środa, 29 października 2014

Łasuchy w Wiedniu – cz. III

Sobota w Wiedniu była jak marzenie - słoneczna i ciepła. Mimo że poszłyśmy spać o trzeciej  nad ranem, pobudka się udała już około godziny siódmej, bowiem miałyśmy PLAN na poranek: odwiedziny bazaru łasuchów, czyli Naschmarktu oraz pobliskiego pchlego targu…

Poprzedniego dnia, gdy jechałyśmy do Schoenbrunnu, mijałyśmy niesamowicie klimatyczne miejsce. Magda opowiedziała  nam, że jest to słynny wiedeński targ owocowo-warzywno-rybny, i że w soboty na jego końcu rozkłada się pchli targ. Aha, coś dla nas! Targ czy też bazar jak najbardziej wpisuje się przecież w kulinarny aspekt naszej wyprawy „na Wiedeń”… Dlatego starałyśmy się, by przybyć tam następnego dnia jeszcze przed południem.

Eskapada z mieszkania Magdy została zaplanowana metrem – zakupiłyśmy bilet dobowy (za 7,60 E) i mogłyśmy się teraz poruszać komunikacją miejską do woli. Wysiadłyśmy specjalnie przystanek wcześniej, by spacerkiem dojść do Naschmarktu, oglądając po drodze ciekawe budowle, np. Uniwersytet Techniczny z dość kiczowatą (dla mnie) sową w egipskim stylu, wkomponowaną w narożnik nowoczesnej budowli z początku XX wieku. Ale  w sumie fajnie wygląda!



Mijałyśmy też Pawilon Secesji ze złotą, błyszczącą w dali kopułą – niesprawiedliwie nazywaną przez dawnych Wiedeńczyków i tradycjonalistów "pozłacaną kapustą". Budynek z 1898 r. zaprojektowany został przez ucznia Otto Wagnera – J. M. Olbricha i stał się wyzwaniem rzuconym epoce Franciszka Józefa i cesarskiej monumentalności architektury oraz sztuki. Tu właśnie artyści z Klimtem na czele, secesjoniści (czyli odstępcy) próbowali dać estetyczny cios w nos nadmuchanej sztuce spod znaku dwugłowego orła. Losy tego niezwykłego budynku były równie niezwykłe – wyśmiewany przez ówczesnych, zniszczony w czasie II wojny światowej i splądrowany stał pusty do 1973 r., gdy został wykupiony przez państwo austriackie i starannie odrestaurowany. Dziś 




„Kapusta” znów olśniewa blaskiem laurowych liści i rozpyla go w wiedeńskim powietrzu, a złoty kurz osiada na przepięknych kamienicach nieopodal – majolikowej, oraz z medalionami, i na innych sztandarowych dziełach słynnych artystów wiedeńskich, dzięki którym powstała...

Wędrując od budynku Pawilonu Secesji w stronę Schoenbrunn'u przechodzi się przez teren Naschmarktu. Wije się tu rzeczka Wien, czasami pod ziemią, i w takim urokliwym ni to wąwozie, ni to pasażu-alei ulokował się ten słynny targ ze 120 stoiskami i lokalami, który kusi łasuchów (stąd nazwa: naschen bowiem to kosztować, łasuchować, podjadać) bogactwem smaków z różnych stron – od lokalnych, wiedeńskich przez 



hinduskie, wietnamskie, izraelskie, libańskie, greckie - po włoskie, francuskie, tureckie, chińskie i japońskie (sushi). Są tu też do kupienia (i spróbowania) przyprawy, zioła, wina musujące i nie tylko, octy winne  w wielu smakach i kolorach, kawy, herbaty, różne wyroby bio, eko i jakie tam jeszcze chcecie.


Są stoiska z różnościami: ze świeżutkimi rybami, perskim kawiorem, sprzedawcy oferują rzadko występujące gatunki warzyw – np. pasternak. Oszałamiają zapachy wydobywające się z małych sklepików. Są sery, piekarnie, stoiska z mięsem i owocami morza.

