środa, 3 czerwca 2015

Przepis na noc czerwcową

Obudziłam się dziś o czwartej. Mam sypialnię od wschodu, więc kiedy tylko wstaje słońce, mam je w pokoju.

Wstałam więc i ja, pomaszerowałam do łazienki, potem do kuchni napić się wody. Kuchnię mam od zachodu, z wielkim oknem, przez które dojrzałam, że jasność była już jak w dzień. Tyle że na błękitnym już niebie dość nisko wisiał sobie wielki jak bułka pszenna... Księżyc...
Zamrugałam zaspanymi oczami... Z jednej strony jasność słońca, z drugiej strony - siła Księżyca w pełni. Dodajcie do tego śpiew kilku gatunków ptaków, wdzierający się przez otwarte okna  - i macie przepis na noc czerwcową!
Stop, nie jest kompletny! Trzeba jeszcze dodać parę gałązek oszałamiająco pachnącego jaśminu, który skradłam komuś z ogrodu, gdy jeździliśmy wczoraj na rowerze... Korzystajcie z przepisu do woli, nie zastrzegam sobie praw autorskich :-)
No i jeszcze Ildefons...
piosenka

poniedziałek, 25 maja 2015

Pizza z rabarbarem i płatkami róży

Moje największe dzieła kulinarne powstają, gdy usiłuję wykorzystać resztki z lodówki.

Tak stało się tym razem: w lodówce błąkała się rolka ciasta drożdżowego heinleina (przeterminowana 2 dni, przyznam szczerze), rabarbar wiądł w koszyku. W samym kącie tejże lodówki kryły się 4 słoiczki płatków róży z ubiegłorocznego ręcznego zbioru w ogrodzie, których nie zdążyłam wykorzystać, a tu róża znów mi kwitnie....
- Zrobię ciasto drożdżowe z rabarbarem! – oznajmiłam domownikowi tuż przed weekendową północą.
- Uwielbiam ciasta drożdżowe! – odparł uradowany domownik, wyobrażając już sobie mega wyrośnięty placek z owocami (takich bowiem dostarcza mu moja mama).
Zabrałam się ochoczo do dzieła, bo gotowe ciasto to coś, co tygryski lubią najbardziej, tym szczególniej, że tygryskom ciasta drożdżowe wykonane własną łapką w ogóle nie rosną.
Na placku, nakłutym widelcem rozłożyłam rabarbary (obrane i pocukrzone). Trochę ich było mało,  więc się zacukałam, ale przypomniawszy sobie o słoiczkach z płatkami róż postanowiłam je zużyć. 3 nadawały się wyłącznie do wyrzucenia, ale z czwartego udało się zrobić odzysk słodkich płatków (były zmiażdżone, w cukrze) i ułożyć na cieście.
Dzieło umieściłam w nagrzanym piekarniku. Z wypiekami na twarzy zaglądałam, by podziwiać wznoszenie się konstrukcji drożdżowej, co przez 25 minut jednakowoż nie następowało. Ponieważ brzegi zaczęły się mocno rumienić, wyłączyłam piekarnik po 30 minutach i zostawiłam do ostygnięcia. Poszłam spać (dochodziła pierwsza w nocy).

Następnego dnia wyjęłam z pieca śliczne, płaskie jak pizza ciasto, twarde na brzegach za to zachwycająco smakowite w środku. Domownik otrzymał więc dodatek do porannej kawy. Trochę się zdziwił wyglądem, ale wytłumaczyłam, że to danie ekskluzywne: czy gdziekolwiek w pizzerii zje  pizzę z rabarbarem i płatkami róży? I kto powiedział, że pizza musi być na serio?
Na takie wyjaśnienie kulinarnie pogodzony z losem domownik wziął się za degustację. Poszła mu tak dobrze, że nie mam już ani okruszka pizzy, ha!



wtorek, 19 maja 2015

Mała wyprawa (rowerowa), duże odkrycia...

Zaczęłam sezon rowerowy. Nie ma się czym chwalić, wiem, bo wszyscy go zaczęli chyba w zeszłym roku, ale trudno, ja dopiero teraz. Na pierwszą wyprawę dwukołową włożyłam moje żelowe antygwałty, co by szanowne 4 litery siedzące na (żelowym) siodełku miały jeszcze miękcej. Uzbrojona zatem od dołu w żel, wskoczyłam na rumaka i pojechaliśmy na objazd wokół domu – tzn. takie skromne 10 kilometerków wałami, nad Odrą, prawie nie opuszczając Wielkiej Wyspy.

dama w glicyniiNajpierw jednak skierowaliśmy koła ku jednej firmie, bo chciałam popytać o coś tam poligraficznego. Firma była zamknięta, postanowiliśmy jednak eksplorować uliczkę, prowadzącą nad rzekę. Po drodze urzekła mnie kaskadami spływająca w dół olbrzymia glicynia - zachwycający kwiatowy krzew, który oplótł drzewo pod kościołem. Sesja zdjęciowa musiała się zatem odbyć...

Dzięki niej odkryłam, że są kościoły, które oferują w dni powszednie poranne msze święte ze... śniadaniem! Oto dowód:

plan mszy


Kontynuowaliśmy naszą podróż wśród ogródków działkowych, w stronę wody, docierając prawie naprzeciw naszego domu, ale po drugiej stronie Odry. A tu błonia przecudne, ludzie na trawie sobie siedzą, piwko piją, całują się. Zdziwienie - w życiu tu nie byłam!

Ruszyliśmy w stronę mostu Szczytnickiego, by wrócić na wyspę. Po drodze są akademiki, więc nadzialiśmy się na stada studentów, wylegujących się na kocykach, grillujących i śmiecących. No tak, juwenalia są w mieście, zapomniałam!

Podążyliśmy w stronę naszego ulubionego jazu przy ZOO, gdzie można posiedzieć na sztucznej plaży, ale setka studentów podążających właśnie w tym kierunku mocno nas zniechęciła.

Objechaliśmy zatem ZOO, mijając główne wejście (hit Wrocławia ze względu na Afrykarium – byłam w marcu, warto) i wjeżdżając na wały z innej strony. Sprawdziliśmy, jak się ma jaz Opatowicki po remoncie – podoba się, nie tylko ludziom, bo na wysepce pozostawionej na samym środku rzeki ucięła sobie drzemkę... czapla siwa. Ptaki te bardzo lubią Wrocław – koło mojego domu, w rejonie Mostów Jagiellońskich stale rezydują chyba dwie, a w pobliskim Parku Szczytnickim jest ich nawet kilka… Ta na zdjęciu jakoś bez głowy czaplawyszła, nie wiem, dla kogo ją straciła... Ale sweet focię ma. Powinni je zaobrączkować albo coś, byłoby wiadomo, czy to ta sama się kręci po okolicy, czy jednak jest ich więcej :-)

Wracaliśmy do domu mijając jaz Bartoszowice. Nie jechaliśmy jednak koroną wału, tylko dołem… Aż nagle koła nam wbiło w ziemię… bezwstydne drzewo, z siusiakiem na wierzchu! Chociaż… Mimo wszystko jednak "wstydne" - odwróciło się przecież plecami do spacerujących albo jadących po ścieżce, by nie wszyscy widzieli, że nie ma majtek... I takie to były te moje rowerowe wielkie odkrycia na małej wyprawce...

a jednak się odwrócił...

poniedziałek, 4 maja 2015

Poszukiwacze skarbów, wodospad i japońskie klimaty, czyli Przesieka i za co kocham UE...

Wielką majówkę spędziłam w Podgórzynie. Ta karkonoska gmina oraz jej najbliższe (gminne) okolice to atrakcje do kwadratu! I to dla wszystkich: turystów preferujących piesze wędrówki, zakochanych w siodełkach cyklistów, kochających siodła – koniarzy, poszukiwaczy skarbów wszelakich (w tym historycznych), wielbicieli drewnianej architektury oraz… japońskich ogrodów, tworzonych lege artis, czyli w zgodzie z japońską sztuką ich zakładania.

