna fascynuje mnie tradycja i kultura żydowska, więc teraz sobie pogalopuję w tym kierunku, bo jak mnie coś zaintryguje, to koniec. Czytelnicy o ściślejszych mózgach mogą swobodnie ominąć ten fragment.
Mistyczny owoc Żydów
Etrog to rodzaj cytrusa, przez wiele wieków symbol judaizmu. Podobny nieco do cytryny, a jednak całkiem inny. Dla Żydów to superważny owoc używany do obrzędów religijnych w czasie święta Sukkot. Do jego przechowywania wtedy (to jakieś 7-8 dni w roku) służą specjalne naczynia, które chronią etrog przed utratą koszerności.
Zgodnie z jedną z interpretacji talmudycznych (komentarze do Tory), to właśnie etrog, a nie jabłko, był zakazanym owocem zerwanym przez Ewę w Raju... Poszukując informacji na temat etroga dotarłam do strony gminy żydowskiej w Polsce, na której felietonista, Tomek Krakowski, opisywał długą tradycję hodowania w Izraelu etrogów oraz używania ich w obrzędach (od I w. p.n.e.), oraz skomplikowany proces zakupu właściwego egzemplarza. "Kabała mówi, że etrog jest jak serce człowieka. To nie tylko skóra, miąższ, pestki i trochę soku. Całe święto Sukot ma związek z wodą, która w tym czasie jest sądzona, a jaki etrog - tyle wody. Woda to dla Żydów wszystko, co najbliższy rok przyniesie: pieniądze, powodzenie, zaszczyty... Pobożny Żyd musi więc starannie wybierać owoc. Czekają go godziny z lupą przy straganach, noce nad księgami, czytanie opinii, sugestii i zaleceń, spisanych przez wielkich rabinów i cadyków przez ostatnie dwieście lat…"
To dlatego, gdy wygoogluje się „obrazy dla etrog”, pojawiają się m.in. focie panów z pejsami, trzymających w dłoniach wielką, pomarszczoną ala cytrynę i przyglądających się jej przez lupę… Gdy Żydzi zostali wypędzeni z Izraela, hodowla etrogów upadła. Wtedy zaczęto je dla nich hodować na… Korfu! (no i niech mi ktoś powie, że nic tu się z niczym nie łączy). Jednak Grecy poszli na łatwiznę: szczepili etrogi na drzewach cytrynowych (bo to wszystko są, jak wspomniałam, cytrusy), więc Żydzi przez kilka wieków mieli temat do dywagacji: Czy etrog z Korfu jest koszerny? Ile jest etrogu, a ile cytryny w etrogu z Korfu? Dziś większość etrogów pochodzi z Izraela oraz z… Kalabrii.

Wybieranie etroga..
Czy wiecie, że ten owoc może kosztować nawet 150 dolarów za sztukę??? Po święcie można z niego zrobić marmoladę i spożyć. Na surowo jednak miąższ jest niesmaczny, ze skórki robi się natomiast kandyzowany dodatek do ciast. Są też etrogowe perfumy. Prrrrrrrrrrrrr, no to wracam do Szydłowa.
Gotyckie freski
W kościele p.w. Św. Ducha, położonym poza murami miasta, prawdopodobnie najstarszym, którego historia sięga początków miasta – odkryto na ścianach gotyckie polichromie. Byliśmy we wnętrzu, jednak zdjęć robić nie było można, bo trwa restauracja fresków, wykonywana przez samotnie pracująca panią doktor z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Freski są przepiękne, kolorowe, przedstawiają sceny Nowego Testamentu. Unikat.
Śliwkowa wieś
No i na koniec powrót do owoców – ale nie o etrogu będzie, a o śliwce. 1000 sadów śliwkowych, znajdujących się w okolicach wsi to nie przelewki – dlatego właśnie Szydłów nazywany jest stolicą polskiej śliwki! W sierpniu są tu śliwkowe dni i wydarzenia, niestety, nie załapaliśmy się. Nie spróbowaliśmy też lokalnej śliwki, pojechaliśmy dalej, bo wszak Szydłów nie był celem naszej wyprawy. Warto było jednak się tu zatrzymać!
Aż szalenie trudno mi teraz rozstrzygnąć, któremu miastu bardziej należy się etykieta "polskie Carcassonne": Paczkowowi czy Szydłowowi...
środa, 6 sierpnia 2014
Miasto ojca Mateusza bez ojca Mateusza, czyli niefilmowa codzienność Sandomierza
Operatorzy zdjęć do serialu „Ojciec Mateusz” (Jarosław Żamojda i Adam Bajerski) tak pięknie portretują to królewskie miasto, że przeżywa ono teraz prawdziwy najazd turystów. Wszystko się tu dla nich „kręci”: lody, melexy i sandomierskie krówki… W kościołach skarby rzeźby i malarstwa na wyciągnięcie dłoni, śpiąca od 300 lat dziewica w szklanej trumnie i zadumana Madonna z pyzatym dzieciątkiem Cranacha Młodszego w Domu Długosza. Tak więc i mnie tu zagnało, bo serial bardzo lubię, a w Sandomierzu byłam raz, wieki temu, gdy robiłam wywiad do mojej dawnej gazety. No i nadszedł czas na ponowną wizytę. Nie, nie łudziłam się wcale, że zdobędę autograf albo chociaż guzik z sutanny. Sandomierz i bez ojca Mateusza jest wystarczająco intrygujący. Po prostu śliczności, cacuszko, a w nim – tłumy zwiedzających.
Można zresztą powiedzieć, że Sandomierz do najazdów jest jakoś przyzwyczajony – na przykład tatarskich albo szwedzkich (w XIII i XVII wieku), a te szalenie dramatyczne chwile zostały uwiecznione na ogromnych płótnach pana Prevot, namalowanych w XVIII wieku, które wiszą od tamtej pory na ścianach bocznych naw sandomierskiej katedry. Jest ich w sumie 16, a 4 z nich pokazują martyrologię Sandomierzan, gdy Tatarzy równali miasto z ziemią i wybijali wszystkich mieszkańców, czy też gdy Szwedzi wysadzili zamek królewski po miłym w nim przecież, kilkumiesięcznym pobycie…. Wszystkie płótna są w swoim okrucieństwie i starannym przedstawieniu różnych rodzajów tortur dość wstrząsające…
Dawno też nie widziałam w Polsce tak przepysznie bogatego, pięknego i starannie odrestaurowanego wnętrza katedry, tu, w Sandomierzu pokrytego XV-wiecznymi freskami w prezbiterium (w stylu bizantyjsko-ruskim!) oraz dekoracjami na sklepieniach, wykonanymi w XIX w. Wyrwało mi się nawet z ust głośne: wow!!!
Obecnie Sandomierz korzysta pełnymi garściami z famy, jaką mu zrobił serial i przyjaźnie wita turystów, oferując im rozliczne atrakcje oraz regionalne produkty (krówki sandomierskie, smalec sandomierski z grzybami, jabłka sandomierskie, zapiekankę sandomierską, pierogi sandomierskie). Przejaw lokalnego patriotyzmu, który naprawdę bardzo mi się spodobał. By zwiedzić dokładnie miasto, warto wziąć przewodnika z PTTK-u i z nim ruszyć w historyczną trasę. Biegnie ona także pod ziemią, a dokładniej pod kamieniczkami kupieckimi w Rynku, przeciska się przez „ucho igielne” w murach obronnych, lawiruje lessowymi wąwozami (najpiękniejszy, Królowej Jadwigi, ma miejscami 10 m wysokości!), by wspiąć się też nieco w górę – na platformę widokową 32-metrowej Bramy Opatowskiej. A z niej pejzaże godne wpisania na listę UNESCO: Pieprzowe Góry, zakręcająca eską Wisła, zieloność nadrzecznych błoni… Miasto, niczym miniaturowy Rzym, leży również na 7 wzgórzach. Wprawdzie w porównaniu z Roma aeterna wszystko jest tu w skali mikro, ale skarby – całkiem duże! Co by tu Wam wymienić? Koronę podróżną Kazia Wielkiego, czy rękawiczki królowej Jadwisi? Zadumaną Madonnę z pyzatym dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem pędzla Cranacha Młodszego czy barokowy, nadobny drewniany sarkofag Adelajdy – piastowskiej księżniczki? A może cudownie zachowane ciało Morsztynówny (18-letniej córki sandomierskiego wojewody, zmarłej w XVII w, przechowywane w kościelnej krypcie w szklanej trumnie, która spokojnie może być wizualizacją bajki o śpiącej królewnie????). Swoją drogą, by ją odwiedzić musieliśmy najpierw przeczekać wieczorne nabożeństwo (okazuje się bowiem, że wejście do krypty jest po prostu klapą w posadzce tuż przy wejściu do kościoła i normalnie stoją sobie na niej wierni...), a potem udać się do zakrystii, by poprosić księdza o otwarcie krypty. Wysłał jakiegoś młodzieńca w cywilu (może to był ministrant), który uniósł klapę, zeszliśmy po stromych schodkach w trzewia świątyni, a tam - komnaty różne. I w jednej - Morsztynówna właśnie. Pękałam z przyjaciółki, która się bardzo starała nie patrzeć na "mumię", odzianą starannie w szaty i przypominającą jakąś woskową lalkę... Małgosia bała się, że jej się wojewodzianka przyśni w nocy, hihi. Nie wiem, czy ona taka pięknie zachowana jest po prawie 350 latach - powiedzmy, że mam mało materiału porównawczego...
Wracając jednak do Sandomierza - tak jak w Rzymie cesarze, tak tu bywali królowie polscy (niektórzy kilkadziesiąt razy, jak np. Władysław Jagiełło, który Sandomierz sobie ukochał. A Kazimierz Wielki tu właśnie na polowaniu odniósł tak wielką kontuzję, że najpierw kurował się na zamku, a przewieziony na Wawel – zmarł w 2 miesiące później), także królowe i księżniczki w sporych ilościach.
Sandomierz wydaje się jednym z nielicznych w Polsce miast (a może nawet jedynym?), które mogą śmiało konkurować urodą z toskańskimi pejzażami. Może nie jest tak wyniosły na tych swoich wzgórzach, brakuje mu strzelistych wież jak np. w San Gimigiano, ale dość powiedzieć, że różnica poziomów sandomierskiego rynku, na jego przeciwległych bokach wynosi aż 10 metrów! Jeszcze jedno podobieństwo – poza miastem również ciągną się winnice, a lessowe podłoże wzgórz sandomierskich i wydrążone w nich piwnice mają doskonałe właściwości do przechowywania wina, podobnie jak toskańskie tufy.