Targ istnieje tu od XVIII w., a w latach 20-tych XX w. sprzedawcy doczekali się urokliwych pawiloników, by codziennie nie zwijać stoisk. Wśród nich pojawiają się secesyjne budyneczki z toaletami, stacje metra.

Sobotnia tradycja Wiedeńczyków



Sobotnia wizyta tutaj to wiedeńska  tradycja, więc nie wiedząc o tym, jesteśmy w sobotę bardzo tradycyjne… Targ ma niezwykłą atmosferę – trochę z francuska elegancką, a trochę bałkańsko-orientalną, a więc magiczną, bazarową. Stragany są czynne 6 dni w tygodniu od 6 rano - do popołudnia. Przy trzech wąskich uliczkach ciągną się rzędy stoisk, towary eksponowane są pod nogami przechodniów, i głośno zachwalane przez sprzedających. W dobrym tonie jest zjeść tu wiedeńskie śniadanie… Ale i wieczorem Naschmarkt nie pustoszeje: w każdej z kilkunastu restauracji i kafejek jest pełno. Wiele z nich jest wręcz kultowych…

W soboty na tyłach Naschmarktu rozkładają się sprzedawcy wszystkiego – to najsłynniejszy pchli targ stolicy Austrii. Czego tam nie ma! Chyba tylko dmuchanych hipopotamów, bo poza tym oczy dostają oczopląsu. Rozbiegamy się po targu i każda zdobywa jakieś trofeum: komplet kieliszków do wina z lat 20-tych, jakąś wazę, naczynie ceramiczne. Ja wypatruję dla Gosi, która miała wczoraj imieniny – owalną ramkę sporych rozmiarów, z portretem damy w sepii, i nabywam jako prezent od całej naszej paczki. Gonia na pewno zrobi użytek z ramki, bo ma niekończące się na nie zapotrzebowanie…

Słońce rozświetla wszystko, jest po prostu cudownie. Jeśli komuś uda się


podnieść do góry głowę, odrywając się na chwilę od ekscytujących zakupów, zobaczy pyszniące się równolegle do Naschmarktu kamienice - błyszczące złotem i kolorami emalii (majoliki), jak np. ta z medalionami. To  dzieła Wagnera...

Z żalem opuszczamy Naschmarkt wczesnym popołudniem i rozdzielamy na dwie grupy. Jedna ma ochotę trochę pozwiedzać, druga załatwia jakieś swoje sprawy wiedeńskie.

Skupię się jednak na aspekcie kulinarnym naszej wycieczki. Nasza gospodyni ma zamiar znów uraczyć nas kolacją, ale stwierdzamy, że to za duzo jak na jeden weekend i postanawiamy zaprosić ją do restauracji, którą nam poleci. Nie chciałyśmy, by dziewczyna dalej siedziała w kuchni! Po wielu oporach (ach, ta polska mentalność: gość w dom...) udaje sie zamówić stolik w... azjatyckiej restauracji. Jesli dla kogoś to brzmi nieciekawie, to posłuchajcie, gdzie wylądowałyśmy wieczorem:  w restauracji z bufetem, w której za 13,90 euro możesz jeść do woli i wybierać spośród 100 azjatyckich dań z woka! W tym są ryby i owoce morza smażone na poczekaniu, w woku, trzeba tylko wybrać sobie z bufetu surowe porcje. System jest ciekawy - na stoliku sa klipsy z numerem stolika, które przyczepia się do talerza. Drugi klips to oznaczenie z katalogu - wybranego sosu. Zanosi się to kucharzom, którzy "na oczach" smażą wybrane porcje, a kelner przynosi gotowe do stolika. Strasznie fajne. I wybór ekscytujący! Rzuciłam się na krewetki, ośmiornice, mule - i nie wystarczyło już sił na ryby, nie mówiąc o stekach mięsnych itp. 

Biesiadowałyśmy długo, każda znalazła coś dla siebie, desery też były wyborne i owoce przeróżne. Tak więc zaczęłyśmy dzień od łasuchowania smacznych kąsków na targu świeżości, a skończyłyśmy na kulinarnej orgii!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz