niedziela, 20 października 2019

Dynamit i fortuna, czyli najbardziej prestiżowa nagroda świata!


Ostatnich kilka dni października to doniesienia o tegorocznych laureatach Nagrody Nobla.  Ogromnie mnie ucieszył Nobel w dziedzinie literatury, który w tym roku szacowna Akademia przyznała polskiej pisarce Oldze Tokarczuk.


W 109-letniej historii tego wyróżnienia, w kategorii literatura mieliśmy dotychczas tylko czwórkę laureatów. Dlatego to wyróżnienie jest tak niewiarygodnie potężne!

Fundator nagrody
Alfred Nobel, od którego nazwiska pochodzi nazwa nagrody, był człowiekiem nietuzinkowym. Można by rzec – człowiekiem renesansu. Urodził się w 1833 r. w Sztokholmie. Jego ojciec, Immanuel Nobel był inżynierem, który swoimi umiejętnościami służył wielu krajom. Dzieciństwo Alfred spędził w Finlandii, potem w  Rosji, dla której jego ojciec, inżynier i wynalazca produkował broń oraz wdrażał wynalazki techniczne.
Alfred odebrał wszechstronne wykształcenie: studiował we Francji, Szwecji, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Podróże po świecie pozwoliły mu na poznanie wielu języków – już jako nastolatek władał biegle (oprócz rodzimego szwedzkiego) rosyjskim, angielskim, francuskim i niemieckim.


Na zdjęciu z lat młodości widać romantyka, wierszokletę, wagabundę (kochał podróże). We Francji pracował w laboratorium chemicznym i tam własnie poznał wynalazcę nitrogliceryny – Ascania Sobrero. Zmieszanie nitrogliceryny z ziemią okrzemkową było wynalazkiem Alfreda. Powstał w ten sposób dynamit, który naukowiec opatentował w 1867 r. Zapłacił za niego rodzinną tragedią – podczas prac w laboratorium doszło do wybuchu, który zabił jego brata Emila. Nie podejrzewał też, że dynamit przyczyni się do eskalacji przemocy na świecie. Był przekonany, że zapobiegnie wojnom przez swoją śmiercionośną siłę. Jakże się mylił!
Alfred był bardzo zdolnym inżynierem, wynalazł także wiele innych, wspaniałych materiałów: sztuczny jedwab, sztuczną skórę, syntetyczny kauczuk. Opatentował 355 swoich pomysłów. Posiadał też 90 fabryk i laboratoria w 20 krajach. Paradoksalnie to właśnie dynamit przyniósł mu ogromną fortunę. Okazało się, że świat potrzebował go do różnych celów, oczywiście nie zawsze gospodarczych.
Alfred Nobel był wielkim romantykiem. Postanowił zadośćuczynić ludzkości szkody wyrządzone pojawieniem się dynamitu i podzielił się swoją fortuną. Ufundował Pokojową Nagrodę. Wierzył w potęgę ludzkiego umysłu – sam znał się na chemii i fizyce, medycynie, fizjologii. Wierzył, że medycyna znajdzie lekarstwo na dolegliwości, które nękały jego współczesnych (w tym i jego samego). Zachętą do nowych odkryć miała być ustanowiona przez niego nagroda pieniężna. Mimo technicznego wykształcenia, inżynierskiego, interesował się literaturą, sam pisał wiersze. Stąd też cenił znaczenie literatury dla ludzkości, i w tej dziedzinie również ustanowił nagrodę.
Trzeba przyznać, że fundusze te wywarły ogromny wpływ na rozwój nauki w XX wieku, podniosły prestiż dokonań środowiska naukowego.

Testament wynalazcy

Cały swój majątek (a w chwili jego śmierci było to 9,2 mln ówczesnych dolarów USA) zapisał już w 1895 roku na nagrody. Pieniądze miały być lokowane w bezpieczne inwestycje.
Obecnie ponad połowa jest inwestowana na giełdach, jedna piąta – w instrumenty o stałej stopie zwrotu, a 28 proc. w nieruchomości i fundusze hedgingowe. Każdego roku, z woli Alfreda Nobla, dochód ze spadku ma być dzielony na pięć równych części pomiędzy zasłużonych dla ludzkości: fizyków, chemików, medyków, pisarzy i ludzi krzewiących pokój.

Nagroda w dziedzinie ekonomii nie znajdowała się w testamencie Nobla, dlatego jest przyznawana od 1968 r. jako nagroda im. Alfreda Nobla, a fundusz pochodzi ze środków  Banku Szwecji.

Alfred Nobel zmarł na atak serca 10 grudnia 1896 roku w San Remo, w swoim domu. Nagrody jego imienia po raz pierwszy przyznano w 1901 roku, w piątą rocznicę śmierci fundatora, z powodu zawiłości prawnych. W 1900 powstała specjalna Fundacja, zarządzająca testamentem Nobla. Ma ona siedzibę w Sztokholmie.
Od początku XX wieku Nagrody Nobla są wręczane laureatom zawsze w rocznicę śmierci fundatora - 10 grudnia, ale laureatów poznajemy w październiku. Akademicy przyznający nagrody pracują w całkowitym utajeniu, a ich zapiski, notatki, refleksje związane z laureatami mogą być ujawnione dopiero po 60 latach...

Polscy laureaci
W sumie mamy już 7 noblistów, najwięcej w dziedzinie literatury, bo aż 5. Byli to: Henryk Sienkiewicz za Quo vadis? w 1905, Władysław Reymont za „Chłopi” w 1924, Czesław Miłosz za twórczość poetycką w 1980, Wisława Szymborska za twórczość poetycką w 1996 i Olga Tokarczuk za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją ujawnia przekraczanie granic jako formę życia” w 2019, ale za rok 2018, kiedy to z powodu skandalu w Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, wyróżnienia nie przyznano.
Zatem Olga Tokarczuk dostała wyróżnienie nie za konkretne dzieło, ale za całokształt dotychczasowej twórczości. Jest autorką 17 książek: powieści, opowiadań, esejów, a także scenariuszy filmowych. Jej twórczość była wielokrotnie przenoszona do teatru i na ekran filmowy („Pokot”).
Pękam z dumy i gratuluję wspaniałej pisarce, szlachetnemu człowiekowi i niezwykłej kobiecie!



poniedziałek, 7 października 2019

Jak wyregulować męskie brwi bez pomocy anestezjologa?

Na pytanie postawione w tytule przyznaję - nie mam odpowiedzi... Od lat staram się, by mój mąż wyglądał schludnie, w myśl powiedzenia, że wygląd męża świadczy o... żonie. Dotyczy to nawet takich detali jak wygląd fryzury, skóry i jej przydatków.

Jednak w pewnym wieku mężowskie owłosienie zaczyna płatać figle - znika z głowy, pojawia się natomiast w miejscach dość zaskakujących: na brwiach, w uszach, wyłazi z nosa. Zwłaszcza zagęszczenie włosów na linii brwi sprawia, że oblicze mężowskie nabiera mefistofelicznego wyrazu (a przecież anioł z niego!). Pojedyncze "kosmki" wystające z nosa też nie wyglądają zbyt pięknie, ale od biedy da się je jakoś wcisnąć z powrotem. Krzaki w uszach można przyciąć nożyczkami do paznokci i jest to zabieg mało inwazyjny, który w zasadzie jest też częścią usługi fryzjera męskiego, więc czasem ów mnie wyręcza. Dziwnie jakoś mąż darzy fryzjera większym zaufaniem, bo mnie zawsze podejrzewa (bezpodstawnie!), że ciachnę mu ucho przy okazji. Jednak na gęste, krzaczaste, diabelsko bujne brwi nie ma innej rady: dbająca o wygląd męża żona próbuje zastosować metodę, z którą kobiety są obeznane od lat... Bo jak fryzjer zgoli maszynką, to za parę dni jest jeszcze gorzej - brwi są sztywniejsze, krótsze, grubsze i rosną na cztery strony świata...

Ranking narzędzi tortur: pęseta 
Chcę zatem użyć sprawdzonej przez miliony kobiet metody. Okazuje się jednak, że niewinnie wyglądająca pęseta, długości jakichś 10 cm, składająca się z miniaturowych szczypiec staje się nagle potężnym narzędziem tortur, przy którym łamanie kołem, przypalanie żelazem i rozciąganie na madejowym łożu to zaledwie gilgotki.
Spróbujcie wyrwać pęsetą jeden włos z męskiej brwi. Jeden. Ryk bólu wytrąci wam narzędzie z dłoni, zaplecie koński ogon na nawet krótkich włosach, a mąż z załzawionym okiem ucieknie do sypialni, wykrzykując po drodze: - Mogłaś mnie przynajmniej ogłuszyć! To był włos oczny! (cokolwiek to znaczy). Dowiecie się zatem, że:
1) ból jest nie do zniesienia
2) ból jest nie do zniesienia
3) potrzebne jest znieczulenie, anestezjolog itp.
4) drugi włos możecie wyrwać nie wcześniej niż za tydzień

No i pat. Krzaki są, jak były, poziom zaufania do depilatorki spadł poniżej zera absolutnego, nadziei na zakończenie regulacji brak.
Można spróbować wyrwać kolejny JEDEN włosek w czasie snu, ale grozi to nagłym obudzeniem "pacjenta" i wybiciem sobie zębów, wydłubaniem oka pęsetą itp., więc odradzam.
Próbowałam kiedyś użyć kostki lodu jako znieczulenia miejscowego. Niestety, po przyłożeniu do skóry i brwi wrzask męża był podobny, tym razem nie z bólu a z zimna. Dowiedziałam się, że:
1) jest mu zimno i mokro
2) na pewno odmrozi sobie mózg.

Muszę więc wymyślać rozliczne podstępy, by urwać chociaż jeden sterczący włos. Bo do podania mężowi przed depilacją tabletki przeciwbólowej jeszcze się nie posunęłam...
Niby lew, a boi się pęsety!

Wszystko jednak zrozumiałam, gdy obejrzałam 13 odcinek 9 serii Przyjaciół, w którym Joey jest zmuszony do wyregulowania sobie brwi dla celów sesji zdjęciowej. 2 minuty tego odcinka rozbawiły mnie do łez, bowiem reakcja Joey'a w gabinecie kosmetyczki była po prostu bardzo mi znana. Widocznie mam w domu typowy okaz gatunku.

niedziela, 6 października 2019

Tam, gdzie narodził się tamada, czacza nie jest tańcem, wino pije się z rogu i żyją beztroskie krowy...


Postanowiłam sprawdzić, dlaczego Gruzja stała się tego lata ulubionym kierunkiem turystycznym Polaków. Niby to nie egzotyka lecz raczej swojskie klimaty, fragmentami podobna historia, pokrewieństwo charakterów narodowych, zdolnych do bitki i wypitki – a jednak zadziwienie mnie nie odstępowało.

Ta była republika ZSRR, ojczyzna Stalina, bardzo się stara utrzymać niezależność od potężnego sąsiada – Rosji. Mały raj dumnych Gruzinów, uważających się za właścicieli najpiękniejszego kraju na świecie (mają nawet o tym swoją legendę). 

Złota Kolchida
Gruzja leży nad Morzem Czarnym, po jego wschodniej stronie. Na tych terenach w zamierzchłej starożytności leżała mityczna Kolchida. Do niej to wyprawił się Jazon po Złote Runo. To tu znajdował się cel tej niebezpiecznej wyprawy i tu rozegrała się miłosna historia Jazona i lokalnej księżniczki - czarodziejki Medei. 
Pomnik złotego runa, a właściwie niesamowita fontanna stoi w Kutaisi. Są to repliki złotych figurek odkopanych na terenie całej Gruzji, a liczące sobie kilka tysięcy lat. Powiększone do gigantycznych rozmiarów koniki ze złotych kolczyków, owce, kozy i inne zwierzątka tworzą teraz fontannę - jedną z ciekawszych atrakcji miasta. Natomiast pomnik Medei, postawiony ogromnym kosztem miliona dolarów w Batumi, nadal budzi wiele kontrowersji wśród Gruzinów. Historia starożytna dzieje się tu nadal.
Medea dzierżąca złote runo
Uczta tylko z Tamadą!
Do prehistorii należy również Tamada. To jedna z wielu małych szczerozłotych figurek, liczących sobie kilka tysięcy lat. Przedstawia siedzącego mężczyznę trzymającego róg – Tamadę. A róg to naczynie do wina, jak twierdzą Gruzini, którzy nadal z rogu wino pijają. I twierdzą, że figurka jest dowodem na to, że to u nich narodziła się uprawa winorośli. Z niej powstaje napój sfermentowany, który stał się podstawą europejskiej cywilizacji (wcześniejsze piwo było napojem Mezopotamii i Egiptu). Tamada to także współcześnie określenie kogoś bardzo ważnego na gruzińskiej uczcie (suprze). Wybrany przez ogół mężczyzna, który wygłasza długie toasty i nadaje rytm biesiadowaniu. To król biesiady, funkcja bardzo zaszczytna i honorowa.

W smaku czaczy
Wino leje się w Gruzji szerokim strumieniem, produkuje je tu każdy gospodarz i nikt nie wymaga żadnych licencji, akcyz, certyfikatów czy sanepidów. Każdy te swoje produkty sprzedaje czy rozdaje, według uznania i bez pozwolenia. Jednak domowe jest raczej marnej jakości, jak miałam okazję się przekonać. Mimo rzekomo tysiącletniej historii uprawy winorośli, produkty nie bardzo mi smakowały. Osobliwością jest też produkowanie wina starożytną metodą – w glinianych amforach wkopanych w ziemię. Niestety, i to wino niespecjalnie mnie zachwycało, ale to rzecz gustu. Ciekawszym produktem, aczkolwiek dla mocnych głów jest czacza. To określenie samogonu, który tu pędzą wszyscy i z wszystkiego – z wina (czyli ala włoska grappa), ale też z morwy, brzoskwiń, moreli, śliwek itd. Moc to minimum 40%... Mnie bardziej posmakowały tzw. „koniaki” – alkohole dosmaczane czymś, wspaniale pachnące i smakujące słońcem, rodzynkami, karmelem, kupowane za grosze na targu warzywnym od babinek.

Morze, góry, herbata i… krowy
Oprócz Morza Czarnego Gruzja "zasobna" jest w wysokie góry. Jej pejzaż to Mały Kaukaz, Kaukaz, szczyty liczące sobie 5 tysięcy metrów n.p.m.  Nawet nad morzem pojawiają się wzgórza, na których uprawia się (obecnie szczątkowo, a krzewy są w opłakanym stanie) herbatę, szczególnie pod Batumi. Poza herbatą jest jeszcze coś, co upodabnia Gruzję do Indii – wszędobylskie i beztroskie krowy, spacerujące stadami nie tylko na wsiach, ale w miastach, miasteczkach. Niezwykłe spotkania krów pasących się dosłownie wszędzie, wieczorem wracających gromadnie do domu (chyba?). Krów-wielbicielek motoryzacji, ponieważ stada okupują drogi, niezbyt dobrej jakości, utrudniając  i tak duży ruch. Przyglądają się samochodom, stojąc w filozoficznej zadumie na środku szosy. A kierowcy zgrabnie wymijają je zygzakami, nie przerywając sobie prowadzenia pojazdu. Czegoś podobnego nigdzie nie widziałam. Widok był częściej zabawny, np. krowa stojąca pod apteką lub przy dystrybutorze na stacji benzynowej. Stały i patrzyły, zastanawiając się, co zatankować?
Kiedy w regionie wyższych gór, w Swaneti, gdzie drogi są jeszcze węższe i bardziej kręte, oraz strome, do stad krów dołączyły stada dzikich koni oraz półdzikich świń (z prosiakami) – to już był prawdziwy obłęd. Zastanawiałam się, czy ktoś tu w ogóle ogarnia, ile zwierząt domowych powinno nocować w stajni czy oborze.

Osobom wrażliwym na krzywdę zwierząt podróży do Gruzji nie polecam ze względu na błąkające się stadami bezpańskie psy, nieraz w dramatycznej kondycji. Nie widziałam natomiast kóz, owiec i kur, mimo że jajka były żelaznym punktem każdego śniadania.

Swanetia – gruzińska Toskania bez słoneczników
W Swaneti dotarliśmy do najwyżej położonej wsi (wciąż zamieszkałej), która okazała się być malownicza niczym Toskania. Kamienne wieże mieszkalne tworzyły jednocześnie trochę znajomy i nieznany wcześniej pejzaż średniowiecznych domów niezwykłego kształtu i koloru. Tylko tło było surowsze – zero słoneczników, falujących zbóż. Za to soczysta zieleń traw i majestat wysokich gór.


Mieszanka
Gruzja ma naprawdę niezwykłe pejzaże – i te ukształtowane przez Naturę, i te, będące dziełem ludzkich rąk… Wiele z tych niesamowitych miejsc zostało ukształtowanych wspólnymi siłami – Stwórcy i człowieka…. Olśniło mnie Batumi – kurort na miarę Lazurowego Wybrzeża, skalne miasta i monastyry owiane magią wieków. Niezwykłe jest pismo gruzińskie, alfabet, któremu w Batumi postawiono nawet pomnik.

środa, 2 października 2019

Jak wysłałam męża w pokrzywy...

W poprzednim poście zwierzyłam się Wam z grzybożądzy. Był jeszcze jeden faktor, który sprawił, że jakoś zniosłam tę grzybową zazdrość o pełne kosze. Otóż, odwróciłam swoją uwagę od "kapeluszy" i skierowałam ją w stronę zielonych kęp, porastających pobocza leśnych dróżek. Skoro wszyscy wracają z koszami pełnymi brązów, to ja będę się wyróżniać. Tym, czego nikt nie taszczy (bo i po co?), nikt z dumą nie podtyka pod nos napotkanym łachmytom z pustością w koszyku - naręczami zielonych chwastów w wiaderku!

Soczyście zielone, świeżutkie, dorodne, jakby przed chwilą wyrosły. Aż się chce w nie wgalopować, albo - bo ja wiem? - zanurzyć się? Nago to podobnoż zbawienie dla chorych stawów. Przede mną pyszniły się kępy, zagony, łany i chaszcze... pokrzyw. Prawdziwy parzybusz.
Natychmiast pojawił się w mojej głowie pomysł ugotowania z nich zupy, którą degustowałam u kogoś - uwaga! - w maju i kto podał mi na tę potrawę dość mętny przepis. Taki utkwił w pamięci mej, ale mętność to nie był problem. Nigdy nie przejmuję się recepturami, bo zawsze tworzę własne.

Większym problemem była kwestia, jak te pokrzywy ręcznie zdobyć, i w jakich ilościach (czy mam zapełnić wszystkie pojemniki lub bagażnik auta?). Przeżuwałam te egzystencjalne dylematy gdy moje oko spoczęło na ulubionym mężu, tego dnia akurat designersko ubranym w porządne, wysokie gumiaki i kurtkę ala ortalion. I narodził się plan.
Najpierw ubrałam smutną minkę, wycisnęłam łzę z oka. Mąż zaniepokojony łypnął na mnie.
- O co chodzi, kotku?
- Buuuuuu, wszystkie grzyby wyzbierali!
- Nie martw się, kupimy na hali.
- Ale ja muszę coś z lasu przywieźć, choćby pokrzywy, o! - chlipałam.
- Pokrzywy??? - zdumiał się niebotycznie najlepszy z mężów.
- Tak, zupę z nich zrobię. Skoro nie mogę grzybowej ugotować, będzie pokrzywowa!
- O matko, ale... ja nie będę musiał jej jeść? - zaniepokoił się.
- Zaraz wyjeżdżasz, nie zdążę zrobić... - skłamałam.
Mąż z wyraźną ulgą na twarzy, z wdzięcznością, że nie musi uczestniczyć w tym kulinarnym eksperymencie ruszył w parzybusz i zabrał się żwawo do rwania. Naciachał potężną reklamówkę świeżuteńkich łodyg. Dla zatroskanych kondycją męża (wiem, wszyscy znajomi uważają, że to anioł!), informacja: rwał w rękawicach roboczych, które wozimy w aucie.

I tak urodziła mi się zupa pokrzywowa:
Na bulion z kostki rosołowej wrzuciłam parę drobno pokrojonych ziemniaczków, kawałek pora, pół marchewki. Gdy troszkę zmiękły dorzuciłam opłukane (jak się potem okazało, niezbyt dokładnie...) łodygi, starając się usunąć najtwardsze części. Dodałam łodygę lubczyku i przyprawy do smaku. Gdy warzywa były miękkie, wyłączyłam gaz, zblendowałam wszystko na krem i zabieliłam śmietaną. Można do tego użyć topionego serka, ja akurat nie miałam. Miałam za to startą goudę, chociaż z płatkami parmezanu jest jeszcze lepsza, co wypróbowałam następnego dnia.


Przyznaję, sama ją pożarłam. Innych chętnych nie było. Uważam jednak, że to ich strata - ominęło ich coś interesującego smakowo.

poniedziałek, 30 września 2019

Grzybożądza

Coś dziwnego psychologicznie mi się ostatnio przydarzyło - grzybożądza totalna. Nigdy na grzyby tak "napalona" nie byłam, chętnie po nie do lasu jeździłam, ale raczej dla przyjemności spaceru, zwłaszcza jak jesienny dzień był piękny, niż dla zbieractwa. Kto by to miał czas potem przetwarzać? Grzyby wprawdzie lubię, takie na gęsto ze śmietaną do ziemniaczków puree i radość mi sprawia ich samodzielne znajdowanie, ale żeby to była jakaś wielka pasja, to nie. 

Kiedy jednak w ogrodzie przy domu, w centrum miasta znalazłam maślaki, uznałam że w lesie to już musi być grzybowa pandemia i trzeba pouczestniczyć. Ruszyłam zatem w południe, jak zwykle, do kniei, z zamiarem upolowania kilku wspomnianych. Początek był sofcikowy, co widać na zdjęciu, ale mnie cieszył, bo rekordzistką i tak nigdy nie byłam. 


Wszystko szło swoim rytmem, do czasu. Kiedy zaczęliśmy mijać ludzi wracających z wiadrami pełnymi tych darów lasu, a ja tu z maleńkim koszyczkiem wielkanocnym, ledwie zapełnionym - załamałam się z... grzybowej zazdrości! Czegoś podobnego wcześniej nie doświadczyłam. Byłam wręcz zrozpaczona. Nawet nie chciałam w te wiadra zaglądać, bo serce mi się kroiło, a tu wszyscy jak na złość chcieli się chwalić zdobyczą. 
Stanęłam w miejscu i odmówiłam dalszego marszu do lasu. Zarządziłam odwrót, odpuściłam sobie poszukiwania w przekonaniu, że już dla mnie w lesie nie zostało! Że nie ma sensu, te watahy grzybiarzy wyzbierały już wszystko. I wtedy potknęłam się o grzyby. Machały do mnie z trawy, z łąkowej ścieżki, zerkały spod liści. 
Rekord życiowy osiągnięty! Konkluzja? NIGDY NIE REZYGNUJ.


wtorek, 17 września 2019

Demon we mnie

Dziś obudził się we mnie demon. Weszłam rano na wagę, a tu cyfra 666!

W sumie, chyba mi się to podoba!

poniedziałek, 16 września 2019

Multimedialny Winston Churchill, czyli jak zdetronizować Królową i Jamesa Bonda?

Z pewnością kojarzycie Sir Winstona Churchilla - brytyjskiego męża stanu z czasów II wojny światowej, który swoją charyzmą wyprzedził Królową brytyjską a nawet Jej superagenta - Jamesa Bonda?

Niezwykły to człowiek, który pośmiertnie, choć całkiem niedawno, w 2002 roku, został uhonorowany tytułem Brytyjczyka wszech czasów... Mnie to nie dziwi, bowiem jego życiorysem, umiejętnościami i dokonaniami można obdzielić kilku ekscentrycznych celebrytów...
Dwa dni temu media przypomniały tę dawno nieżyjącą postać z powodu kradzieży... złotego sedesu z posiadłości, w której się Churchill urodził w 1874 r. Toaletowy obiekt był częścią wystawy włoskiego artysty Maurizio Cattelana, pożyczony z Muzeum Guggenheima i prezentowany w XVIII-wiecznym Pałacu Blenheim od paru dni dopiero. Rodowa posiadłość Churchilla, wpisana na listę UNESCO mocno ucierpiała, bowiem sedes był podłączony do kanalizacji i pałac został przez kradzież zalany.



Arystokrata, polityk, pisarz, malarz, hedonista
Wróćmy jednak do Osobistości. Był arystokratą, historykiem, wybitnym premierem swego kraju, pisarzem (dostał Nobla w dziedzinie literatury), podróżnikiem, malarzem (500 ok. jego obrazów znajduje się w kolekcjach prywatnych). Wizjonerem ("Gdyby Europa została kiedyś zjednoczona, szczęście, dobrobyt i duma 400 milionów jej mieszkańców nie miałyby granic"). No i był aficionado, czyli namiętnym palaczem cygar, zawsze przez niego łączonych z whisky lub szampanem.



Churchill wypalał dziennie 10-15 cygar, do tego wypijał nieodzowną szklaneczkę alkoholu, lecz nikt nie widział go pijanym (oprócz pewnej lady, która stała się bohaterką anegdoty o pijaństwie i trzeźwieniu...). Miał umysł jak brzytwa, dożył 90-tki. Wyróżniało go typowo brytyjskie poczucie humoru - kilka jego bon motów i anegdot krąży w społecznej świadomości do dziś. Na przykład ten: Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać! Co obiecał, to uczynił.

Młody poszukiwacz przygód, żołnierz, korespondent wojenny i awanturnik
Winston był synem lorda Randolpha Churchilla, wnukiem siódmego księcia Marlborough Johna Spencer-Churchilla. Dzieciństwo spędzał w Dublinie, u dziadka. Czasów szkolnych nie wspomina dobrze (Będąc dzieckiem byłem szczęśliwy, bawiąc się zabawkami w pokoju dziecinnym. Byłem szczęśliwszy z każdym rokiem, od czasu gdy stałem się dojrzałym mężczyzną. Ale czas szkoły to czas ciemności, czarna dziura na mapie mojej życiowej podróży). Nic dziwnego, bo St. James School, do której trafił, panowała drakońska dyscyplina - urządzano uczniom pokazy chłosty. Jednak trudności w szkole, nawet na poziomie podstawowym nie oznaczają, że do niczego nie dojdziemy. Churchill osiągnął pełną moc pomimo niespecjalnych wyników w nauce.
Butna mina i pewność siebie... Młody Winston
ullstein bild/Getty Images
Po ukończeniu szkoły szkoły wojskowej, od 1895 r. służył w kawalerii królewskiej. Rwał się do bitwy, szukał guza. Pierwsze wojenne szlify zdobywał pod koniec 1895 roku na Kubie jako korespondent wojenny. Trwało tam powstanie tubylców przeciw hiszpańskim uzurpatorom. To z tego czasu zostało mu zamiłowanie do hawańskich cygar i sjesty.  Palił markę Romeo y Julietta, a jego ulubiony rozmiar cygara został na jego cześć nazwany "churchill".
W 1897 r. wybuchło powstanie plemion pasztuńskich (na pograniczu Indii i Afganistanu). Nie mogąc się tam zaciągnąć jako żołnierz, pojechał jako korespondent. wojenny Daily Telegraph. Napisał potem książkę o tej wojnie i paru innych. Pisarska sława awanturnika dawały mu niezły dochód, większy niż jego gaża korespondenta wojennego.