Miałam zresztą okazję spróbować produkowanego w winnicy Płochockich pod Sandomierzem wina parę lat temu – akurat we Wrocławiu, gdy moje wydawnictwo robiło wielką farmaceutyczną galę w hotelu Monopol, a leitmotivem wieczoru była staropolska uczta. Wymyśliliśmy sobie wtedy polskie wina – i manager hotelu stanął na głowie, by takie, odpowiednio renomowane, do menu nam dostarczyć. Oczarowały nas smakiem numerowane butelki win białych i czerwonych od Płochockich właśnie. Zwłaszcza białe było genialne!
A teraz tę i inne winnice, otaczające Sandomierz można zwiedzać śmiesznymi mikrobusikami z zaadaptowanych Nysek. Urocza to kolejna atrakcja turystyczna. Bliskość Wisły oferuje też rzeczne atrakcje: statki, rowery wodne w kształcie gigantycznych łabądków, wędkowanie… Poza tym w pobliżu Sandomierza znajdują się Krzemionki, w których wydobywa się jedyny na świecie krzemień pasiasty – zwany kamieniem optymizmu.
Beżowy w kremowe paseczki jest naprawdę piękną ozdobą. Na starówce znajduje się niby-pomnik tej geologicznej osobliwości: wielki pierścień z krzemieniem, a wszelkie z nim wyroby jubilerskie można kupić za grosze na każdym kroku w Sandomierzu. Mam taki krzemień "naszyjny" nabyty już dawno, we Wrocławiu wprawdzie, ale kamień działa dokładnie tak, jak reklamują: poprawia nastrój. Wystarczy go nosić… Nie zwiedzaliśmy teraz kopalni krzemienia, ale gdybym miała więcej czasu z pewnością byłaby zaliczona ta kolejna lokalna atrakcja.
Spędziliśmy w Sandomierzu tylko 3 dni, spaliśmy w nowootwartym pensjonacie "Rezydencja Bakamus", który oddalenie od Starówki wynagradzał nadzwyczajną troskliwością gospodarzy. Zorganizowali oni dla nas i paru innych gości wieczorny wypad (o 21.00) na normalnie zamkniętą o tej porze Bramę Opatowską, gdzie wnieśli wina i kieliszki, byśmy mogli w tak godny sposób podziwiać nocną panoramę miasta. Opowiadali nam wiele o zabytkach Sandomierza i splatali to z własnymi wspomnieniami. Naprawdę było po prostu miło.
Tak więc pomimo że nikogo z serialu w Sandomierzu nie spotkałam (za to Kingę Preis widuję czasem we Wrocku) weekend był pełen wrażeń i zostawił wiele milutkich wspomnień. W Sandomierzu zostawiłam na pewno z 1 cm moich nóg, bo tak sobie je tam schodziłam, że wydają mi się o tyle właśnie teraz krótsze... I dla takich własnie turystów, którzy lubią połazić, Sandomierz jest wymarzonym miejscem. Wymyślono tu kilka ciekawych tras, zebranych w tzw. Sandomierski Szlak Jabłkowy: SZLAK APETYCZNY prowadzący przez gospodarstwa sadownicze, pasieczne, wypiekające chleb, restauracje w dworkach (Dwikozy) itp. miejsca w okolicy. SZLAK AKTYWNY wiodący przez stoki narciarskie, Góry Pieprzowe, wodne uciechy (rejsy itp.), a nawet miejsca pątnicze (Koprzywnica, gdzie Cystersi), kąpieliska (Klimontów) i miejsca do wędkowania. SZLAK WINIARSKI- wiadomo. To 6 winnic między Sandomierzem a Klimontowem. SZLAK AGROTURYSTYCZNY po 14 obiektach tego rodzaju noclegowania. No i jeszcze SZLAK ARTYSTYCZNY pozwalający odwiedzić różnych regionalnych artystów: wytwarzających biżuterię, malujących na szkle, przetwarzających krzemień pasiasty czy robiących kompozycje florystyczne itp. Jestem pełna uznania dla sposobu, w jaki miasto się promuje, naprawdę!
Można zresztą powiedzieć, że Sandomierz do najazdów jest jakoś przyzwyczajony – na przykład tatarskich albo szwedzkich (w XIII i XVII wieku), a te szalenie dramatyczne chwile zostały uwiecznione na ogromnych płótnach pana Prevot, namalowanych w XVIII wieku, które wiszą od tamtej pory na ścianach bocznych naw sandomierskiej katedry. Jest ich w sumie 16, a 4 z nich pokazują martyrologię Sandomierzan, gdy Tatarzy równali miasto z ziemią i wybijali wszystkich mieszkańców, czy też gdy Szwedzi wysadzili zamek królewski po miłym w nim przecież, kilkumiesięcznym pobycie…. Wszystkie płótna są w swoim okrucieństwie i starannym przedstawieniu różnych rodzajów tortur dość wstrząsające…
Dawno też nie widziałam w Polsce tak przepysznie bogatego, pięknego i starannie odrestaurowanego wnętrza katedry, tu, w Sandomierzu pokrytego XV-wiecznymi freskami w prezbiterium (w stylu bizantyjsko-ruskim!) oraz dekoracjami na sklepieniach, wykonanymi w XIX w. Wyrwało mi się nawet z ust głośne: wow!!!
Obecnie Sandomierz korzysta pełnymi garściami z famy, jaką mu zrobił serial i przyjaźnie wita turystów, oferując im rozliczne atrakcje oraz regionalne produkty (krówki sandomierskie, smalec sandomierski z grzybami, jabłka sandomierskie, zapiekankę sandomierską, pierogi sandomierskie). Przejaw lokalnego patriotyzmu, który naprawdę bardzo mi się spodobał. By zwiedzić dokładnie miasto, warto wziąć przewodnika z PTTK-u i z nim ruszyć w historyczną trasę. Biegnie ona także pod ziemią, a dokładniej pod kamieniczkami kupieckimi w Rynku, przeciska się przez „ucho igielne” w murach obronnych, lawiruje lessowymi wąwozami (najpiękniejszy, Królowej Jadwigi, ma miejscami 10 m wysokości!), by wspiąć się też nieco w górę – na platformę widokową 32-metrowej Bramy Opatowskiej. A z niej pejzaże godne wpisania na listę UNESCO: Pieprzowe Góry, zakręcająca eską Wisła, zieloność nadrzecznych błoni… Miasto, niczym miniaturowy Rzym, leży również na 7 wzgórzach. Wprawdzie w porównaniu z Roma aeterna wszystko jest tu w skali mikro, ale skarby – całkiem duże! Co by tu Wam wymienić? Koronę podróżną Kazia Wielkiego, czy rękawiczki królowej Jadwisi? Zadumaną Madonnę z pyzatym dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem pędzla Cranacha Młodszego czy barokowy, nadobny drewniany sarkofag Adelajdy – piastowskiej księżniczki? A może cudownie zachowane ciało Morsztynówny (18-letniej córki sandomierskiego wojewody, zmarłej w XVII w, przechowywane w kościelnej krypcie w szklanej trumnie, która spokojnie może być wizualizacją bajki o śpiącej królewnie????). Swoją drogą, by ją odwiedzić musieliśmy najpierw przeczekać wieczorne nabożeństwo (okazuje się bowiem, że wejście do krypty jest po prostu klapą w posadzce tuż przy wejściu do kościoła i normalnie stoją sobie na niej wierni...), a potem udać się do zakrystii, by poprosić księdza o otwarcie krypty. Wysłał jakiegoś młodzieńca w cywilu (może to był ministrant), który uniósł klapę, zeszliśmy po stromych schodkach w trzewia świątyni, a tam - komnaty różne. I w jednej - Morsztynówna właśnie. Pękałam z przyjaciółki, która się bardzo starała nie patrzeć na "mumię", odzianą starannie w szaty i przypominającą jakąś woskową lalkę... Małgosia bała się, że jej się wojewodzianka przyśni w nocy, hihi. Nie wiem, czy ona taka pięknie zachowana jest po prawie 350 latach - powiedzmy, że mam mało materiału porównawczego...
Wracając jednak do Sandomierza - tak jak w Rzymie cesarze, tak tu bywali królowie polscy (niektórzy kilkadziesiąt razy, jak np. Władysław Jagiełło, który Sandomierz sobie ukochał. A Kazimierz Wielki tu właśnie na polowaniu odniósł tak wielką kontuzję, że najpierw kurował się na zamku, a przewieziony na Wawel – zmarł w 2 miesiące później), także królowe i księżniczki w sporych ilościach.
Sandomierz wydaje się jednym z nielicznych w Polsce miast (a może nawet jedynym?), które mogą śmiało konkurować urodą z toskańskimi pejzażami. Może nie jest tak wyniosły na tych swoich wzgórzach, brakuje mu strzelistych wież jak np. w San Gimigiano, ale dość powiedzieć, że różnica poziomów sandomierskiego rynku, na jego przeciwległych bokach wynosi aż 10 metrów! Jeszcze jedno podobieństwo – poza miastem również ciągną się winnice, a lessowe podłoże wzgórz sandomierskich i wydrążone w nich piwnice mają doskonałe właściwości do przechowywania wina, podobnie jak toskańskie tufy.
Miałam zresztą okazję spróbować produkowanego w winnicy Płochockich pod Sandomierzem wina parę lat temu – akurat we Wrocławiu, gdy moje wydawnictwo robiło wielką farmaceutyczną galę w hotelu Monopol, a leitmotivem wieczoru była staropolska uczta. Wymyśliliśmy sobie wtedy polskie wina – i manager hotelu stanął na głowie, by takie, odpowiednio renomowane, do menu nam dostarczyć. Oczarowały nas smakiem numerowane butelki win białych i czerwonych od Płochockich właśnie. Zwłaszcza białe było genialne!
A teraz tę i inne winnice, otaczające Sandomierz można zwiedzać śmiesznymi mikrobusikami z zaadaptowanych Nysek. Urocza to kolejna atrakcja turystyczna. Bliskość Wisły oferuje też rzeczne atrakcje: statki, rowery wodne w kształcie gigantycznych łabądków, wędkowanie… Poza tym w pobliżu Sandomierza znajdują się Krzemionki, w których wydobywa się jedyny na świecie krzemień pasiasty – zwany kamieniem optymizmu.