Podgórzyn to gmina wiejska, obejmująca kilka szalenie interesujących miejscowości, m.in. Borowice, Przesiekę, Sosnówkę. Zakwaterowaliśmy się w Podgórzynie, z widokiem na zbiornik wody pitnej Sosnówka, ale wystarczyło wystawić nogę, czyli wyprawić się na dłuuuuuuuugi spacer, by zaraz znaleźć się w Sosnówce właśnie, albo w Przesiece. Ta ostatnia górska wieś znana mi jest z czasów dawnych. Pamiętam, że w licealnych latach przyjeżdżaliśmy tu na jakieś rajdy i inne wycieczki szkolne. Później jednak tu nie zaglądałam, częściej bywając w Szklarskiej Porębie albo w Karpaczu. No to się teraz nadarzyła okazja i muszę się przyznać, że nie pamiętałam jak śliczna jest Przesieka…

Trochę historii jak z Miłoszewskiego…
Wzmiankowana była już w 1387 roku.  Mieszkańcy pracowali wówczas przy wyrębie lasu, wyrabiali  węgiel drzewny. Ponieważ nie było dróg, drwale spławiali drewno licznymi tu potokami i rwącymi strumieniami. Jeden z nich – Podgórna - tworzy szalenie malowniczy wodospad.

Jest to największa atrakcja przyrodnicza Przesieki. Woda spływa kaskadami z 10-metrowego skalnego urwiska, wokół jest cudnie. "Za Niemca" była tu nawet letnia restauracja na tarasach zawieszonych nad wodą. Na tereny Karkonoszy przybywali (już w średniowieczu) Walonowie. Mówi się, że byli to pierwsi osadnicy w tych górach, niezdobytych wówczas, wielkich i tajemniczych (po niemiecku Riesengebirge - góry olbrzymie).  Ta hermetyczna (językowo i obyczajowo) grupa cudzoziemców z okolic dzisiejszej Belgii specjalizowała się w poszukiwaniach drogocennych minerałów. Walonowie byli fachowcami od wydobywania i przetwarzania bogactw naturalnych, górnictwa i metalurgii (złota, srebra, kamieni szlachetnych), a także wyrobu szkła. Karkonosze są jednym z najbogatszych mineralogicznie rejonów w Europie, widać sława tych bogactw przyciągnęła Walonów. Pozostały po nich ryty naskalne w okolicach Przesieki: krzyż, dłoń i postać człekopodobna, które można obejrzeć na tzw. Kamieniach Walońskich. Eksplorując teren Walonowie pozostawiali dla siebie tylko zrozumiałe informacje, które ryli w kamieniu, na drzewach. Miały one formę gwiazd, słońca, księżyca, głowy, wideł, kilofa, młota, strzałek, cyfr i liter.
Walonowie opisywali też lokalizację odkrytych minerałów w tak zwanych spiskach lub księgach. Były to szyfrowane notatki i instrukcje po łacinie, w języku niemieckim, przeplatane określeniami z czeskiego. Do najbardziej znanych należy "Walońska księga z Trutnova" z 1466 roku. No i proszę, o Trutnovie pisałam tutaj. Jeszcze w XVII w. Walonowie mieszkali we Wrocławiu, o czym wspomina N. Davies w "Mikrokosmosie", handlowali bogactwami naturalnymi na Placu Solnym.
Wróćmy jednak do Przesieki. Dopiero w drugiej połowie XIX w. walory tej miejscowości, dzięki malarzowi wrocławskiemu Adolfowi Dresslerowi, zostały dostrzeżone. To spowodowało rozwój tej wsi jako wczasowiska. W ciągu dwudziestu lat (1884-1903) prawie nieznana Przesieka stała się popularniejsza nawet od Karpacza! Zaczęły tu powstawać liczne hotele, gospody i pensjonaty. W 1911 roku miejscowość została zelektryfikowanana (nawet ulice były oświetlane). W latach w 1938 - 48 mieszkał tu wybitny grafik i malarz Erich Fuchs. 
Podczas II wojny światowej w okolicy Przesieki więźniowie z obozu Gross Rosen budowali odcinek Drogi Sudeckiej. W miejscowości znajduje się obecnie mały cmentarz więźniów zmarłych podczas katorżniczej pracy. Natomiast tuż po wojnie w przesieckiej gospodzie "Waldschloesschen" rozegrała się scena jak z filmu - odnaleziono tu bowiem zrabowane przez hitlerowców z warszawskiej "Zachęty" obrazy Jana Matejki, a także wiele innych dzieł skradzionych z muzeów Krakowa, Warszawy i Wrocławia. Oprócz skrzyń z płótnami Matejki, było tam kilkanaście skrzyń i kilkadziesiąt płócien z wrocławskich muzeów, dokumentów archiwum archidiecezji wrocławskiej oraz kilka rzeczy z Wawelu. Cała ta opowieść, jak z „Bezcennego” Z. Miłoszewskiego, w szczegółach  znajduje się tutaj: http://przesieka.pl/matejkowice.html Kilka miesięcy po odkryciu skarbów miejscowość Hain (to niemiecka nazwa wsi) przemianowano na Matejkowice, ale w czasie porządkowania nazw miejscowości na Dolnym Śląsku w marcu 1946 r. Matejkowice zamieniono na Przesieka właśnie. 
Wizerunek Przesieki lat 60 i 70-tych kreowało FWP ze swoją masową turystyką, a także szkolne i studenckie rajdy. Gdy nadszedł przełom lat 80-90- tych, nie był to dla tej wsi czas łaskawy. Z gwarnego ośrodka turystycznego zamieniła się w senną górską osadę. Obecnie jednak odżywa, ale do dawnej świetności, którą można zobaczyć na starych pocztówkach – jeszcze ciut brakuje... Mieszkańcy jednak bardzo się starają. Domy są odnawiane, powstało kilka ciekawych budynków o drewnianej architekturze. Są zadbane ogródki i wielka atrakcja: Ogród Japoński Siruwia.



Jest to wyjątkowe miejsce, chyba nawet na skalę kraju. Prywatny ogród państwa Kurowskich utworzony na powierzchni 1,5 ha, w którym znajduje się bogaty zbiór roślin ozdobnych posadzonych wśród  7 stawów. Jest duża kolekcja różaneczników - około 600 krzewów, a także roślin iglastych i bylin. Do budowy ogrodu wykorzystano ok. 50000 ton kamienia. Centralną część stanowią dwa wodospady. Pierwszy, męski ma wysokość ok. 6 m. Drugi, żeński jest dużo niższy, a woda spływa z niego łagodnie. Klimat ogrodu budują także: latarnie, ścieżki, mostki. Każdy, nawet najmniejszy element ogrodu ma tu swoje znaczenie. 
Ogród został otwarty 1 maja, ja byłam tam ciut wcześniej, gdy trwały jeszcze prace „rozruchowe”. Ponieważ gdy doszliśmy tam od strony Podgórzyna „urodziła mi się” potrzeba fizjologiczna, ucieszyłam się na widok stojącej przy wejściu do Siruwii Toy-toyki. Wchodzę, w środku pachnie, jest papier, woda, mydło, czysto, sucho. Po wyjściu z toalety wykrzykuję entuzjastycznie do przyjaciół, że kocham unię europejską! Na co panowie pracujący w ogrodzie przy roślinach ganią mnie, bo "unia nic nie ma do tego ogrodu". To im się tylko tak wydaje. Gdy nie byliśmy w Unii, Dolny Śląsk był zapyziałym regionem, gdzie skarby architektury i sztuki podziurawione kulami z czasów wojny straszyły odpadającym tynkiem, wszędobylskim błotem, kurzem i chwastami sterczącymi z gzymsów i kominów. Teraz piękniejemy. I może państwo Kurowscy za własne pieniądze zbudowali swoje marzenie – ale gdzieś je pewnie w świecie albo w wielkiej europejskiej rodzinie najpierw zobaczyli. I w Europie zapewne nauczyli się, że cywilizacja to żaden luksus, lecz normalność – można postawić toy-toykę, gdyż wokół kręcą się ludzie, a ci zawsze mają swoje potrzeby, które można zaspokajać nie zanieczyszczając pięknych górskich szlaków i lasów. Dlatego kocham unię za ten cywilizacyjny blichtr. Obecnie w Przesiece bez trudu znaleźć można elegancki lub sielski nocleg, bo pensjonatów jest mnóstwo. Jest też kultowy bar u "Wesołego Misia", a miś osobiście serwuje trunki i dania. Piliśmy np. Likier karkonoski sporządzony z 36 tutejszych ziół (a wiedzieć trzeba, że w Karkonoszach panuje - oprócz Ducha Gór - klimat alpejski i rośnie takaż roślinność). Likier to po prostu lek na niestrawność, bo gorycz piołunu czyni zeń trunek aptecznej raczej niż rozrywkowej, przydatności :-)

Tras turystycznych i rowerowych jest tu mnóstwo, nudzić się nikt nie będzie, nawet w deszcz. W deszczu właśnie wyruszyliśmy kolejnego dnia z Podgórzyna do Sosnówki, by obejść zbiornik, a wcześniej zaliczyć wieś Sosnówka, górę z ruinami "zamku księcia Henryka". Do wsi, najdłuższej w tej gminie (6 km!), której zabudowania leżą na wysokości od 370 – 720 m n.p.m. dotarliśmy całkiem przemoczeni, ale udało się wejść (pani akurat jakaś z kluczami nadeszła) do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Jeden rzut oka w środku upewnił mnie, że był to kościół ewangelicki niegdyś. Dwupiętrowe balkony boczne, drewniane,  pomalowane na biało przypominają ( w o wiele skromniejszej i mniej przepysznej skali) wnętrze kościoła ewangelickiego we Wrocławiu (w Dzielnicy 4 Wyznań), a także drewniane kościoły pokoju w pobliskim Jaworze i Świdnicy. Kościół, obecnie rzymsko-katolicki jest stosunkowo młody, z początku XIX w. 
Jest jeszcze jeden, starszy kościół, z XVIII w. (zamknięty był) ze starym cmentarzem, nieużytkowanym, ale są tam piękne epitafia z XVIII w. Ponadto jest malowniczo położony.


Od XIV wieku Sosnówka wchodziła w skład majątku Schaffgotschów.  Wieś była niegdyś centrum płóciennictwa, obecnie we wsi znajduje się najliczniejszy w Kotlinie Jeleniogórskiej zespół tzw. "domów tkaczy".  Inne ciekawe zabudowania Sosnówki to domy... tyrolskie. Budowane przez osadników z Tyrolu własnie, którzy osiedlali się na tych ziemiach dzięki przychylności władcy dla ewangelików, po wojnie trzydziestoletniej.

Wysuszyliśmy się zatem w starej karczmie, jedząc frytki, pijąc herbatę i oglądając program przyrodniczy o kałamarnicach w zatoce kalifornijskiej. Gdy wzmocnieni wyruszyliśmy dalej, pogoda postanowiła nam sprzyjać. Całkiem "susi" dotarliśmy na szczyt wzniesienia, by obejrzeć ruiny zamku księcia Henryka, pooglądać przecudną panoramę gór i zbiornika w dole.




 Zeszliśmy na skróty, rezygnując z niebieskiego szlaku, by szybciej dojść do Marczyc, skąd do Podgórzyna był już tylko rzut beretem. I tak skończyła się majówka... następna za rok!

środa, 22 kwietnia 2015

Masażysta, który pisze wiersze, malarz z trąbką oraz stremowany bard, czyli weekend w Niemcza spa...

Ostatni zjazd Klubu Sześciu Talerzy polegał bardziej na pieszczotach ciała, niż żołądka... Wybrałyśmy się bowiem do spa w Niemczy.  Weekend miałyśmy zamiar spędzić w saunie, jacuzzi, na masażach i rytuałach. 

nasz hotel...
Obiecywano nam też dania serwowane przez szefa kuchni, a my zadbałyśmy oczywiście o odpowiedni zapas "klubowego" trunku: prosecco! Jak zawsze, gdy wyjeżdżamy razem, przytrafiło nam się  parę (haha!) niesamowitych rzeczy... Oferta wyjazdu do spa była groupon'owa, więc różnie z nią mogło być. Na szczęście od strony formalnej było tak na 90% idealnie... Przybyłyśmy do Niemczy w piątek (podróżujemy busem!) po południu. W końcu to tylko 50 km od Wrocławia, więc podróż nie trwała długo. Wchodzimy do przyjemnego hotelu (został nań przerobiony dawny... szpital psychiatryczny!), a tu wita nas snujący się po korytarzach, przy recepcji, w lobby i w windzie wcale nie niebiański zapach ryby. No cóż, w katolickim kraju w piątek ryba musi być i już! Jej zapach trochę kręcił w nosie, ale ponieważ były 3 gatunki do wyboru, to my już nie kręciłyśmy niczym, tylko konsumowałyśmy. Zresztą, po pierwszej lampce wina przestałyśmy czuć jakiekolwiek niemiłe zapachy, co jest tylko dowodem na to, że to trunek mocno znieczulający na brzydotę (nie ma przecież brzydkich kobiet, tylko  wina czasem brak...), oraz upiększający człowieczą egzystencję!
Wieczorem miałyśmy zaplanowany godzinny rytuał w saunie, oczywiście wszystkie razem. Zjechałyśmy zatem w podziemia hotelu, do strefy wellness, powitał nas pan przepasany na modłę balijską - tylko ręcznikiem. Oznajmił, że będzie miał z nami saunowe zajęcia. Jak to? - trochę się zdziwiłyśmy. Na co ów: ach, sauna jest  mokra (łaźnia), we mgle  i tak nic nie widać - zapewniał. Możecie się panie czuć swobodnie (a więc rozbierzcie się do naga). Jakoś pogodziłyśmy się z jego obecnością, wchodzimy więc bez żenady do sauny, tymczasem... siedzi tu sobie jeszcze jeden pan! Gość hotelowy, i to w slipkach! Przez chwile rozważałyśmy zdarcie z niego tych slipek, ale przyszły jeszcze panie w kostiumach kąpielowych powiększając grupę tekstylnych. Jako naturystki byłyśmy jednak w liczebnej przewadze, więc tekstylnych ignorowałyśmy. Nacierałyśmy się mangowym peelingiem, pociły we mgle, pan saunowy okładał nas brzozowymi witkami po plecach, pan w slipkach opowiadał dowcipy, potem się schładzałyśmy, znów wracałyśmy we mgłę, slipki znów opowiadały kawały, my smarowałyśmy się czystym miodem. Było bosko.  W saunie zeszło nam 1,5 godziny wliczając odpoczynek na leżaczkach. Potem kontynuowałyśmy zajęcia w grupie, w największym z naszych pokojów hotelowych, w towarzystwie licznych płynów (bo trzeba się po saunie nawadniać!). Poszłyśmy spać grubo po północy. Gdzie tu przygoda? Zaraz, po kolei, przyjechałyśmy przecież na cały weekend! 
W sobotę na śniadaniu afera: nie ma kawy z ekspresu! Jest tylko lura z termosu. Nasza prezeska interweniowała na samym szczycie, ekspres musiał się jednak rozgrzać - czynił to równe 40 minut, więc wypiłyśmy kawę chyba dopiero o 11.00. A od 13.00 znów miałyśmy zabiegi (masaże gorącymi kamieniami).
Niektóre trafiły ponownie na pana saunowego, który tego dnia występował w roli  masażysty - fizjoterapeuty. Po masażach zjadłyśmy kolację (serwowano ją między 16 a 18). Tym razem szef kuchni uraczył nas 3 rodzajami smacznego na ogół (poza schabem, twardym jak podeszwa), mięsa. Gdy wreszcie skonstatowałyśmy, że potrzeba nam trochę świeżego powietrza, zaplanowałyśmy krótki z założenia (bo niedaleko hotelu) spacer do niemczańskiego rynku.

Przechadzamy się, słonko postanowiło się nam trochę pokazać, oglądamy więc zabytkowe,  XVIII-wieczne, odrapane kamieniczki. 

galeria sztuki
Miasto jest malowniczo położone, na wzniesieniu, a rynek - jak w Sandomierzu, chociaż innego kształtu, podobnie opada w dół z powodu  różnicy poziomów.  Chyba jednak włodarze miasta tej urody miasteczka w ogóle nie dostrzegają... Przechodzimy w samym rynku koło galerii sztuki i konserwacji zabytków. Przez duże szyby widzę ciekawe wnętrze i parę osób w środku, obrazy na ścianach. Śmiało wchodzę, pytam czy nie przeszkadzamy? "Nie, nie, mamy takie spotkanie rodzinne - mówi artysta, właściciel galerii. Proszę wejść, rozejrzeć się. Może zechcą panie posłuchać naszego niemczańskiego barda, który ma za 3 dni występ w Piwnicy pod Baranami w Krakowie i chce trochę poćwiczyć? Byłyby panie jego publicznością! Postawię na stół jakieś wino - kontynuuje artysta - posłuchamy go, będzie fajnie..." Och, nas nie trzeba długo namawiać! Wychodzimy na chwilę, by zanim przyjdzie bard z gitarą, obejrzeć jeszcze niemczański rynek do końca i kupić wino. W dużym tempie oglądamy Bramę Piastowską, resztki murów obronnych z granitu strzelińskiego (jest blisko wszak), zamek niemczański z zewnątrz (nie jest dostępny dla nikogo), staw. Wszystko potwornie zaniedbane, brudne, odbrapane. Jedyne akcenty kolorystyczne to kwitnące właśnie wiśnie japońskie, magnolie... Szkoda.