Polityka, polityka...
W 1900  zaangażował się w politykę, został Deputowanym Izby Gmin, członkiem kilku gabinetów rządowych, ministrem. W międzyczasie, w 1908 ożenił się z Clementine Ogilvy Hozier. Mieli pięcioro dzieci. Karierę polityczną zakończył jako kanclerz skarbu w 1929. Po 1929 zajął się pisaniem, ale kiedy wybuchła II wojna światowa został znowu pierwszym lordem Admiralicji. Wybrany premierem w 1940 r. piastował ten urząd do 1945. Był równocześnie ministrem obrony. Po zakończeniu wojny uczestniczył w konferencjach pokojowych w Jałcie i Poczdamie. Wrócił na stanowisko premiera w 1951, do 1955. 

Literat
Pisał od młodości, to była pasja. Kiedy zajął się polityką w 1900 r., miał zaledwie 26 lat. Jednak zamiast na posiedzenie parlamentu pojechał na tournee po Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, a przed spotkaniem w Nowym Jorku zaanonsował go sam Mark Twain: „Szanowne Panie, Szanowni Panowie mam zaszczyt przedstawić Winstona Churchilla – bohatera pięciu wojen, autora sześciu książek i przyszłego premiera Anglii”. Premierem Winston został dopiero 40 lat później, ale dorobek pisarski i sławę już miał. W 1953 roku otrzymał literacką nagrodę Nobla "za mistrzostwo opisu historycznego i biograficznego, jak i doskonałe przemowy w obronie wysokich ludzkich wartości".

Nowe hobby
Pisarstwo było już umocnioną, uznaną pasją Churchilla, ale w 1916 pojawiło się nowe zajęcie. 41-letni Winston, odsunięty od polityki wskutek porażek na froncie I wojny światowej (był dowódcą Admiralicji) wpadł w depresję. Przypadkiem zaczął malować i ta pasja trwała do końca jego życia w 1965 r. Malował głównie pejzaże, sielskie widoczki, piramidy w Egipcie, martwe natury i portrety.

Maderski epizod
Znałam tego pana ze z historii, ale niespecjalnie się nim wcześniej interesowałam. To się zmieniło podczas moich wakacji na Maderze w ubiegłym roku.Wyspa jest niesamowita, gościła wiele sławnych i możnych ludzi. Jest tu też trochę poloników, ale to temat na osobny wpis (miejsce rzekomej prawdziwej śmierci Władysława Warneńczyka, kuracyjny pobyt Piłsudskiego).
O tych wszystkich niezwykłych gościach wyspa pamięta, hołubi, stawia pomniki, nazywa ulice, skwery itp. Wśród takich własnie celebrytów, odwiedzających Maderę był także sir Winston Churchill, który przybył tu na początku 1950 r. w celu podreperowania zdrowia po udarze. Był chyba jedynym "kuracjuszem", który przemierzał tę wyspę Rolls-royce'm (z kierowcą oczywiście) wyposażonym w bagażnik przerobiony na barek.
Kiedy rok temu zwiedzałam Maderę, dotarłam do urokliwej wioski rybackiej Camara des Lobos (w tłumaczeniu jaskinia wilków). W przewodniku odkryłam wówczas obszerną notatkę o jej inspirującym wpływie na malarstwo Sir Winstona. Gdy tu dotarł, od razu usiadł przy sztalugach i jak w transie zaczął malować pejzaż okolicy: zatoki portowej, domów z czerwonymi dachami, tarasów bananowych i widocznego z miasteczka najwyższego klifu w Europie - Cabo Girao.

Churchill malujący w Camara dos Lobos
Dziś miejsce z cudnym widokiem na port i łodzie z suszącymi się na linach dorszami, oznakowane jako Churchill View Point jest licznie odwiedzane przez turystów.


tarasy bananowców
Wizjoner
Już w latach 30. XX w. ostrzegał Brytyjczyków przed rosnącym wpływem Hitlera i jego partii. Przewidywał, do czego doprowadzą te działania, a potem stworzył największą koalicję antynazistowską.
To on użył sformułowania "żelazna kurtyna", które lakonicznie opisywało "zimną wojnę" w Europie.
I to on przewidział powstanie Unii Europejskiej. W 1946 roku na uniwersytecie w Zurychu Churchill wygłosił przemówienie, w którym ujawnił swoją koncepcję „Stanów Zjednoczonych Europy”. Trzy lata później, z jego inspiracji powstała Rada Europy - zalążek wielkiej, europejskiej rodziny, w której aktualnie żyjemy.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Fritz Haber - chemik, który zdobył Nobla, a potem postanowił unicestwić ludzkość

Niedawno pisałam o von Braunie, kontrowersyjnym naukowcu, który działał najpierw dla nazistów, a potem pomógł Amerykanom wylądować na Księżycu. Oto niemniej zawikłana historia człowieka, który zdobył Nobla w dziedzinie chemii, ale inne jego odkrycia obróciły się przeciwko ludzkości. Fritz Haber - dobroczyńca rolników i pozbawiony skrupułów twórca śmiercionośnych i okaleczających gazów bojowych.

Zwiedzałam Cmentarz Żydowski we Wrocławiu. Jest to obecnie muzeum, które bada i chroni przedwojenne grobowce mieszkańców Wrocławia, żydowskiego pochodzenia. Odkryłam grobowiec rodziców Fritza Habera - urodzonego w Breslau wybitnego chemika, który zdobył Nobla w tej dziedzinie. Wpisał się więc na jasne karty historii tego miasta. Niestety, jego późniejsze odkrycia doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi...To sprawiło, że jako laureat Nobla znalazł się w gronie 10 najbardziej kontrowersyjnych wyróżnionych.


zdj. z irc.adsl.kirov.ru

Ambitny naukowiec

Fritz przyszedł na świat w Breslau, w 1868 roku, w rodzinie szanowanych żydowskich kupców handlujących chemicznymi barwnikami do tkanin. Jego zainteresowania szły raczej w kierunku chemii niż handlu. Studiował w Breslau, Heidelbergu, Berlinie, Zurychu i Jenie. W latach 1898-1911 był profesorem chemii na Uniwersytecie  w Karlsruhe, a w latach 1911-1933 pracował w Instytucie Chemii Fizycznej w Berlinie.
W 1901 roku poślubił wybitną chemiczkę, Clarę Immerwahr. Była pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia uniwersyteckie i w dodatku obroniła doktorat na ówczesnym Uniwersytecie Wrocławskim. Trzy lata wcześniej niż doktorem została Maria Curie-Skłodowska na Sorbonie!

Fritz Haber zaczął imponująco - udało mu się dokonać wiekopomnej rzeczy. W latach 1905-1910 pracował nad syntezą azotu z amoniaku. Azot to cenny związek chemiczny, znajdujący się w powietrzu, niezbędny do wzrostu roślin i wszystkich organizmów żywych. Stał się on składnikiem produkowanych od 1913 roku nawozów sztucznych, co uratowało europejskie rolnictwo. Na początku XX w. prognozowano, że w latach 30. będzie panował wielki głód w Europie. Odkrycie Habera było na miarę Nobla, którego za tę syntezę właśnie otrzymał, w 1918 roku. Poza sławą i zaszczytami (stanął na czele Instytutu chemii fizykalnej im. Cesarza Wilhelma w Berlinie), naukowiec zarobił miliony. Nazywany był cudotwórcą, który robi "chleb z powietrza". I znów byłaby to piękna historia, gdyby ludzie nie ulegali tak łatwo pasjom, emocjom, ambicjom. 