Beżowy w kremowe paseczki jest naprawdę piękną ozdobą. Na starówce znajduje się niby-pomnik tej geologicznej osobliwości: wielki pierścień z krzemieniem, a wszelkie z nim wyroby jubilerskie można kupić za grosze na każdym kroku w Sandomierzu. Mam taki krzemień "naszyjny" nabyty już dawno, we Wrocławiu wprawdzie, ale kamień działa dokładnie tak, jak reklamują: poprawia nastrój. Wystarczy go nosić… Nie zwiedzaliśmy teraz kopalni krzemienia, ale gdybym miała więcej czasu z pewnością byłaby zaliczona ta kolejna lokalna atrakcja.
Spędziliśmy w Sandomierzu tylko 3 dni, spaliśmy w nowootwartym pensjonacie "Rezydencja Bakamus", który oddalenie od Starówki wynagradzał nadzwyczajną troskliwością gospodarzy. Zorganizowali oni dla nas i paru innych gości wieczorny wypad (o 21.00) na normalnie zamkniętą o tej porze Bramę Opatowską, gdzie wnieśli wina i kieliszki, byśmy mogli w tak godny sposób podziwiać nocną panoramę miasta. Opowiadali nam wiele o zabytkach Sandomierza i splatali to z własnymi wspomnieniami. Naprawdę było po prostu miło.
Tak więc pomimo że nikogo z serialu w Sandomierzu nie spotkałam (za to Kingę Preis widuję czasem we Wrocku) weekend był pełen wrażeń i zostawił wiele milutkich wspomnień. W Sandomierzu zostawiłam na pewno z 1 cm moich nóg, bo tak sobie je tam schodziłam, że wydają mi się o tyle właśnie teraz krótsze... I dla takich własnie turystów, którzy lubią połazić, Sandomierz jest wymarzonym miejscem. Wymyślono tu kilka ciekawych tras, zebranych w tzw. Sandomierski Szlak Jabłkowy: SZLAK APETYCZNY prowadzący przez gospodarstwa sadownicze, pasieczne, wypiekające chleb, restauracje w dworkach (Dwikozy) itp. miejsca w okolicy. SZLAK AKTYWNY wiodący przez stoki narciarskie, Góry Pieprzowe, wodne uciechy (rejsy itp.), a nawet miejsca pątnicze (Koprzywnica, gdzie Cystersi), kąpieliska (Klimontów) i miejsca do wędkowania. SZLAK WINIARSKI- wiadomo. To 6 winnic między Sandomierzem a Klimontowem. SZLAK AGROTURYSTYCZNY po 14 obiektach tego rodzaju noclegowania. No i jeszcze SZLAK ARTYSTYCZNY pozwalający odwiedzić różnych regionalnych artystów: wytwarzających biżuterię, malujących na szkle, przetwarzających krzemień pasiasty czy robiących kompozycje florystyczne itp. Jestem pełna uznania dla sposobu, w jaki miasto się promuje, naprawdę!
niedziela, 3 sierpnia 2014
Miruna w śliwkowym musie
W ogrodzie obrodziły mi śliwki, ale nie takie klasyczne, fioletowe. Nie są to też renklody ani mirabelki, coś pośredniego: zielonkawe, średnio duże. Nie wiem, jak się nazywają. W każdym bądź razie nadają się wspaniale na winny w smaku sos do białej ryby - miałam akurat mrożone filety z miruny.
Sos jest najbardziej pracochłonny (aczkolwiek jego zrobienie i tak zajmie wytrawnej kucharce tylko ok. 20 minut), więc najlepiej zacząć od niego. Aha, można też już nastawić ryż.
Sos: Śliwki umyć, usunąć pestki i wrzucić do garnka (na niewielką ilość wody na dnie). Pod przykryciem dusić, dodając tylko łyżeczkę miodu i przyprawy: imbir mielony, 5 smaków, biały pieprz, kurkumę. Często mieszać, aby nie przywarły owoce, a sos nieco zgęstnieje. Zdjąć z ognia i zblendować śliweczki na mus.
Ryba: Mrożone filety wcześniej odmrozić, umyć, posypać przyprawą do ryb (ja użyłam akurat Kamisa). Usmażyć je na dużej ceramicznej patelni posypane tylko przyprawą, na oleju, dosłownie parę minut. Miruna jest delikatną, chudą białą rybą, która szybko się smaży, jest krucha i delikatna w smaku.
Ryż: utaić, z odrobiną soli.
Kiedy wszystkie składniki będą gotowe, nałożyć na talerz ryż (można zrobić ryżową babę z filiżanki). Obok położyć kawałki usmażonej ryby, polać letnim musem.
Mus śliwkowy, kwaskowaty raczej w smaku, niż słodki zastępuje tu sos cytrynowy. Tak to sobie wymyśliłam i muszę się pochwalić, że przesmaczne danie mi wyszło! Polecam.
Sos jest najbardziej pracochłonny (aczkolwiek jego zrobienie i tak zajmie wytrawnej kucharce tylko ok. 20 minut), więc najlepiej zacząć od niego. Aha, można też już nastawić ryż.
Sos: Śliwki umyć, usunąć pestki i wrzucić do garnka (na niewielką ilość wody na dnie). Pod przykryciem dusić, dodając tylko łyżeczkę miodu i przyprawy: imbir mielony, 5 smaków, biały pieprz, kurkumę. Często mieszać, aby nie przywarły owoce, a sos nieco zgęstnieje. Zdjąć z ognia i zblendować śliweczki na mus.
Ryba: Mrożone filety wcześniej odmrozić, umyć, posypać przyprawą do ryb (ja użyłam akurat Kamisa). Usmażyć je na dużej ceramicznej patelni posypane tylko przyprawą, na oleju, dosłownie parę minut. Miruna jest delikatną, chudą białą rybą, która szybko się smaży, jest krucha i delikatna w smaku.
Ryż: utaić, z odrobiną soli.
Kiedy wszystkie składniki będą gotowe, nałożyć na talerz ryż (można zrobić ryżową babę z filiżanki). Obok położyć kawałki usmażonej ryby, polać letnim musem.
Mus śliwkowy, kwaskowaty raczej w smaku, niż słodki zastępuje tu sos cytrynowy. Tak to sobie wymyśliłam i muszę się pochwalić, że przesmaczne danie mi wyszło! Polecam.
czwartek, 31 lipca 2014
Pracowite bociany
Jedziemy przez świętokrzyskie samochodem - a tam: co wioska to gniazda z trzema boćkami. W pewnym momencie mama spostrzega bociana brodzącego w warzywach:
- O rany, takie wielkie pole kapusty, czego ten bocian tam szuka? - zastanawia się.
- Dzieci, mamo Irmo, dzieci! - podpowiada moja przyjaciółka. - Potem je będzie wrzucał przez kominy!
- O rany, takie wielkie pole kapusty, czego ten bocian tam szuka? - zastanawia się.
- Dzieci, mamo Irmo, dzieci! - podpowiada moja przyjaciółka. - Potem je będzie wrzucał przez kominy!
Kumkwatowa wyspa - Korfu (cz. I i II)
Moje małe greckie wakacje spędziłam w tym roku na maleńkiej greckiej wyspie (no, przesadzam, są wszak mniejsze…). Było pięknie, że strach, mimo że na Korfu nie ma tego, co mnie najbardziej kręci w podróżach: ani jednej antycznej ruiny, ani jednego starożytnego grobowca, nagrobka choćby!
Nie ma też „greckich” białych domów z niebieskimi kopułami, a osławione kumkwaty kryją się skutecznie – na tej ich rzekomo pełnej wyspie, nie widziałam ani jednej plantacji, ba – plantacyjki!
Mimo mitologicznej przeszłości - w tym samym archipelagu Wysp Jońskich jest legendarna Itaka, ojczyzna Odysa - nie ma tu żadnych jej śladów. Na Korfu również umiejscawia się homerową Scherię, na którą, według mitu został wyrzucony przez fale Odys. Ocalony przez księżniczkę Nauzykaę mógł w końcu wrócić do pobliskiej Itaki i czekającej nań Penelopy....
Przylecieliśmy na Korfu (i do Korfu) późnym wieczorem. Miał nas odebrać z lotniska w Kerkyrze (tak Grecy mówią o swojej wyspie i jej „stolicy”) właściciel apartamentu w nadmorskiej wiosce Mesongghi, który sobie wynajęliśmy przez internet. Po kilku minutach nerwowego wypatrywania (z tego malutkiego lotniska szybko się wszyscy „ulotnili”), przeczytania wszystkich trzech tabliczek z nazwiskami, dzierżonych przez oczekujących kogoś tubylców, Andrzej ujrzał nagle jakiegoś nieśmiałego mężczyznę, stojącego w samym wejściu/wyjściu, miętoszącego w dłoniach kartkę. Zajrzał mu przez ramię – a tam nasze zdjęcia!
Nasz gospodarz, Armeniakos poprosił nas przed przylotem o przysłanie zdjęć mailem, by łatwiej nas poznać na lotnisku. Jak się okazało, niewiele to pomogło, bo… wyglądaliśmy na żywo dużo młodziej, jak stwierdził. Hmmmmmm. A może winne były same fotki – my dwie z mamą w kurtkach (focia z tegorocznej zimnej majówki w zielonogórskiem), a Andrzej – sama face jak do cv…
Armeniakos zapakował nas do niemożliwie zakurzonego autka i ruszyliśmy w drogę – to zaledwie 22 km, a jechaliśmy i jechaliśmy, chyba z godzinę! Fakt, było ciemno, że oko wykol, jechaliśmy chwilami skalistą, wąską skarpą wzdłuż morza, a nad nami na wyciągnięcie ręki przeleciał ogromny jak wieloryb, lądujący właśnie samolot. Świetlistym punktem była restauracja na palach wbitych w morzu, rozjarzona mnóstwem świec. Wow, che romantico jakby powiedzieli Chińczycy.
