Wybrałam się z mężem do kina (nota bene na świetną Mission: Impossible Fallout). Tuż przed wejściem do Cinema City ogarnęły mnie wątpliwości...
Czy ja aby nie zamarznę w czasie seansu, bo w upalne dni klimatyzacja chłodzi na maksa, a ja nie wzięłam sobie, jak mam w zwyczaju - szala na ramiona (byłam w bluzce z krótkimi rękawami). Chwila wahania, zastanawiam się nawet, czy nie zrezygnować z filmu, bo trzęsienie się z zimna psuje mi przyjemność oglądania. Andrzej chce pomóc:
- Nie masz czegoś w samochodzie, w bagażniku? Koca piknikowego, kurtki?
- Nieee, wszystko akurat wyjęłam. Kurtkę przeciwdeszczową woziłam, ale dwa dni temu zaniosłam do domu... Koca też nie.... Jedyne co wożę, to srebrną folię na przednią szybę, żeby się kierownica nie nagrzewała....
- To idę po tę folię!
- ????????
Po chwili widzę męża wracającego do kina ze srebrną folią pod pachą. Ha! W sumie dało się pod nią wysiedzieć. Cieplutko jak pod kocykiem...
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Rozwój osobisty na kocią łapę
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że praca nad sobą, rozwój osobisty mogą być wzorowane na kocim stylu życia. Przeczytałam mini-poradnik S. Garnier'a "Żyć jak kot - czyli jak nauczyć się odpuszczać, skupić się na tym, co najważniejsze i zadbać o swoje szczęście". Brzmi ciekawie?
Oto 11 kocich zasad, które streszczam z lektury, chociaż w książce jest więcej rozdziałów. Uważam, że warto wdrożyć je do swego życia, nawet jeśli nie jesteś kociarzem:
1. Koty są wolne. Robią to, co same wybrały, co jest dla nich najlepsze. Robią, co chcą, czego pragną, potrzebują... Są niezależne. Nie potrzebują liderów, podwładnych, żadnych struktur życia w grupie... My działamy inaczej, jednak mimo wszystko warto zastanowić się nad rozległością naszych zależności od innych, próbować zachować niezależność w ważnych dla nas obszarach życia, zgodnie z naszymi wartościami.
2. Są obdarzone charyzmą, która wynika z ich sposobu bycia. Po prostu są sobą, nikogo nie udają, są szczere. Są naturalne i spontaniczne. Człowieku: wystarczy być!
3. Koty unikają konfliktów, stresu. Cenią sobie spokój, wygodę. Jedynie w sytuacji zagrożenia - np. najazdu ich terytorium zmuszają się do działania. Ale nie zawsze atakują wprost, czasem używają sztuczek zniechęcających intruza, nie wdając się w otwarty konflikt.
4. Kot jest asertywny, dba o swoje potrzeby, komfort. Jakże często my dajemy się uwikłać w działanie dla kogoś, w imię wyższego dobra, zaniedbując własne zdrowie, spokój, ciało. Koty potrafią powiedzieć "nie". Jeśli czegoś nie chcą, żadna siła ich do tego nie zmusi...
5. Kot kontempluje życie, żyje tu i teraz. Nie myśli, czy wczoraj złapał mysz i czy jutro złapie... Ceni swój dom i spokój w nim.
6. Kot akceptuje siebie takim jaki jest. Nikt nigdy nie spotkał chyba kota, który chciałby być... psem???? Kot jest szczęśliwy i dumny z tego, kim jest. Jest spójny i pełen harmonii. Nie przejmuje się tym, co myślą o nim inne koty, psy czy "człowieki"... JEST PEWNY SIEBIE. Czuje się swobodnie w każdej sytuacji. Oto cały sekret szczęśliwego życia.
7. Kot jest ciekawski. Każdy dzień wita od nowa, od nowa się nim zachwyca, poznaje, uczy. Kontempluje każdą chwilę swego bycia tu i teraz. Potrafi odpoczywać, zwalczać stres.
8. Umie delegować zadania. To umiejętność, której powinniśmy się od kotów uczyć!
9. Wybiera sobie otoczenie. Kocha swój dom, bez względu na to, jaki on jest. Wybiera sobie ludzi. Czy wiecie, że jesteśmy wypadkową 5 osób z którymi najczęściej mamy kontakt? A gdyby tak, jak kot, trochę tym posterować? Wybierać sobie przyjaciół, znajomych?
10. Jest wytrwały. Godzinami siedzi przy dziurze, by złapać mysz. Jest uparty i konsekwentny. Koncentruje się na tym, co najważniejsze w danej chwili dla niego.
11. Potrafi się bawić. Wystarczy patyk, sznurek - i jest fun. Cieszy się "byle czym"...
Oto 11 kocich zasad, które streszczam z lektury, chociaż w książce jest więcej rozdziałów. Uważam, że warto wdrożyć je do swego życia, nawet jeśli nie jesteś kociarzem:
1. Koty są wolne. Robią to, co same wybrały, co jest dla nich najlepsze. Robią, co chcą, czego pragną, potrzebują... Są niezależne. Nie potrzebują liderów, podwładnych, żadnych struktur życia w grupie... My działamy inaczej, jednak mimo wszystko warto zastanowić się nad rozległością naszych zależności od innych, próbować zachować niezależność w ważnych dla nas obszarach życia, zgodnie z naszymi wartościami.
2. Są obdarzone charyzmą, która wynika z ich sposobu bycia. Po prostu są sobą, nikogo nie udają, są szczere. Są naturalne i spontaniczne. Człowieku: wystarczy być!
3. Koty unikają konfliktów, stresu. Cenią sobie spokój, wygodę. Jedynie w sytuacji zagrożenia - np. najazdu ich terytorium zmuszają się do działania. Ale nie zawsze atakują wprost, czasem używają sztuczek zniechęcających intruza, nie wdając się w otwarty konflikt.
4. Kot jest asertywny, dba o swoje potrzeby, komfort. Jakże często my dajemy się uwikłać w działanie dla kogoś, w imię wyższego dobra, zaniedbując własne zdrowie, spokój, ciało. Koty potrafią powiedzieć "nie". Jeśli czegoś nie chcą, żadna siła ich do tego nie zmusi...
5. Kot kontempluje życie, żyje tu i teraz. Nie myśli, czy wczoraj złapał mysz i czy jutro złapie... Ceni swój dom i spokój w nim.
6. Kot akceptuje siebie takim jaki jest. Nikt nigdy nie spotkał chyba kota, który chciałby być... psem???? Kot jest szczęśliwy i dumny z tego, kim jest. Jest spójny i pełen harmonii. Nie przejmuje się tym, co myślą o nim inne koty, psy czy "człowieki"... JEST PEWNY SIEBIE. Czuje się swobodnie w każdej sytuacji. Oto cały sekret szczęśliwego życia.
7. Kot jest ciekawski. Każdy dzień wita od nowa, od nowa się nim zachwyca, poznaje, uczy. Kontempluje każdą chwilę swego bycia tu i teraz. Potrafi odpoczywać, zwalczać stres.
8. Umie delegować zadania. To umiejętność, której powinniśmy się od kotów uczyć!
9. Wybiera sobie otoczenie. Kocha swój dom, bez względu na to, jaki on jest. Wybiera sobie ludzi. Czy wiecie, że jesteśmy wypadkową 5 osób z którymi najczęściej mamy kontakt? A gdyby tak, jak kot, trochę tym posterować? Wybierać sobie przyjaciół, znajomych?
10. Jest wytrwały. Godzinami siedzi przy dziurze, by złapać mysz. Jest uparty i konsekwentny. Koncentruje się na tym, co najważniejsze w danej chwili dla niego.
11. Potrafi się bawić. Wystarczy patyk, sznurek - i jest fun. Cieszy się "byle czym"...
czwartek, 2 sierpnia 2018
Wino z kokainą, czyli czego można się dowiedzieć po lekturze kryminału...
Wakacyjny luz to i wakacyjne lektury. Wpadła mi w ręce książka pt. "Wybór Zygmunta" - o śledztwie prowadzonym w Watykanie przez... Zygmunta Freuda.
Myślałam, że fakty będą całkowicie zmyślone przez autora, nota bene pana Martigli, który z bankowca, w dość dojrzałym wieku, zamienił się w pisarza powieści kryminalnych. Nadzieja dla mnie - nigdy nie jest za późno, by wydać POWIEŚĆ :-)
Zaczęłam jednak sprawdzać fakty podane w powieści i wszystko się zgadzało - to, że Freud był w Rzymie, że panował wtedy miłościwie Leon XIII, który w kryminale zlecił mu delikatną misję. Nie będę opowiadać fabuły, ale pojawiają się tam wątki poboczne, które również zgadzają się z faktami historycznymi. Zaciekawiło mnie, że papież Leon XIII był wielbicielem wina z... kokainą. Nigdy o nim nie słyszałam, a istniało naprawdę!
Nazywało się Mariani, miało domieszkę koki, a Leon XIII był tak od niego uzależniony, że rekomendował wino swoim wizerunkiem w reklamie (patrz na lewo).
Wino wymyślił Korsykanin Angelo Mariani, ponoć farmaceuta, w 1863 roku i zaczął je sprzedawać. Do czerwonego wina z Bordeaux dodawał liście koki. Było podobno lekko gorzkie w smaku. Reklamy mówiły, że to napój dodający siły, energii, odwagi, pobudzający. Mariani wysyłał próbki wina lekarzom i oni przepisywali je pacjentom jako środek wzmacniający!
Alkohol ekstrahował z liści koki alkaloid - kokainę. Producent stosował niezłe proporcje, w 100 ml tego wina była to dość duża dawka, trunek od razu wprowadzał w stan euforii. Podobno encyklikę z 1891 r. - „Rerum novarum”papież napisał "po spożyciu", ale mogą to być tylko plotki... Nie znam tej encykliki, ale wg skrótowego opisu jest to dzieło postulujące idee chrześcijańskiej polityki społecznej jako kontrę na marksizm i bezwzględny kapitalizm.
