środa, 5 kwietnia 2017

Facebook, czyli zjawisko bilokacji

Od jakiegoś już czasu zastanawiały mnie niektóre posty znajomych na facebooku, zwłaszcza te relacjonujące uczestnictwo w jakichś wydarzeniach. A to ktoś z miasta oddalonego ode mnie o 300 kilometrów meldował się, że wziął udział w nocnym koncercie w moim mieście, nie dając nawet znaku pobytu, a do rodziny należy, więc wypadało!

Ktoś inny znów zwierzał się, że jest w drodze np. do stolicy, a ja spotykam tego kogoś za parę godzin spokojnie kupującego kiełbasę w osiedlowym sklepie. Te i podobne przypadki zdarzają się od czasu do czasu, powodując mętlik w mojej głowie, ale wiem, że niektórzy lubią się lansować, więc sprawy nie rozgryzałam, co mnie to w końcu... No właśnie.

Jednak dziś doszło do przełomu. W największe zdumienie, wręcz osłupienie wprawił mnie bowiem mój znajomy mechanik samochodowy. Otóż, mam kłopot motoryzacyjny i chciałam upewnić się, że w zakres usług tegoż fachowca wchodzi wymiana klocków hamulcowych. Ponieważ noc już jest głęboka, to nie zadzwonię, by się zapytać. Sprawdzam we wszystkowiedzącym internecie. Znajduję potrzebne mi informacje na temat warsztatu, nawet cennik usług, ale ponieważ dostrzegam też link do profilu na facebooku, to z ciekawości klikam. "Mój" mechanik starszym panem już jest, taka dyspozycyjność w social mediach więc mnie zadziwiła.

Wchodzę na profil - wszystko się zgadza: imię, nazwisko, zdjęcie ciut nieostre, ale on ci to, na pewno. Wśród niewielu znajomych - moi dobrzy znajomi, a jego krewni, więc potwierdza się tożsamość - musi być tym, o kogo mi chodzi. Jednak... wytrzeszczam oczy, bo informacje profilowe nijak nie przystają do mojej o panu wiedzy.

Okazuje się, że ów wcale nie jest właścicielem warsztatu samochodowego we Wrocławiu (i to chyba od jakichś 40 lat), lecz "pracował" w Teatro Brujo, uczył się na Katolickim Uniwesytecie w Cuenca (gdziekolwiek to jest), uczęszczał do Oblatas i mieszka oraz jest z... Cuenca. Po dalszych moich poszukiwaniach okazuje się, że to Ekwador. Na profilu tylko parę zdjęć pana, w tym dwa w czarnym birecie, z hiszpańskim, falbaniastym kołnierzem na szyi. Totalne mistero! Wiecznie utytłany smarem i olejem pan to w rzeczywistości delikatny jak mimoza artysta, aktor...

Załamałam się - gdzie ja w takim razie jutro wymienię klocki hamulcowe?? W Oblatas czy w Cuenca???




 


poniedziałek, 20 marca 2017

Szczęście dla opornych w 11 krokach

marguerite-74886_1280W Międzynarodowym Dniu Szczęścia parę refleksji... Pierwsza, że definicji zadowalającej wszystkich na razie brak. Od Starożytności mędrcy i zwykli ludzie próbowali określić, czym jest szczęście. Dla każdego było to jednak coś innego... W sumie to zrozumiałe, bo ilu ludzi na świecie, tyle szczęść…

Wiemy, że to emocja, powodująca w nas stan zachwytu, zadowolenia, błogostanu. Stan osiągany czasami, nigdy nie trwający stale, przez 365 dni w roku. I dobrze, bo gdyby tyle trwał, przestałby być szczęściem. Szczęście bowiem możemy rozpoznać dopiero wtedy, gdy doznamy jego przeciwieństwa – nieszczęścia. Jak wszystko w życiu, ma smak i wyraźne granice wtedy, gdy poczujemy stan z przeciwnego bieguna: choroba uświadamia nam, jak fajnie być zdrowym, niepomyślne wydarzenia – co to szczęście, samotność natomiast pozwala odróżnić nam stan szczęśliwego zakochania.

Szczęście obejmuje tak szeroką grupę zjawisk, uczuć, stanów świadomości, że zdaje się być nadrzędną emocją, celem dalekosiężnym, do którego wszyscy zmierzamy, bo w nim zawiera się i zdrowie, i miłość, i przyjaźń, także sukces, bogactwo i wiele, wiele jeszcze innych. Jedni osiągają cel szybciej, inni wcale, chociaż zmierzają do niego przez całe swoje myślące życie.

Rodzimy się jako istoty do szczęścia przeznaczone i przez kilka pierwszych lat – jesteśmy nimi. Potem coś się zmienia, nakładamy sobie jakieś ograniczenia, programowani jesteśmy na to, że szczęście nie każdemu jest pisane. Tymczasem to nieprawda! Szczęście to stan, do którego ma prawo każdy człowiek, bez względu na wiek, status społeczny, urodę i co tam jeszcze chcecie. Po prostu, sam fakt, że pojawiliśmy się na jednej z biliardów trylionów planet, w dodatku tak pięknych jak marzenie – dowodzi tego, że do szczęścia zostaliśmy przeznaczeni. Tak. Wszyscy bez wyjątku. Jak więc ten stan osiągnąć?