Niewiele później okazało się, że miniaturowe rozmiary wyspy wcale nie gwarantują, iż na Korfu wszędzie łatwo i szybko się dojedzie ;-) Mieliśmy się o tym przekonać po wynajęciu samochodu i samodzielnym poruszaniu się po wyspie ruchem nie tyle konika szachowego, co natrętnej muchy, gdyż gubienie drogi i kręcenie się w kółko było naszą standardową trasą. Dzięki tej nowatorskiej metodzie zwiedzania każdy odcinek dajmy na to, 30 kilometrowy pokonywaliśmy w dwie i więcej godzin… Motoryzacyjną tułaczkę umilały nam niespotykane nigdzie indziej widoki: 400-letnie gaje oliwne, dzielnie opierające się palącemu słońcu. Jak policzono, na Korfu (wyspa o powierzchni 592 km kwadratowych) rosną 4 miliony drzew oliwnych. Tu zagadka matematyczna: ile drzew przypada na metr kwadratowy???? Poniżej na zdjęciu jeden z oliwnych okazów, rósł blisko bizantyjskich, XIII-wiecznych ruin, więc możliwe, że równie leciwy...
Chyba 90% oliwnych kolosów ma więcej niż 100 lat, a to dlatego, że kiedy Korfu było pod weneckim panowaniem (przez cztery wieki), Wenecjanie płacili złotymi dukatami za każde 100 posadzonych drzew. Nie były one nigdy przycinane, ponieważ jak wierzyli Korfiańczycy – św. Spiridon, patron wyspy (o nim potem) z jakiegoś powodu był przeciwny temu hodowlanemu zabiegowi. Dzięki temu drzewa oliwne są po prostu tu wielkie jak dęby, o grubych, plecionych jak warkocze, poskręcanych pniach.
Ale od początku: w niedzielny poranek, nasz pierwszy na wyspie, obudziły nas gadatliwe jaskółki, mieszkające na naszym balkonie oraz pianie koguta (kogutów?). Z balkonu rozpościerał się widok na kawałek morza, zalesione gęsto niewielkie pagórki, araukarię i palmy oraz figi, cytryny i mandarynki wiszące na drzewach. No raj! Kiedy wyszliśmy z pokoju, stojąc w blasku słońca na galerii na wysokości I p. przeżyłam deja-vu: dokładnie taki sam widok mieliśmy z pokoju hotelowego na Bali: z drobną korektą - tamtejsza góra była ich najświętszym wulkanem…
Poszliśmy eksplorować nasze ambiente – wioska okazała się… wioską, z kilkoma zaledwie tawernami i paroma barami przy plaży, dwoma supermarketami. Plaża z lewej strony szybko się kończyła, gdyż na granicy osady do morza wpada rzeka – Messonghi, tworząc mini-marinę, w której cumowały jachty i łodzie rybackie. Na drugim brzegu rzeki widać było kompleks wielkiego hotelu – ale to już inna wioska – Moraitika. Można tam dopłynąć łódeczką za 1 euro, prowadzoną przez chyba stuletniego pana promowego. Koloryt lokalny.
Pierwszą naszą wyprawą była Korfu (Kerkyra) – czyli „stolica”, do której wybraliśmy się lokalnym autobusem. Hibiskusowa aleja wiodła nas z dworca autobusowego do historycznego centrum.
A tam: labirynty wąskich (niekiedy na jeden skuter), marmurowych uliczek z suszącym się praniem, żaluzjowe, drewniane okiennice w oknach, sklepiki z pamiątkami i kumkwatowymi wyrobami (likiery, marmolady, cukierki), musztardowo-ochrowe kolory tynków, francuska w stylu esplanada, czyli Liston, psuedoantyczne marmurowe pałace po Brytyjczykach - wszystko bardzo urocze, ale… mało greckie, bardziej włoskie w kolorystce i klimacie. Nie przeszkadzało mi to wcale, bo i takie lubię bardzo.
Charakteru miasteczku dodaje starówka (wpisana na listę UNESCO), zawierająca: dwie potężne weneckie fortece, żydowską dzielnicę z czynną synagogą, do której wciągnęła nas żywa muzyka, kościółem św. Spiridona – pochodzącego z Cypru patrona wyspy, który spoczywa tutaj, zabalsamowany, w przepięknym srebrnym sarkofagu z emaliowanymi medalionami, a jak wierzą Korfiańczycy (czy też Korfianie) - święty spaceruje nocami, strzegąc wyspy i dlatego ma… zdarte pantofle na podeszwach (nie widzieliśmy, bo sarkofag jest otwieramy tylko 3 razy w roku – m.in. 11 sierpnia, w dniu imienin świętego – i wtedy też dostaje nowe sandały…). Poza tym na starówce jest też duży port morski, a z drugiej strony – przy lotnisku maleńka wyspa, połączona groblą z lądem, na której stoi mikroskopijny monastyr z XIII wieku - symbol miasta powielany na wszystkich pocztówkach i pamiatkach. Cud-miód to wszystko. Naszego zachwytu Kerkyrą nie zmniejszył ani rachunek za obiad (ale co my jedliśmy! Dokładnie jak hrabia Rostowski – ośmiornicę, a także kalmary grillowane, stek z miecznika i grecką sałatkę, popijając zimniutką retsiną!), ani za deser: poszliśmy do cukierni i za jedną baklawe oraz drugie ciacho na wynos zapłaciliśmy 42 zł. Szwendaliśmy się po mieście do 19.00 i wróciliśmy do siebie, by zdążyć jeszcze wziąć autko na rano.
No i okazało się, że następnego dnia trzeba wstać o 7.00, by zdążyć się wyprawić do wypożyczalni i przygotować od razu do ruszenia w drogę na drugi kraniec wyspy. Cóż tam nas interesowało? Wyłącznie atrakcje tzw. Natury, bo jak wspomniałam – żadnych antycznych ruin ani innych starożytnych artefaktów na Korfu nie ma. Plażowanie nie jest akurat tym, co tygryski lubią najbardziej, ale jak się ma tylko takie atrakcje do dyspozycji (a wiedziałam o tym, planując ten krótki z konieczności wypad) – to się i takie polubi… I muszę się przyznać, że chyba się starzeję – gdyby ktoś mi kiedyś zaoferował darmowy urlop na Seszelach, w bambusowych chatkach na wodzie ze szklaną podłogą – natychmiast bym się przykuła do jakiejś ruiny, choćby w Polsce, byle z ciekawą historią, aby tylko się nie nudzić na plaży, patrząc np. przez 2 tygodnie wyłącznie w siną dal oceanu i palmy kokosowe. A teraz, z wiekiem, zaczynam dostrzegać piękne strony miejsc, w których człowiek nie wetknął swego palca, nie skaził ich kreatywnością budowlaną. Było mi dane ujrzeć na Korfu niezwykłe budowle, które wzniosła… Natura.
Pierwszą z nich była gotycka Paleokastritsa. Niezwykle strome, skaliste klify kryją maciupeńkie, a więc kameralne, kamieniste plaże. Do niektórych można się dostać wyłącznie łódką czy rowerem wodnym od strony morza. Cudownym pomysłem, który realizują Grecy w takich widowiskowych miejscach na wyspie są tawerny i bary z… basenem. Wystarczy zamówić cokolwiek – loda, kawę, czy posiłek, by móc korzystać z tegoż basenu, oraz toalety, prysznica, a schodzić sobie do jakiejś okolicznej zatoczki, by wykąpać się w morzu.
Przypadkiem odkryliśmy ten miły korfiański obyczaj zaraz na pierwszym postoju w Paleokastritsie: najpierw zeszliśmy chyba stoma stromymi schodkami w dół, wykąpaliśmy się w morzu (A. snoorkował, bo taszczyliśmy z Polski jego sprzęcik), by wrócić na szczyt klifu i zadekować się w barze z basenem. Widok na morze, leżaki, basen – wszystko gratis. Można było siedzieć w basenie patrząc na morze, lub znów zejść, wykąpać się w kryształowo szmaragdowej wodzie, ochłodzić i wrócić na frappe. W dodatku dzięki pewnemu językowemu nieporozumieniu, w jakie się wdałam z Grekiem, właścicielem baru zamawiając lody dla mamy, ów wziął mnie za Włoszkę i cały czas flirtował ze mną mówiąc do mnie "bella" (najpierw jednak tak się we dwoje uśmialiśmy z mojego lapsusa - do rozpuku i do łez - a chyba nic tak obcych sobie ludzi nie zbliża, ja ubaw po pachy). Nikos traktował mnie i mia bella mamma z wielką atencją, przysuwał leżaczek, proponując drinka do basenu, a ledwie tolerował obecność Andrzejka.
W ten niezwykle leniwy i wesoły sposób spędziliśmy pół dnia w Paleokastritsie i nawet nie chciało mi się (wyobraźcie to sobie!) zwiedzać monastyru Moni Theotoku z XVII.
Kolejnym celem wyprawy ku dziełom wielkiego architekta – Natury – było bajkowe Sidari. Pierwsze wrażenie nie było specjalnie imponujące – ot, plaża, brunatny piasek, słowem - nic takiego. Ale trzeba było troszkę podejść na lewo. A tam bajkowe klify piaskowe, niczym w Petrze – smugi kolorów układające się w zawiły dekor, albo oderwane, samotne skałki z naciekami tworzące fantastyczne kształty kopuł, jak w hinduistycznych świątyniach. Bosz, co za przepych!
Piaskowe skały, rzeźbione są przez wodę, tworząc wąskie przesmyki, w których kipią morskie fale. To słynny „Canal d’Amour” (Kanał Miłości) z legendą, że kto ten „kanał” przepłynie, znajdzie miłość wieczną...
W Sidari Grecy pielęgnują miły zwyczaj barów z basenami, tak więc spędziliśmy znów dzień w wodzie – ale nie odważyliśmy się skakać z 7 metrowego klifu do wąskiego, szerokości zaledwie 1 metra przesmyku między skałami – w czym celowały, ku naszej zgrozie, jakieś małolaty. Nie odstraszał ich nawet nagrobek młodego człowieka, zaledwie 26-letniego, który stracił życie tu właśnie ratując tonącego. Za to zafundowaliśmy sobie godzinę grozy na 4-osobowym rowerze wodnym, podczas gdy fale miotały nami na te piękne skały.