Także inni wielcy tych czasów spożywali wino z kokainą wychwalając nadzwyczajne właściwości napoju. Tomasz Edison twierdził, że dzięki niemu może dłużej pracować. Pił je Rodin i pisarz H.G Wells. No i Zygmunt Freud, wracając do książki, która tę notkę zainspirowała. Freud napisał traktat "Ueber cola", w którym omawiał zastosowanie kokainy jako lekarstwa na różne dolegliwości. Zdaje się, że pisał go też "pod wpływem"... W liście do narzeczonej wyznawał, że bierze niewielkie dawki przeciwko depresji (sic!) i niestrawności. Kokainistą był również Sherlock Holmes, a z realnych postaci - Witkacy, Stevenson, który swoją powieścią "Doktor Jekyll i Mister Hyde" przyczynił się do złej sławy kokainy.
W 1914 roku wino Mariani zostało wycofane z rynku. Nie wiem dokładnie dlaczego, skoro kokaina
była już wtedy znana medycynie i stosowana np. jako środek znieczulający. Był też dostępny proszek na katar - Ryno's, składający się w 99,9% z czystej kokainy! Po nim pojawiły się tabletki do ssania. Napar z liści uważano za leczniczy dla astmatyków. Stosowany był w leczeniu syfilisu, rzeżączki, podagry i reumatyzmu. Żucie liści było sprawdzonym energetykiem, pozwalającym np. sportowcom na nowe osiągi. W Nowym Jorku doprawiano kokainą koktajle alkoholowe, lody, likiery.
W podobnym czasie (1891-1894) zaczęto produkować napój, który podbił świat i stał się cezurą cywilizacyjną: Coca-colę... Jak nazwa wskazuje - wiadomo, co zawierała. Jednak kokę też wycofano z tego napoju i stało się to już w latach 1901-1902. Ojcem coca-coli jest Pemberton, farmaceuta z Atlanty, który podobnie jak Mariani tworzył lecznicze mikstury oparte na kokainie.To on do wina z koką dodał ekstrakt z orzechów koli. Obawiał się jednak, że prohibicja w Atlancie odbierze mu zyski ze sprzedaży napoju alkoholowego, opracował zatem recepturę toniku bez alkoholu, a goryczkę koli i koki zamaskował cukrem. To on wymyślił nazwę coca-cola. Ale do ojcostwa przyznaje się jeszcze kilku innych wynalazców, w tym nawet Włosi...
Liście koki obrywa się z rośliny zwanej krasnodrzewem pospolitym. To roślina rosnąca w Andach, pomagająca znieść chorobę wysokościową, dodająca sił. Energetyk boliwijskich i peruwiańskich Indian, "złoto" Inków. Sekretem Marianiego było, że nie używał on liści koki o najwyższej zawartości kokainy, ale wybierał liście najbardziej aromatyczne, te z Kolumbii. Nie wyciskał ich, nie stosował chemikaliów, nie mielił ani nie gotował. Po prostu pozwalał, by dobre wino z Bordeaux zrobiło swoje...
Myślałam, że fakty będą całkowicie zmyślone przez autora, nota bene pana Martigli, który z bankowca, w dość dojrzałym wieku, zamienił się w pisarza powieści kryminalnych. Nadzieja dla mnie - nigdy nie jest za późno, by wydać POWIEŚĆ :-)
Zaczęłam jednak sprawdzać fakty podane w powieści i wszystko się zgadzało - to, że Freud był w Rzymie, że panował wtedy miłościwie Leon XIII, który w kryminale zlecił mu delikatną misję. Nie będę opowiadać fabuły, ale pojawiają się tam wątki poboczne, które również zgadzają się z faktami historycznymi. Zaciekawiło mnie, że papież Leon XIII był wielbicielem wina z... kokainą. Nigdy o nim nie słyszałam, a istniało naprawdę!
Nazywało się Mariani, miało domieszkę koki, a Leon XIII był tak od niego uzależniony, że rekomendował wino swoim wizerunkiem w reklamie (patrz na lewo).
Wino wymyślił Korsykanin Angelo Mariani, ponoć farmaceuta, w 1863 roku i zaczął je sprzedawać. Do czerwonego wina z Bordeaux dodawał liście koki. Było podobno lekko gorzkie w smaku. Reklamy mówiły, że to napój dodający siły, energii, odwagi, pobudzający. Mariani wysyłał próbki wina lekarzom i oni przepisywali je pacjentom jako środek wzmacniający!
Alkohol ekstrahował z liści koki alkaloid - kokainę. Producent stosował niezłe proporcje, w 100 ml tego wina była to dość duża dawka, trunek od razu wprowadzał w stan euforii. Podobno encyklikę z 1891 r. - „Rerum novarum”papież napisał "po spożyciu", ale mogą to być tylko plotki... Nie znam tej encykliki, ale wg skrótowego opisu jest to dzieło postulujące idee chrześcijańskiej polityki społecznej jako kontrę na marksizm i bezwzględny kapitalizm.
Także inni wielcy tych czasów spożywali wino z kokainą wychwalając nadzwyczajne właściwości napoju. Tomasz Edison twierdził, że dzięki niemu może dłużej pracować. Pił je Rodin i pisarz H.G Wells. No i Zygmunt Freud, wracając do książki, która tę notkę zainspirowała. Freud napisał traktat "Ueber cola", w którym omawiał zastosowanie kokainy jako lekarstwa na różne dolegliwości. Zdaje się, że pisał go też "pod wpływem"... W liście do narzeczonej wyznawał, że bierze niewielkie dawki przeciwko depresji (sic!) i niestrawności. Kokainistą był również Sherlock Holmes, a z realnych postaci - Witkacy, Stevenson, który swoją powieścią "Doktor Jekyll i Mister Hyde" przyczynił się do złej sławy kokainy.
W 1914 roku wino Mariani zostało wycofane z rynku. Nie wiem dokładnie dlaczego, skoro kokaina
była już wtedy znana medycynie i stosowana np. jako środek znieczulający. Był też dostępny proszek na katar - Ryno's, składający się w 99,9% z czystej kokainy! Po nim pojawiły się tabletki do ssania. Napar z liści uważano za leczniczy dla astmatyków. Stosowany był w leczeniu syfilisu, rzeżączki, podagry i reumatyzmu. Żucie liści było sprawdzonym energetykiem, pozwalającym np. sportowcom na nowe osiągi. W Nowym Jorku doprawiano kokainą koktajle alkoholowe, lody, likiery.
W podobnym czasie (1891-1894) zaczęto produkować napój, który podbił świat i stał się cezurą cywilizacyjną: Coca-colę... Jak nazwa wskazuje - wiadomo, co zawierała. Jednak kokę też wycofano z tego napoju i stało się to już w latach 1901-1902. Ojcem coca-coli jest Pemberton, farmaceuta z Atlanty, który podobnie jak Mariani tworzył lecznicze mikstury oparte na kokainie.To on do wina z koką dodał ekstrakt z orzechów koli. Obawiał się jednak, że prohibicja w Atlancie odbierze mu zyski ze sprzedaży napoju alkoholowego, opracował zatem recepturę toniku bez alkoholu, a goryczkę koli i koki zamaskował cukrem. To on wymyślił nazwę coca-cola. Ale do ojcostwa przyznaje się jeszcze kilku innych wynalazców, w tym nawet Włosi...
Liście koki obrywa się z rośliny zwanej krasnodrzewem pospolitym. To roślina rosnąca w Andach, pomagająca znieść chorobę wysokościową, dodająca sił. Energetyk boliwijskich i peruwiańskich Indian, "złoto" Inków. Sekretem Marianiego było, że nie używał on liści koki o najwyższej zawartości kokainy, ale wybierał liście najbardziej aromatyczne, te z Kolumbii. Nie wyciskał ich, nie stosował chemikaliów, nie mielił ani nie gotował. Po prostu pozwalał, by dobre wino z Bordeaux zrobiło swoje...
wtorek, 10 lipca 2018
Pyton kontra troskliwa teściowa
Od dwóch dni media informują o znalezionej w Konstancinie-Jeziorna wylince prawie 6 metrowego pytona. Wzywa się mieszkańców do ostrożności itp.
Moja poranna rozmowa z mamą, we Wrocławiu. Mama: - Słuchaj, w Warszawie jakiś pyton grasuje. Niech Andrzejek (czyli zięć) będzie ostrożny, nie chodzi nad rzekę, tak mówią w radiu, bo może być ten wąż głodny...
Ja, rozbawiona: - Ależ mamuś, Andrzejek pracuje na Starej Ochocie, nie w Konstancinie-Jeziorna!
Mama, z troską: - No ale gdzieś się z kolegami umawiał, żeby uważał!
Ja, nadal rozbawiona: - Dobrze, powiem mu...
Dzwonię do męża. Nadal rozbawiona: - Słuchaj, mama ci mówi, żebyś nie chodził nad rzekę, bo pyton grasuje.
Mąż: Nie chodzę nad rzekę, będę w Parku Szczęśliwickim, nie w Konstancinie...
Ja, łagodnie: - Wiem, ale powtarzam, bo mama się martwi.
Mąż, pocieszająco: - Powiedz mamie, że może mnie tu w biurze pyton nie dopadnie, bo na parterze ochrona jest!
Moja poranna rozmowa z mamą, we Wrocławiu. Mama: - Słuchaj, w Warszawie jakiś pyton grasuje. Niech Andrzejek (czyli zięć) będzie ostrożny, nie chodzi nad rzekę, tak mówią w radiu, bo może być ten wąż głodny...
Ja, rozbawiona: - Ależ mamuś, Andrzejek pracuje na Starej Ochocie, nie w Konstancinie-Jeziorna!
Mama, z troską: - No ale gdzieś się z kolegami umawiał, żeby uważał!
Ja, nadal rozbawiona: - Dobrze, powiem mu...
Dzwonię do męża. Nadal rozbawiona: - Słuchaj, mama ci mówi, żebyś nie chodził nad rzekę, bo pyton grasuje.
Mąż: Nie chodzę nad rzekę, będę w Parku Szczęśliwickim, nie w Konstancinie...
Ja, łagodnie: - Wiem, ale powtarzam, bo mama się martwi.
Mąż, pocieszająco: - Powiedz mamie, że może mnie tu w biurze pyton nie dopadnie, bo na parterze ochrona jest!
poniedziałek, 9 lipca 2018
Dzieje pewnej korespondencji z 1997 roku....