Oddany obywatel
Fritz Haber potrzebował uznania w świecie nauki. Ponieważ jego żydowskie pochodzenie przeszkadzało mu w karierze w ówczesnych Niemczech, przeszedł na protestantyzm jeszcze przed pracą nad azotem. Dopiero wówczas kariera stała przed nim otworem. Czuł się przede wszystkim obywatelem Niemiec i chciał pracować dla dobra tego kraju.
Kiedy w czasie I wojny światowej armia zleciła mu prace nad wykorzystaniem chemii do działań bojowych, ochoczo wziął się do pracy. Uważał za swój patriotyczny obowiązek sporządzenie czegoś, co pozwoli Niemcom na szybkie zwycięstwo. Osobiście nadzorował użycie sporządzonej przez siebie  mieszanki oparów na polu bitwy - pod Ypres, na froncie francuskim w 1915. Zginęło 15 tysięcy żołnierzy.  Haber oglądał efekty zatrucia gazem (nazwanym później iperytem) i notował objawy u rannych. Skutki były przerażające. Tak bardzo, że jego żona Clara, zdruzgotana postawą męża, który naukę wprzągł w politykę i zbrodnię, popełniła samobójstwo. Zastrzeliła się ze służbowego pistoletu Habera tuz po jego awansie na stopień kapitana. Ta wspaniała kobieta, równie uzdolniona i wybitnego umysłu jak jej mąż Noblista, pokazała siłę charakteru i moralną postawę, której Fritz Haber nie potrafił dorównać.
Osobista tragedia nie powstrzymała go przed udaniem się następnego dnia na front, by znów obserwować reakcje na gaz bojowy.

Kontrowersyjny Noblista
Fritz Haber otrzymał w 1918 roku Nagrodę Nobla za syntezę azotu sprzed kilku lat. Werdykt Akademii Szwedzkiej wydano po zakończeniu I wojny światowej. Niebawem wyszło na jaw, że laureat ma na swoim koncie także śmiercionośną broń. Jurorzy zastanawiali się więc, czy nie odebrać przyznanej nagrody, ale sytuacja była bez precedensu, więc zostawiono sprawę.
Tymczasem Haber nadal współpracował z rządem, tym razem próbując wynaleźć coś skutecznego na wszy, pchły i inne insekty, dręczące żołnierzy.W latach 20. wraz z zespołem swoim opracował skuteczną truciznę, insektocyd o nazwie cyklon A.

Doktor Śmierć
Kiedy w 1933 władzę przejął Hitler, Haber zgłosił swoją chęć opracowania nowej broni dla Niemców. Dowiedział się jednak, że III Rzesza nie potrzebuje niczego od Żydów. Został nawet zwolniony z pracy w Instytucie. Popadł w depresję, w końcu został też zmuszony do opuszczenia Rzeszy - wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł w styczniu 1934 roku. 

Nie doczekał kolejnego zbrodniczego wykorzystania wyniku jego naukowej pracy - insektocydu o nazwie cyklon A, w obozach koncentracyjnych. Cyklon A ulepszono (uczynili to jego uczniowie) do wersji B - to był właśnie ten bezwonny, śmiertelnie szybki gaz, którym uśmiercono np. tysiące Żydów w Auschwitz. Co za ironia losu - Żyd przyłączył się do holokaustu. Jego wątpliwe dla ludzkości zasługi dały mu przydomek Doktor Śmierć...

Skandal współczesny
To nie koniec dramatycznej historii z Noblem w tle. Kilka lat temu, w 2005 r. dwujęzyczna szkoła w Oleśnie (woj. opolskie) chciała zmienić imię patrona. Patronem zostali "Nobliści śląscy". Jednak ktoś doszukał się w tym gronie Fritza Habera i zaczęła się awantura z władzami oświatowymi, które unieważniły uchwałę itd. Przepychanki i kłótnie trwały czas jakiś. Ostatecznie, szkoła nosi imię Jadwigi Śląskiej.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Główny inżynier III Rzeszy twórcą amerykańskich rakiet kosmicznych

Wernher von Braun, naukowiec i konstruktor rakiet balistycznych V1 i V2 produkowanych przez nazistów w czasie II wojny światowej, jest też twórcą rakiet, które pozwoliły Amerykanom wylądować na Księżycu. 20 lipca obchodzona była 50 rocznica tego niesamowitego lądowania. Niesamowita jest też historia bardzo kontrowersyjnego człowieka, który był autorem wielkiego kroku ludzkości w kosmos. Nazistowski zbrodniarz, czy wybitny wizjoner, który sięgnął gwiazd?

Życie i naukowe dokonania von Brauna są w równym stopniu spektakularne jak okrutne i niemoralne. Urodził się w 1912 r. w Wyrzysku (obecnie powiat pilski w Wielkopolsce), w arystokratycznej rodzinie (miał tytuł barona). Po 1920 r. mieszkaniec Berlina, kiedy Wyrzysk znalazł się w granicach odrodzonego państwa polskiego.

Dziecięca fascynacja kosmosem
Von Braun od najmłodszych lat interesował się astronomią i podróżami w kosmos. Podobno zainspirował go teleskop, który podarowała mu matka na 11 urodziny. Od tego czasu patrzył tylko w gwiazdy. Ludzie i wydarzenia na Ziemi były mu obojętne, koncentrował się na kosmosie. W wieku 15 lat został członkiem niemieckiego Towarzystwa Podróży Kosmicznych (VfR), które miało ścisłe kontakty naukowe z podobnym amerykańskim stowarzyszeniem.
Rozpoczął studia techniczne w Berlinie. W latach 30. XX w. został asystentem Hermana Obertha, swojego mentora, naukowca przekonanego o możliwościach odbywania lotów kosmicznych, konstruktora rakiet. Oberth w 1931 r. wystrzelił pod Berlinem pierwszą rakietę na paliwo ciekłe. Jego asystent i pilny uczeń doktoryzował się w 1934 r. pracą o napędzie rakietowym.

Pakt z diabłem
Nazistowskie Niemcy blokują działalność VfR, ponieważ cywile nie powinni eksperymentować z rakietami. Wernher musi wstąpić do armii, gdyż tylko w ten sposób będzie mógł kontynuować swoje badania. Zawiera pakt z diabłem. Jeszcze przed 1933 zostaje protegowanym Hitlera. Ma dla III Rzeszy skonstruować rakietę, oczywiście do celów militarnych, śmiercionośnych, a  nie dla podboju kosmosu. To akurat nie jest dla niego ważne, bardziej liczy się budżet, który ma na badania i swoboda działania. Nie obchodzą go przecież przyziemne cele, fascynują możliwości rozwoju techniki i nauki o aerodynamice.

Mityczne V1 i V2
Konstruuje kilka rakiet balistycznych, potem "słynną" V1. Następnie ją ulepsza do wersji V2. Nazwy na "V" to pomysł Goebbelsa, ministra propagandy III Rzeszy. V jest pierwszą literą niemieckiego słowa oznaczającego odwet.
V2 była produkowana masowo w tajnych podziemnych tunelach. Przy produkcji pracowały dziesiątki tysięcy jeńców i więźniów obozów koncentracyjnych w Dora i Buchenwaldzie. Warunki były straszne, tysiące więźniów umierały z wyczerpania, głodu, tortur. Von Braun podczas częstych inspekcji fabryki po prostu przeskakiwał przez martwe ciała, leżące w tunelach na każdym kroku...

Rakiety V2 nie dały nazistom upragnionej przewagi. Von Braun przeczuwał już zmiany sytuacji na frontach. Nie interesował go militarny cel poszukiwań. W 1944 r. stracił zaufanie Gestapo, mimo że był majorem SS - bo nie ukrywał swej chęci skupienia się na cywilnych zastosowaniach rakiet. Naziści podejrzewali go o chęć współpracy z aliantami. Został uwięziony, ale na krótko. Jest zbyt cenny dla Hitlera.
Na początku 1945 r. von Braun decyduje się nawiązać kontakt z Amerykanami, ale musi się ukrywać przed Gestapo - Hitler nie chce, by jego inżynierowie ze swoimi mądrymi projektami wpadli w ręce aliantów. Do kontaktu dochodzi w maju’45, kiedy główny konstruktor III Rzeszy i setka jego inżynierów poddają się 44. Dywizji Piechoty USA.

Cenna zdobycz Amerykanów
Dla Amerykanów konstruktor jest jeszcze cenniejszy, niż dla Hitlera. Obchodzą się z nim jak z jajkiem. W rezultacie von Braun ląduje w supertajnym więzieniu w stanie Wirginia, w którym przesłuchiwani byli podobni jemu naukowcy, specjalizujący się w aerodynamice i fizyce jądrowej.
Von Braun wyjawił wszystko na temat rakiet. W zamian Amerykanie zapominają, że to członek NSDAP i wysoki oficer SS. Proces w Norymberdze mu nie grozi.
Od 1946 pracował w bazach wojskowych rozwijając arsenał pocisków balistycznych. Czasy zimnej wojny to jego kariera jako dyrektora programu rakietowego w bazie w Alabamie. Kiedy w 1957 r. Rosjanie umieścili pierwszy sputnik na orbicie Ziemi, jego kariera przyspiesza. Odpowiedź Ameryki to "Explorer" na orbicie, dzieło m.in. von Brauna...
Nikt mu nie miał za złe jego wojennej przeszłości. Traktowany był jak ekspert, wybitny Amerykanin (otrzymał obywatelstwo, odznaczenia od Prezydenta USA, honory). Z Waltem Disneyem tworzył scenariusze filmów o podboju Kosmosu. Gwiazda mediów normalnie... W tym miejscu było zdjęcie bohatera tej opowieści w mundurze, ale blogger po jakimś czasie usunął je.

Na Księżyc i jeszcze dalej!