Jedliśmy tu znów greckie przysmaki (stifado, moussakę i pastsidę), popijając tzitzimbirrą, pławiąc się oczywiście w basenie. Na kawę poszliśmy do innej knajpki z basenem, nad samym Kanałem Miłości, ale wiatr, który wcześniej robił falę i bardzo chciał wywrócić nasz rower wodny z bezcenną zawartością w kamizelce ratunkowej (matka jest tylko jedna!), sypał piaskiem tak, że frappe nieregulaminowo zgrzytała nam w zębach. Na takich to zabawach minął kolejny dzień.
Po wypadzie do Kassiopi stałam się już wytrawnym plażologiem. Miasteczko kręci się wokół miłej mariny, w której cumują różnej wielkości stateczki. Można zasiąść w tawernie i prawie sobie moczyć nogi w wodzie. W okolicy jest kilka uroczych (ale innych niż w Sidari czy Paleokastrisie), kamienistych plaż. Woda ma tu odcienie szmaragdowo-turkusowe. Przepiękna jest plaża Bataria, skąd można dobrze zobaczyć nawet szczegóły wybrzeża Albanii (ponoć to tylko 2 km).
Ponad Kassiopi pysznią się malowniczo ruiny zamku. Ta miejscowość jest szczególna. Szczyci się m.in. odwiedzinami pewnego bardzo znanego, starożytnego "turysty" - otóż cesarz Neron miał tu właśnie zejść na chwilę ze statku w czasie swej morskiej podróży na igrzyska olimpijskie. Po drugie, właśnie tutaj była oferowana 2 lata temu plaża do wieczystego wynajęcia. Chodzi o grecki pomysł z 2010 r. na wyjście z kryzysu - dzierżawienie niektórych wysp i działek, w tym także na Korfu. Teren częściowo zalesionej, bajkowej działki w Kassiopi miał być oddany w dzierżawę na 100 lat. Na tej działce znajduje się niewielkie naturalne jeziorko, a linia brzegowa posiadłości wynosi około 725 metrów. Nie wiem czy znalazł się chętny miliarder, ale w okolicy mieszka już jeden - lord Rotszyld...
Sam dojazd do tego miasteczka to prawdziwy rollercoaster - jednak już w drugi dzień prowadzenia auta, Andrzej zamienił się w Korfiańczyka, który sprawnie wymijał się na ostrych i wąskich zakrętach z jadącymi z przeciwka lub też z wprawą godną tubylca ustępował drogi na pochyłej skarpie zjeżdżającemu z góry ostrymi zakrętami autobusowi.
Zważywszy na "cudowne" oznakowanie dróg na Korfu (vide zdjęcie - i generalnie stan tychże) - prowadzenie samochodu było nie lada wyczynem. I z tych własnie też powodów każda mała podróż, nieprzekraczająca 100 km w obie strony, zamieniała się nam w całodzienną wyprawę...
Podobnie kiepsko oznaczona jest wielka turystyczna atrakcja Korfu, związana z celebrytką, która w XIX w. sobie wyspę upodobała - chodzi o letnią rezydencję cesarzowej Sisi.
To słynna z urody (ale miała brzydkie zęby, dlatego na portretach nigdy się nie uśmiecha...) żona poczciwiny Franciszka Józefa, cesarza austro-węgierskiego, Polakom chyba najbardziej znanego z mechatych bokobrodów i licznych portretów, które u Szwejka obsrywały muchy. Sisi uciekała na Korfu przed światem, mężem, dziećmi ewentualnie teściową (niepotrzebne skreślić). Tragiczna i romantyczna to postać, poślubiona jako 16-latka przez Franka Józefa, który się w niej nieprzytomnie zakochał, a swatano go z jej starsza siostrą, więc historia jak z Kopciuszka. Nigdy jednak nie była szczęśliwą żoną, gnębiona przez teściową nie bardzo udzielała się na dworze. Najpierw straciła syna Rudolfa, który popełnił romantyczne samobójstwo z miłości, a sama z kolei zginęła zasztyletowana przez Włocha-anarchistę, który po prostu chciał przejść do historii mordując kogoś znakomitego - stało się to nad jeziorem Genewskim. Tak zatem ukochana rezydencja służyła jej krótko, a po jej śmierci popadła w zapomnienie aż na 10 lat.
Achillion (za chwilę wyjaśnię skąd nazwa) położony jest szalenie malowniczo - na szczycie wzniesienia, na które wspiąć się trzeba stromą serpentyną. Wspinaliśmy się więc na wspomnianych już wcześniej, wynajętych 4 kółkach, gdy nagle stanęliśmy reflektor w reflektor z kawalkadą autokarów, zjeżdżających z turystami w dól. Nie wiem, może ze złej strony podjeżdżaliśmy, ale autokar zaczął wymuszać na nas zjazd zakrętami w dół, do najbliższej platformy, gdzie możliwa była mijanka. Całe nasze szczęście, że do Achillionu wybraliśmy się, gdy Andrzej stał się już (pod względem drogowym) Korfiańczykiem, inaczej nasze kości ozdabiałyby to zbocze po wieki :-) Tak na marginesie - mój mąż jest świetnym kierowcą. Warto jednak było się wspinać - pałac w stylu klasycystycznym ma niezwykłe położenie, lekkość architektury, ogromny ogród, a ozdobiony jest licznymi statuami w stylu antycznym - popiersia filozofów, dramatopisarzy, posągi Muz i co tam (kogo tam) jeszcze chcecie.
Jednak najważniejszy jest pełen ekspresji posąg umierającego Achillesa - uchwycona chwila tuż po wyjęciu strzały z pięty. To dzieło XIX wiecznego profesora wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jakież on wyrzeźbił mu pośladki! Co za tors! Stałam i mlaskałam...
Cesarzowa była zafascynowana Achillesem, stąd więc nazwa rezydencji. Wewnątrz pałacu zwiedza się komnaty, sale balową. Na przepięknej klatce schodowej jest ogromne malowidło ścienne przedstawiające triumf Achillesa pod Troją, gdy włóczy rydwanem ciało pokonanego Hektora. Kolejny właściciel rezydencji - cesarz niemiecki Wilhelm II kontynuował tę stylizację na antyk, wprowadzona przez Sisi, ale zamówił swoja wersję Achillesa - to kilkumetrowy (sic!) posąg stojącego bohatera, z brązu. W tym wydaniu jest to zwycięzca, w pełnym rynsztunku bojowym, stojący na cyplu w ogrodzie, skąd może bystrym okiem kontrolować horyzont. Wszystkie przedstawienia Achillesa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Od czasów studenckich, gdy ślęczałam nad Homerem (tłumacząc grecki oryginał na seminarium), byłam rozdarta między miłością do Achillesa i uwielbieniem dla Hektora...
Co ciekawe, w rezydencji kręcony był w latach 60-tych ub. wieku film z mojej ukochanej serii - mianowicie jeden z Bondów: "Tylko dla twoich oczu" z Rogerem Moorem. W Bondzie kocham się również od wielu lat...
Jak zwykle wetknęłam nos w jakiś zakamarek pałacu i udało się nam przejechać cesarską windą obitą purpurowym pluszem. Ponadto zobaczyliśmy sypialnię cesarzowej (nawet baldachimu nie miała nad łóżkiem, phi) i biurko Wilhelma, białe, niewielkie, przy którym siedział na bujanym stołku jak na koniku. Strasznie to niepoważne było ze strony cesarza, normalnie duży chłopiec na koniku, roztrząsający ważne sprawy państwowej wagi... Po opuszczeniu pałacu wypiliśmy frappe na jednym z tarasów należących do kompleksu, ze wspaniałym widokiem na morze...
Kolejnego dnia udaliśmy się nad jezioro Korisson, do którego znów trudno trafić, a piaszczyste, wąskie dróżki są źle oznakowane. Jednak dzięki temu przejechaliśmy niechcący koło tak starego gaju oliwnego, że poczułam się przez chwilę jak we "Władcy Pierścieni" i tylko czekałam, aż drzewa zaczną mówić lub obejmować mnie sękatymi konarami. W malowniczym miejscu między jeziorem a morzem tworzą się duże wydmy - jedyne na Korfu. Wałęsaliśmy się brzegiem morza odkrywając skarby wyrzucone przez fale - kamyki, tajemnicze kulki z wodorostów itp.
Kumkwatowa zagadka dręczyła nas przez cały pobyt. Mieliśmy chęć zwiedzenia plantacji kumkwatów, z których wyspa ponoć słynie. Dużo do myślenia dało nam stwierdzenie pani w wypożyczalni samochodów, która na moja prośbę, by zaznaczyła na mapie miejsce, gdzie taka plantacja jest udostępniona do zwiedzania i degustacji powiedziała, że jak żyje na Korfu to nigdy nie widziała żadnej plantacji... Hm. Wskazała jednak faktorię, gdzie możemy kupić przetwory z kumkwatu. Dojechaliśmy tam. Wyglądało to jak wielki supermarket. Oczywiście przed wejściem stały dwa rachityczne drzewka kumkwatowe, ale żadnej plantacji nie było widać! Obok jakieś budynki produkcyjne z 4 wielkimi rękawami dla TIRów. Pomyśleliśmy, że wygląda to raczej na rękawy dostawcze, a nie odbiorcze. I mamy swoją teorię spiskową: kumkwaty rosną w Chinach i na Korfu, jaki zatem wniosek? Grecy te owoce sprowadzają z Chin! Bo jak inaczej wytłumaczyć, że sadów kumkwatowych tu nie ma? Oliwne drzewa są wszędzie, a kumkwatowe widzieliśmy w doniczkach przed sklepem i w jednym (dosłownie) sadzie w wiosce gdzieś na "zadupiu". Co więcej, gdy w jakimkolwiek barze chcieliśmy zamówić drinka na bazie kumkwatowego likieru - nigdzie, dosłownie nigdzie nie oferowano! W karcie przeważnie wszystkie słynne koktajle świata, ale bez tego specjału. O co tu chodzi? Myślę, że to jakiś wał.
Jednak ta zagmatwana kwestia kumkwatowa nie umniejsza piękna tej wyspy i atrakcji, które każdy tu dla siebie znajdzie...
Nie ma też „greckich” białych domów z niebieskimi kopułami, a osławione kumkwaty kryją się skutecznie – na tej ich rzekomo pełnej wyspie, nie widziałam ani jednej plantacji, ba – plantacyjki!