Znalazłam w kompowym archiwum swój tekst z 1997 roku! Taka humoreska, która ma zaskakująco aktualne nadal brzmienie... Poczytajcie:
Red.:
Droga, anonimowa Czytelniczko. Domyśliliśmy się, że przesłałaś nam zaszyfrowaną
informację o aferze przemytniczej. Guma (truskawka) to prawdopodobnie narkotyki.
Gość o pseudonimie „Jacek” jest nam skądinąd znany, spróbujemy własnymi
kanałami poinformować służby specjalne (sekretne miejsce, które Ciebie
zignorowało) o planowanym przerzucie. Dziękujemy za cynk.
Red.:
A radziliśmy Ci, Karinko, żebyś na tego Jacka uważała!
DZIEJE PEWNEJ
KORESPONDENCJI...
Do miesięcznika
porad intymnych „Twoje sekretne miejsce” nadszedł list od młodej czytelniczki,
Kariny: „Mam jedenaście lat i już swoje sekretne miejsce. Ostatnio schowałam
tam sobie cały zapas ulubionej gumy do rzucia (pisownia oryginalna, przyp.
red.) o smaku truskawkowym. Niestety, ktoś mi ją ukradł. Nie wiem, kogo
podejrzewać, ostatnio wkuwałam przyrodę z Jackiem z V B. Co robić?”
Red.: Droga
Karino, obawiamy się, że Twoje
sekretne miejsce nie jest zupełnie tożsame z sekretnym miejscem, o które chodzi
redakcji. W sprawie zniknięcia cennego zapasu gumy do żucia (zwróć uwagę na
pisownię „żucia”) radzimy napisać do tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy
Don Pedro”. Nasza dobra rada: uważaj jednak na Jacka!
Do tygodnika detektywistycznego
„Tajemniczy Don Pedro” nadszedł anonimowy list: „Pisałam już do sekretnego
miejsca, ale kazali mi do Was, bo znikła (pisownia oryginalna, przyp. red.)
duża ilość cennej gumy (truskawka), nie piszę do czego, bo zrobię byka. Mam
kłopoty z „rzuciem” i podejrzenia. Oszczegali (pisownia oryginalna, przyp.
red.) mnie jednak przed Jackiem.”
List redakcji
tygodnika detektywistycznego „Tajemniczy Don Pedro” do Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych / Szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej / Tajne /
Poufne: „Szanowny XYGKEJK 74655 9384,
redakcja „Tajemniczego Don Pedra” otrzymała cynk od anonimowego informatora z
kręgów przestępczych (świadczy o tym nieporadna stylistyka i ortografia listu), o planowanym przerzucie nowego narkotyku (jakaś odmiana „ekstazy” o nazwie
„truskawka”) via „Jacek”. Przesyłamy ów list do wglądu.”
Telegram
szefa wydziału Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o kryptonimie XYGKEJK 74655
9384, przesłany redakcji „Tajemniczego Don Pedra”: „Gratuluję czujności.
Zajmiemy się sprawą.”
Szyfrogram szefa
wydziału w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych o znanym już kryptonimie - do szefa
Urzędu Ochrony Państwa: ”Zenek, dostałem cynk
niby o przerzucie narkotyków, na szczęście ci durnie z „Tajemniczego Don
Pedra” nie połapali się, że chodzi o papiery. Wcięło nasze akta z czerwonej
teczki (truskawka). Przerzut do sekretnego miejsca załatwił „Jacek”. Jak my go
nie załatwimy, to leżymy. Działaj!”
Zaszyfrowana
odpowiedź z UOP-u brzmiała krótko: „Leżymy”.
Notatka
prasowa: „W dniu dzisiejszym podał się do dymisji szef Urzędu Ochrony Państwa
oraz szef Wydziału Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Obaj zamieszani
są w aferę słynnych już, truskawkowych teczek. W chwili obecnej trwa śledztwo,
do którego włączyły się służby wywiadowcze i kontrwywiad.”
Karina,
jedenastoletnia czytelniczka tygodnika porad intymnych „Twoje sekretne miejsce”
po raz drugi napisała do ulubionej redakcji: „Kochana redakcjo, wszystko się
odnalazło. Miałam jeszcze jedno sekretne miejsce i zapominałam, że tam
schowałam swoją ulubioną gumę do żucia w dużych ilościach. Ale Jacek się
obraził i wkuwa teraz przyrodę z Kaśką z V C.”
sobota, 7 lipca 2018
Kibic
Taka sytuacja: trwa Mundial. Oglądamy akurat mecz Belgia-Brazylia. Pijemy piwo (co nie jest bez znaczenia dla trzeźwego oglądu). W drugiej połowie meczu A. zwierza mi się nagle:
- Wiesz, ja kibicuję Australijczykom.
- Yyyyyyyyyy????
- Wiesz, ja kibicuję Australijczykom.
- Yyyyyyyyyy????
czwartek, 5 lipca 2018
Szlakiem Czarnej Madonny po Europie...
Przeczytałam
(z trudem) sensacyjną książkę bardzo znanego polskiego pisarza, Remigiusza
Mroza, pt. „Czarna Madonna”. Z trudem, bo wg mnie szkoda „ócz”, ale wątek
religijno-mistyczno-artystyczny, dotyczący słynnego na cały świat wizerunku
Matki Boskiej Częstochowskiej, przypomniał mi o temacie, który intrygował mnie
przed laty.

HISZPANIA - Montserrat (Katalonia)
To przeszłe zainteresowanie tematem Czarnych Madonn było wynikiem lektury książek o Templariuszach, świętym Graalu, potem zaczytywania się w Danie Brownie itd. Wydaje się, że z antropologicznego punktu widzenia Czarna Madonna jest wizualizacją archetypu Bogini Matki. Różnie je nazywaliśmy przed tysiącami lat: Kali, Kybele, Artemida. Temat naprawdę fascynujący, nawet kilka podróży wyszło mi ich śladem - i o nich za chwilę...
Niejedna Czarna Madonna...
Niejedna Czarna Madonna...
Chodzi tu o malarskie lub rzeźbiarskie przedstawienia Marii i Jezusa, na których oboje mają ciemną, wręcz czarną karnację skóry. Niektóre Czarne Madonny twarze i dłonie mają czarne, a ubrania kolorowe. Niektóre zaś są bizantyjskimi ikonami, dlatego ich cera na malowidle jest ciemna, bo zgodna z faktycznym kolorem skóry palestyńskich Żydów w I wieku n.e. Są też niektóre Madonny ciemne, ponieważ są wyrzeźbione z ciemnego drewna lub odlane w ciemnym metalu. Wiele takich „czarnych” przedstawień zostało zniszczonych podczas wojen religijnych, było ukrywanych. Niektóre wybielono na rozkaz urzędników kościelnych.
W Europie jest mnóstwo takich wizerunków (mówi się nawet o liczbie pięciuset, 225 w Hiszpanii i tyleż we Francji!), większość jest otaczana czcią wiernych, wynikającą z cudownych właściwości, którymi te wizerunki słyną. Najczęściej ich pochodzenie objaśniają legendy, mówiące o cudownym ich pojawieniu się. Podobno ponad 30 wizerunków zostało stworzonych przez Łukasza Ewangelistę, inne zostały zesłane ludziom przez anioły lub samą Dziewicę Maryję. Wiele znaleziono w ziemi, w grotach, źródłach lub drzewach.
Jednym ze słynniejszych wizerunków Czarnej Madonny
jest Matka Boska Częstochowska. Może być to dla niektórych nieco
zaskakujące, ponieważ Kościół w Polsce unika używania tej nazwy w odniesieniu
do obrazu z Jasnej Góry. Wielu badaczy sztuki utrzymuje nawet, że oblicze Marii
i dzieciątka wcale nie jest czarne tylko ciemnobrązowe, a przyczyną tego koloru
skóry jest okadzanie obrazu w dawnych wiekach dymem świec wotywnych. Ten
właśnie nasz skarb narodowy jest tytułowym bohaterem powieści R. Mroza. Ale porzućmy
książkę, moim zdaniem nie warto się nad nią pochylać, wróćmy do samej Madonny. Podczas
moich podróży po Europie odwiedziłam (czasem przypadkiem, czasem z rozmysłem) trzy
miejsca kultu Czarnej Madonny. Oto one:
TENERYFA (Wyspy Kanaryjskie)
Na Teneryfie sanktuarium
Czarnej Madonny znajduje się w miejscowości Candelaria. Trafiłam tam przypadkiem, jeżdżąc po tej cudownej
wyspie i odwiedzając wiele szalenie intrygujących, czy to pod względem
archeologicznym, architektonicznym, przyrodniczym czy geologicznym, miejsc. Candelaria
była po drodze.
Bazylika i Królewskie Sanktuarium Maryjne Matki Bożej z Candelarii zostały zbudowane niedawno, w
latach 1949–1959. Nie jest więc to zabytek architektury sakralnej, ale jest
największą bazyliką Wysp Kanaryjskich i mieszka w niej patronka tych wysp, do
której przybywają pielgrzymi, nawet z
Ameryki Południowej i Karaibów.
Piękna legenda mówi, że figurka została znaleziona przez pasterzy (Guanczów) w grocie przy plaży w 1392 r. W jednej ręce trzymała dziecko, w drugiej – zieloną święcę,
stąd hiszpańska nazwa figury – Candelaria, bowiem w języku Guanczów nazywana była Chaxiraxi. Przestraszeni pasterze pobiegli zawiadomić o zdarzeniu księcia
Acaimo, jednego z dziewięciu rządzących wyspą. Władca rozkazał im dostarczyć
figurkę. Gdy pasterze unieśli posąg powróciły im siły, a wszelkie rany
zabliźniły się. Rzeźba została umieszczona w grocie. Oddawano jej
cześć jako Chaxiraxi, matce bogów. Guanczowie uważali
figurkę za protektorkę lądu i morza. Czarny kolor skóry ma powiązanie z kolorem
ziemi i to jest źródło jej niewyobrażalnej mocy.
Kiedy na
wyspach pojawili się Hiszpanie (XVI w.) trafiła do zbudowanej (w 1562 r.) przez zakonników
kaplicy, którą zniszczył później pożar. Madonna pomogła Hiszpanom nawrócić
Guanczów na chrześcijaństwo.