Oto „szczęście dla opornych” w 11 krokach:

  1. Codziennie bądź wdzięczna za to, co otrzymałaś od losu, innych ludzi. We wzbudzaniu tego uczucia pomaga prowadzenie swoistego „Pamiętnika wdzięczności” – zapisuj wszystko, każdego dnia. Podniesie to Twoją samoocenę, pokaże, jak wiele dobra dostajesz każdego dnia, w każdej godzinie, pohamuje gniew, zbliży do ludzi, obudzi cudowne uczucia.

  2. Optymizmu można się nauczyć. Pozytywne myślenie – przede wszystkim na swój temat, ale także o innych ludziach, o przyszłości programuje podświadomość na  sukces, więc więcej osiągamy. Optymizm można wyćwiczyć, jak mięsień. Unikaj złych, negatywnych myśli – na swój temat i o innych ludziach, okolicznościach.

  3. Porażka nie istnieje. Nie ma porażek, każda jest bowiem lekcją. Dopiero wtedy, kiedy ją za taką uznasz – porażką się stanie. Tak więc masz wpływ na swoje postrzeganie niepowodzeń – to lekcje, które mają cię czegoś nauczyć. Tylko lekcje.

  4. Pomagaj, zawsze broń słabszych. Wystarczy drobna pomoc innym ludziom (przytrzymanie komuś drzwi, powiedzenie komplementu). Ważna jest nie tyle liczba aktów życzliwości, co ich różnorodność. 

  5. Dobre relacje. Przyjaźń, samo przebywanie wśród ludzi podnoszą zadowolenie z życia i poczucie szczęścia, bycia częścią jakiejś społeczności.

  6. Nie daj się stresorom! Naucz się radzić sobie ze stresem na swój ulubiony sposób.

  7. Wybaczaj. Poczucie krzywdy trzyma nas w przeszłości i pogarsza stan emocjonalny. Przebaczenia dokonuj raczej dla własnej higieny psychicznej.

  8. Działaj w zgodzie ze swoimi wartościami. Ustal osobiste cele i zmierzaj do nich dla siebie, nie dla innych. Cele niedopasowane mogą cię unieszczęśliwić. Działaj z pasją, wkładaj w to serce. Wzrośnie wtedy poczucie sensu życia.

  9. Carpe diem zalecał Horacy. Żyj dniem dzisiejszym, bo na przeszłość nie masz już wpływu, a przyszłość będzie taką, jaką sobie dziś wymyślisz. Epikur doceniał proste przyjemności: radość istnienia, podziw dla natury. Codziennie delektuj się więc życiem, pięknem przyrody i prostymi rzeczami: smacznym jedzeniem, czyjąś obecnością.

  10. Bądź w kontakcie z Absolutem. Ludzie praktykujący rozwój duchowy są szczęśliwsi. Kontakt z istotą wyższą daje moc i dystans do kłopotów.

  11. Dbaj o ciało. To przecież świątynia duszy! Medytacja, ćwiczenia fizyczne, zabiegi kosmetyczne podnoszą nastrój, dają poczucie szczęścia. 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Zhaikowana

Zafascynowałam się lekturą: D. Theriault'a "Zadziwiająca historia samotnego listonosza". Tytułowy listonosz podgląda cudzą korespondencje i intryguje go wymiana wierszy haiku między piękną mieszkanką dalekich wysp a dziwnym osobnikiem zamieszkującym jego rewir.











Gdy adresat ginie w wypadku, listonosz postanawia podtrzymać tę korespondencję, która zawiera zawsze tylko jeden wiersz haiku. Nie wie, jakiego rodzaju haiku wysyłał adresat listów, bo ich wymianę zna tylko z jednej strony.

No i haiku mnie wzięło. Nie to, bym się pierwszy raz w życiu zetknęła z nim, ale przypomniało mi się. Że takie proste, ascetyczne, piękne.

Lekturę zaczęłam przed snem, więc kiedy wreszcie zgasiłam światło, haiku samo mi się ułożyło w głowie:

Światło Księżyca

Ślad kocich łap na śniegu

Zamarznięta łza...

Obudziłam pochrapującego męża, by się z nim podzielić efektem mojej nocnej kreatywności, ale nie spotkałam się z oczekiwanym zrozumieniem... Trudno się dziwić, pierwsze dzieła, nawet geniuszy, nie muszą być od razu arcydziełami, które docenia tłuszcza.

Nie zniechęciło mnie to wcale i rano, jeszcze przed kawą napisałam kolejne haiku:

Sztylet uśmiechu

Lśnienie słońca na ostrzu

ofiara pada...

I tym razem poczytałam mężowi przez telefon (zdążył dotrzeć do Warszawy), ale może przez zakłócenia na linii był przekonany, że haiku jest krwawe i mówi o morderstwie.

Aż się boję, co ja napiszę do wieczora...

środa, 22 lutego 2017

Otarłam się o jaskiniową restaurację we włoskim Polignano a Mare!

Właśnie wpadł mi w ręce ranking piętnastu najbardziej niesamowitych restauracji na świecie. Numer jeden na tej liście: Ristorante Grotta Palazzese, Puglia, Włochy.