Kupujemy więc dwa wina (ja wybieram hiszpańskie,  bo myślę, że na wieczór poetycko-muzyczny rozgrzeje nas południowa moc i intensywność macabeo). Przybywamy do galerii. Wyraźnie stremowany bard wita nas w progu. To pan Janusz Małolepszy, na co dzień restaurator zabytkowych samochodów. 


Oprócz naszej szóstki publiczność stanowią: artysta malarz i konserwator zabytków Mirosław Zygadło - właściciel lokalu, jego żona, szwagierka oraz dwie nastoletnie dziewczynki - córki. W sumie jest nas 11 słuchaczy. Rozsiadamy się przy wielkim drewnianym stole. Na nim piękna 2-litrowa butelka wina wyprodukowanego przez artystę z poniemieckich śliwek... Rodzina zajada pizzę, którą nam również zaraz przynosi pan Mirosław. Okazuje się, że w lokalu prowadził kiedyś pizzerię - sprowadzał mąkę z Włoch, dodatki, ale w Niemczy  na pizzę za 20 zł nie było chętnych. Tu bieda, że aż piszczy, więc pizzerię p. Mirek zamknął i zrobił galerię obrazów - trochę ma tu własnych, trochę dzieł znajomych. Nie sądzę, by było tu wielu koneserów sztuki, bo dzieła od pizzy dużo droższe. Niech zatem Niemczanie żałują, bo pizza jest chrupiąca, wspaniała! Talent kulinarny się zmarnował! Pierwszy raz zjadłam pizzę z brzegami (zawsze je zostawiam, bo mi nie smakują). Poza tym p. Mirek na co dzień mieszka w Warszawie i często podróżuje po Polsce, a to celem... konserwacji dzieł sztuki. Zakochany jest w Niemczy, pochodzi z jej okolic, a latem chce zorganizować plenery malarskie, przygotowujące do obchodów 1000-lecia bitwy pod Niemczą (w 1017 roku cesarz Henryk II oblegał bezskutecznie miasto).
Ale zaczyna się dziać muzyka... Pan Janusz chwyta w dłoń czarną hiszpańską gitarę i rozpoczyna koncert, który przygotował na wtorkowy występ w Krakowie. Są to jego własne kompozycje do wierszy K.I. Gałczyńskiego.
Bosz, jakże dawno ich nie czytałam, a na tomie poezji Gałczyńskiego przecież uczyłam się pisać mając lat 5! W fazie nastolęctwa przeżyłam fascynację tym poetą. Dawno o tym zapomniałam, a teraz.... wzruszyłam się po prostu. Obiegałam wzrokiem wiszące na ścianach płótna, by koleżanki z klubu nie widziały moich łez... Janusz grał po prostu wspaniale, zrobiło się lirycznie i tkliwie. Jego trema szybko ustąpiła, powiedział mi potem, że to dzięki mojemu życzliwemu uśmiechowi... Jak się nie uśmiechać w takiej chwili?
Po kilku utworach p. Mirek prosi barda o zagranie "wierszy niemczańskich". Dopytujemy się, co to za wiersze. Pan Janusz zdradza nam, że śpiewa utwory lokalnego poety, Miłosza Wrzesińskiego, którego na pewno znamy. Nie bardzo dowierzamy, ale okazuje się, że poetą jest (wydał 2 tomiki!)... pan saunowy, masażysta-fizjoterapeuta ze spa!!!! A to dopiero niespodzianka! Wiersze są świetne, po prostu niesamowite. Dowiedziałam się później, że Miłosz jest też historykiem z wykształcenia, był radnym Niemczy, chociaż pochodzi z Bielawy. Jednak Niemcza to ta "mała ojczyzna", którą opisuje. Tych, które śpiewał p. Janusz Małolepszy nie znalazłam w sieci, ale cytuję inny, równie moim zdaniem, doskonały:

przypadkiem wiem że te ławki
pomalowano środkiem do konserwacji trumien
środek jak środek nie ma co liczyć na jakąś wieczystą gwarancję
ale jak oni się teraz nieprzyzwoicie rozkładają
nic tu nie jest nowe
zgrane gesty imitują spokój
czas jak kropla mleka co spadła
z potrąconej na wyboju bańki
na oparcie siedzenia podmiejskiego autobusu
zamienia się w smugę kurzu
nawet mogący uchodzić za ducha tego miejsca
uwięziony na rozmokniętej kartce gazety
richard gere były mąż eksmodelki
ucząc się sztuki niewidzialności
blaknie w końcu nawet on stąd zniknie
bo to straszne zadupie

Miłosz Wrzesiński

Jestem tak zachwycona, że zaczynam przekonywać barda, by włączył niemczańskie wiersze do swojego koncertu w Krakowie, choćby i nie pasowały do tytułu, bo to ma być Zaczarowana dorożka w hołdzie dziadkowi p. Małolepszego, który był dorożkarzem w Kielcach...
Gadamy, gadamy, dziewczyny oglądają obrazy p. Zygadło (i nawet kilka kupują). Wieczór coraz gorętszy, bo wino smakowite (i to ze śliwek, i to hiszpańskie). Bard namawia malarza, by zagrał z nim, bowiem p. Zygadło grywa czasem na trąbce. No to robią jam session gitarowo-trąbkową, mimo, że malarz twierdzi, że ostatni raz grał pół roku temu. Jakże mu zazdroszczę, bo całkiem zgrabnie mu to idzie. Ja, niedoszła saksofonistka altowa.... 
Wychodzimy z galerii późnawo. Robię zdjęcia nocnej Niemczy - wychodzą wręcz bajkowe. 
Obiecujemy sobie, że nazajutrz, na zabiegach poprosimy pana Miłosza w spa o autograf! Jednak nic z tego, w niedzielę poeta ma wolne. Jaka szkoda!!!!!!!!!

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Podróż za jeden uśmiech...

Mam wieeeeeeeeeeelkie zaległości blogowe, które biorą się stąd, że nie nadążam opisywać wszystkiego, co się dzieje - tak szybko i w takich ilościach.

Po pierwsze, skończę temat Portugalczyków. To bardzo mili goście, których miałam z portalu hospitalityclub.org. Ostatnio jest wprawdzie niewiele okazji do goszczenia kogoś, może dlatego, że portal couchsurfing jest bardziej popularny od hospitalityclub - ale trudno, ja jestem wierna pancerna!
Ostatnim akcentem pobytu moich portugalskich gości we Wrocławiu był koncert Kapeli Timingeriu - wrocławskiego zespołu muzyków, na który zaprosiliśmy Matildę, Fernando i Hugo. Ta rodzinna kapela (kilku członków jest rodzeństwem) gra melodie lwowskie, bałkańskie, żydowskie i cygańskie - coś niesamowitego! Nawet na życzenie grają, co ktoś z widowni zaproponuje. Wszystko w rytmach porywających do potrząsania czym tam kto ma. Posłuchajcie zresztą sami (to akurat filmik z innego występu na wrocławskim Rynku):

https://www.youtube.com/watch?v=_PRwVLK3evw

Fernando bardzo się rozkręcił na parkiecie klubu "Stary klasztor", w którym odbył się koncert. Matilde również kołysała biodrami i klaskała do rytmu - bardzo im się podobało. Fernando wciąż się dopytywał, czy oni śpiewają po polsku (większość piosenek była po romsku, mołdawsku) no i kiedy wezmą się za fado... :-) Ponieważ na nasze spotkanie zaprosiłam jeszcze przyjaciółkę, mówiącą po włosku, stanowiliśmy 6-tkę bardzo multilingwistyczną: rozmawialiśmy  przeważnie po angielsku, czasem po niemiecku, Gosia mówiła do Matilde po włosku, a ona odpowiadała jej po francusku. Między sobą nasi goście mówili po portugalsku. Jak ktoś nas słyszał z boku, to się mocno zastanawiał... Efektem tej przemiłej wizyty jest zaproszenie do Portugalii, do wiejskiej posiadłości Fernando i Matilde na Algarve, w niewysokie górki (50 km od morza), gdzie stoi prosty, wiejski dom na wzgórzu, w środku gaju pomarańczowego, wyposażony w taras i basen ze słoną wodą (poniżej zdjęcie poglądowe)  ;-). Naszą codzienną "pracą", jak groźnie zapowiedział Fernando, będzie zbieranie co rano pomarańczy i robienie z nich soku, który następnie będziemy popijać pluskając się w basenie... 

Podobno w lecie będą bezpośrednie połączenia z Wrocławia do Faro. No to już wiadomo, gdzie należy mnie szukać w wakacje...