W roku 1826, podczas huraganu, morze porwało
figurkę. Jej kopię wykonał Ferdynand Estevaz, oraz umieszczono ją we współczesnej, XX-wiecznej bazylice. Stoi w ołtarzu głównym, w
przepysznych strojach. Zadziwia mnie umieszczenie dzieciątka w jej ręce –
sprawia wrażenie, jakby miało zaraz wypaść…
Udokumentowanych jest ponoć 65 cudów figurki. Co ciekawe, kolor jej
twarzy czasami się zmienia… Raz w roku, 15 sierpnia (święto Wniebowzięcia Maryi)
figurka jest ceremonialnie wynoszona w morze przez wybranego rybaka… Rytuały
religijne zaczynają się już 14 sierpnia i z pewnością bardzo ciekawie jest być
tam wtedy…
FRANCJA (Prowansja)
Podobny rytuał wynoszenia figurki w morze panuje we urokliwej mieścince na południu Francji, w Saintes-Maries-de-la-Mer. Mieścinka mnóstwo ma atrakcji – jest kąpieliskiem Prowansji, bramą do unikatowego rezerwatu przyrody Camargue, miejscem corrid, w miejscowych restauracjach można zjeść steki z byka.
Dla mnie największą atrakcją miasteczka był romański kościół warowny z XII w. skrywający mnóstwo tajemnic: Notre-Dame-de-la-Mer.
Fantastyczne w nim jest też to, że można wejść na dach (jak na katedrę w Mediolanie...), a roztacza się stamtąd niebywały widok na morze:
Kościół jest celem pielgrzymek Romów z całego świata (zwłaszcza w dniu 24 maja). Przybywają tutaj, pielęgnując pewną chrześcijańską legendę. Otóż, około 40 lat po narodzinach Jezusa, trzy Marie – Jakubowa, Salome i Magdalena, oraz Łazarz byli prześladowani w Jerozolimie. Wsadzeni w dziurawą łódkę bez żagla, skazani na pewną śmierć, dobili jednak do Francji. To miasteczko nazywa się teraz Les-Saintes-Maries-de-la-Mer. Tu działali jako pierwsi misjonarze. Maria Magdalena wyruszyła stąd dalej, by ewangelizować Marsylię, pozostałe Marie zostały w tym miejscu.
Cyganie uważają, że ich księżniczka, Sara, miała wizję, że musi pomóc świętym, którzy byli obecni przy śmierci Jezusa. Kiedy zobaczyła łódź walczącą z falami rzuciła płaszcz na morze i pomogła trzem Mariom bezpiecznie dotrzeć do brzegu. Wkrótce stała się pierwszą nawróconą we Francji. Inna legenda głosi, że Sara jest córką Jezusa i Marii Magdaleny, świętym Graalem, skrywającym Jego krew. Jej figura, zwana Czarną Madonną, chociaż nie przedstawia Maryi, ubrana w obfite, zdobne szaty, znajduje się w krypcie kościoła i jest otaczana wielką czcią.
Cyganie czcili niegdyś boginię Ishtari. Raz w roku nieśli jej statuę na ramionach do morza, aby otrzymać błogosławieństwo. Teraz Sara jest niesiona do morza.Każdego roku, w dniach 24-25 maja, wielki tłum europejskich Cyganów, turystów i lokalnych katolików gromadzi się, by przenosić figury Sary, Marii Salome i Maryi Jakubowej do wody, a następnie z powrotem do kościoła. Dopiero w 1935 r. Cyganie uzyskali pozwolenie na zanurzenie królowej w morzu.
Rytualne zanurzanie wizerunków świętych znane jest w wielu kulturach – np. Rzymianie kąpali tak boginię Kybele, a Hindusi – boginię Durgę…
Rytualne zanurzanie wizerunków świętych znane jest w wielu kulturach – np. Rzymianie kąpali tak boginię Kybele, a Hindusi – boginię Durgę…
HISZPANIA - Montserrat (Katalonia)
Spektakularnie położony klasztor Benedyktynów opiekuje
się świętością Katalonii – Czarną Madonną z
Montserrat - La Morenetą. Jest to figurka Madonny wykonana
z drewna topoli, polichromowana, prawie metrowej wysokości. Obydwie postaci
przystrojone są w złocone szaty i korony. W prawej dłoni Madonny znajduje się
kula. Dzieciątko trzyma… ananasa.
Wokół pochodzenia figurki powstało wiele
legend. Jedna z nich głosi, że po ukrzyżowaniu Chrystusa Katalończycy wysłali
do Palestyny okręt z delegacją, której zadaniem było chronić Matkę
Boską. Ta w podziękowaniu
za ten gest obiecała wysłać do Katalonii jednego z
apostołów, św. Piotra, który wziął ze sobą figurkę Maryi z Dzieciątkiem
wyrzeźbioną przez Św. Łukasza za pomocą narzędzi podarowanych mu przez św.
Józefa. Rzeźba była bezpieczna do czasu inwazji
muzułmańskiej w VIII wieku. Wtedy to ukryto
ją w górach Montserrat. Ponownie została odnaleziona
przez pasterzy w roku 880. Chwilę tę poprzedziły cudowne wydarzenia. Kolejny
cud nastąpił, kiedy biskup podjął decyzję o przeniesieniu jej do klasztoru w
Manresie. Rzeźba nabrała nadnaturalnej wagi, co zinterpretowano jako chęć do
pozostania w tamtejszych górach.
Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.Nauka wykluczyła tezę, że figurka pochodzi z I wieku naszej ery. Według badań wykonano ją w XII wieku, a potem wielokrotnie przemalowywano. Obecnie pielgrzymi defilują przed figurką, chronioną szybą z pleksi, z wyciętym otworem, by móc pocałować lub dotknąć kuli, trzymanej przez Maryję, i zazwyczaj czekając w długiej kolejce. Jednak po drodze trzeba wejść na schody, bogato zdobione, tak że mija się cuda architektury i malarstwa, więc jest to przeżycie natury estetycznej na pewno.
Wrocławski "czarny" akcent
To tylko trzy odwiedzone przeze mnie Czarne Madonny. Kiedy zgłębiałam temat, okazało się, że w wielu wizytowanych przeze mnie miejscach w Europie znajdują się takie wizerunki, ale nie byłam tego akurat wtedy świadoma.
To tylko trzy odwiedzone przeze mnie Czarne Madonny. Kiedy zgłębiałam temat, okazało się, że w wielu wizytowanych przeze mnie miejscach w Europie znajdują się takie wizerunki, ale nie byłam tego akurat wtedy świadoma.
Na deser pokażę Wam bardzo tajemniczą rzeźbę Czarnej Madonny, która mieszka w Kościele Garnizonowym św. Elżbiety (przy wrocławskim Rynku) – nie znalazłam nigdzie informacji, co to za posąg, z jakiego pochodzi okresu itp.:
Dopisek z dn. 10 lipca 2018:
Ja to jakiś prorok jestem... Kilka dni (8 lipca) po tym, jak zajęłam się tematem Czarnej Madonny, miłościwie nam panujący premier podpisał na Jasnej Górze akt zawierzenia Polski Czarnej Madonnie: Jasna Góro, Czarna Madonno, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały" - mówił na pielgrzymce Radia Maryja Morawiecki. W religijnym uniesieniu zapomniał o rozdziale Kościoła od państwa, a swoich oponentów potraktował Sienkiewiczowską metaforą "podkopu pod Polską". Bogojczyźniany list od Kaczyńskiego odczytał Błaszczak, a od Dudy - jego minister. W takiej właśnie kolejności...
I teraz strach się bać. Innowiercy i ateiści - na stos????
Ja to jakiś prorok jestem... Kilka dni (8 lipca) po tym, jak zajęłam się tematem Czarnej Madonny, miłościwie nam panujący premier podpisał na Jasnej Górze akt zawierzenia Polski Czarnej Madonnie: Jasna Góro, Czarna Madonno, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały" - mówił na pielgrzymce Radia Maryja Morawiecki. W religijnym uniesieniu zapomniał o rozdziale Kościoła od państwa, a swoich oponentów potraktował Sienkiewiczowską metaforą "podkopu pod Polską". Bogojczyźniany list od Kaczyńskiego odczytał Błaszczak, a od Dudy - jego minister. W takiej właśnie kolejności...
I teraz strach się bać. Innowiercy i ateiści - na stos????
sobota, 23 czerwca 2018
Polskie Stonehenge, czyli Odry
Trwa właśnie magiczny, pod wieloma względami, czas: zaczęło się astronomiczne lato (21 czerwca), czyli prasłowiańska noc Kupały już za nami. Z kolei wigilię dnia św. Jana (24 czerwca) od kilkunastu już lat przyjęło się celebrować, staropolskim zwyczajem rzucając wianki na wodę – jako noc świętojańską.
Korzystając więc z tej tematycznej okazji opowiem o niezwykłym miejscu, w którym można było obserwować letnie przesilenie – prehistorycznym obserwatorium astronomicznym w Odrach (Bory Tucholskie), które odwiedziłam tydzień temu. Wielu ezoteryków nazywa je polskim Stonehenge...
To tajemnicze miejsce kamiennych kręgów badane jest od kilkudziesięciu lat przez archeologów, astronomów, radiestetów, psychotroników i… ufologów. Hipotez naukowych i paranaukowych jest całe mnóstwo, niektóre są całkowicie ze sobą sprzeczne, nawet akademicy mają różne teorie na temat czasu powstania kręgów oraz kultur, które miałyby być ich budowniczymi. Niektórzy uważają to miejsce za portal czasoprzestrzenny, lądowisko kosmitów albo źródło emitowania nadzwyczajnej, nieznanej energii.
Od 1958 roku jest to prawie 20-hektarowy rezerwat przyrody i skupisko archeologiczne. Oprócz kręgów są tu też bezcenne okazy przyrodnicze: porosty, okrywające głazy, które są przyrodniczym reliktem. Niektóre mogą liczyć sobie kilka tysięcy lat, co też przybliżyć może wiek samych kamieni.
Badania kręgów rozpoczęły się już w połowie XIX w., prawie sto lat później, w czasie II wojny światowej pieczę nad kamiennymi kręgami objęło SS i sam Himmler, ponieważ był nimi żywo zainteresowany jako miejscem kultury... pragermańskiej.