Mimo mitologicznej przeszłości - w tym samym archipelagu Wysp Jońskich jest legendarna Itaka, ojczyzna Odysa - nie ma tu żadnych jej śladów. Na Korfu również umiejscawia się homerową Scherię, na którą, według mitu został wyrzucony przez fale Odys. Ocalony przez księżniczkę Nauzykaę mógł w końcu wrócić do pobliskiej Itaki i czekającej nań Penelopy....
Przylecieliśmy na Korfu (i do Korfu) późnym wieczorem. Miał nas odebrać z lotniska w Kerkyrze (tak Grecy mówią o swojej wyspie i jej „stolicy”) właściciel apartamentu w nadmorskiej wiosce Mesongghi, który sobie wynajęliśmy przez internet. Po kilku minutach nerwowego wypatrywania (z tego malutkiego lotniska szybko się wszyscy „ulotnili”), przeczytania wszystkich trzech tabliczek z nazwiskami, dzierżonych przez oczekujących kogoś tubylców, Andrzej ujrzał nagle jakiegoś nieśmiałego mężczyznę, stojącego w samym wejściu/wyjściu, miętoszącego w dłoniach kartkę. Zajrzał mu przez ramię – a tam nasze zdjęcia!
Nasz gospodarz, Armeniakos poprosił nas przed przylotem o przysłanie zdjęć mailem, by łatwiej nas poznać na lotnisku. Jak się okazało, niewiele to pomogło, bo… wyglądaliśmy na żywo dużo młodziej, jak stwierdził. Hmmmmmm. A może winne były same fotki – my dwie z mamą w kurtkach (focia z tegorocznej zimnej majówki w zielonogórskiem), a Andrzej – sama face jak do cv…
Armeniakos zapakował nas do niemożliwie zakurzonego autka i ruszyliśmy w drogę – to zaledwie 22 km, a jechaliśmy i jechaliśmy, chyba z godzinę! Fakt, było ciemno, że oko wykol, jechaliśmy chwilami skalistą, wąską skarpą wzdłuż morza, a nad nami na wyciągnięcie ręki przeleciał ogromny jak wieloryb, lądujący właśnie samolot. Świetlistym punktem była restauracja na palach wbitych w morzu, rozjarzona mnóstwem świec. Wow, che romantico jakby powiedzieli Chińczycy.
Niewiele później okazało się, że miniaturowe rozmiary wyspy wcale nie gwarantują, iż na Korfu wszędzie łatwo i szybko się dojedzie ;-) Mieliśmy się o tym przekonać po wynajęciu samochodu i samodzielnym poruszaniu się po wyspie ruchem nie tyle konika szachowego, co natrętnej muchy, gdyż gubienie drogi i kręcenie się w kółko było naszą standardową trasą. Dzięki tej nowatorskiej metodzie zwiedzania każdy odcinek dajmy na to, 30 kilometrowy pokonywaliśmy w dwie i więcej godzin… Motoryzacyjną tułaczkę umilały nam niespotykane nigdzie indziej widoki: 400-letnie gaje oliwne, dzielnie opierające się palącemu słońcu. Jak policzono, na Korfu (wyspa o powierzchni 592 km kwadratowych) rosną 4 miliony drzew oliwnych. Tu zagadka matematyczna: ile drzew przypada na metr kwadratowy???? Poniżej na zdjęciu jeden z oliwnych okazów, rósł blisko bizantyjskich, XIII-wiecznych ruin, więc możliwe, że równie leciwy...
Chyba 90% oliwnych kolosów ma więcej niż 100 lat, a to dlatego, że kiedy Korfu było pod weneckim panowaniem (przez cztery wieki), Wenecjanie płacili złotymi dukatami za każde 100 posadzonych drzew. Nie były one nigdy przycinane, ponieważ jak wierzyli Korfiańczycy – św. Spiridon, patron wyspy (o nim potem) z jakiegoś powodu był przeciwny temu hodowlanemu zabiegowi. Dzięki temu drzewa oliwne są po prostu tu wielkie jak dęby, o grubych, plecionych jak warkocze, poskręcanych pniach.
Ale od początku: w niedzielny poranek, nasz pierwszy na wyspie, obudziły nas gadatliwe jaskółki, mieszkające na naszym balkonie oraz pianie koguta (kogutów?). Z balkonu rozpościerał się widok na kawałek morza, zalesione gęsto niewielkie pagórki, araukarię i palmy oraz figi, cytryny i mandarynki wiszące na drzewach. No raj! Kiedy wyszliśmy z pokoju, stojąc w blasku słońca na galerii na wysokości I p. przeżyłam deja-vu: dokładnie taki sam widok mieliśmy z pokoju hotelowego na Bali: z drobną korektą - tamtejsza góra była ich najświętszym wulkanem…
Poszliśmy eksplorować nasze ambiente – wioska okazała się… wioską, z kilkoma zaledwie tawernami i paroma barami przy plaży, dwoma supermarketami. Plaża z lewej strony szybko się kończyła, gdyż na granicy osady do morza wpada rzeka – Messonghi, tworząc mini-marinę, w której cumowały jachty i łodzie rybackie. Na drugim brzegu rzeki widać było kompleks wielkiego hotelu – ale to już inna wioska – Moraitika. Można tam dopłynąć łódeczką za 1 euro, prowadzoną przez chyba stuletniego pana promowego. Koloryt lokalny.
Pierwszą naszą wyprawą była Korfu (Kerkyra) – czyli „stolica”, do której wybraliśmy się lokalnym autobusem. Hibiskusowa aleja wiodła nas z dworca autobusowego do historycznego centrum.
A tam: labirynty wąskich (niekiedy na jeden skuter), marmurowych uliczek z suszącym się praniem, żaluzjowe, drewniane okiennice w oknach, sklepiki z pamiątkami i kumkwatowymi wyrobami (likiery, marmolady, cukierki), musztardowo-ochrowe kolory tynków, francuska w stylu esplanada, czyli Liston, psuedoantyczne marmurowe pałace po Brytyjczykach - wszystko bardzo urocze, ale… mało greckie, bardziej włoskie w kolorystce i klimacie. Nie przeszkadzało mi to wcale, bo i takie lubię bardzo.
Charakteru miasteczku dodaje starówka (wpisana na listę UNESCO), zawierająca: dwie potężne weneckie fortece, żydowską dzielnicę z czynną synagogą, do której wciągnęła nas żywa muzyka, kościółem św. Spiridona – pochodzącego z Cypru patrona wyspy, który spoczywa tutaj, zabalsamowany, w przepięknym srebrnym sarkofagu z emaliowanymi medalionami, a jak wierzą Korfiańczycy (czy też Korfianie) - święty spaceruje nocami, strzegąc wyspy i dlatego ma… zdarte pantofle na podeszwach (nie widzieliśmy, bo sarkofag jest otwieramy tylko 3 razy w roku – m.in. 11 sierpnia, w dniu imienin świętego – i wtedy też dostaje nowe sandały…). Poza tym na starówce jest też duży port morski, a z drugiej strony – przy lotnisku maleńka wyspa, połączona groblą z lądem, na której stoi mikroskopijny monastyr z XIII wieku - symbol miasta powielany na wszystkich pocztówkach i pamiatkach. Cud-miód to wszystko. Naszego zachwytu Kerkyrą nie zmniejszył ani rachunek za obiad (ale co my jedliśmy! Dokładnie jak hrabia Rostowski – ośmiornicę, a także kalmary grillowane, stek z miecznika i grecką sałatkę, popijając zimniutką retsiną!), ani za deser: poszliśmy do cukierni i za jedną baklawe oraz drugie ciacho na wynos zapłaciliśmy 42 zł. Szwendaliśmy się po mieście do 19.00 i wróciliśmy do siebie, by zdążyć jeszcze wziąć autko na rano.
No i okazało się, że następnego dnia trzeba wstać o 7.00, by zdążyć się wyprawić do wypożyczalni i przygotować od razu do ruszenia w drogę na drugi kraniec wyspy. Cóż tam nas interesowało? Wyłącznie atrakcje tzw. Natury, bo jak wspomniałam – żadnych antycznych ruin ani innych starożytnych artefaktów na Korfu nie ma. Plażowanie nie jest akurat tym, co tygryski lubią najbardziej, ale jak się ma tylko takie atrakcje do dyspozycji (a wiedziałam o tym, planując ten krótki z konieczności wypad) – to się i takie polubi… I muszę się przyznać, że chyba się starzeję – gdyby ktoś mi kiedyś zaoferował darmowy urlop na Seszelach, w bambusowych chatkach na wodzie ze szklaną podłogą – natychmiast bym się przykuła do jakiejś ruiny, choćby w Polsce, byle z ciekawą historią, aby tylko się nie nudzić na plaży, patrząc np. przez 2 tygodnie wyłącznie w siną dal oceanu i palmy kokosowe. A teraz, z wiekiem, zaczynam dostrzegać piękne strony miejsc, w których człowiek nie wetknął swego palca, nie skaził ich kreatywnością budowlaną. Było mi dane ujrzeć na Korfu niezwykłe budowle, które wzniosła… Natura.
Pierwszą z nich była gotycka Paleokastritsa. Niezwykle strome, skaliste klify kryją maciupeńkie, a więc kameralne, kamieniste plaże. Do niektórych można się dostać wyłącznie łódką czy rowerem wodnym od strony morza. Cudownym pomysłem, który realizują Grecy w takich widowiskowych miejscach na wyspie są tawerny i bary z… basenem. Wystarczy zamówić cokolwiek – loda, kawę, czy posiłek, by móc korzystać z tegoż basenu, oraz toalety, prysznica, a schodzić sobie do jakiejś okolicznej zatoczki, by wykąpać się w morzu.
Przypadkiem odkryliśmy ten miły korfiański obyczaj zaraz na pierwszym postoju w Paleokastritsie: najpierw zeszliśmy chyba stoma stromymi schodkami w dół, wykąpaliśmy się w morzu (A. snoorkował, bo taszczyliśmy z Polski jego sprzęcik), by wrócić na szczyt klifu i zadekować się w barze z basenem. Widok na morze, leżaki, basen – wszystko gratis. Można było siedzieć w basenie patrząc na morze, lub znów zejść, wykąpać się w kryształowo szmaragdowej wodzie, ochłodzić i wrócić na frappe. W dodatku dzięki pewnemu językowemu nieporozumieniu, w jakie się wdałam z Grekiem, właścicielem baru zamawiając lody dla mamy, ów wziął mnie za Włoszkę i cały czas flirtował ze mną mówiąc do mnie "bella" (najpierw jednak tak się we dwoje uśmialiśmy z mojego lapsusa - do rozpuku i do łez - a chyba nic tak obcych sobie ludzi nie zbliża, ja ubaw po pachy). Nikos traktował mnie i mia bella mamma z wielką atencją, przysuwał leżaczek, proponując drinka do basenu, a ledwie tolerował obecność Andrzejka.