Apulia? Przecież w listopadzie tam byłam, ale w jakiej konkretnie miejscowości znajduje się to cudo? Ze zdjęć w rankingu widać, że nad morzem.... Szukam, szperam w Internecie i wreszcie – mam: ta "jaskiniowa" restauracja jest w Polignano a Mare! Do diaska, przecież tam byłam!!!! Otarłam się więc tylko, i to dosłownie, bo restauracji wtedy nie znalazłam. Jaka szkoda!
Do Polignano a Mare wybraliśmy się, bo zachęcił mnie opis w przewodniku, że miasteczko posadowione jest bardzo spektakularnie na klifie, plażę ma niedużą i kamienistą, ale uroczą (lecz nie o nią mi chodziło w listopadzie…), że ciekawa Starówka, klimat tego miasteczka. No i najważniejsze - stąd pochodził słynny włoski słowik – Domenico Modugno…
Pojechaliśmy więc pociągiem z Bari. Podróż trwała mniej niż pół godziny, ale pogoda nie sprzyjała zwiedzaniu – było pochmurno, bez kolorów. Mimo to, gdy dotarłam do bramy prowadzącej na Starówkę, malutką, zagęszczoną jakby na małym cypelku, wiedziałam, że nie pożałujemy tej wyprawy!
Pora zrobiła się lunchowa, więc nie namyślając się wiele zaczęliśmy od obiadu w restauracji na małym placyku. Na przeczekanie podano nam niedużą pizzę. Czekając na główny posiłek rozglądałam się, bo wyjrzało słonko i zrobiło się włosko, śródziemnomorsko.... Naprzeciwko zachwycił mnie budynek na sprzedaż – już zaczęłam przekonywać męża do jego zakupu, gdy jego sokole oko wypatrzyło tabliczkę informacyjną: ta urocza ruina to palazzo z XVII wieku! Nie stać nas jednak.... 
Za to kocham Włochy - gdzie nie spojrzeć zabytek, i to nie jakiś tam stulatek!
Po zjedzeniu pysznych lokalnych „uszek”, czyli orecchietti, które  w wydaniu polignańskim wyglądały jak nasze pierogi raczej, nadziane, w sosie pomidorowym, ruszyliśmy na podbój Starówki.
Uliczki wąskie, ale porządnie wyznaczone w regularnych prostokątach. Co kawałek jakieś miejsce widokowe – taras, z którego można było popatrzeć w bezkres morza. Klimatyczne, urocze miejsce.
Kameralne, biało-beżowe w kolorach domów, z błękitem morza i nieba. Zdecydowanie do obejrzenia. Teraz już wiem, że można tam było zjeść posiłek w unikatowym miejscu… 
Tak w ogóle miasteczko jest podzielone na dwie części wąwozem, który jest jakby pęknięciem klifu, może ujściem rzeki (w listopadzie wyschniętej)? Jego brzegi połączone są kamiennymi mostami. W ten sposób jest tu maleńka plaża:

Starówka jest na prawej części, tu też, jak poniewczasie zauważyłam, mieści się ta spektakularna restauracja. W lewej części natomiast znajduje się np. pomnik Domenica, który akurat wykonuje swoją najsłynniejszą piosenkę: Volare… Dołączyłam się! Nawet słońce wyszło na ten nasz duet:
Rozczarowana tylko jestem, że wtedy o restauracji w grocie nie wiedziałam. Taka atrakcja była na wyciągnięcie ręki, a tak - tylko się otarłam...

 

 

 

wtorek, 14 lutego 2017

Walentynki: komercja czy nie, i tak lubię je!

Naprawdę nie mam nic przeciwko komercji. Bez Walentynek luty byłby tylko mroźny, a tak jest i mroźny i miły. Nie przeszkadza mi wysyp czerwonych serduszek, pluszaków i lizaków. Oczywiście nie jestem za tym, by uczucia okazywać tylko raz w roku, ale dziś można zaszaleć i to bez konsekwencji.

Na fejsie roi się od zdjęć zakochanych par, bo kto żyw musi pokazać, kogo i jak mocno kocha... To mnie akurat nie obchodzi, ta cała "publicity", wolę uczcić ten dzień jakąś wysublimowaną kolacją we dwoje (albo nawet w większym gronie, dlaczego ma to dotyczyć tylko związków miłosnych z erotycznym podtekstem?), jednak w realu. Nie bawi mnie siedzenie przed monitorem i wrzucanie kolejnych upozowanych selfie z Walentym.

Ponieważ swojego Walentego mam tylko w weekendy, a tegoroczne święto wypada we wtorek, imprezkę walentynkową w sześciopaku robiliśmy w sobotę. To było posiedzenie naszego 6-osobowego Klubu Tatarkowego. Z iście walentynkowym rozmachem zrobiłam dla każdego uczestnika różę z truskawki... Zrobiły wrażenie!
I kiedy już wydawało mi się, że Walentynki uczciłam przed czasem, ale jednak, to niespodziewanie okazało się, że mój Walenty będzie jednak dziś wieczorem w domu. Po prostu zapomniał portfela ze wszystkimi ważnymi dokumentami i przyjedzie po niego. Mogę więc zakrzyknąć: wiwat skleroza!!!

czwartek, 9 lutego 2017

O pizzy - najpopularniejszym daniu świata, w Dniu Pizzy garść informacji

Nie wiem, czy istnieją na świecie ludzie nielubiący pizzy? Albo tacy, którzy jej nawet raz w życiu nie spróbowali (bo myślę, że nawet Buszmeni mają za sobą to doświadczenie)? To najsławniejsze, najbardziej znane i najpopularniejsze danie świata, do zdobycia w każdym zakątku naszego globu.


Moje pizzowe refleksje bardzo historyczno-podróżnicze poczytacie na stronie:
http://rosomag.pl/pizza-najpopularniejsze-danie-na-swiecie/


wtorek, 31 stycznia 2017

Jak bank doprowadził mamę do bezsenności...

Moja mama-emerytka nie śpi już kilka nocy (od ubiegłego tygodnia), bo miała taką przygodę w swoim PKO cud-miód banku polskim...