W 1970 były SS-man został dyrektorem NASA, odpowiedzialnym za loty załogowe. Jego dziełem był Saturn V - rakieta, która pozwoliła m.in. Apollo 11 wylądować na Księżycu 20 lipca 1969 r. Spełniły się jego młodzieńcze marzenia. Miał ich więcej, następnym krokiem ludzkości w kosmos był lot na Marsa, zaplanowany na 1981 r.
A w Wikipedii prezentuje się jak typowy Amerykanin, prawda?

I byłaby to bardzo piękna historia, gdyby nie pewne „szczegóły". Na zdjęciach w europejskich gazetach, opisujących jego sukcesy rozpoznali go byli więźniowie, przymusowi robotnicy w tunelach fabryki V1 i V2. Pisali listy do redakcji, w których twierdzili, że von Braun osobiście wskazywał robotników do egzekucji, uważając ich za sabotażystów. Miał na sumieniu śmierć wielu ludzi.
Atmosfera zaczęła się zagęszczać wokół niego. W sumie nie wiadomo, czym by się to skończyło, może nawet jakimś procesem? Zmarł jednak na raka w 1977 r.
Z jednej strony rozumiem pasję, trwającą całe życie - chciał polecieć w kosmos i spełnił to marzenie, umożliwiając ludzkości pokonanie siły grawitacji. Łatwo się tłumaczyć wykonywaniem rozkazów itp. Nie zastanawiał się, gdzie spadają konstruowane przezeń rakiety. Z drugiej - nie do zaakceptowania jest ta zmiana munduru - z SS-mana na komandora (czy jakikolwiek to nie był stopień) US Army...
(przy pisaniu tekstu korzystałam z informacji zawartych w książce V. Chalmet "Diler Hitlera i inne nieznane postacie, które zmieniły bieg historii")





piątek, 19 lipca 2019

W Dzień Czerwonego Kapturka o niebieskim kapturku...


Z pozoru zabawne dziś święto, a więc okazja, by przypomnieć moje stare opowiadanie "Niebieski kapturek":





Niebieski kapturek

Czy na letnim obozie nad morzem będzie jak w bajce? Możliwe... Oby tylko nie pojawił się żaden wilk!

„Chyba będzie tu fajnie!” – pomyślałam, rozpakowując plecak. Jestem na obozie młodzieżowym, nad morzem. Pogoda jest miodzio. Popatrzyłam na Asię, miłą dziewczynę, poznaną w autobusie. Będzie spała na łóżku koło mnie. Oprócz nas na sali było jeszcze kilka innych dziewczyn, właśnie poznawałyśmy się ze sobą.
-   Dziewczyny! Wyciągajcie bikini! Zaraz idziemy na plażę! – do sali weszła nasza opiekunka grupy: – Szkoda pięknej pogody, za kwadrans czekam na was na placyku przed budynkiem. Weźcie kremy do opalania, ręczniki i coś na głowę! Ze słońcem nie ma żartów. Pogadamy sobie, poznamy się...

Gdy pojawiłyśmy się z Asią na placyku przed budynkiem, stało tam kilku chłopców. Czyżby nasza grupa była mieszana? Tak przypuszczam, bo kręciła się przy nich nasza opiekunka, rozmawiając z nimi. W każdym bądź razie wyglądało, że chłopcy idą z nami na plażę. Przyjrzałam się im bliżej. Było ich zaledwie 5-ciu, wszyscy raczej w moim wieku, więc... eee, nieciekawi!
-   Hej, hej, niebieski kapturku! Ponieść ci ręcznik, chciałem powiedzieć - koszyczek? – to chyba do mnie? Nikt inny w promieniu kilometra nie ma na głowie niebieskiego kapelusika, który założyłam, by chronić się przed słońcem... Spojrzałam najpierw na Asię potem na „zaczepiacza”. Jakiś nieduży chłoptaś w okularach. Właściwie to prawie... chłopczyk. Sięga mi zaledwie do ucha! Taki szczuplutki, wąs dopiero mu się pod nosem sypie, naprawdę chłopięcy chłopak. Żaden tam facet! Nie wygląda poza tym na amanta, ale pewnie wyobraża sobie, że nim jest, skoro tak śmiało zaczepia kobiety!
-   Dlaczego chcesz nieść mój koszyczek? – zapytałam matczynym głosem, jednocześnie mrugając porozumiewawczo do Asi.
-  Z tego co pamiętam, w bajce o „Czerwonym kapturku” wszyscy interesowali się jej koszyczkiem. No i samym kapturkiem... – powiedział „zaczepiacz”. W tym momencie nasza kawalkada ruszyła za opiekunką.
-   No a ty - kim się właściwie interesujesz? Koszyczkiem, czy mną?
-   Jasne, że tobą! Przecież lubię niebieskie kapturki!
-   Chyba cię ten młody podrywa – szepnęła mi na ucho Aśka, tłumiąc śmiech.
-   W takim razie kim jesteś w tej bajce? Wilkiem czy może... babcią?
-   A może leśniczym? – wtrąciła Aśka.
-   Leśniczym w pampersach! – powiedział to... jakiś nowy głos. Zrównał się z nami chłopak, którego nie widziałam na placyku. Prawdziwy facet, wysoki i barczysty... Ale dziwne ciarki mnie przeszły, gdy spojrzałam mu w oczy... Budził respekt, a nie sympatię, jak ten młody.
-   On jest leśniczym, a ja jestem wilkiem! – kontynuował nieznajomy. No to mamy komplet, nie babciu? – zwrócił się do Asi, trącając ją łokciem. Wcale nie było to sympatyczne. Ani śmieszne.
-   Grzela, daj spokój, to moje nowe znajome – powiedział poważnym głosem chłopczyk. Wyczułam napięcie w jego tonie. Natychmiast taki jakiś doroślejszy się zrobił, mina mu spoważniała i w ogóle. Jakby miał do czynienia z niebezpiecznym wężem.
-   Nie masz tu nic do gadania. Zmiataj, Pimpek! – burknął wąż.
-   Chwileczkę, dlaczego przerywasz nam rozmowę? – teraz ja się wtrąciłam, bo już nie wytrzymałam. O co tutaj chodzi? Chce się bić, czy co? Kretyńska sytuacja!
-   Ty się, kapturek, lepiej nie odzywaj, bo cię zjem! – pogroził duży. Ja się jednak nie przestraszyłam: - Wcale bym się nie zdziwiła, masz możliwości, biorąc pod uwagę twoje duże, żółte zębiska! – Oj, oj chyba za ostro poleciałam z tą przemową. Chłopak nagle umilkł, jakby stracił mowę. Patrzył na mnie wściekle, ale odwrócił się na pięcie i odszedł na koniec naszego pochodu. Nawet się za nim nie obejrzałam. Dochodziliśmy do plaży.
-   Udało ci się spacyfikować bossa, a raczej wilka, kapturku! – powiedział mój „zaczepiacz”. – Odważna jesteś jak nie wiem co! Jak chłopak prawie!
-   A co to za boss? – zapytała przytomnie Asia – czy piszą o nim w gazetach?
-   Taki jeden palant, znam go niestety, nie od dziś. Lubi rozróby i kręci ciemne interesy. Wydaje mu się, że jest mocny.
-   A jest? – zaciekawiłam się.
-   Dosyć. Przy nim zawsze kilku fanów. Są jak stado wilków...
-   Czy ty więc rzeczywiście jesteś samotnym leśniczym?
-   Jestem! No i teraz już nie samotnym, mam przecież niebieski kapturek... To ja, McGyver, który przy pomocy sznurówki i truskawki walczy z wilkami! – musiałam w duchu przyznać, że ten chłopaszek jest nietuzinkowy! W takim szczuplutkim ciele taki mocarny duch!
-   A jak McGyver ma na imię? – odważyła się zapytać Aśka.
-   Juliusz, proszę o uśmiech!
-   Przecież to ładne imię. Takie staro...polskie – powiedziałam, w ostatniej chwili gryząc się w język.
-   Chciałaś powiedzieć - staroświeckie?
-   Może troszkę. Można mówić do ciebie Julek, no nie? – teraz była okazja do wzajemnej prezentacji imion.

Akurat opiekunka wynalazła dla naszego stadka miejsce plażowego biwakowania. Julek rozłożył ręcznik tuż przy nas. Najwyraźniej nie będzie łatwo pozbyć się wielbiciela niebieskich kapturków... Boss trzymał się od nas z daleka, chociaż intuicyjnie czułam, że będzie próbował nas jeszcze zaczepić. Ten typ tak ma. Kiedy nasza opiekunka powiedziała wszystko, co młody człowiek na obozie wakacyjnym wiedzieć powinien, mogliśmy wpaść w morską kąpiel. Zdjęłam kapelusik, by mi nie przeszkadzał w pływaniu. We trójkę po prostu szaleliśmy w morzu. Julek wyczyniał zabawne sztuczki w wodzie, poza tym świetnie pływa. Było nam bardzo wesoło. Czułam się przy nim tak (i myślę, że Aśka czuła podobnie), jakbyśmy go znały od wieków. Albo jakby był naszym... rodzonym bratem! Kiedy śmiejąc się wróciliśmy na piasek i padliśmy na ręczniki zauważyłam zniknięcie mojego kapelusza.

-   Może wiatr ci porwał? – wymyślała Aśka.

-   Nie sądzę. Myślę, że ktoś go zabrał, specjalnie - snuł przypuszczenia Julek.

-   Wilk?

-   A któżby inny?

-   Chciałabym go odzyskać. To jedyny kapelusz jaki mam na to lipcowe słońce!

-   Myślę, że on go tak łatwo nie odda. Obraziłaś go. To wyjątkowo wredny typ... – straszył Julek.

-   To co mam zrobić, poskarżyć się opiekunce?

-   Oczywiście, że nie! Trzeba wymyślić jakiś plan, by go przechytrzyć i odebrać szybko kapelusz.

-   Może lepiej najpierw się upewnić, czy to on go zabrał? Bo i po co miałby to robić?

-   Żeby ci dokuczyć, to oczywiste!

-   To pójdę i zapytam, czy go ma i czego ode mnie chce – wymyśliłam plan na poczekaniu. Jakie to proste! Wstałam i poszłam szukać bossa. Nigdzie go jednak nie było, podobnie jak mojego kapelusza. Obaj zniknęli jak przysłowiowa kamfora! Popytałam kilka osób, które mogły go widzieć. Ktoś powiedział, że Mirek (chyba tak ten cały boss ma na imię) wrócił się do pokoju, bo zapomniał... kąpielówek. Nie namyślając się wiele i nie pytając nawet opiekunki o zgodę poszłam jego śladem. Nie przyszło mi do głowy poprosić Asię czy Julka o pomoc. Idąc przez sosnowy lasek, który rozciągał się tuż za wydmami myślałam, gdzie mam szukać bossa w budynku. Nagle ktoś wyskoczył zza drzewa i wykręcił mi rękę do tyłu. Wilk! I skąd się tu wziął? Chyba nie czekał właśnie na mnie? Niestety, z kieszeni dżinsów wyglądał wciśnięty tam mój niebieski kapelusik.

-   Zwariowałeś? Puszczaj!

-   No i mamy sytuację jak w bajce: las, niebieski kapturek chwilowo bez kapturka i wilk. Leśniczego ani widu, babcia smacznie śpi na plaży. I co teraz?

-   Co ty w ogóle wyczyniasz? - Szarpnęłam się, ale uchwyt był silny - Taki duży chłopak a bawi się w jakąś dziecinną bajkę? – chciałam zyskać na czasie. Nie spodziewałam się pomocy, tu w ogóle nie szedł teraz żaden człowiek!

-   Tak, taki duży chłopak z dużymi, żółtymi zębami... – wysyczał mi do ucha. Chyba rzeczywiście nadepnęłam mu na... dumę! – No i jak teraz wyglądasz, kto ci pomoże, gdzie twój leśniczy niebieski kapturku?

-   To jakaś paranoja, nie mam zamiaru się z tobą w to bawić! Trzymaj się z daleka ode mnie! Co za dziecinada, zabrałeś mi kapelusz, żeby mi dokuczyć? Ludzie, czy ja jestem w przedszkolu?

-   Jeśli przedszkolem jest to, że wykręcam ci rękę...

-   No to po co mi ją wykręcasz? Widzę cię pierwszy raz w życiu i czym ci podpadłam?

-   Podobasz mi się i będziesz robiła to, co ja chcę!

-   Niedoczekanie! To jakieś „końskie zaloty”? Pierwszy raz widzę, że szarpie się dziewczynę, która się podoba, zamiast zaprosić ja na lody albo umówić z nią na randkę!

-   Na randkę to niech się z tobą umawia ten mały!

-   A pewnie, że się z nim umówię! Jest bardzo miły, zabawny i inteligentny.

-   I tak oberwie, należy mu się! Mam z nim swoje porachunki. – uścisk Bossa wreszcie zelżał. Widocznie trudno się dyskutuje w takiej pozycji, gdy trzeba dziewczynie wykręcać rękę. Cholerny damski bokser. Miałam go serdecznie dosyć. Z oddali zamajaczyły mi sylwetki Asi i Julka. Co za szczęście! Chyba mnie szukali…

-   Oddaj mi kapelusz i już. Nie mam zamiaru psuć sobie wakacji jakimiś niedorzecznymi potyczkami z tobą. Przyjechałam tu odpocząć i miło spędzić czas, a nie wdawać się w kłótnie. Jak szukasz ofiary, to zmień rewir. A tak w ogóle to wystrzel się w Kosmos!

-   Nie bądź taka ostra, bo pożałujesz!

-   Grozisz mi?

-   Nie, podrywam! – z tymi słowami oddalił się, zanim para moich przyjaciół do mnie dotarła.

-   Dlaczego poszłaś gdzieś sama? – dopytywał się Julek. – Nie możesz ruszać się beze mnie! Widzisz, że to niebezpieczne.

-   No widzę, widzę – musiałam przyznać mu rację. Nachalne zaloty bossa stają się nieprzyjemne. I nie oddał mi w końcu kapelusza! Ucieszyłam się, że Julek będzie mnie pilnował. Przy nim czuję się bezpiecznie i tak jakoś milutko... Z bossem to dopiero początek kłopotów. Warto mieć Julka przy sobie, na pewno jeszcze urośnie... Najważniejsze, że facetem jest i basta. Bo „mężczyzna to nie wygląd, to charakter!”


A zupełnie na poważnie o tej przerażającej bajce napisałam tu:
psychoanaliza Czerwonego Kapturka

wtorek, 9 lipca 2019

Całkiem fajne Goerlitz


Goerlitz to małe niemieckie miasto, podzielone na dwie części. Zachodnia nosi nazwę z umlautem, a po wschodniej stronie rzeki (Nysy Łużyckiej) nazywa się Zgorzelcem. Śmiesznie?

W zamierzchłych czasach, przed 20 laty, w mieście przebiegała granica państwa, stały posterunki, celnicy i szlabany. Kiedy jeździło się samochodem "za granicę" trzeba było przemierzyć zapyziały Zgorzelec i poczekać w kolejce do niemieckich celników. Potem gaz do dechy i... kto by tam jakieś Goerlitz oglądał, trzeba było pędzić w piękny świat. Dziś można swobodnie przejść mostem na Nysie Łużyckiej, by za wszelkie przyjemności płacić euro. Podobnie, obywatele niemieccy przybywają na zgorzelecką stronę miasta, by popróbować polskich specjałów. Od 1998 r. oba miasta uważają się za jeden organizm miejski: Europa-Miasto Görlitz-Zgorzelec.

Nawet parę lat temu, gdy naszym celem był weekend w Dreźnie, nie poświeciliśmy na Goerlitz nawet godzinki - ot, miasto graniczne, co w nim być może ciekawego? Coś tam słyszałam, że pustoszeje, że nie ma w nim ludzi, że je remontują i że tanio mieszkanie można kupić. Nie interesowało mnie to jednak.
Jakiś czas temu poznałam młodą przedsiębiorczą dziewczynę, która opowiedziała mi o swoim hobby - wypadach weekendowych do Goerlitz. 
- A co tam ciekawego? - spytałam. W odpowiedzi otrzymałam opisy miejsca naszpikowanego zabytkami, historią.

Dwie siostry, wcale  nie bliźniacze...
Miasto podzielone jest rzeką (Nysa Łużycka) na dwie części, które znacznie się między sobą różnią. 

Widok na polską stronę i słynny most, który łączy, nie dzieli
Niemiecka część, Goerlitz, jest znacznie, znacznie piękniejsza. Podobno jest to zasługą zbiegu historycznych okoliczności, bowiem Goerlitz w ogóle nie było zniszczone w czasie działań wojennych. Jest to tym dziwniejsze, że polska część – Zgorzelec – zdecydowanie ucierpiała. Za to sława nienaruszonej struktury wielowiekowego miasta sprawiła, że do Goerlitz przyjeżdżają ekipy filmowe z całego świata, głównie z Hollywood, by tu kręcić filmy! Był wśród nich m.in. Q. Tarantino. Görliwood stało się żartobliwą nazwą miasta, w którym zrealizowano kilkadziesiąt filmów. Można je zwiedzać także i w ten sposób - szlakiem filmowców.



Trochę pusto poza śródmieściem
Przyjechaliśmy do Goerlitz autostradą  A4 i nawigacja doprowadziła nas w okolice dworca głównego. Zaparkowaliśmy przy ulicy dworcowej, ale zamiast skierować się w stronę wspomnianego dworca, nota bene zabytkowego, poszliśmy w drugą i skręciliśmy w ulicę biegnącą równolegle do „dworcowej”. Było to urokliwa część miasta, większość domów odnowionych, pieczołowicie odrestaurowanych. Jednak uderzyła nas dziwna pustka. Samochody stały wprawdzie pod domami, nie widać jednak było sklepów ani przechodniów. Później się okazało, że trochę od tyłu Goerlitz zdobywaliśmy i zanim doszliśmy do górnego Rynku, zrobiliśmy parę kilometrów. 

Miasto-muzeum
W mieście jest 4000 zabytków (a niespełna 50 000 mieszkańców…), z różnych epok. Zobaczyć tu można arcydzieła architektury gotyckiej, renesansowej, barokowej, secesyjnej. Budynki zachwycają bogato zdobionymi fasadami, sklepieniami oraz freskami na sufitach. Nigdzie w Niemczech nie ma podobnie odrestaurowanego miasta. Legenda głosi, że w latach 1995-2016, zawsze na początku nowego roku pojawiało się w kasie miasta pół miliona euro od tajemniczego darczyńcy, który zobowiązał władze Goerlitz do spożytkowania tej darowizny na renowację kamieniczek. Władze miasta skrupulatnie wypełniały wolę ofiarodawcy, dzięki temu Goerlitz jest prawie w pełni zrewitalizowanym miastem. 

W trzecią niedzielę września są dni otwartych muzealnych drzwi. Można wtedy zwiedzać miejsca, które na co dzień nie są dostępne dla turystów. Z kolei największe święto w regionie to Altstadtfest Görlitz, organizowane w ostatni weekend sierpnia.
W informacji turystycznej można się zaopatrzyć w mapkę atrakcji, ale przy takim „załadowaniu” zabytków sensowniej jest włóczyć się uliczkami i podziwiać, zaglądać w podwórka – wszystkie przepiękne. Osobliwością Goerlitz są dwa rynki – dolny i górny (Untermarkt i Obermarkt), połączone pięknym traktem. Oba ciekawe, aczkolwiek piękniejszy jest ten dolny, przy którym stoją… dwa ratusze oraz renesansowe i barokowe kamienice, waga miejska oraz fontanna Neptuna.



Zajazdy dla kupców
Kolejną osobliwością miasta są tzw. domy halowe bogatych kupców (głównie handlowano tu suknem). Görlitz ulokowane jest przy starodawnym szlaku handlowym Via Regia, który prowadził z Kijowa do Santiago de Compostela, a który Rada Europy podniosła do rangi szlaku kulturowego. Kamienice należące do kupców, którzy prowadzili handel z odległymi krajami, spełniały jednocześnie kilka funkcji: były  mieszkaniami, sklepami, magazynami i hostelami dla podróżujących kupców z innych stron.  To prawdziwe domy handlowe, z własnym placem targowym, browarem. Nazwa domów halowych bierze się od przestronnej bramy z przejazdem na dziedziniec i szerokich schodów prowadzących do ogromnej hali centralnej.

Wieże i zegary, oraz unikalne organy
Görlitz to także miasto wież. Większość z nich stanowiła część fortyfikacji miejskich. Do zwiedzania udostępnionych jest pięć z nich, na pewno warto wdrapać się choć na jedną. Na wieżach często znajdują się zegary. Niektóre to majstersztyk zegarmistrzostwa.


Słyszeliście kiedykolwiek organy… słoneczne? Pewnie nie, udajcie się zatem do kościoła Piotra i Pawła w Goerlitz, które posiadają takie właśnie, unikalne organy słoneczne, imitujące m.in. głosy ptaków. Warto poczekać na koncert!

Ach, a z pamiątek przywiozłam... musztardę o smaku kawy espresso. Jeszcze nie próbowałam, ale w sklepie musztardowym było chyba blisko 100 smaków tego specjału. Szaleństwo!





poniedziałek, 8 lipca 2019

Głodnemu chleb na myśli...

W sobotę mieliśmy gości - miłe spotkanie towarzyskie w okolicznościach ogrodowych, obficie podlewane pysznym winem. 
Następnego dnia byliśmy z Andrzejkiem na małej wycieczce, bo oglądamy domy do kupienia poza Wrocławiem. Zwiedzamy jeden z domów, gdy gospodarz, chcąc okazać się gościnnym pyta uprzejmie:
- Może się państwo czegoś napiją?
Ja (bez namysłu):
- Nie, dziękuję, jesteśmy samochodem, nie możemy...
Konsternacja gospodarza, jego żony oraz dwojga towarzyszących nam pośredników nieruchomości, wreszcie Andrzej ze śmiechem:
- Kotku, ale pan pyta czy chcesz wody...

Głodnemu chleb na myśli, ale na kacu przecież nie byłam!


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Wyprawiam rano podróżnika do Warszawy. Temperatura się znacznie obniżyła, o 6.00 jest 12 C, więc radzę:
- Weź kurtkę i może czapkę, bo chyba cały tydzień ma być chłodny.
- Tak, i narty jeszcze wezmę!

środa, 3 lipca 2019

Podróże kształcą, czyli jak odkryłam malarstwo Otto Muellera

Kilka dni temu złapałam gumę w oponie rowerowej w czasie dojazdu do pracy. Nota bene stało się to pod gmachem Biblioteki Uniwersyteckiej, która jest ulubionym miejscem dla młodych ludzi (niekoniecznie studentów) do nocnej lektury broszur i ksiąg opasłych różnych. Stąd tak wiele tam tłuczonego szkła, które tnie opony rowerzystom...

Przeprowadziłam rower do najbliższego roweroparkingu, czyli pod wejście główne do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Mając nadzieję na monitoring tego kulturalnego obszaru pojawiłam się dopiero po dwóch dniach, z moim domowym mechanikiem "złotą rączką". Przyjechaliśmy samochodem po bezużyteczny chwilowo rower.

Bagażnik sedana nie nadaje się do przewożenia rowerów, więc mój mechanik zmuszony był poodkręcać to i owo. Za pomocą zabranych z domu 20-tu tysięcy kluczy próbował pozbawić rower koła, kierownicy, koszyka na bagażniku, hamulców. Wysiłki były dość daremne, bo pomimo różnorodności narzędzi, rozmiarem żadne nie pasowało. Kiedy więc on się męczył, ja z bezczynności rozglądałam się dookoła. Moje oko padło na plakat rozwieszony na fasadzie muzeum, zapowiadający wystawę, o takiej treści: Mentor. Malarz. Mag - Otto Mueller. Był też fragment obrazu na tym plakacie - nagie kobiece sylwetki, miękka kreska jak u Modiglianiego.

Dygresja na temat talentów
Rozwiązałam kilka lat temu test Gallupa i wiem, że moim talentem numer 2 w top 5 talentów jest tzw. Input. To  talent polegający na kolekcjonowaniu różnych rzeczy - przedmiotów, wspomnień, ale też - jak w moim przypadku - wiadomości z różnych, nawet odległych dziedzin. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy się mogą przydać. Mój mózg robi to absolutnie automatycznie i bez wysiłku.

Wracam do roweru
Kiedy więc Andrzej męczył się ze śrubami, w mojej głowie odbywała się potężna transmisja danych, bo fragment obrazu na plakacie był mi znajomy, coś mi przypomniał. Nazwisko malarza mówiło mi mniej, ale wystarczyły 3 sekundy, by powiązać fakty. Kiedyś pisałam o nim na blogu, na pewno w związku z wycieczką w okolice Lubawki. Błyskawicznie przypomniałam sobie tytuł tego posta.
Mój rower nie miał już koła i hamulców, mechanik męczył się z wciśnięciem go do bagaznika, znikając w nim do połowy tułowia, a ja opowiadałam mu o malarzu, bo miałam w telefonie otwartą stronę na poście Otto Mueller

Oczywiście, że pisałam o Otto Muellerze, bo urodził się w Lubawce, którą wtedy zwiedzaliśmy, kształcił w Dreźnie i Monachium, a później był przez lata profesorem na breslauerskiej Akademii Sztuk Pięknych i Rzemiosł Artystycznych. Wielki ekscentryk (stąd ten Mag w tytule wystawy), mentor, bo wywarł głęboki wpływ na swoich uczniów, a jego ekspresjonistyczne dzieła zostały później zakazane w faszystowskich Niemczech jako obsceniczne. Zmarł w 1930 w Obornikach Śl. i jemu właśnie, jako wybitnemu niemieckiemu ekspresjoniście i Wrocławianinowi poświęcona jest wystawa w muzeum, a obrazy przywędrowały z muzeum berlińskiego.



Pamiętam, że pisząc o Lubawce i okolicach tamtego weekendowego, miłego wypadu zwróciłam uwagę na sławnego mieszkańca Lubawki i nawet wysunęłam hipotezę, że cudne pejzaże mogły mieć wpływ na jego twórczość, bo malował przede wszystkim nagie kobiety na łonie natury, fascynowała go cygańska uroda i kultura.

W taki więc sposób przed laty sama odkryłam wybitnego malarza, i to przez przypadek. Mój talent do kolekcjonowania informacji kazał mi wtedy, gdy pisałam posta z wypadu do Lubawki pogrzebać głębiej i zamieścić garść ciekawostek, a nie tylko samych zdjęć tej okolicy. W tym zdarzeniu z rowerem muszę jednak przyznać, że zadziwiłam samą siebie. Post był z 2014 roku. Możecie go przeczytać klikając link powyżej.