Kto zamieszkiwał Odry, kto stworzył kamienne kręgi i po co? Niektórzy naukowcy uważają, że kamienne koła stworzyli Goci, którzy przybyli na te ziemie ze Skandynawii w I w. n.e. Innym badaczom wydaje się jednak, że Goci wykorzystali już istniejące, dużo starsze siedlisko. Kolejna hipoteza, że kręgi są obserwatorium astronomicznym mającym 6000 lat jest także ciekawa.
Obecnie można tu obejść i podziwiać (nawet z wysokości podestu widokowego) 10 kompletnych kręgów i resztki dwóch. Same kręgi ułożone są z głazów nie tak wysokich jak w Stonehenge, mierzą maksymalnie 70 cm nad ziemią, ale i tak robią wrażenie. Szczególnie wielu gości pojawia się w Odrach właśnie w czasie przesilenia letniego i zimowego.
Ezoterycy uważają rezerwat za miejsce niezwykłej mocy. To ponoć normalne w miejscach takich jak to, gdyż spotyka się tu energia Ziemi i kosmosu.
Według informacji umieszczonej na tablicy w miejscu zwanym Elipsą (poza kręgami, do których, nota bene, nie wolno w rezerwacie wchodzić), teren ten emituje promieniowanie o wysokim natężeniu. Według skali Bovisa promieniowanie ciał fizycznych to 6500-10000 jednostek. Promieniowanie powyżej 50000 jednostek uznaje się za „boskie”. W Odrach zmierzono aż 120000 jednostek, co potwierdza wyjątkowość tego miejsca. I jeszcze jeden argument: radiesteci twierdzą, że przez teren kręgów w Odrach przebiegają linie geomantyczne, które łączą wszystkie miejsca mocy na Ziemi.
Ponadto rezerwat jest cmentarzyskiem z epoki wielbarskiej (II-III w n.e.) – znajdują się tu (w kręgach i obok nich) kurhany różnej wielkości, w których swego czasu archeolodzy odkryli pochówki i złote przedmioty.
Wielu odwiedzających rezerwat przybywa tu własnie ze względu na zdrowotne właściwości natury. Spotkać tu można całe rodziny, niestety mimo zakazu wszyscy swobodnie wchodzą do kręgów, kładą się na kamieniach w centrum (nazywam je pępkiem), niszcząc porastające je tysiącletnie porosty i mchy... Można się tu wyciszyć, pomedytować - o ile nie będą przeszkadzać tłumy i kilkoro rozbrykanych dzieci, krzyczących na całe gardło z uciechy.
Szczególną estymą zwiedzających cieszy się największy z kręgów o 33-metrowej średnicy, promieniujący ponoć niebieską energią. Znany polski psychotronik Leszek Matela, autor m.in. książek „Polska magiczna. Przewodnik po miejscach mocy” zauważył, że w każdym kręgu z kamieni na obwodzie ku kamieniowi centralnemu (pępkowi) biegną nitki energii. Całość wygląda jak koło ze szprychami.
I ja posiedziałam w Elipsie, odzyskując siły i poprawiając sobie samopoczucie. A może był to efekt chłonięcia piękna otoczenia: sosnowego lasu, który towarzyszy kręgom od 130 lat?
Polecam Odry nie tylko w czerwcu. Nadchodzą wakacje, może będziecie na Pomorzu – zajrzyjcie tutaj, warto.
wtorek, 12 czerwca 2018
Zimna wojna i życie na podsłuchu...
W sobotę (dzień po premierze) widziałam w kinie "Zimną wojnę". Mocne wrażenie (ogólnie dobre) zatarło się już w poniedziałek - zupełnie niechcący obejrzałam w tv film z 2006 roku - niemieckiej produkcji, "Życie na podsłuchu".
I czar "Zimnej wojny " prysł... Nie wiem dlaczego, skoro przedstawione w filmie czasy są inne (w polskim lata 1949-63, w niemieckim 1984-93 rok). Łączy je historia miłosna, przerażające czasy inwigilacji obywateli (przez partię, Stasi - ogólnie mówiąc - system).
Film Floriana Marii Georga Christiana Grafa Henckel von Donnersmarck (sic!) zdobył Oskara i kilka ważnych europejskich nagród filmowych, a reżyser był też autorem scenariusza. Nota bene urodzony w 1973 r. Donnersmarck opowiada historię z czasów swego dzieciństwa... Pogrzebałam trochę w necie i cóż znalazłam za smaczki! Florian ma 205 cm wzrostu, jego dziadek urodził się w moim rodzinnym Wrocławiu. Była to w ogóle arystokratyczna, śląska rodzina.
Obsypany nagrodami film był pierwszym tak poważnym w dorobku reżysera. Nie chcę rozpisywać się o szczegółach fabuły - zachęcam do samodzielnego wyrobienia sobie opinii, ale film niemiecki zrobił na mnie dużo większe wrażenie. Przyćmił premierę "Zimnej wojny" w moim odczuciu - całkowicie. Czyżbym niepotrzebnie wydała kasę na bilet?
Pawlikowski jest podobnie jak Donnersmarck (współ)autorem scenariusza "Zimnej wojny", oraz także laureatem Oskara, chociaż za inny film, "Ida". Ale z jakiegoś powodu "Zimna wojna" wydaje mi się wtórna do "Życia na podsłuchu" i "Idy" właśnie...
A Wy, co sądzicie?
I czar "Zimnej wojny " prysł... Nie wiem dlaczego, skoro przedstawione w filmie czasy są inne (w polskim lata 1949-63, w niemieckim 1984-93 rok). Łączy je historia miłosna, przerażające czasy inwigilacji obywateli (przez partię, Stasi - ogólnie mówiąc - system).
Film Floriana Marii Georga Christiana Grafa Henckel von Donnersmarck (sic!) zdobył Oskara i kilka ważnych europejskich nagród filmowych, a reżyser był też autorem scenariusza. Nota bene urodzony w 1973 r. Donnersmarck opowiada historię z czasów swego dzieciństwa... Pogrzebałam trochę w necie i cóż znalazłam za smaczki! Florian ma 205 cm wzrostu, jego dziadek urodził się w moim rodzinnym Wrocławiu. Była to w ogóle arystokratyczna, śląska rodzina.
Obsypany nagrodami film był pierwszym tak poważnym w dorobku reżysera. Nie chcę rozpisywać się o szczegółach fabuły - zachęcam do samodzielnego wyrobienia sobie opinii, ale film niemiecki zrobił na mnie dużo większe wrażenie. Przyćmił premierę "Zimnej wojny" w moim odczuciu - całkowicie. Czyżbym niepotrzebnie wydała kasę na bilet?
Pawlikowski jest podobnie jak Donnersmarck (współ)autorem scenariusza "Zimnej wojny", oraz także laureatem Oskara, chociaż za inny film, "Ida". Ale z jakiegoś powodu "Zimna wojna" wydaje mi się wtórna do "Życia na podsłuchu" i "Idy" właśnie...
A Wy, co sądzicie?
poniedziałek, 28 maja 2018
Typy osobowości wg Eriksona a pieczenie szarlotki
Po lekturze książki T. Eriksona „Otoczeni przez idiotów” (autor brzmi jak marka telefonu komórkowego i też dotyczy komunikacji!) bawię się rozpoznawaniem typów osobowości wśród moich bliskich i znajomych.
Jeśli ktoś zna model DISC to w zasadzie rozpozna go w tej książce, gdyż podział zachowań wg typów osobowości jest identyczny, zastosowano po prostu inne określenia: kolorami. To co w DISC jest Dominującym typem tu jest kolorem Czerwonym, Inspirujący jest Żółtym, Stabilny i wspierający jest Zielonym, a tzw. Analityczny jest Niebieskim.
Samoświadomość to fundament samorozwoju, określiłam więc swój typ. Wyszło mi, że mam przewagę Żółtego. Może jest tam domieszka dwóch innych barw, w końcu jednokolorowi to tylko 3% populacji, ale szybko znalazłam potwierdzenie w podejściu do tak prostej czynności jak pieczenie szarlotki na garden party. Najpierw jednak opowiem, jak - moim zdaniem - zabierają się do tego inne kolory:
Czerwony - kupi ciasto w sklepie, cukierni lub poleci jego zrobienie komuś, kto potrafi piec. Jeśli zostanie zmuszony przez okoliczności do samodzielnego wykonania, zaplanuje to wcześniej i wykona na czas: dokładnie, jak każde zadanie, które rozpoczyna, bo akcja i skuteczność to jego żywioł. Jeśli zabraknie niespodziewanie jakiegoś składnika, wyśle na zakupy domownika (ale to raczej niemożliwe, by zabrakło, bo Czerwony jest dobrym organizatorem). W czasie pieczenia Czerwony będzie popędzał ciasto do rośnięcia, wykrzykując polecenia przed szybą i denerwując się, że ciasto robi to za wolno. Może otwierać i zamykać piekarnik, grozić wypiekowi obniżeniem temperatury i psioczyć na autora przepisu, producenta piekarników i dostawcę energii.
Niebieski - na dwa tygodnie przed garden party przeczyta przynajmniej trzy książki kucharskie o pieczeniu ciast. Ściągnie z internetu 20 różnych przepisów i przeanalizuje (najlepiej w Excelu) koszt, czasochłonność, oraz stosunek kosztów do jakości itp. Przez kolejne dwa dni będzie dokonywał wyboru tego jednego przepisu i kiedy mu się to uda, zrobi wreszcie listę zakupów. Będzie ją nosił w portfelu kolejny tydzień. Następnie zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej upiec drożdżowe, bo szarlotka może być nieodpowiednia na tę okazję. W efekcie ciasta na garden party upiec nie zdąży, bo nie podejmie żadnego działania. Także nie pofatyguje się do sklepu, by zakupić ciasto, bo przecież goście jakoś brak ciasta przeżyją. Nie przesadzajmy z tą gościnnością!
Zielony - pieczenie ciast ma opanowane, bo żyje po to, by dogadzać rodzinie i przyjaciołom. Upiecze wielką i smaczną szarlotkę oraz jeszcze dwa inne ciasta, żeby było miło. Sprawianie innym przyjemności jest jego żywiołem, a to, co zaplanuje przynajmniej dwa, trzy dni wcześniej, bo musi mieć czas, by zebrać potrzebne składniki, wykona dokładnie i z miłością. Jego potrawy są przepyszne, wyglądają jak małe dzieła sztuki, bo wkłada w nie całe swoje serce...
No i czas na mnie, oto jak działam jako Żółta. Na pomysł upieczenia ciasta wpadłam poprzedniego przed garden party dnia, o 23.00. Z internetu ściągnęłam pierwszy z brzegu przepis, nie przejmując się, że nie mam wszystkich składników, np. odpowiedniej ilości masła (tylko 10 dkg zamiast 25 dkg). W roli dodatkowego masła użyłam śmietany, bo moja babcia tak szarlotkę robiła (tyle z przepisu pamiętałam). Po jabłka w słoiku (mama robiła, Zielona) wysłałam (jestem też trochę Czerwona) do piwnicy męża (Niebiesko-Żółto-Czerwony) i zabrałam się do dzieła, dodając wspomnianą śmietanę, o której słowa nie było w przepisie. Podobnie jak o rodzynkach i płatkach migdałowych... Nie mogłam za długo czekać aż ciasto się schłodzi (miało być kruche, ale ja niecierpliwa jestem), więc wpakowałam je do piekarnika przykrywając jabłka ciastem łatami, bo masy kruchej było za mało na spód i wierzch (wszystkie składniki odmierzałam na tzw. oko). Upiekłam, podałam na deser na garden pasty, wymyślając oczywiście nową nazwę (łaciate), ale wszystkim smakowało. Niewiele go zostało, bo było małe...
Wyglądało tak po wyjęciu z piekarnika:
Jeśli ktoś zna model DISC to w zasadzie rozpozna go w tej książce, gdyż podział zachowań wg typów osobowości jest identyczny, zastosowano po prostu inne określenia: kolorami. To co w DISC jest Dominującym typem tu jest kolorem Czerwonym, Inspirujący jest Żółtym, Stabilny i wspierający jest Zielonym, a tzw. Analityczny jest Niebieskim.
Samoświadomość to fundament samorozwoju, określiłam więc swój typ. Wyszło mi, że mam przewagę Żółtego. Może jest tam domieszka dwóch innych barw, w końcu jednokolorowi to tylko 3% populacji, ale szybko znalazłam potwierdzenie w podejściu do tak prostej czynności jak pieczenie szarlotki na garden party. Najpierw jednak opowiem, jak - moim zdaniem - zabierają się do tego inne kolory:
Czerwony - kupi ciasto w sklepie, cukierni lub poleci jego zrobienie komuś, kto potrafi piec. Jeśli zostanie zmuszony przez okoliczności do samodzielnego wykonania, zaplanuje to wcześniej i wykona na czas: dokładnie, jak każde zadanie, które rozpoczyna, bo akcja i skuteczność to jego żywioł. Jeśli zabraknie niespodziewanie jakiegoś składnika, wyśle na zakupy domownika (ale to raczej niemożliwe, by zabrakło, bo Czerwony jest dobrym organizatorem). W czasie pieczenia Czerwony będzie popędzał ciasto do rośnięcia, wykrzykując polecenia przed szybą i denerwując się, że ciasto robi to za wolno. Może otwierać i zamykać piekarnik, grozić wypiekowi obniżeniem temperatury i psioczyć na autora przepisu, producenta piekarników i dostawcę energii.
Niebieski - na dwa tygodnie przed garden party przeczyta przynajmniej trzy książki kucharskie o pieczeniu ciast. Ściągnie z internetu 20 różnych przepisów i przeanalizuje (najlepiej w Excelu) koszt, czasochłonność, oraz stosunek kosztów do jakości itp. Przez kolejne dwa dni będzie dokonywał wyboru tego jednego przepisu i kiedy mu się to uda, zrobi wreszcie listę zakupów. Będzie ją nosił w portfelu kolejny tydzień. Następnie zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej upiec drożdżowe, bo szarlotka może być nieodpowiednia na tę okazję. W efekcie ciasta na garden party upiec nie zdąży, bo nie podejmie żadnego działania. Także nie pofatyguje się do sklepu, by zakupić ciasto, bo przecież goście jakoś brak ciasta przeżyją. Nie przesadzajmy z tą gościnnością!
Zielony - pieczenie ciast ma opanowane, bo żyje po to, by dogadzać rodzinie i przyjaciołom. Upiecze wielką i smaczną szarlotkę oraz jeszcze dwa inne ciasta, żeby było miło. Sprawianie innym przyjemności jest jego żywiołem, a to, co zaplanuje przynajmniej dwa, trzy dni wcześniej, bo musi mieć czas, by zebrać potrzebne składniki, wykona dokładnie i z miłością. Jego potrawy są przepyszne, wyglądają jak małe dzieła sztuki, bo wkłada w nie całe swoje serce...
No i czas na mnie, oto jak działam jako Żółta. Na pomysł upieczenia ciasta wpadłam poprzedniego przed garden party dnia, o 23.00. Z internetu ściągnęłam pierwszy z brzegu przepis, nie przejmując się, że nie mam wszystkich składników, np. odpowiedniej ilości masła (tylko 10 dkg zamiast 25 dkg). W roli dodatkowego masła użyłam śmietany, bo moja babcia tak szarlotkę robiła (tyle z przepisu pamiętałam). Po jabłka w słoiku (mama robiła, Zielona) wysłałam (jestem też trochę Czerwona) do piwnicy męża (Niebiesko-Żółto-Czerwony) i zabrałam się do dzieła, dodając wspomnianą śmietanę, o której słowa nie było w przepisie. Podobnie jak o rodzynkach i płatkach migdałowych... Nie mogłam za długo czekać aż ciasto się schłodzi (miało być kruche, ale ja niecierpliwa jestem), więc wpakowałam je do piekarnika przykrywając jabłka ciastem łatami, bo masy kruchej było za mało na spód i wierzch (wszystkie składniki odmierzałam na tzw. oko). Upiekłam, podałam na deser na garden pasty, wymyślając oczywiście nową nazwę (łaciate), ale wszystkim smakowało. Niewiele go zostało, bo było małe...
Wyglądało tak po wyjęciu z piekarnika:
i na salaterce:
piątek, 18 maja 2018
Zapach roku 2018 - werbena!
Odkąd odwiedziłam prowansalskie Grasse i jego liczne wytwórnie perfum, bacznie śledzę coroczne wiosenne informacje o królującym zapachu.
Kiedy byłam Na Lazurowym Wybrzeżu w czasie karnawału, w lutym 2015 roku, kwitły i pachniały mimozy. Cała Nicea pachniała nimi!
Natomiast królem zapachowym w Grasse (wszystkie faktorie umawiają się na jeden aromat) - był jaśmin. Do Grasse pojechaliśmy właśnie pozwiedzać cudna stolicę zapachów, po lewej widzicie pomnik perfumiarza.
Oczywiście natychmiast sobie ten jaśminowy zapach u Fragonarda nabyłam:
Faktycznie był intensywny, czarowny, majowo-czerwcowy.
W kolejnym roku królował irys, który to zapach kupiłam już poprzez allegro, akurat w porze, gdy w moim ogrodzie kwitł identyczny kwiat jak z opakowania perfum Fragonarda:
Kiedy byłam Na Lazurowym Wybrzeżu w czasie karnawału, w lutym 2015 roku, kwitły i pachniały mimozy. Cała Nicea pachniała nimi!
Natomiast królem zapachowym w Grasse (wszystkie faktorie umawiają się na jeden aromat) - był jaśmin. Do Grasse pojechaliśmy właśnie pozwiedzać cudna stolicę zapachów, po lewej widzicie pomnik perfumiarza.
Oczywiście natychmiast sobie ten jaśminowy zapach u Fragonarda nabyłam:
Faktycznie był intensywny, czarowny, majowo-czerwcowy.
W kolejnym roku królował irys, który to zapach kupiłam już poprzez allegro, akurat w porze, gdy w moim ogrodzie kwitł identyczny kwiat jak z opakowania perfum Fragonarda:
Potem był jeszcze rok piwonii, a obecnie najjaśniej królującą nam zapachowo jest werbena. Roślina ogrodowo-tarasowa, pospolita jako przydrożne ziele w Prowansji. Jej cytrusowa odmiana wykorzystywana jest także w kuchni.
Pamiętam zapach sorbetu werbenowego, który kiedyś kupiłam sobie w perfumerii L'Occitane. Niestety, seria była limitowana, ale zapach tak piękny, że żałuję, iż go nie produkują. Pozostaje mi więc Fragonard i jego wersja werbeny:
Będę wierna Fragonardowi, bo jego zapachy są czystą esencją kwiatową, mmmm.
poniedziałek, 14 maja 2018
Jak się za gwiazdą uganiałam...
Wczoraj wieczorem taka mi się na nocnym niebie jasność w oczy rzuciła, że stanęłam jak kopytkami wryta w ziemię. Obserwowałam ją sądząc, że to samolot nadlatuje, ale coś długo leciał, ten reflektor świecił i świecił - a przecież dawno powinien zniknąć!
Złapałam najpierw telefon z apką Sky, by namierzyć obiekt astronomiczny niezwykłej jasności. Co to za planeta? Apka podpowiedziała jednak coś zupełnie innego - to gwiazda w gwiazdozbiorze Bliźniąt, trzecia najjaśniejsza, a ja nigdy o niej nie słyszałam: Alhena... Biały podolbrzym, oddalony od Słońca o 109 lat świetlnych. 160 razy jaśniejsza od Słońca i większa od niego 2,8 raza...
Na tym zdjęciu faktycznie wygląda jak Słońce!
Od wczoraj ją obserwuję na zachodzie nieba, bo niezachmurzone. Dziś też już ją zdążyłam sfotografować. Do północy chowa się pod horyzontem, co jest podobno oznaką zbliżającego się lata. W lipcu na tle tego gwiazdozbioru (Bliźniąt) świecić będzie Słońce, więc obserwacja będzie niemożliwa.
Najjaśniejsze w Bliźniętach gwiazdy to Kastor i Polluks. Grecki mit głosi, że byli to synowie Ledy, ale ojcem Kastora był król Sparty Tyndareus, zaś ojcem Polideukesa (Polluksa u Rzymian) był sam Zeus. Bracia wyróżniali się siłą, odwagą i braterską miłością. Niestety, podczas jednej ze swoich licznych przygód Kastor został zabity. Nie mogąc z nim umrzeć, nieśmiertelny Polideukes przeklął swój los. Wówczas Zeus dał mu wybór: albo wieczna młodość na Olimpie, albo wraz z bratem jeden dzień przebywać będzie w Hadesie a jeden na Olimpie. Wybrał drugą opcję, więc odtąd bracia są na przemian jeden dzień martwi i jeden dzień żywi.