 

niedziela, 5 kwietnia 2015

Świat to wioska, czyli teoria 6 kroków oddalenia

Jest taka teoria - nazywana sześć stopni oddalenia lub sześciu kroków: że każdego z nas dzieli tylko sześć kontaktów od dowolnie wybranej osoby na Ziemi...

Nigdy tego nie sprawdzałam, czy jest akurat sześć, a nie więcej czy mniej stopni oddalenia, ale wrażenie np., że 700 tysięczne miasto jest wielką wioską - mam od dawna. Wciąż bowiem poznaję nowych ludzi, którzy znają... moich starych znajomych. I zawsze, niezmiennie mnie to zadziwia.

No i dziś ponownie zadziwiło mnie coś nieprawdopodobnego, albo raczej prawdopodobnego - przynajmniej w teorii sześciu kroków. Jak wiecie z poprzedniego postu odwiedzili mnie (we Wrocławiu) obcy ludzie z Portugalii, poznani przez internet. Okazało się, że na same święta jadą do swojego przyjaciela, poznanego przed laty w Portugalii, a który mieszka w Toruniu. Ja akurat znam Toruń, bo studiowałam tam 5 lat, ale nikogo o nazwisku wymienionym przez moich portugalskich gości nie kojarzyłam.

Dziś Portugalczycy dzwonią do mnie z Torunia. W pewnym momencie przekazują słuchawkę temu panu, byśmy sobie porozmawiali. Ustalamy więc fakty, daty itp., opowiadam mu, jaki kierunek studiowałam na UMK. Okazuje się, że pan ten zna różne osoby, zarówno z grona moich wykładowców jak i byłych studentów, ale najlepsze jest to, że jego sąsiadem jest... mój ówczesny wykładowca i opiekun roku.

Tak więc cudzoziemcy pokonali ponad 2 tysiące kilometrów, by połączyć mnie z kimś z pełnej cudownych o nim wspomnień mojej przeszłości! Wystarczyły zatem tylko 2 kroki... Czy to nie zadziwiające?

Od razu przypomniał mi się inny śmieszny przypadek. Parę lat temu byłam na służbowym wyjeździe w Berlinie. Po kolacji część grupy udała się do nocnego klubu, ja z koleżanką postanowiłyśmy zaliczyć Berlin by night. Zabrałyśmy aparat fotograficzny i szłyśmy Kudammstrasse. Była 2 w nocy, pusto na ulicach. Fotografujemy - budynki, siebie. Nagle pojawia się czarnoskóry mężczyzna i zagaduje do nas po niemiecku. Uważam, że chce poderwać moją koleżankę-blondynkę i wzmagam czujność. Coś tam mu odpowiadam, ale żeby się odczepił mówię do koleżanki po polsku:

- Kaśka, chodź zrobimy tu sobie sesję fotograficzną, to może sobie pójdzie...

Przystajemy, on również. Zaczynam robić zdjęcia, a on proponuje, że nam focię zrobi, to będziemy we dwie na zdjęciu. Ja jestem coraz bardziej przerażona i mówię do Kaśki:

- Kurcze, a jak nam ukradnie aparat i ucieknie? 

Na co czarnoskóry zrozumiałą polszczyzną się odzywa:

- Spoko, nie ucieknie!

Szczęki nam opadają. Okazuje się, że czarnoskóry... studiował we Wrocławiu, mieszkał nawet w akademiku na Placu Grunwaldzkim!!!

Zatem już wiem, że o 2 w nocy w Berlinie mogę spotkać czarnoskórego gadającego po polsku, bo studiował  w moim mieście.

Od tamtej pory gdziekolwiek na świecie jestem, spodziewam się nieprawdopodobnego. Tyle że wciąż mnie to jednak zadziwia...

grafika z pt.slideshare.net

piątek, 3 kwietnia 2015

Cudzoziemska kuchnia polska...

Miałam wczoraj na kolacji rodzinę portugalską. To goście, którzy trafili na mój profil poprzez hospitalityclub.org. Nie jest to może zbyt prężny portal "wymiany" (możliwość noclegu lub oprowadzenie po mieście, kolacja - wszystko za darmo) - w porównaniu do coachsurf, ale bardzo sobie te rzadkie kontakty cenię.

Z Matilde, która wyraziła chęć przybycia do Wrocławia tuż przed świętami Wielkanocnymi i spotkania, korespondowałam od miesiąca. Trochę wprawdzie kłopotliwy czas wybrała, ale polska gościnność - zobowiązuje!

Pierwszy pomysł na menu był taki, że chciałam przygotować im (Matilde miała pojawić się z mężem i dorosłym synem) caldeiradę - portugalską zupę rybną. Nigdy jej nie jadłam, nawet będąc w Portugalii, ale od czego jest net? Tu znajdą się przecież przepisy na każdą potrawę... Już, już byłam zdecydowana, gdy puknęłam się w głowę: wieźć sowę do Aten? Lepiej (i ciekawiej chyba) poczęstować ich polskim specjałem.

No właśnie, polskim... Tu zaczęły się schody. Jak zaczęłam wymyślać, to się zdziwiłam, bo do wyboru miałam:

- pierogi ruskie,

- barszcz ukraiński,

- rybę po grecku,

- karpia po żydowsku,

- jaja w sosie tatarskim,

- sałatkę żydowską, 

- fasolkę po bretońsku,

- gulasz czy też placek węgierski,

- śledź po japońsku,

- pieczeń rzymska,

- sernik wiedeński.

Ta nasza polska kuchnia jest całkiem cudzoziemska! Oczywiście nie podałam wszystkich dań, ale rybę po grecku - i owszem, bo Portugalczycy bardzo to lubią (szczególnie dorsza). Były jajka w sosie tatarskim, a zamiast barszczu -  zupa brokułowa. Śledzia podałam w śmietanie...
Wszystko gościom baardzo smakowało. Dopytywali się szczególnie o rybę, więc musiałam wyjaśnić, że to po grecku, chociaż w Grecji nikt w ten sposób ryby nie przyrządza. Ubawiliśmy się.
A tu moja ulubiona portugalska potrawa: cataplana.


niedziela, 29 marca 2015

Szynka z Łysych

Robię zakupy w osiedlowym sklepie (Społem). Na stoisku z wędlinami nowość: szynka z Łysych. Pytam pani sprzedawczyni, czy to szynka od górali, bo chyba z miejscowości Łyse, które mi się nie wiedzieć czemu z górami kojarzą.

- Nie, proszę pani, to jest szynka z ogolonych świń - odpowiada z pełną powagą pani ekspedientka.

- Z ogolonych świń? - mamroczę zupełnie zbita z tropu.

Co to jakiś nowy gatunek świń, czy też golą je, ale po co na Boga???? Nic nie rozumiem, ale nie dopytuję więcej, szynkę do spróbowania kupuję. Nawet smaczna.

Parę dni później robimy zakupy w Selgrosie. Jest tam przy wędlinach małe stoisko promocyjne, miła hostessa zachęca do spróbowania szyneczki i innych wyrobów. Stoimy, degustujemy, wzrok mój pada na kolorowe logo producenta wielkie jak koło młyńskie. Zakłady Mięsne, Łyse...

- Oj, proszę pani, to ja już tę szyneczkę jadłam! - chwalę się hostessie, ucieszona. - To jest szynka z Łysych!

- No tak... - odpowiada pani przyglądając mi się. Czy proces dedukcji może być tak radosny?

- To zatem miejscowość?? - upewniam się.

- Oczywiście! - potwierdza hostessa.

- Bo wie pani, w  Społem mi powiedziano, że to szynka z ogolonych świń...

- Słucham? - hostessa wybałuszyła na mnie oczy.

- Ach, nieważne... Proszę mi tylko powiedzieć, gdzie te Łyse, gdzieś w górach?

- Nie, tak na północ od Warszawy...



Tu pytanie do Was: czy ekspedientka w Społem wykazała się poczuciem humoru czy kretynizmem? Co sugerujecie? Ja mam swój typ...



rys. z sadurski.com

czwartek, 26 marca 2015

Lola, czyli koci kartel

Lolka owinęła nas sobie wokół... łapy w białej rękawiczce. Ten koci kartel stosuje wszystkie chwyty, by dostać to, czego potrzebuje. Na porządku dziennym są: wymuszenia, terror, szantaż, stosowanie opłat za przejazd (myto), nieustanna inwigilacja...


Kartel zadomowił się na posesji tuż przy wyjeździe z garażu (sami przyłożyliśmy do tego rękę, budując tam Loli dom z bali, wyłożony pluszem i styropianem, z zadaszonym
tarasem - jadalnią). Ma nas więc na oku. Ilekroć chcemy wyprowadzić samochód, by pojechać np. do pracy (w której zarabiamy grube pieniądze na chrupki), musimy odwrócić jej uwagę, podając posiłek. W przeciwnym razie Lola rzuca się pod koła, przeskakując tuż przed maską z lewej na prawą i odwrotnie. Wieczorami wygląda to jak w thrillerze – reflektory samochodu powiększają cień Loli na ścianie garażu do gigantycznych rozmiarów - ma się wrażenie, że przed maską niespokojnie przechadza się tygrys… Wrażliwe jednostki (np. sercowy pasażer) mogą paść ofiarą kartelu!
Bywa, że parę razy w ciągu dnia wjeżdżamy i wyjeżdżamy z garażu, więc myto płacone jest wielokrotnie. Paczki chrupek znikają zatem w zastraszającym tempie, pomniejszając nasz domowy budżet w identyczny sposób jak wydatki na paliwo. Koci kartel ma mimo to (chrupek i saszetek oraz pasztecików) niezły apetycik na dziczyznę – często przy kocim domku znajdujemy ślady konsumpcji. Wtedy ze łzami w oczach muszę sprzątać piórka biednego ptaszka, który nie był na tyle czujny, by ustrzec się zabójczej broni kartelu – pazurów.
Inwigilowani jesteśmy całą dobę. Kiedy nawet nie poruszamy się samochodem, ale wychodzimy z domu bądź do niego przychodzimy, koci kartel zawsze wypatrzy nas z daleka. Siedzi zazwyczaj na słupku ogrodzenia, albo zasadza się w ogródku sąsiada naprzeciwko i gdy tylko nas rozpozna, pędzi z miaukliwym, głośnym oskarżeniem o głodzenie zwierząt i szantażuje nas złożeniem skargi do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Ulegamy. Zawsze.
Okna naszego mieszkania wychodzą na 4 strony świata. I zapewne z  każdej jesteśmy obserwowani przez koci kartel. Wprawdzie z dwóch stron mniej korzystamy, więc trudno to potwierdzić, natomiast strona wschodnia i zachodnia  jest często używana, więc znajduje się pod stałym obstrzałem. Wystarczy np. otworzyć okno w sypialni do wietrzenia (na I piętrze), by napotkać głodny wzrok kartelu, który siedzi naprzeciwko, u sąsiada w ogródku. Gdy  przez otwarte okno spojrzymy lekko w dół, by sprawdzić np. kondycję roślin na skalniaku, to możemy być pewni, że czekać tam na nas będzie kocia mordka. Podobnie jest od strony zachodniej – jakiekolwiek (nawet ciche, gdy nie rozmawiamy i nie szczękamy filiżankami, a kawę przełykamy w szlafrok) pobyty na tarasie, a już szczególnie podczas weekendowego śniadania, zakłócane są przez żałosne jęki kartelu, domagającego się: chrupek, uwagi, pieszczoty. Nadmienię tylko, że taras znajduje się na I p. i jest otoczony balustradą - murkiem, więc teoretycznie koci kartel nie może nas z dołu widzieć... Ale słyszy siódmym zmysłem chyba.
Ostatnio kartel znalazł sobie nową rozrywkę: ciągnie nas na ogród. Koci domek znajduje się od frontu domu, od wschodu, natomiast ogród jest po zachodniej stronie. Brama domu znajduje się od północy, zatem jak się przychodzi od strony wschodniej i chce się wejść do domu, nie przechodzi się przez ogród. Kartel jednak wymusza na nas zmianę kierunku i planów. Nic dziwnego, teraz, wiosną jest tam ciekawie – przede wszystkim ptaszki kląskają, są ekscytujące dla kartelu rzeczy do roboty (mordowanie). No i są psy sąsiadów, które można powkurzać. Jak jest widno to się nawet dajemy na ogród zaciągnąć – Lola robi z nami obchód roślin i drzewek, potem bawimy się wędką itp. Ale ostatnio zaczęła ciągnąć nas na ogród po nocy – a my nie dość, że jak to człowieki wzrokowo jesteśmy ułomni, w ciemnościach niewiele widzimy, to jeszcze posługiwać się bronią i mordować nie umiemy!
Może się jednak zdarzyć, że i w tym ulegniemy, przystępując do kociej mafii. Wiecie, z kocim kartelem nie ma  żartów!



wtorek, 24 marca 2015

Warsaw story

Wczoraj miałam okazję zajrzeć do "stolycy". Uwielbiam to miasto, dawno tam nie byłam, więc z przyjemnością po raz kolejny  zabawiłam się w "podróżną" damę do towarzystwa...

Znowu Andrzejek miał coś do załatwienia, najpierw w Piastowie, potem w samej Warszawie. Dojechaliśmy więc samochodem do Piastowa, on tam został na parę godzin razem z autem, a ja postanowiłam w tym czasie przedostać się do centrum miejską komunikacją -  w Piastowie nie było co robić. 

Pogoda była bajeczna, chyba dlatego uciekł mi autobus, bo nie spieszyłam się na przystanek. Poszłam szukać alternatywy na dworzec kolejowy - tu przecież kursuje SKM! Kupiłam bilet 90-minutowy i rozkoszowałam się słoneczną jazdą ni to metrem, ni to tramwajem. Dosłownie rozkoszowałam się, ponieważ kolejne przystanki zapowiadał swoim seksownym głosem mój  ulubiony lektor filmów w tv - Maciej Gudowski (chociaż mogę się mylić co do nazwiska, natomiast pewna jestem, że to głos znany i "filmowy" bardzo...).

Już po kwadransie znalazłam się w okolicy Dworca Centralnego. Jeszcze rano miałam w planie shopping w Złotych Tarasach, ale było zbyt pięknie, wiosennie, warszawsko, więc doszłam do wniosku, że zakupy to straszna nuda.  Ileż można oglądać ciuchy i buty? Ciekawiej będzie powłóczyć się po miejscach, które darzę sentymentem z czasów gdy dekadę temu pracowałam tu przez kilka lat w tzw. "koncernach mediowych" :-)

IMAG1014Wyszłam z podziemi przy Pałacu Kultury, zwanym przez niektórych warszawiaków Pajacem, który natychmiast stał się wdzięcznym obiektem moich sweet foci. Zawsze mi się podobał...

Zegar na wieży przypomniał mi jednak, że mam do wykorzystania jeszcze godzinę jazdy komunikacją miejską i powiem szczerze, że nie z lenistwa (bo chodzić uwielbiam), ale z potrzeby słuchania cudownego głosu lektora wsiadłam do pierwszego z brzegu tramwaju i pojechałam w stronę Pragi. Dojechałam pod Stadion Narodowy, wysiadłam, przyjrzałam się biało-czerwonemu koszykowi (błeeeeeeeeeeeeeee), przesiadłam się na powrotny tramwaj (wszystko przez Gudowskiego), a potem znowu się przesiadłam... I tak przez godzinę, bo poza powodem numer jeden był jeszcze i ten, że trochę oszczędna jestem - zapłaciłam, to jadę! :-) 

Moja przyjaciółka zwróciła mi właśnie uwagę, że zachowywałam się w Warszawie jak red. Kuźniar, który przesiaduje na zajezdni, bo nabył bilet 20-minutowy!



 

Widocznie w stołecznym powietrzu lata mór sknerstwa! Kiedy wreszcie wyjeździłam zakupiony czas (nie wiem, jak na tym wyszło stołeczne przedsiębiorstwo komunikacyjne - chyba żaden pasażer nie wyciera siedzeń w tylu środkach w tak krótkim czasie!), ruszyłam Nowym Światem ku Krakowskiemu Przedmieściu... Prawa strona zalana był słońcem, lewa w cieniu. Po prawej kusiły więc stoliki, europejskim zwyczajem wysunięte przed restauracjami na chodnik i zapraszające do relaksu... No to się nie oparłam, zwłaszcza że od tych tramwajowych pętli wyschło mi w gardle i burczało w brzuszku. 

Pocieszyłam się szybko bruschettą i zimnym piwem, siedząc przy stoliku na ulicy i podglądając warszawski szyk. Bo to, w czym chodzi się na Nowym Świecie wyznacza modowe kierunki. Jednak nic szczególnego, oprócz studentki w srebrnych trampkach i złoto-srebrnej skórzanej ramonesce nie zaciekawiło mnie jako supertrend.

Ruszyłam dalej, bo umówiona byłam ze znajomymi i zanim otrzymałabym telefon, że mają już dla mnie czas, chciałam dotrzeć do Starówki. Mijając Pałac Prezydencki          natknęłam się na kilka ekip telewizyjnych i małą grupkę obserwatorów zmiany warty pod pomnikiem Poniatowskiego. Gdy ujrzałam jednak, że ustawiane są znicze pod portretem śp. Marii Kaczyńskiej szybko stamtąd umknęłam, zastanawiając się gorączkowo, czy to dziś jest 10 kwietnia????? Za skarby świata nie chciałam znaleźć się, choćby przypadkiem, w jakimś telewizyjnym serwisie informacyjnym spod pałacu...

Dotarłam do Placu Zamkowego, zdążyłam zrobić sweet focię kolumnie Zygmunta gdy zaniepokoiły IMAG1024mnie głośne, dziwaczne pomrukiwania, które kojarzyły mi się raczej z ZOO albo jakimś safari. Nie myliłam się - nieopodal siedział wielki pluszowy miś panda... na wrotkach i żałośnie jęczał. Żaden przechodzień nie zwracał na niego uwagi, a może on był głodny, nieszczęśliwy, zagubiony albo samotny???? Co za znieczulica społeczna! Gdy już-już miałam się zająć miśkiem, zadzwonili znajomi i popędziłam na spotkanie.

Są to ludzie, których poznaliśmy na wyprawie do Syrii, Jordanii i Libanu, 10 lat temu. I cały czas podtrzymujemy te kontakty, czasem wysyłając sobie tylko pozdrowienia z różnych stron świata, bo z nas tzw. globtrotuary. O pozdrowieniach z Islandii już pisałam tutaj... Czasem jednak uda nam się zobaczyć face to face, i są to bardzo miłe chwile, bo rozrywkowa z nich para. Zaczęliśmy na słodko - od Wedla, tam doszedł do nas Andrzejek i już w komplecie poszliśmy na obiad do Sfinksa. Jerzy ordynował nam (poza kierowcą) do posiłku drinki pod nazwą wściekły pies, pewnie znacie - wódka z tabasco i sokiem malinowym.... O rany, ale te psy wchodziły! Wódkowa nie jestem, ale ten drink mi smakował. Co więcej - żadnych skutków ubocznych...

Miło się ucztowało, ale czekał nas powrót do Wrocka. Z żalem rozstaliśmy się i późnym wieczorem byliśmy już w domku.

A w nocy... przyśniła mi się Warszawa:  Sen o Warszawie

piątek, 20 marca 2015

Perfumy, legendarne Cannes oraz hazard, czyli Beatka na Lazurowym Wybrzeżu

Niebawem upłynie miesiąc od mojej podróży na Lazurowe Wybrzeże, spieszę więc dokończyć relację. Niceę oraz Menton, gdzie odbywał się karnawał i wielkie święto cytrusów już opisałam tutaj. Pozostaje jednak jeszcze parę innych ciekawych miejsc…

Kolejnego dnia naszego pobytu na Cote d’Azur wybraliśmy się (z Nicei, w której mieliśmy naszą bazę wypadową) do pobliskiego Grasse. To prowansalskie (i francuskie w ogóle, a nawet światowe) centrum perfumiarstwa, położone jakieś 40 km na zachód od Nicei. W tym urokliwym miasteczku od XVIII w. produkuje się esencje wykorzystywane we wszystkich francuskich (i wielu innych) perfumach. Tu właśnie kończy się powieść Suskinda "Pachnidło" i tu kręcone były sceny do ekranizacji tej powieści. Musiałam więc tam być, by wywąchać nowy zapach do mojej kolekcji!!!
Inny ciekawy fakt związany z miastem to ten, że w Grasse zmarła Edith Piaf (w 1963 r.), oraz że przez 22 lata mieszkał tu Iwan Bunin, rosyjski pisarz-noblista. Z kolei nasz Karol Szymanowski mieszkał tu 3 miesiące tuż przed śmiercią w Lozannie. A miastem partnerskim Grasse jest m.in. Opole.


Grasse jest śliczne, ale żałowałam trochę, że byliśmy tu w lutym, gdyż oprócz mimozy i kwiatów na rabatach nie widzieliśmy (i nie czuliśmy) zbyt wielu kwitnących krzewów. Ponoć gdy zwiedza się Grasse wiosną i latem turystów odurza woń rosnących wokół tej miejscowości perfumiarskich roślin. Niezwykłą liczbę roślin "na zapachy" w Grasse hoduje się dzięki glebie - gliniasto-kredowej. Wszystkie są uprawiane na sporych hektarach w dolinie – stanowią surowiec dla trzech istniejących do dziś wytwórni: Galimard (od 1747 r.), Fragonard i Molinard (1849 r.). Wiecie, że tu nawet fiołki się uprawia jak lawendę – szeregami, w kępkach? Widziałam to na starych ilustracjach w muzeum perfumiarstwa u Fragonarda. W mieście jest jeszcze inne, niezależne muzeum perfumiarstwa – międzynarodowe, ale było akurat (wtorek) nieczynne. Wszystkie 3 wytwórnie są w niedużej odległości od siebie, a błąkając się uliczkami Grasse wykryłam jeszcze czwartą.
fajne okiennice w Grasse
Fragonard mnie zanęcił plakatami rozwieszonymi w całym mieście, które ogłaszały, że 2015 rok jest rokiem jaśminu. Co roku bowiem inny kwiat jest „bohaterem” akcji marketingowej. Jaśmin zaś fascynuje mnie od dawna, posadziłam nawet 2 krzewy w ogrodzie (niestety okazały się odmianą bez zapachu...). A mam na jego punkcie fioła od dzieciństwa, gdy zaczytywałam się w przygodach Marka Piegusa, który musiał zmierzyć się z dwoma groźnymi przestępcami – pachnącym jaśminem  Bogumiłem Kadrylem oraz owianym zapachem waleriany Wieńczysławem Nieszczególnym :-P Zapach jaśminu ma więc dla mnie aromat beztroskiego dzieciństwa i lektur czytanych pod kołdrą przy latarce... Czy kogoś może więc  zdziwić moja decyzja o zakupie tych własnie perfum?

W sklepie-muzeum można było obejrzeć film z produkcji – delikatne kwiatki (podobne raczej do naszego białego bzu, a nie do jaśminu) są ręcznie zrywane, starannie przesiewane i pojedynczo umieszczane na dużych tacach posmarowanych tłuszczem (jakby smalcem, łojem? ), którego zadaniem jest utrwalenie jaśminowego  aromatu. To oczywiście dopiero początek ekstrahowania woni.  Niezwykle praco- i czasochłonna robota! Zbieracze, których zawód dziedziczony jest tu z pokolenia na pokolenie, w ciągu godziny zbierają nawet 7 kilogramów kwiatów! Oczywiście, nie wszystkie kwiaty wykorzystywane do sporządzania esencji pochodzą z Grasse - np. róże zbiera się tutaj, ale i sprowadza z Bułgarii.
Z zapachem jaśminu w głowie i nosie włóczyliśmy się jeszcze uliczkami Grasse podziwiając stare (z XVII i XVIII w.!) kamienice, wąskie uliczki, albo pomnik perfumiarza – współczesne (bo z 1997 roku) dzieło naszego rodaka Tomka Kawiaka.
Rzeźba Tomka Kawiaka z 1997 na podst. grawiury z XVII wieku! Cudo

Nigdy wcześniej o takim artyście nie słyszałam, a dzieło - znakomite, zresztą - oceńcie sami (z lewej)!Zajrzeliśmy do wszystkich trzech perfumiarzy, a nawet do czwartego - mniej znanego. U Molinarda np. nabyliśmy przepiękne mydełka w kształcie i aromacie połówki cytryny… Będzie fajna zapachowa pamiątka...
Nie chciało nam się wyjeżdżać z Grasse, ładnie położonego na zboczach (na wys. 300-400 m npm), z widokiem na zielona dolinę, ale trzeba było przecież wracać do Nicei na kolację i wieczorną część karnawału - corso świateł i muzyki. Wsiedliśmy do autobusu (nasz ulubiony rodzaj tutaj lokomocji - wszystkie kierunki wybrzeża, jak pisałam - za 1,50 euro!), trafiając na jakiegoś szaleńca za kierownica, który po wąskich, alpejskich drogach gnał autobusowym smokiem z prędkością 100 kilometrów nie patrząc na ograniczenia! I nie przystopowały go nawet dwa wypadki drogowe, mijane po drodze...