W ten niezwykle leniwy i wesoły sposób spędziliśmy pół dnia w Paleokastritsie i nawet nie chciało mi się (wyobraźcie to sobie!) zwiedzać monastyru Moni Theotoku z XVII.
Kolejnym celem wyprawy ku dziełom wielkiego architekta – Natury – było bajkowe Sidari. Pierwsze wrażenie nie było specjalnie imponujące – ot, plaża, brunatny piasek, słowem - nic takiego. Ale trzeba było troszkę podejść na lewo. A tam bajkowe klify piaskowe, niczym w Petrze – smugi kolorów układające się w zawiły dekor, albo oderwane, samotne skałki z naciekami tworzące fantastyczne kształty kopuł, jak w hinduistycznych świątyniach. Bosz, co za przepych!
Piaskowe skały, rzeźbione są przez wodę, tworząc wąskie przesmyki, w których kipią morskie fale. To słynny „Canal d’Amour” (Kanał Miłości) z legendą, że kto ten „kanał” przepłynie, znajdzie miłość wieczną...
W Sidari Grecy pielęgnują miły zwyczaj barów z basenami, tak więc spędziliśmy znów dzień w wodzie – ale nie odważyliśmy się skakać z 7 metrowego klifu do wąskiego, szerokości zaledwie 1 metra przesmyku między skałami – w czym celowały, ku naszej zgrozie, jakieś małolaty. Nie odstraszał ich nawet nagrobek młodego człowieka, zaledwie 26-letniego, który stracił życie tu właśnie ratując tonącego. Za to zafundowaliśmy sobie godzinę grozy na 4-osobowym rowerze wodnym, podczas gdy fale miotały nami na te piękne skały.
Jedliśmy tu znów greckie przysmaki (stifado, moussakę i pastsidę), popijając tzitzimbirrą, pławiąc się oczywiście w basenie. Na kawę poszliśmy do innej knajpki z basenem, nad samym Kanałem Miłości, ale wiatr, który wcześniej robił falę i bardzo chciał wywrócić nasz rower wodny z bezcenną zawartością w kamizelce ratunkowej (matka jest tylko jedna!), sypał piaskiem tak, że frappe nieregulaminowo zgrzytała nam w zębach. Na takich to zabawach minął kolejny dzień.
Po wypadzie do Kassiopi stałam się już wytrawnym plażologiem. Miasteczko kręci się wokół miłej mariny, w której cumują różnej wielkości stateczki. Można zasiąść w tawernie i prawie sobie moczyć nogi w wodzie. W okolicy jest kilka uroczych (ale innych niż w Sidari czy Paleokastrisie), kamienistych plaż. Woda ma tu odcienie szmaragdowo-turkusowe. Przepiękna jest plaża Bataria, skąd można dobrze zobaczyć nawet szczegóły wybrzeża Albanii (ponoć to tylko 2 km).
Ponad Kassiopi pysznią się malowniczo ruiny zamku. Ta miejscowość jest szczególna. Szczyci się m.in. odwiedzinami pewnego bardzo znanego, starożytnego "turysty" - otóż cesarz Neron miał tu właśnie zejść na chwilę ze statku w czasie swej morskiej podróży na igrzyska olimpijskie. Po drugie, właśnie tutaj była oferowana 2 lata temu plaża do wieczystego wynajęcia. Chodzi o grecki pomysł z 2010 r. na wyjście z kryzysu - dzierżawienie niektórych wysp i działek, w tym także na Korfu. Teren częściowo zalesionej, bajkowej działki w Kassiopi miał być oddany w dzierżawę na 100 lat. Na tej działce znajduje się niewielkie naturalne jeziorko, a linia brzegowa posiadłości wynosi około 725 metrów. Nie wiem czy znalazł się chętny miliarder, ale w okolicy mieszka już jeden - lord Rotszyld...
Sam dojazd do tego miasteczka to prawdziwy rollercoaster - jednak już w drugi dzień prowadzenia auta, Andrzej zamienił się w Korfiańczyka, który sprawnie wymijał się na ostrych i wąskich zakrętach z jadącymi z przeciwka lub też z wprawą godną tubylca ustępował drogi na pochyłej skarpie zjeżdżającemu z góry ostrymi zakrętami autobusowi.
Zważywszy na "cudowne" oznakowanie dróg na Korfu (vide zdjęcie - i generalnie stan tychże) - prowadzenie samochodu było nie lada wyczynem. I z tych własnie też powodów każda mała podróż, nieprzekraczająca 100 km w obie strony, zamieniała się nam w całodzienną wyprawę...
Podobnie kiepsko oznaczona jest wielka turystyczna atrakcja Korfu, związana z celebrytką, która w XIX w. sobie wyspę upodobała - chodzi o letnią rezydencję cesarzowej Sisi.
To słynna z urody (ale miała brzydkie zęby, dlatego na portretach nigdy się nie uśmiecha...) żona poczciwiny Franciszka Józefa, cesarza austro-węgierskiego, Polakom chyba najbardziej znanego z mechatych bokobrodów i licznych portretów, które u Szwejka obsrywały muchy. Sisi uciekała na Korfu przed światem, mężem, dziećmi ewentualnie teściową (niepotrzebne skreślić). Tragiczna i romantyczna to postać, poślubiona jako 16-latka przez Franka Józefa, który się w niej nieprzytomnie zakochał, a swatano go z jej starsza siostrą, więc historia jak z Kopciuszka. Nigdy jednak nie była szczęśliwą żoną, gnębiona przez teściową nie bardzo udzielała się na dworze. Najpierw straciła syna Rudolfa, który popełnił romantyczne samobójstwo z miłości, a sama z kolei zginęła zasztyletowana przez Włocha-anarchistę, który po prostu chciał przejść do historii mordując kogoś znakomitego - stało się to nad jeziorem Genewskim. Tak zatem ukochana rezydencja służyła jej krótko, a po jej śmierci popadła w zapomnienie aż na 10 lat.
Achillion (za chwilę wyjaśnię skąd nazwa) położony jest szalenie malowniczo - na szczycie wzniesienia, na które wspiąć się trzeba stromą serpentyną. Wspinaliśmy się więc na wspomnianych już wcześniej, wynajętych 4 kółkach, gdy nagle stanęliśmy reflektor w reflektor z kawalkadą autokarów, zjeżdżających z turystami w dól. Nie wiem, może ze złej strony podjeżdżaliśmy, ale autokar zaczął wymuszać na nas zjazd zakrętami w dół, do najbliższej platformy, gdzie możliwa była mijanka. Całe nasze szczęście, że do Achillionu wybraliśmy się, gdy Andrzej stał się już (pod względem drogowym) Korfiańczykiem, inaczej nasze kości ozdabiałyby to zbocze po wieki :-) Tak na marginesie - mój mąż jest świetnym kierowcą. Warto jednak było się wspinać - pałac w stylu klasycystycznym ma niezwykłe położenie, lekkość architektury, ogromny ogród, a ozdobiony jest licznymi statuami w stylu antycznym - popiersia filozofów, dramatopisarzy, posągi Muz i co tam (kogo tam) jeszcze chcecie.
Jednak najważniejszy jest pełen ekspresji posąg umierającego Achillesa - uchwycona chwila tuż po wyjęciu strzały z pięty. To dzieło XIX wiecznego profesora wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jakież on wyrzeźbił mu pośladki! Co za tors! Stałam i mlaskałam...
Cesarzowa była zafascynowana Achillesem, stąd więc nazwa rezydencji. Wewnątrz pałacu zwiedza się komnaty, sale balową. Na przepięknej klatce schodowej jest ogromne malowidło ścienne przedstawiające triumf Achillesa pod Troją, gdy włóczy rydwanem ciało pokonanego Hektora. Kolejny właściciel rezydencji - cesarz niemiecki Wilhelm II kontynuował tę stylizację na antyk, wprowadzona przez Sisi, ale zamówił swoja wersję Achillesa - to kilkumetrowy (sic!) posąg stojącego bohatera, z brązu. W tym wydaniu jest to zwycięzca, w pełnym rynsztunku bojowym, stojący na cyplu w ogrodzie, skąd może bystrym okiem kontrolować horyzont. Wszystkie przedstawienia Achillesa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Od czasów studenckich, gdy ślęczałam nad Homerem (tłumacząc grecki oryginał na seminarium), byłam rozdarta między miłością do Achillesa i uwielbieniem dla Hektora...
Co ciekawe, w rezydencji kręcony był w latach 60-tych ub. wieku film z mojej ukochanej serii - mianowicie jeden z Bondów: "Tylko dla twoich oczu" z Rogerem Moorem. W Bondzie kocham się również od wielu lat...
Jak zwykle wetknęłam nos w jakiś zakamarek pałacu i udało się nam przejechać cesarską windą obitą purpurowym pluszem. Ponadto zobaczyliśmy sypialnię cesarzowej (nawet baldachimu nie miała nad łóżkiem, phi) i biurko Wilhelma, białe, niewielkie, przy którym siedział na bujanym stołku jak na koniku. Strasznie to niepoważne było ze strony cesarza, normalnie duży chłopiec na koniku, roztrząsający ważne sprawy państwowej wagi... Po opuszczeniu pałacu wypiliśmy frappe na jednym z tarasów należących do kompleksu, ze wspaniałym widokiem na morze...
Kolejnego dnia udaliśmy się nad jezioro Korisson, do którego znów trudno trafić, a piaszczyste, wąskie dróżki są źle oznakowane. Jednak dzięki temu przejechaliśmy niechcący koło tak starego gaju oliwnego, że poczułam się przez chwilę jak we "Władcy Pierścieni" i tylko czekałam, aż drzewa zaczną mówić lub obejmować mnie sękatymi konarami. W malowniczym miejscu między jeziorem a morzem tworzą się duże wydmy - jedyne na Korfu. Wałęsaliśmy się brzegiem morza odkrywając skarby wyrzucone przez fale - kamyki, tajemnicze kulki z wodorostów itp.