Piękny mit.
Gwiazdozbiór widzimy zimą i wiosną, a latem bracia "znikają" z naszego nieba. Taką fotkę zrobiłam Alhenie (która na niebie "siedzi" w stopie jednego z braci):
Uważam astropolowanie za udane :-)
Złapałam najpierw telefon z apką Sky, by namierzyć obiekt astronomiczny niezwykłej jasności. Co to za planeta? Apka podpowiedziała jednak coś zupełnie innego - to gwiazda w gwiazdozbiorze Bliźniąt, trzecia najjaśniejsza, a ja nigdy o niej nie słyszałam: Alhena... Biały podolbrzym, oddalony od Słońca o 109 lat świetlnych. 160 razy jaśniejsza od Słońca i większa od niego 2,8 raza...
Na tym zdjęciu faktycznie wygląda jak Słońce!
Od wczoraj ją obserwuję na zachodzie nieba, bo niezachmurzone. Dziś też już ją zdążyłam sfotografować. Do północy chowa się pod horyzontem, co jest podobno oznaką zbliżającego się lata. W lipcu na tle tego gwiazdozbioru (Bliźniąt) świecić będzie Słońce, więc obserwacja będzie niemożliwa.
Najjaśniejsze w Bliźniętach gwiazdy to Kastor i Polluks. Grecki mit głosi, że byli to synowie Ledy, ale ojcem Kastora był król Sparty Tyndareus, zaś ojcem Polideukesa (Polluksa u Rzymian) był sam Zeus. Bracia wyróżniali się siłą, odwagą i braterską miłością. Niestety, podczas jednej ze swoich licznych przygód Kastor został zabity. Nie mogąc z nim umrzeć, nieśmiertelny Polideukes przeklął swój los. Wówczas Zeus dał mu wybór: albo wieczna młodość na Olimpie, albo wraz z bratem jeden dzień przebywać będzie w Hadesie a jeden na Olimpie. Wybrał drugą opcję, więc odtąd bracia są na przemian jeden dzień martwi i jeden dzień żywi.
Piękny mit.
Gwiazdozbiór widzimy zimą i wiosną, a latem bracia "znikają" z naszego nieba. Taką fotkę zrobiłam Alhenie (która na niebie "siedzi" w stopie jednego z braci):
Uważam astropolowanie za udane :-)
niedziela, 13 maja 2018
Co zrobić z milionową wygraną?
Taka sobie luźna rozmowa z mężem - o wygranych losowych. Z pasją godną lepszej sprawy ostatnio grywa w eurojackpot. Ponoć w puli jest już ponad 300 milionów złotych...
- Kochanie, ile lat grasz w te tam różne totolotki, lotto itp.?
- Sam nie wiem... Od zawsze!
- Przynajmniej odkąd Cię znam, pamiętam, czyli od ponad 30 lat...
-Taaaak? Możliwe.
- Ile wygrałeś do tej pory?
- Bo ja wiem? Nie liczyłem. Może z 1000 złotych się uzbiera.
- A co zrobiłbyś z wygraną ponad 300 milionów?
- Już ja bym wiedział, na co by wydać!
- Nie, powiedz mi, o czym teraz marzysz, nie wtedy gdy wygrasz. czy masz już plan?
- Plan? A po co mi plan! Trochę rozdałbym rodzinie, kupił sobie samochód za parę milionów...
- Jaki samochód? - drążę.
- Bugatti.
- Ok, to tylko 2-3 miliony, co z resztą wygranej?
- No to dom bym sobie zbudował. Zamek właściwie.
- Ale gdzie? W górach, nad morzem, w Polsce, za granicą?
- W Polsce. Z widokiem na Tatry.
- Zamek? A z czego? kamienia szarego, piaskowca? Ile by tam było pokoi?
- Z granitu! Co się tak dopytujesz, wygram, to wymyślę...
- No własnie w tym rzecz. Już musisz mieć wizję!
- Ale męcząca jesteś. No dobrze, pokoi 37 by było. Taki z fosą, mostem zwodzonym i 200 km drogą dojazdową, bym mógł swoim bolidem codziennie po niej jeździć.
- Ok, a co byś robił w tym zamku w tych 37 pokojach?
- Zaprosiłbym rodzinę, żeby sobie z nami pomieszkała.
- Aaaa, to ja jestem też w planie? Skąd wiesz, czy chcę w zamku mieszkać z widokiem na Tatry?
- A nie chcesz?
- W życiu! Ciekawi mnie jednak, co byś robił każdego dnia oprócz spędzania czasu z rodziną w 37 pokojach rozlokowaną i jeżdżenia swoim bolidem po prywatnej drodze?
- ????? Kułbym zbroję!
Wbrew pozorom kwestia, co zrobić z milionową wygraną nie jest błaha. To pole do popisu dla wyobraźni. Wielbiciele Prawa Przyciągania szybko odgadną cel zadawania mężowi tych szczegółowych pytań.
Zadaję je też sobie. Na początek spróbuję zagospodarować jeden (słownie jeden) milion...
- Kochanie, ile lat grasz w te tam różne totolotki, lotto itp.?
- Sam nie wiem... Od zawsze!
- Przynajmniej odkąd Cię znam, pamiętam, czyli od ponad 30 lat...
-Taaaak? Możliwe.
- Ile wygrałeś do tej pory?
- Bo ja wiem? Nie liczyłem. Może z 1000 złotych się uzbiera.
- A co zrobiłbyś z wygraną ponad 300 milionów?
- Już ja bym wiedział, na co by wydać!
- Nie, powiedz mi, o czym teraz marzysz, nie wtedy gdy wygrasz. czy masz już plan?
- Plan? A po co mi plan! Trochę rozdałbym rodzinie, kupił sobie samochód za parę milionów...
- Jaki samochód? - drążę.
- Bugatti.
- Ok, to tylko 2-3 miliony, co z resztą wygranej?
- No to dom bym sobie zbudował. Zamek właściwie.
- Ale gdzie? W górach, nad morzem, w Polsce, za granicą?
- W Polsce. Z widokiem na Tatry.
- Zamek? A z czego? kamienia szarego, piaskowca? Ile by tam było pokoi?
- Z granitu! Co się tak dopytujesz, wygram, to wymyślę...
- No własnie w tym rzecz. Już musisz mieć wizję!
- Ale męcząca jesteś. No dobrze, pokoi 37 by było. Taki z fosą, mostem zwodzonym i 200 km drogą dojazdową, bym mógł swoim bolidem codziennie po niej jeździć.
- Ok, a co byś robił w tym zamku w tych 37 pokojach?
- Zaprosiłbym rodzinę, żeby sobie z nami pomieszkała.
- Aaaa, to ja jestem też w planie? Skąd wiesz, czy chcę w zamku mieszkać z widokiem na Tatry?
- A nie chcesz?
- W życiu! Ciekawi mnie jednak, co byś robił każdego dnia oprócz spędzania czasu z rodziną w 37 pokojach rozlokowaną i jeżdżenia swoim bolidem po prywatnej drodze?
- ????? Kułbym zbroję!
Wbrew pozorom kwestia, co zrobić z milionową wygraną nie jest błaha. To pole do popisu dla wyobraźni. Wielbiciele Prawa Przyciągania szybko odgadną cel zadawania mężowi tych szczegółowych pytań.
Zadaję je też sobie. Na początek spróbuję zagospodarować jeden (słownie jeden) milion...
czwartek, 3 maja 2018
Awokado - tłusty owoc i moja najnowsza mania kulinarna
Nie wiem, co mi się stało smakowo, ale bez awokado żyć nie mogę! Tak, tegoż awokado, które jeszcze parę lat temu było mydlanym w smaku świństwem, do niczego niepodobnym!
Pamiętam pewne starodawne wakacje na Krecie. Pojechałam z mężem i koleżanką z pracy, Izą - tak jak ja wówczas, nauczycielką łaciny. To miała być nasza (łacinniczek, mąż mój bowiem inżynierem jest. Mechanikiem) podróż do źródeł cywilizacji antycznej - na Kretę, gdzie Minos, labirynt, Ariadna, Tezeusz i takie tam, minojskie sprawy.
Poza włóczeniem się po całej wyspie i zwiedzaniem wykopalisk w różnym stadium odkryć (przy dziesiątym Andrzej siedział w aucie, w 50 stopniowym upale, by nie oglądać kolejnych śladów wielkich wydarzeń na poziomie gruntu, który to poziom za niski dla niego był. No cóż, przy 188 cm wzrostu schylać się musiał...) miałyśmy i inne przyjemności - kulinarne. To tam, w Grecji zaczęłam wreszcie przekonywać się do oliwek.
I tam właśnie Iza wypatrzyła znane mi dotąd tylko z nazwy -awokado. Przytargałyśmy nabyte drogą kupna owoce do hotelu, licząc na OWOCOWĄ ucztę. Jakoś się do tych delicji dostaliśmy, obierając je najpierw ze skórki. Kroimy na cząstki, śliskie to jakieś, ale nic to... Biorę do ust: o matko, co to jest! Coś bez smaku, zapachu tylko tłuste takie, błe, no... mydło po prostu!
Wyplułam kęs ze wstrętem. Iza też nie miała zachwyconej miny (nie mówiąc o Andrzeju), ale wiedziała coś więcej, bo stwierdziła, że owoców nie zmarnujemy. Podziobała widelcem, papka zielona wyszła - i kazała sobie na twarz nałożyć. ja też spróbowałam. Tylko Andrzej odmówił współpracy, zatem my we dwie, jak w jakimś spa, zażyłyśmy dobrodziejstw kosmetycznych smaczliwki (bo tak awokado po polsku się nazywa).
Strasznie stare zdjęcie z Krety, 1995 r. - Iza poddawana jest profesjonalnemu zabiegowi kosmetycznemu z niespożytego awokado :-)
Żołądka mi więc wtedy ono nie podbiło. Jakiś czas temu zaczęłam się jednak do tego owocu przekonywać, ale używałam głównie jako "wypełniacza" w sałatkach itp.
Ostatnio jednak zwariowałam - uwielbiam je na śniadanie jako omastę do chleba - rozsmarowuję, kropię cytryną, solę, pieprzę, dodaję przyprawy ziołowe albo czosnek. PYCHA! Mogę jeść tylko chleb z awokado.
I takie to wspomnienia awokadowo-grecko-dziewczyńsko-kosmetyczne.
Pamiętam pewne starodawne wakacje na Krecie. Pojechałam z mężem i koleżanką z pracy, Izą - tak jak ja wówczas, nauczycielką łaciny. To miała być nasza (łacinniczek, mąż mój bowiem inżynierem jest. Mechanikiem) podróż do źródeł cywilizacji antycznej - na Kretę, gdzie Minos, labirynt, Ariadna, Tezeusz i takie tam, minojskie sprawy.
Poza włóczeniem się po całej wyspie i zwiedzaniem wykopalisk w różnym stadium odkryć (przy dziesiątym Andrzej siedział w aucie, w 50 stopniowym upale, by nie oglądać kolejnych śladów wielkich wydarzeń na poziomie gruntu, który to poziom za niski dla niego był. No cóż, przy 188 cm wzrostu schylać się musiał...) miałyśmy i inne przyjemności - kulinarne. To tam, w Grecji zaczęłam wreszcie przekonywać się do oliwek.
I tam właśnie Iza wypatrzyła znane mi dotąd tylko z nazwy -awokado. Przytargałyśmy nabyte drogą kupna owoce do hotelu, licząc na OWOCOWĄ ucztę. Jakoś się do tych delicji dostaliśmy, obierając je najpierw ze skórki. Kroimy na cząstki, śliskie to jakieś, ale nic to... Biorę do ust: o matko, co to jest! Coś bez smaku, zapachu tylko tłuste takie, błe, no... mydło po prostu!
Wyplułam kęs ze wstrętem. Iza też nie miała zachwyconej miny (nie mówiąc o Andrzeju), ale wiedziała coś więcej, bo stwierdziła, że owoców nie zmarnujemy. Podziobała widelcem, papka zielona wyszła - i kazała sobie na twarz nałożyć. ja też spróbowałam. Tylko Andrzej odmówił współpracy, zatem my we dwie, jak w jakimś spa, zażyłyśmy dobrodziejstw kosmetycznych smaczliwki (bo tak awokado po polsku się nazywa).
Strasznie stare zdjęcie z Krety, 1995 r. - Iza poddawana jest profesjonalnemu zabiegowi kosmetycznemu z niespożytego awokado :-)
Żołądka mi więc wtedy ono nie podbiło. Jakiś czas temu zaczęłam się jednak do tego owocu przekonywać, ale używałam głównie jako "wypełniacza" w sałatkach itp.
Ostatnio jednak zwariowałam - uwielbiam je na śniadanie jako omastę do chleba - rozsmarowuję, kropię cytryną, solę, pieprzę, dodaję przyprawy ziołowe albo czosnek. PYCHA! Mogę jeść tylko chleb z awokado.
I takie to wspomnienia awokadowo-grecko-dziewczyńsko-kosmetyczne.
środa, 25 kwietnia 2018
Trzy mądre małpy, czyli buddyjski sposób na szczęśliwe życie
W sklepach z chińskimi gadżetami można kupić przeróżne figurki. Są śród nich smoki, starcy, węże oraz... trzy małpy, siedzące razem. To właśnie te mądre – jedna zasłania sobie oczy, druga uszy, trzecia – usta. Okazuje się, że symbolizują one buddyjską zasadę życiową.
rys. z nextext.com
Te figurki są bardzo popularne, aczkolwiek na Zachodzie wypacza się ich znaczenie. Uważa się, że najstarszym przedstawieniem „małpiej” zasady: Nie widzę, nie słyszę, nie mówię zła - jest rzeźba na japońskiej świątyni Toshogu w Nikko. Tradycja jednak przypisuje tę filozofię buddyzmowi, który dotarł do Japonii z Chin w VII w. n.e., a rzeźba w Nikko pochodzi z XVII w.
W naszej kulturze powszechnie uważa się, że małpy symbolizują postawę niereagowania na zło, czyli pozwalanie, by zło się działo, my mamy jedynie nie przeciwstawiać się. Tymczasem buddyjskie znaczenie tego symbolu – niemówienie, niewidzenie i niesłyszenie zła jest o wiele głębsze i szlachetniejsze. Nie chodzi o to, by się od zła odwracać, o tchórzliwe przymykanie oczu, lecz o to, żeby odebrać mu moc. Nie słuchać i nie mówić złych rzeczy – bo słowa potrafią zabić. Nie oglądać złych rzeczy, nie kontemplować ich – bo podsycają w nas agresję i zło. Od zła na wszelkie sposoby należy się odciąć, by zachować swoją integralność i spokój ducha i szlachetność w postępkach. Mamy po prostu robić wszystko, aby żyć w świecie dobra i miłości, przekazywać innym i karmić siebie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Nieustanne koncentrowanie się na złu sprawia, że ono się rozprzestrzenia!
Codziennie jesteśmy „faszerowani” jak kurczaki przed pieczeniem złymi wiadomościami. Słuchając radia, oglądając tv widzimy tylko wojnę, walki, podłość, złość, nienawiść. Oglądamy filmy pełne brutalności – filmy akcji, kryminały. W grach komputerowych intryguje nas jedynie przemoc, strzelanie. Nasiąkamy tym jak gąbki, nawet o tym nie wiedząc, karmimy mózg i swoje ciało tym złem, programujemy się na niszczenie, destrukcję. To ma wpływ na nasze życie, każdego dnia doświadczamy zła, bo nasze myślenie jest tak przesycone negatywnymi wiadomościami, obrazami, że tylko podobne przyciągamy do siebie.
Aby żyć życiem spełnionym i szczęśliwym, spokojnym i szlachetnym wybierajmy sobie lektury, filmy, rozrywkę. Są takie, które wzbogacą nasze życie, pomogą innym. Nie oglądajmy bez końca programów złych wieści, bowiem w ten sposób chce się nad nami zapanować. Sfrustrowani ludzie mają przekonanie, że żyją w złych czasach i że ich życie musi być po prostu szare i smutne i pozbawione radości. Tymczasem takimi codziennymi wyborami sami się tego dobra pozbawiamy.
Niechaj trzy małpki podpowiadają nam każdego dnia, jak postępować, czym się w życiu kierować. To bardzo prosta zasada, a jej stosowanie zmieni nasze nastawienie i doświadczanie już od "pierwszego dnia użycia". Naprawdę nie mamy nic do stracenia, zyskać możemy poczucie spokoju, szczęścia, radości. Wszędzie jest miłość, dobro, wystarczy jak przestaniemy koncentrować się na złu, kontemplować je. Pokontemplujmy piękno, dobro, prawdę, pokój i miłość.
rys. z nextext.com
Te figurki są bardzo popularne, aczkolwiek na Zachodzie wypacza się ich znaczenie. Uważa się, że najstarszym przedstawieniem „małpiej” zasady: Nie widzę, nie słyszę, nie mówię zła - jest rzeźba na japońskiej świątyni Toshogu w Nikko. Tradycja jednak przypisuje tę filozofię buddyzmowi, który dotarł do Japonii z Chin w VII w. n.e., a rzeźba w Nikko pochodzi z XVII w.
W naszej kulturze powszechnie uważa się, że małpy symbolizują postawę niereagowania na zło, czyli pozwalanie, by zło się działo, my mamy jedynie nie przeciwstawiać się. Tymczasem buddyjskie znaczenie tego symbolu – niemówienie, niewidzenie i niesłyszenie zła jest o wiele głębsze i szlachetniejsze. Nie chodzi o to, by się od zła odwracać, o tchórzliwe przymykanie oczu, lecz o to, żeby odebrać mu moc. Nie słuchać i nie mówić złych rzeczy – bo słowa potrafią zabić. Nie oglądać złych rzeczy, nie kontemplować ich – bo podsycają w nas agresję i zło. Od zła na wszelkie sposoby należy się odciąć, by zachować swoją integralność i spokój ducha i szlachetność w postępkach. Mamy po prostu robić wszystko, aby żyć w świecie dobra i miłości, przekazywać innym i karmić siebie wyłącznie pozytywnymi emocjami. Nieustanne koncentrowanie się na złu sprawia, że ono się rozprzestrzenia!
Codziennie jesteśmy „faszerowani” jak kurczaki przed pieczeniem złymi wiadomościami. Słuchając radia, oglądając tv widzimy tylko wojnę, walki, podłość, złość, nienawiść. Oglądamy filmy pełne brutalności – filmy akcji, kryminały. W grach komputerowych intryguje nas jedynie przemoc, strzelanie. Nasiąkamy tym jak gąbki, nawet o tym nie wiedząc, karmimy mózg i swoje ciało tym złem, programujemy się na niszczenie, destrukcję. To ma wpływ na nasze życie, każdego dnia doświadczamy zła, bo nasze myślenie jest tak przesycone negatywnymi wiadomościami, obrazami, że tylko podobne przyciągamy do siebie.
Aby żyć życiem spełnionym i szczęśliwym, spokojnym i szlachetnym wybierajmy sobie lektury, filmy, rozrywkę. Są takie, które wzbogacą nasze życie, pomogą innym. Nie oglądajmy bez końca programów złych wieści, bowiem w ten sposób chce się nad nami zapanować. Sfrustrowani ludzie mają przekonanie, że żyją w złych czasach i że ich życie musi być po prostu szare i smutne i pozbawione radości. Tymczasem takimi codziennymi wyborami sami się tego dobra pozbawiamy.
Niechaj trzy małpki podpowiadają nam każdego dnia, jak postępować, czym się w życiu kierować. To bardzo prosta zasada, a jej stosowanie zmieni nasze nastawienie i doświadczanie już od "pierwszego dnia użycia". Naprawdę nie mamy nic do stracenia, zyskać możemy poczucie spokoju, szczęścia, radości. Wszędzie jest miłość, dobro, wystarczy jak przestaniemy koncentrować się na złu, kontemplować je. Pokontemplujmy piękno, dobro, prawdę, pokój i miłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