Poszła coś załatwić, doradca stwierdził, że lokaty, które ma przypięte do ROR-u jakieś sprzed wieków są, archaiczne i zaproponował zmianę na nowszy typ. Oczywiście, nie była to zmiana na korzystniejsze oprocentowanie, ale dotyczyła przede wszystkim opłat za posiadanie konta, karty itp. Kiedy mama dała się skusić, pani bankierka zaczęła sprawdzać dane i doszła do współwłaściciela konta, że potrzebna będzie jego wizyta w banku i zgoda na zmianę rodzaju rachunku. No to mama powiedziała, że współwłaściciel (czyli mój tato) nie żyje od przeszło 8 lat... Pani zrobiła surową minę: - jak to, bank nie został o tym poinformowany???? Mama zmartwiała. Dostała pouczenie, że musi donieść akt zgonu i stawić się w banku ponownie.

No i od piątku mama nie śpi, bo jest przekonana, że czeka ją jakaś kara. Dziś wreszcie poruszyła ze mną temat, stąd wiem. Mama jest przerażona, czuje się jak złodziej, który ukradł pieniądze. Pieniądze są jej, konto było wspólne z tatą. Wpływała na nie mamy emerytura i taty pensje, kiedy żył i pracował. Lokaty zakładali, kiedy zaoszczędzili jakąś kwotę. Od 8 lat wpływy dotyczą tylko mamy, bo taty wpływów nie ma. Nadmienię, że w postępowaniu spadkowym mama wyspowiadała się urzędowi skarbowemu ze stanu wspólnych oszczędności. Wydaje mi się, że formalności dotyczące zgonu współwłaściciela konta zostały dawno zgłoszone w tym banku, no ale mogę się mylić. Bank wie lepiej. Przecież to absurd, mama często jest w banku, bo nie ma bankowości internetowej, więc wciąż coś musi tam zgłaszać. I nikt wcześniej nie zauważył jej "archaicznego" rachunku? Wątpię. Pewnie trafiła na jakąś akcję łapanki seniorów.

Ja też dałam się złapać w swoim banku BPH (obecnie przejęty po raz dziesiąty przez inny bank). Skusiłam się na superlokatę 18-miesięczną - w szwajcarską giełdę. Mogłam zarobić kilkadziesiąt procent, albo zero, ale przynajmniej nie stracić (to było gwarantowane). I tak się stało. Po 18 miesiącach otrzymałam dokładnie tę samą, wpłaconą kwotę. Nawet złotówki nie zarobiłam. Wiwat banki!

Znalezione obrazy dla zapytania bank


 

grafika: gazeta-msp.pl

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ucieczka od smoga, czyli śnieżne obiekty latające i kopi luwak

Niedzielny wypad poza Wrocław miał na celu ucieczkę od smoga. Czy udało nam się przewietrzyć płuca?

Piękna zimowa pogoda, a zwłaszcza przegląd zdjęć z 2014 roku, z weekendu w Szklarskiej Porębie, spowodowały moją nagłą tęsknotę za górskim, zimowym pejzażem...

Wskoczyliśmy więc w samochód i po 2 godzinach przyjemnej (drogi odśnieżone i suche, niewielkie natężenie ruchu) jazdy byliśmy w kurorcie. Czy w Szklarskiej jest mniejszy smog? Tu polemizowałabym, ale nie skupialiśmy się na negatywach. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Kamieńczyka (wodospad). Było słonecznie, ciepło i pięknie. Może nie aż tak jak 3 lata temu (zdjęcie powyżej), ale nie kaprysiłam wcale... Tym bardziej, że wokół mnie skrzył się diamentami śnieg i latały niezidentyfikowane obiekty...


Po cudownym spacerze zjechaliśmy do centrum miasteczka, by znaleźć jakiś obiad. W "Kaprysie" było sporo ludzi, ale lokal przyjemny, więc zdecydowaliśmy się tutaj spożyć posiłek. Czekając na danie i popijając wino znalazłam na stoliku ulotkę reklamującą kopi luwak, czyli najdroższą kawę świata, którą tu podają. 
Od razu przypomniała mi się moja wizyta na Bali, która to wyspa słynie również z kopi luwak. Miałam wielką ochotę porównać smaki, tym bardziej, że tutejsza kawa pochodzi z Wietnamu, a sposób jej podawania wydawał mi się (po opisie sądząc) intrygujący. Koszt filiżanki niespecjalnie mnie odstraszył (49 zł) i już, już widziałam siebie delektującą w/w kawą, gdyby nie... beznadziejna obsługa. Na obiad czekaliśmy bardzo długo, tyle, że zdążyliśmy wypić herbatę, wino (teoretycznie zamówione do obiadu), a posiłku jak nie było, tak nie było. Kiedy pomyślałam, że na kawę będę czekać równie długo, a poza tym jej parzenie odbywa się przy stoliku i trwa ok. 10 minut - moja ciekawość musiała zostać tym razem niezaspokojona... Szkoda. Nie opowiem zatem, jak smakuje wietnamska kopi luwak podawana w Szklarskiej Porębie! A o kopi luwak pisałam wyczerpująco tutaj