Kumkwatowa zagadka dręczyła nas przez cały pobyt. Mieliśmy chęć zwiedzenia plantacji kumkwatów, z których wyspa ponoć słynie. Dużo do myślenia dało nam stwierdzenie pani w wypożyczalni samochodów, która na moja prośbę, by zaznaczyła na mapie miejsce, gdzie taka plantacja jest udostępniona do zwiedzania i degustacji powiedziała, że jak żyje na Korfu to nigdy nie widziała żadnej plantacji... Hm. Wskazała jednak faktorię, gdzie możemy kupić przetwory z kumkwatu. Dojechaliśmy tam. Wyglądało to jak wielki supermarket. Oczywiście przed wejściem stały dwa rachityczne drzewka kumkwatowe, ale żadnej plantacji nie było widać! Obok jakieś budynki produkcyjne z 4 wielkimi rękawami dla TIRów. Pomyśleliśmy, że wygląda to raczej na rękawy dostawcze, a nie odbiorcze. I mamy swoją teorię spiskową: kumkwaty rosną w Chinach i na Korfu, jaki zatem wniosek? Grecy te owoce sprowadzają z Chin! Bo jak inaczej wytłumaczyć, że sadów kumkwatowych tu nie ma? Oliwne drzewa są wszędzie, a kumkwatowe widzieliśmy w doniczkach przed sklepem i w jednym (dosłownie) sadzie w wiosce gdzieś na "zadupiu". Co więcej, gdy w jakimkolwiek barze chcieliśmy zamówić drinka na bazie kumkwatowego likieru - nigdzie, dosłownie nigdzie nie oferowano! W karcie przeważnie wszystkie słynne koktajle świata, ale bez tego specjału. O co tu chodzi? Myślę, że to jakiś wał.
Jednak ta zagmatwana kwestia kumkwatowa nie umniejsza piękna tej wyspy i atrakcji, które każdy tu dla siebie znajdzie...
środa, 30 lipca 2014
Migdałki
Jesteśmy w Kielcach, w których trwa Europeada - festiwal tancerzy regionalnych z 22 krajów Europy. Po ulicach chodzą artyści w tradycyjnych strojach, panuje luźna atmosfera, międzynarodowy blichtr. Oczywiście ze wszystkimi się chcę fotografować.
Dopadam przystojnego Szkota w kraciastej spódniczce, robię sobie z nim zdjęcie i rozmarzona mówię do męża:
- Widzisz, mógłbyś się tak ubierać, jak on: biała koszula, spódniczka...
- Ale oni ponoć nie noszą bielizny? - dorzuca informacyjnie moja przyjaciółka.
- No to zaoszczędzilibyśmy na slipach! - ja tam nie daję się zbić z pantałyku.
- Ale mógłbym sobie coś przeziębić! - protestuje nagle, wtrącając się, mój mężczyzna.
- No tak, te męskie klejnoty... - wzdychamy obie z kobiecym zrozumieniem.
- Hm, myślałem raczej o migdałkach!
P.S. Na zdjęciu trzymam w garści słynne kieleckie jagodzianki!
Dopadam przystojnego Szkota w kraciastej spódniczce, robię sobie z nim zdjęcie i rozmarzona mówię do męża:
- Widzisz, mógłbyś się tak ubierać, jak on: biała koszula, spódniczka...
- Ale oni ponoć nie noszą bielizny? - dorzuca informacyjnie moja przyjaciółka.
- No to zaoszczędzilibyśmy na slipach! - ja tam nie daję się zbić z pantałyku.
- Ale mógłbym sobie coś przeziębić! - protestuje nagle, wtrącając się, mój mężczyzna.
- No tak, te męskie klejnoty... - wzdychamy obie z kobiecym zrozumieniem.
- Hm, myślałem raczej o migdałkach!
P.S. Na zdjęciu trzymam w garści słynne kieleckie jagodzianki!
sobota, 19 lipca 2014
Salto mortale
To się doigrałam! Zamiast II cz. wrażeń z Korfu będzie o tym, jak stałam się kobietą upadłą, która w dodatku maltretuje koteczki...
Trzaskający skwar wygonił mnie dziś przed południem do ogrodu. Najpierw wzięłam się za pielenie, ale stwierdziwszy brak weny twórczej do destrukcyjnej działalności antychwastowej, czym prędzej rozebrałam się do bikini, wzięłam książkę L. Durella, rozwiesiłam między dwoma drzewami orzechowymi bardzo zabytkowy (bo nabyty w latach 80-tych w kultowym sklepie Wars albo Sawa w stolycy) kubański hamak i oddałam się smakowitej lekturze "Gorzkich cytryn Cypru".
Koło mnie kręciła się Lola - najpierw wdrapała się na drzewo, ale widząc, że nie wejdzie po cienkich linkach hamaka do mnie - zakotwiczyła się na trawie tuż pod moją pupą, leżącą w hamaku. Przez moment przyszło mi do głowy, że gdyby hamak się zerwał, chyba bym ją sprasowała na futrzany placuszek. Otrząsnęłam się jednak szybko z tej strasznej wizji, widząc i wiedząc, że hamak trzyma się mocno na żeglarskich linach i szeklach, które zamontował dla mnie mój czuły mąż.
Jednak muszę przyznać, że leżenie w tym moim zabytkowym hamaku, wiezionym kiedyś ze stolycy jako główne trofeum zakupowe (pociągiem) wymaga nieco sprytu: nie tworzy on wygodnej, otulającej "leniwca" kołyski, jest białą siatką z frędzlami dość silnie naprężoną między dwiema deszczułkami, tak więc trzeba się pilnować, by z niej się nie zsunąć.
Od czasu do czasu przerywałam lekturę, by się z Lolą pomiziać, potem zaprosiłam ją na hamak -wskoczyła, podeptała mi łapkami brzuch i straciła nim zainteresowanie, by zająć się gryzieniem moich ogrodowych butów. Sielanka normalnie była, ptaszki ćwiergoliły, słońce się nie mogło do nas przedrzeć przez gęste listowie orzechowca, lekki wietrzyk chłodził miło. Baja, wysiadają Hawaje i inne Mauritiusy!
Przyszedł jednak moment, że sielankę trzeba było zakończyć. W tym celu usiadłam w hamaku bokiem, nogi miałam już na trawie, siedząc spojrzałam jednak za siebie, szukając Loli i nagle: ludzie, jakie ja salto mortale zrobiłam! Nogi znalazły się w górze, przeleciały mi za głowę, zrobiłam efektownego fikołka (aż żal, że nikt tego nie zarejestrował), spadłam na kotka, wpadłam na drabinę, skaleczyłam sobie ramię i obtłukłam biodro oraz lędźwie po prawej stronie. Stałam się kobietą upadłą.
Lola przytomnie uciekła, ale ma dziewczyna traumę: sami sobie wyobraźcie - leżycie se na trawie i nagle spada na was taki ze 30 razy cięższy worek?
No i teraz Lola się mnie boi. Ucieka na mój widok, więc łapki ma sprawne, nieuszkodzone, czego o swoich nie mogę powiedzieć... Piszę ten post siedząc goła w wannie z zimną wodą i robię sobie krioterapię tej części pleców, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę...
Trzaskający skwar wygonił mnie dziś przed południem do ogrodu. Najpierw wzięłam się za pielenie, ale stwierdziwszy brak weny twórczej do destrukcyjnej działalności antychwastowej, czym prędzej rozebrałam się do bikini, wzięłam książkę L. Durella, rozwiesiłam między dwoma drzewami orzechowymi bardzo zabytkowy (bo nabyty w latach 80-tych w kultowym sklepie Wars albo Sawa w stolycy) kubański hamak i oddałam się smakowitej lekturze "Gorzkich cytryn Cypru".
Koło mnie kręciła się Lola - najpierw wdrapała się na drzewo, ale widząc, że nie wejdzie po cienkich linkach hamaka do mnie - zakotwiczyła się na trawie tuż pod moją pupą, leżącą w hamaku. Przez moment przyszło mi do głowy, że gdyby hamak się zerwał, chyba bym ją sprasowała na futrzany placuszek. Otrząsnęłam się jednak szybko z tej strasznej wizji, widząc i wiedząc, że hamak trzyma się mocno na żeglarskich linach i szeklach, które zamontował dla mnie mój czuły mąż.
Jednak muszę przyznać, że leżenie w tym moim zabytkowym hamaku, wiezionym kiedyś ze stolycy jako główne trofeum zakupowe (pociągiem) wymaga nieco sprytu: nie tworzy on wygodnej, otulającej "leniwca" kołyski, jest białą siatką z frędzlami dość silnie naprężoną między dwiema deszczułkami, tak więc trzeba się pilnować, by z niej się nie zsunąć.
Od czasu do czasu przerywałam lekturę, by się z Lolą pomiziać, potem zaprosiłam ją na hamak -wskoczyła, podeptała mi łapkami brzuch i straciła nim zainteresowanie, by zająć się gryzieniem moich ogrodowych butów. Sielanka normalnie była, ptaszki ćwiergoliły, słońce się nie mogło do nas przedrzeć przez gęste listowie orzechowca, lekki wietrzyk chłodził miło. Baja, wysiadają Hawaje i inne Mauritiusy!
Przyszedł jednak moment, że sielankę trzeba było zakończyć. W tym celu usiadłam w hamaku bokiem, nogi miałam już na trawie, siedząc spojrzałam jednak za siebie, szukając Loli i nagle: ludzie, jakie ja salto mortale zrobiłam! Nogi znalazły się w górze, przeleciały mi za głowę, zrobiłam efektownego fikołka (aż żal, że nikt tego nie zarejestrował), spadłam na kotka, wpadłam na drabinę, skaleczyłam sobie ramię i obtłukłam biodro oraz lędźwie po prawej stronie. Stałam się kobietą upadłą.
Lola przytomnie uciekła, ale ma dziewczyna traumę: sami sobie wyobraźcie - leżycie se na trawie i nagle spada na was taki ze 30 razy cięższy worek?
No i teraz Lola się mnie boi. Ucieka na mój widok, więc łapki ma sprawne, nieuszkodzone, czego o swoich nie mogę powiedzieć... Piszę ten post siedząc goła w wannie z zimną wodą i robię sobie krioterapię tej części pleców, gdzie tracą one swą szlachetną nazwę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