wtorek, 24 stycznia 2017

Mistrzynie ciętej riposty

Moja mama od kilku lat dokarmia koty na "zaprzyjaźnionych" działkach. Zimą nosi swoim podopiecznym smakowite kąski... Czasem przybywa pokaźna gromadka - nawet 4-6 kotów, które poznają mamę z daleka i szóstym zmysłem poinformowane, pojawiają się przy niej.
Mama nigdy nie wchodzi na teren działek, lecz karmi w szerokiej alejce, biegnącej pomiędzy ogrodzonym terenem, którą często spacerują ludzie, najczęściej z psami. Ostatnio podczas akcji karmienia, przechodził nieopodal zwalisty mężczyzna z wielkim brzuchem, który odezwał się do mamy w te słowa: 
- Niech pani przestanie karmić te koty!
- A bo co? - zaczepnie zapytała mama, bo w kwestii kotów i wszelakich "biednych" zwierzątek waleczna i nieustępliwa jest.
- A bo te koty ptaszki zjadają! W okolicy nie ma już w ogóle ptaszków! - indyczy się gruby pan.
- Tak to już natura wymyśliła, że każdy kogoś zjada. Pan również zjada: świnki, krówki, ptaki, proszę pana... A koty zjadają też myszy i szczury!
W sukurs mamie przychodzi dziewczyna z psem:
- Wstydziłby się pan, co te koty mają w te mrozy jeść? A i sam pan niejedną świnkę w życiu zjadł, sądząc po pana brzuchu....



niedziela, 15 stycznia 2017

Miasto trolli, czyli Alberobello!

Moim najważniejszym celem podróży do Włoch w listopadzie było zobaczenie miasteczka Alberobello, o którym usłyszałam przed laty od studiującego we Włoszech syna mojej znajomej.

Ów młody człowiek studiował w Bari (nota bene, to portowe, starożytne miasto jest bardzo otwarte dla studentów z Polski) i przysłał mi zdjęcia z wypadu do Alberobello. Zachwyciły mnie okrągłe jak ule, białe domy, nakryte spiczastymi czapeczkami dachówek.
Niektórzy nazywają je miastem krasnali, smerfów, ale domy są, według mnie, o wiele za duże na krasnoludzkie. To na pewno domy trolli... Sugeruje to nawet ich włoska nazwa: trulli. Zresztą, nieważna nazwa, wrażenie się liczy. 
W miasteczku jest 1500 takich domów, które jak bąbelki szampana przyklejają się do siebie i gromadzą w skupiskach wzdłuż wąskich uliczek. Pomalowane na biało, z szarymi dachówkami, pod błękitnym niebem Apulii (Puglia), w dodatku ozdobione kwitnącą bugenwillą lub winoroślą stanowią tak malowniczy widok, że każdy turysta z pewnością zjedzie z trasy, by wpaść do Alberobello. Miasteczko leży ok. 60 km od Bari, można się tu dostać samochodem lub pociągiem. Tę opcję wybraliśmy.

Pociągi w południowych Włoszech są niedrogą alternatywą podróżowania. Kiedy pokona się trudności w rozeznaniu, która z 4 linii kolejowych obsługuje daną trasę, na którym dworcu kupić bilet i jak znaleźć w ogóle informację o godzinach odjazdu - reszta jest bułką z masłem. Aha, pociągi nie są też szybkie, bo tej trasy nie obsługuje pendolino tylko coś, co jedzie prawie 2 godziny. Co ważne, w pociągu (eleganckim, a jakże) nie ma toalet, więc uprzedzam, warto wziąć to pod uwagę. 
Ten południowy region Włoch (Puglia, czyli Apulia obejmuje z grubsza obcas włoskiego buta) jest mniej u nas popularny, a jak każdy inny w tym pięknym kraju oferuje atrakcje. Tyle, że są tu także wyjątkowe, niesłychane miejsca, nawet jak na Włochy. Apulia jest zielona gajami oliwnymi (apulijska oliwa uważana jest za najlepszą w Italii) i winnicami, w których produkuje się doskonałe białe wino. Śnieżnobiałe miasteczka mają swój wielki urok. Zawdzięczają go także m.in. baśniowym domkom: trulli. Jest to budowla na planie koła, jednoizbowa, którą było łatwo powiększyć: robiono dziurę w ścianie i dobudowywano kolejne "kółko". Ilość stożkowatych daszków odpowiada ilości pomieszczeń. Grube ściany i małe okna działają jak termos: zimą utrzymują ciepło, latem trzymają chłód. 

Kiedy oddalimy się nieco od Bari, zaczną pojawiać się w pejzażu pojedyncze trulle, by przed Alberobello zdecydowanie rzucać się już mocno w oczy, bo występują stadnie. Nikt nie wie dokładnie, jak są stare i dlaczego akurat w tym rejonie zaczęto budować tak odmienne w kształcie domostwa. Hipotez na ten temat jest wiele, jedna z nich np. mówi, że domki te początkowo służyły jako schronienia dla zwierząt i schowki na narzędzia. To właśnie można zaobserwować w pejzażu Apulii - pojedyncze trulli pojawiają się w gajach oliwnych, jakby to były narzędziownie. 
Osada w Alberobello powstała w XVII wieku, kiedy hrabia Giangirolamo II zmusił mieszkańców do zasiedlenia trulli, aby uniknąć płacenia podatków królowi Neapolu. W razie królewskiej inspekcji przecież nikomu nie przyszłoby do głowy, że w trulli mogą mieszkać ludzie. Według innej teorii to król Neapolu zmusił niejako mieszkańców do budowy trulli, ponieważ zakazał budowy stałych domów. Chciał w ten sposób móc szybko przesiedlać mieszkańców wraz z mieniem tam, gdzie potrzebna była siła robocza. Inna teoria mówi, że to mieszkańcy chcieli uniknąć podatku od domów budowanych na stałe, dlatego stworzyli konstrukcję dachu z szarych łupków układanych bez zaprawy. Gdy pojawiał się poborca podatkowy podobno dach i ściany częściowo rozbierano, udowadniając, że budowla nie jest "stała"... Ot, spryt apulijski w oszczędzaniu?

Obecnie Alberobello wpisane jest na listę UNESCO, a więc trulli stały się zabytkami. Wiele z nich jest w bardzo dobrym stanie i służy jako sklepy, hotele czy zwykłe domy mieszkalne. Jednak poza miasteczkiem, na wsiach, dużo trulli jest w ruinie i czeka na nowych właścicieli. Kupowaniu sprzyja swoista moda na posiadanie trullo. Jednak ich zakup to spory wydatek, bo remont musi być prowadzony pod okiem konserwatora. 

Z dworca kolejowego trzeba przejść kawałek ulicami nowocześniejszego miasta, by dotrzeć do strefy trulli. Rozsądnie jednak uznaliśmy, że trzeba coś zjeść, by mieć siły zwiedzać. Wstąpiliśmy więc do restauracji znajdującej się w jednym z trullo, w której podano nam miejscowe specjały, m.in. puree z bobu z cykorią... I rozwiązała się zagadka zielonych krzaków, które w listopadzie pyszniły się w przydomowych ogródkach i na niewielkich poletkach. Nie mieliśmy pojęcia, co to za zieloność i do czego służy. No to się wyjaśniło. Zielone jak szpinak gałązki cykorii podaje się tu, w Apulii, duszone, m.in. do puree z bobu. Wszystko obficie polane oliwą (apulijską). Proste, jak to u Włochów, a przesmaczne jedzenie!

Z pełnymi brzuszkami, bez pośpiechu mogliśmy ruszyć w wąskie uliczki i chłonąć bajkową atmosferę Alberobello. Włóczyliśmy się godzinami. Było warto!

Matera - magiczne miejsce w Europie

Podczas mojego urlopu (listopadowego) w Apulii wybrałam się też do sąsiedniej Bazilikaty, głównie po to, by zobaczyć Materę - miasto, które będzie stolicą kultury (Europy) w 2019 roku...

Moją krótką relacje możecie przeczytać tutaj:
https://rosomag.pl/matera/

Bari - miasto świętego Mikołaja

Nie myślcie, że się lenię. Pracuję i podróżuję, ale nie zawsze mam możliwość pisać w tylu miejscach w sieci o swoich wrażeniach. W listopadzie byłam we Włoszech, na południu, w  Apulii. To moja nowa love... A relację poczytacie tutaj (najpierw o samym mieście Bari):


Wróciłam właśnie z kilkudniowej podróży do Włoch. Tym razem tanie linie lotnicze powiodły mnie do Bari – miasta na obcasie włoskiego buta. To tu spoczywa słynny i ukochany nie tylko przez dzieci, święty Mikołaj!  

Bari jest fascynujące – dawna rzymska osada Barium, położona nad Adriatykiem potwierdza, że obcas (Apulią zwany) był interesujący już dla starożytnych. Bardzo intrygującym okresem w historii Bari były czasy wypraw krzyżowych – stąd właśnie wyruszały krucjaty do Ziemi Świętej. Rycerze, także zakonni, jak np. Templariusze, szlachta i chłopi, różni awanturnicy i poszukiwacze przygód, natchnieni obrońcy chrześcijaństwa rekwirujący święte relikwie oraz zwykli rabusie czy kupcy różnego formatu - nie mogli ominąć tego ważnego portu.
Obecnie Bari jest miastem św. Mikołaja (niebawem, 6. grudnia będziemy obchodzić jego święto). Tu znajduje się jego największe w Europie sanktuarium. Najstarsze przekazy o tym świętym pochodzą z VI wieku, ale tak naprawdę żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry w Licji (obecnie wybrzeże Turcji) i wsławił się licznymi cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym. Obecnie to jego właśnie wizerunek jest wykorzystywany w kulturze masowej jako przynoszącego podarki dobrotliwego dziadka w czerwono-białym stroju.
Patron Bari ma tu swoją bazylikę, w której przechowywane są jego relikwie. Historia ich pojawienia się w mieście jest owiana legendami. Domniemane ciało świętego Mikołaja zostało zabrane w 1087 roku z Miry przez kupców z Bari, którzy dowiedzieli się, że Wenecjanie planują wywieźć ciało świętego z Miry, aby uchronić je przed profanacją wojsk tureckich. Kupcy z Bari postanowili więc uprzedzić Wenecjan. Przypłynęli do Miry i w bazylice świętego Mikołaja negocjowali ze strażnikami świątyni przekazanie ciała. Kilka cudów, proroctw i wizji skłoniło wreszcie strażników do oddania relikwii, które znaleziono pod posadzką kościoła, w marmurowym grobowcu. Kości wydzielały podobno cudowny zapach. Mimo protestów mieszkańców Miry, przybysze przenieśli je na statek, w mieście pozostawili jednak cudowną ikonę oraz pusty sarkofag świętego. Podczas podróży morskiej przeżyli sztorm, który był  karą za kradzież części relikwii przez marynarzy. Po kolejnych cudownych wydarzeniach flota dopłynęła wreszcie do Bari. Relikwie złożono najpierw w kościele św. Benedykta, ale wkrótce wybudowano wspaniałą bazylikę. Świątynia ta zasłynęła z cudów.
Oczywiście, Wenecjanie mają swoją wersję wydarzeń! Twierdzą, że też mają „prawdziwe” relikwie, zdobyte przez nich w Mirze podczas pierwszej wyprawy krzyżowej w 1100 roku. Podobno po zdobyciu miasta w tamtejszej katedrze rozpoczęli poszukiwania grobu św. Mikołaja, podczas których burzyli mury, przekopywali grunt, a nawet torturowali strażnika świątyni. W końcu odnaleźli relikwie, które uznali za najdroższy skarb. Gdy wrócili z nimi do Wenecji, złożyli relikwie w klasztorze na wyspie Lido. Jednak nikt im chyba nie uwierzył, bo to bazylika w Bari stała się w średniowieczu najważniejszym ośrodkiem kultu świętego i nadal pozostaje – o czym przekonałam się na własne oczy.
W 1972 r. papież Paweł VI przekazał fragmenty relikwii Mikołaja z Bari przedstawicielom prawosławia, jako gest dobrej woli w rozpoczynającym się dialogu Kościołów zachodnich i wschodnich. To dlatego, gdy zwiedzałam bazylikę i zeszłam do krypty, by zobaczyć relikwie, usłyszałam piękne śpiewy gregoriańskie. Okazało się, że prawosławni odprawiali tu nabożeństwo. Było kilka osób, kobiet w chustkach na głowie oraz mężczyzn. Śpiewali, bili pokłony czołem przed sanktuarium – niesamowite wrażenie…
Kolejną atrakcją była dla mnie cała starówka Bari – labirynt wąskich uliczek i domów z kamienia, tworzący bardzo egzotyczną i dość arabską w klimacie plątaninę zaułków, suszącego się prania, ludzi stojących przed domami, do których nie ma bram, są tylko przeszklone drzwi prowadzące wprost do kuchni, salonu i sypialni w jednym. Dzięki temu można swobodnie  podglądać codzienne życie mieszkańców. Od strony morza starówki broni warowny zamek normański, wart zwiedzenia. Włóczenie się po cittavecchia może Wam zająć kilka godzin. Uliczki i zaułki płynnie przechodzą we wspaniała esplanadę z palmami, która otwiera współczesną część miasta z jego pięknymi cafeteriami, piekarniami, cukierniami i pizzeriami.


Z miastem związane są też dwa polskie akcenty: w bazylice św. Mikołaja znajduje się imponujący grobowiec Bony, królowej Polski, której ród (Sforza) miał w posiadaniu księstwo Bari. Drugim polskim akcentem jest nazwa lotniska, imienia Karola Wojtyły.
Ale nie tylko to miasto warte jest zwiedzenia, cuda prawdziwe znalazłam także w promieniu 70 km od Bari. Ale o tym w następnym odcinku!

https://rosomag.pl/bari-wlochy/

czwartek, 29 grudnia 2016

Bez ofiar 2, czyli deja vu

Rok temu sporządziłam bilans poświąteczny, który wyglądał tak: 

1) biesiadnicy wyszli o tej samej porze co rok temu - o 1.30, dzięki czemu mogłam pójść spać już o 3.00,

2) obudziłam się rano pomimo nadużycia maku (w kutii i makowcu),

3) w obwodzie pasa przybyło jedynie 4 cm, ale zwalczę to siłą woli i głodówką,

4) nie wiozłam mamy na ostry dyżur laryngologiczny z powodu utkwienia ości karpia w jej gardle, co zdarzyło nam się już dwa razy :-)

5) nie usłyszałam żadnego przykrego słowa od zwierzaków. Zresztą, od ludzi też nie...

6) prezenty pod choinką były wyjątkowej urody i obfitości,

7) mój eksperyment kulinarny pod tytułem "karp pieczony w maśle i czosnku" okazał się wyborny w smaku.

 

Wygląda na to, że w 2016 pojawiło się deja vu, gdyż: 

1) biesiadnicy wyszli wprawdzie później, niż rok temu - o 2.00, dzięki czemu mogłam pójść spać już o 3.00, ale to znaczy, że moje czynności sprzątające po Wigilii trwały krócej, o!

2) obudziłam się rano pomimo nadużycia maku (w kutii i makowcu),

3) w obwodzie pasa przybyło mi jedynie 4 cm, ale zwalczę to siłą woli i głodówką,

4) nie wiozłam mamy na ostry dyżur laryngologiczny z powodu utkwienia ości karpia w gardle, co zdarzyło się już dwa razy :-)

5) nie usłyszałam żadnego przykrego słowa od zwierzaków. Zresztą, od ludzi też nie...

6) prezenty pod choinką były wyjątkowej urody i obfitości. Natomiast sama choinka była o wiele piękniejsza niż rok temu - przytargaliśmy z A. 3-metrowego potwora z Kaukazu, w dodatku w mini bagażniczku Alfy Romeo sedan. Trzeba było ucinać jej czubek (choince, nie Alfie), żeby postawić w salonie...

7) mój eksperyment kulinarny pod tytułem "karp pieczony w maśle i czosnku" okazał się wyborny w smaku - tak było w 2015. Natomiast w tym roku był to eksperyment kulinarny pt. puree z bobu ze szpinakiem. Przysmak przywieziony w listopadzie prosto z Apulii. Szpinak udawał wprawdzie zieloną cykorię, bo w oryginale potrawa wygląda tak:


[caption id="" align="aligncenter" width="434"] puree z bobu[/caption]

Jednak zielenina zachowała się godnie, a bób przywiozłam oryginalny, suszony... Zatem świąteczna tradycja eksperymentatorska została podtrzymana.

No i taki bilans świąteczny mi wypadł...

środa, 28 grudnia 2016

Kocia karma


Byliśmy z A. w kinie w galerii (swoją drogą na bardzo dobrych "Pasażerach") i po wyjściu z seansu wpadliśmy jeszcze na chwilę do Rossmana po saszetki dla kota, bo się Loli skończyły. Przy kasie mam więc tylko kocią karmę. Pani kasjerka, jak to w Rossmannie, pyta czy zapakować mi zakupy, na co Andrzej:


- Nie, dziękujemy, zjemy na miejscu...

Swoją drogą, czemu nie: wreszcie przekonałabym się, jak smakuje jagnięcina w sosie prowansalskim!


wtorek, 20 grudnia 2016

Świątynia Zęba, czyli Sri Lanka nie tylko dla dentystów...

Moja relacja z wyprawy na Cynamonową Wyspę ciągnie się jak guma do żucia, wybaczcie. To przez nawał moich aktywności. Czas (może uda się przed Wigilią???) dotrzeć do Kandy - starodawnej stolicy Sri Lanki. Dla uproszczenia dodam, że stolic było kilka. Ale ad rem.

Po zdobyciu Sigiriji i Dambulli, opisanych we wcześniejszych postach, a także po fotosafari (biedne słonie! Gdybym wiedziała, że to safari polegało na osaczaniu słonicy z małym przez sforę jeepów, nie pojechałabym!) - wyprawiliśmy się do Anuradhapury - najbardziej starożytnej stolicy Sri Lanki. Upał doskwierał okrutny, była wielkanocna sobota, a my zwiedzamy obszar kilkunastu hektarów, pełen klasztorów, dagob i świątyń. Dobrze, że mamy samochód!
Stolica od III w. p.n.e. przeżywała okres świetności. Wszyscy tu budowali na potęgę buddyjskie świątynie i klasztory. I jest tu najstarsze drzewo Bo (święte drzewo buddyzmu, pod którym Budda doznał oświecenia - tu jego szczepka przywieziona z Indii), pochodzące sprzed III w. p.n.e.

Przez wieki miasto pochłaniała dżungla (podobnie jak kambodżański Angkor Watt), ale od 1982 r. jest wpisane na listę UNESCO. W Anuradhapurze najbardziej tajemnicze są dagoby. Przypominają piramidy - ogrom cegieł, do którego się nie wchodzi, kryjący cenne relikwie.

dagoba  Dźetawaranama 70 m wysokości, z iglicą 122 m (iglica szczątkowa obecnie). Jedna z najwyższych konstrukcji dawnego świata

To znaczy, wejście zawsze jakieś jest, ale to tylko przybudówka, w której zazwyczaj poleguje sobie Budda i ofiary przeróżne, przynoszone przez wiernych - zadziwiły mnie sandały męskie na przykład, ładnie zapakowane w pudełku...
Jaką pracę wykonano na tym całym terenie widać na zdjęciach sprzed renowacji. Naprawdę niesamowicie zaniedbane i porośnięte było to miejsce...

Cały rozległy teren pełen dagob, klasztorów, świątyń i muzeów zwiedzaliśmy w sobotę wielkanocną, dziwiąc się tłumom biało odzianych ludzi, buddystów, którzy przyszli tu świętować! Wielogodzinne oczekiwanie na główne punkty programu sprawiało, że grupy Lankijczyków chroniło się w cieniu drzew, brało kąpiel w sadzawkach lub słuchało mnichów, wygłaszających kazania do wiernych. Niesamowite! Nie sposób było dostać się do drzewa Bo, obleganego przez wiernych. Upał był natomiast tak wielki, że ja, jaszczura kochająca tropiki, po prostu wymiękłam, przyznaję. Nawet krowy miały lepiej!

[caption id="" align="aligncenter" width="518"] krowy odpoczywają w cieniu, teren świątyń[/caption]

Muszę się przyznać, że pierwszy raz w życiu w święta Wielkanocne byłam w tak egzotycznym miejscu...

Kandy

Kluczem stolic cejlońskich podróżując, dotarliśmy do Kandy. Od XVI w. było stolicą niezależnego od Europejczyków (kolonizatorów) państwa Syngaleskiego. Położone w samym centrum wyspy broniło się przed Portugalczykami, Hiszpanami i Brytyjczykami. Zdobyte dopiero w 1815 r. i to za pomocą fortelu. Obecnie to taka bardziej kulturalna stolica Sri Lanki.

Największą atrakcją miasta jest Świątynia Zęba Buddy przechowująca cenną relikwię (ząb). W kompleksie świątynnym są obiekty buddyjskie, hinduistyczne i muzułmańskie. Przy wejściu drzewo Bo (czyli figowiec), które trzeba obejść 7 razy i podlać wodą.

Ząb ma burzliwą historię, został zabrany ze stosu pogrzebowego Nauczyciela i był w Indiach przez ponad 800 lat. Dopiero w IV w. n.e. trafił na Cejlon, przywieziony tu przez księcia i księżniczkę indyjską. Gdy Brytyjczycy przejęli wyspę w XIX w. zabrali relikwię, ale spowodowało to taką suszę na wyspie, że zmuszeni byli oddać ząb Syngalezom. Przechowywany w 7 szkatułach za mosiężnymi drzwiami wystawiany jest na widok publiczny raz na 7 lat (nie załapałam się...).

 
za tymi drzwiami jest przechowywany najcenniejszy ząb na świecie...

zdj. www.rafalsitarz.com

Wieczorem Niro zawiózł nas na pokaz kandyjskiego tańca. Pięknie było! Gorzej było wrócić do apartamentu w Kandy, po występie. Spadł deszcz i zrobił się taki korek, że jechaliśmy chyba dwie godziny z powrotem, a to jakieś 2 km były, no może 3!

cdn albo i nie!