Gdy mimo to szczęśliwie dojechaliśmy do Nicei, było już ciemno. Świetna pora na rozpoczęcie wieczornej parady! Tradycyjnie więc okopaliśmy się w naszym stałym miejscu, przy piwie, by podziwiać wieczorowe wydanie oświetlonych pięknie, kolorowych platform, artystów, muzyki. 
                                      Oto Król Karnawału w wersji wieczorowej :-)
Do domu wracaliśmy na piechotę, ponieważ komunikacja autobusowa w Nicei kursuje do... 21.30. Potem są wprawdzie autobusy nocne, ale wtedy jeszcze tego nie rozeznaliśmy, a na taksówkę szkoda nam było kasy. Tak więc około 4 kilometry machnęliśmy pieszo, idąc Promenadą Anglików w stronę lotniska i mijając prawie  na każdym rogu, niekoniecznie pod hotelami - barwne ptaki nocy. Były nawet prostytutki-transwestyci. Nicea by night i jej życie nocne w pełnej krasie! Do domu dotarliśmy grubo po pierwszej, zanim się położyliśmy była już chyba trzecia...
Kolejnego dnia postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w podróżach i zanurzyć się ponownie w Niceę. Nie byliśmy jeszcze przecież na typowym prowansalskim targu (Cours Saleya), chcieliśmy też wdrapać się na Wzgórze Zamkowe, zwiedzić cmentarz - ponoć jedną z trzech najpiękniejszych nekropolii świata, i dostać do portu. Pogoda była bajeczna, a zdjęcia - bardzo udane:

Widok na Niceę ze Wzgórza Zamkowego:


Nicea w pełnej krasie

Potem zawędrowaliśmy na starodawną nekropolię, która położona jest na zboczu tego wzgórza - jedna jest żydowska, druga katolicka. Takiego zgromadzenia niesamowicie rzeźbiarskich nagrobków dawno nie wiedziałam. Wśród znanych osobistości tu spoczywających jest Jelinek-Mercedes - córka twórcy automobilu, która dała imię marce Mercedes. Zrobiłam chyba z tysiąc zdjęć, bo stare nekropolie to moja słabość, no ale ich wszystkich tu nie zmieszczę... Wystarczy Wam może jeden nagrobek, trochę zresztą przerażający lub symboliczny (tak po chrześcijańsku):

Anioł wzywa zmarłego
Potem zeszliśmy do portu i znaleźliśmy w okolicy niezwykłą wytwórnię słodyczy z owoców i... kwiatów. Kandyzowane i zdżemowane pyszności - owoce to pryszcz, ale kandyzowane kwiaty??? Ja oszalałam na punkcie... marmoladki z fiołków...


Pyszności z Floriana - tak się je robi...

Nicejski dzień był zatem bardzo udany. Wróciliśmy do domu na kolację, bo zaplanowaliśmy ucztę z owoców morza - pasta z mulami w sosie pomidorowo-czosnkowym (po prowansalsku).
Następnego dnia znów wycieczka - tym razem chcemy zobaczyć Antibes i Cannes. Bliżej, po drodze było Antibes - malownicza kurortowa miejscowość z wielkim portem, w której cumują wypasione jachty. Miałam plan zapoznania jakiegoś przynajmniej półmilionera, a właściwie dwóch, bo były z nami dwie singielki, którym przydałby się towarzysz na resztę życia... Jego niewątpliwą zaletą byłoby posiadanie jachtu, gdyż ponieważ liczyliśmy na jakieś wspólne potem wyprawy na Karaiby :-)
Co ciekawe, miastem partnerskim Antibes jest Dezencano we Włoszech, nad jeziorem Garda, gdzie Gosia - nasza towarzyszka podroży mieszkała przez ponad 20 lat! Jak to się potrafią spleść różne ścieżki...

W Antibes, mieście Picassa (który tu mieszkał i tworzył swoje ceramiczne dzieła) jachtów pięknych było co niemiara, ale kręcący się na nich mężczyźni nie byli, niestety, ich właścicielami. To obsługa sprzątająca i pielęgnująca jachty podczas zimowana, lub przygotowująca je do sezonu. Buuuuu. Powłóczyliśmy się jednak po miasteczku, był akurat targ staroci i Gosia nabyła sobie śliczną zabytkową tacę, ja natomiast na innym targu - ciuchowym nabyłam sweterek z perełkami. Byliśmy też w hali owocowo-warzywnej, gdzie ilość oliwek w różnych rozmiarach, smakach i kolorach wręcz porażała. Intrygowały mnie też bardzo kiszone cytryny. Nie było jednak co w Antibes zwlekać, bo trzeba było dojechać do Cannes.
No to dojechaliśmy. Na głównym placu przy porcie zrobiłam zdjęcie Pelasiuni (to pluszowa owieczka, którą zabieram we wszystkie podróże ku rozbawieniu moich bliskich. Nic na to nie poradzę, że jestem dzidzia-piernik!) Pelasia ma więc swoją sweet focię w Cannes, jak rasowa gwiazda filmowa...
Podążyliśmy ku Pałacowi Filmowemu, po drodze mijając odciśnięte ślady łap ekranowych celebrytów. Sam pałac nie zrobił jednak na nas żadnego wrażenia. Betonowo-szklany bunkier z lat 80., w owych czasach może i nowoczesny, razi przez nieudany kontrast z przepięknymi, XVIII wiecznymi kamienicami.
Za nim, bulwarem La Croisette nad morzem, ale dużo krótszym, węższym i mniej okazałym, niż Promenada Anglików w Nicei, dotarliśmy  do słynnego hotelu Carlton. I, niestety, nie spotkaliśmy po drodze ani jednej gwiazdy! Skandaliczny skandal. Sam Carlton ciekawił mnie ze względu na plotkę, że jego dwie kopuły to kopia piersi Pięknej Otero (La Belle Otero) - słynnej hiszpańskiej tancerki, skandalistki i metresy królów i książąt, która zmarła w Nicei w 1965 r. (nota bene na cmentarzu nicejskim nie ma jej grobowca, a wielu turystów odwiedza nekropolię właśnie ze względu na Belle Otero).
Przez Cannes się więc jedynie przemknęliśmy, nie robiąc zakupów u Diora ani Prady czy Pateka, wróciliśmy na plac przy porcie, by zdobyć wzgórze zamkowe dla panoramy miasta. Zrobiło się późno, więc wróciliśmy do Nicei.
Ostatniego dnia przed wylotem postanowiliśmy zdobyć Monaco i zagrać w słynnym kasynie Monte Carlo (które jest jakby dzielnicą tego księstwa-miasta-państwa). Przez Monaco przejeżdżaliśmy pierwszego dnia, gdy jechaliśmy na cytrusowe święto do Menton i zakonotowaliśmy sobie, że państewko to godne jest zobaczenia. Zatem w piątek przyszła na nie kolej. Ogarnięci hazardowym amokiem pierwsze kroki skierowaliśmy do kasyna. Co z tego, że było dopiero południe?


 Przed kasynem w Monte Carlo. Jeszcze nie przegraliśmy naszych 5 euro...

A. zastanawiał się, czy powinien mieć krawat, którego nie miał, obawialiśmy się ogólnie jakichś restrykcji ubiorowych, tymczasem... do kasyna w Monte Carlo może wejść każdy, byle nie miał ze sobą: psa, parasola, kapelusza, aparatu foto, kamery , a telefon trzeba wyłączyć (nie można po prostu robić żadnych zdjęć. Nawet lewym okiem). Na zabawę w ruletkę i Black Jacka przeznaczyliśmy 50 euro i już na wstępie mały zgrzyt - wejść można wprawdzie bez krawata, ale i tak  trzeba zapłacić po 10 euro od osoby. A we wnętrzu wszak kryształowe żyrandole i przepych znany mi tylko z  filmów o Jamesie Bondzie... A. dopytał o stawki. W ruletkę minimalny zakład to 5 euro, w Black Jacka (którego ćwiczyliśmy namiętnie w domku od kilku miesięcy) - od 25 euro za wejście do gry. Hmmm. Postanowiliśmy obejść się smakiem i wybraliśmy mniejszy, nowszy budynek też kasyna, ale gdzie na 2 poziomach są rozlokowane automaty do gry. I to jakie!!!! Ten świat jest nam nieznany, więc zadziwił nas widok nobliwych, starszych pań i panów, z wypiekami na twarzy siedzących przed różnymi automatami i grających zaciekle. No no, przy nich wyglądaliśmy na młodziutkich, więc wszystko, co hazardowe najwyraźniej jeszcze przed nami. Odszukaliśmy sobie automat do ruletki - prawdziwy, tylko bez krupiera, bo za szybą, a kulkę samemu się wrzucało takim specjalnym tłoczkiem. Przegraliśmy 5 euro w czasie pół godziny i usatysfakcjonowani (pobytem w jaskini hazardu i małą stratą finansową) wyszliśmy z kasyna.
Monte Carlo jest piękne, bo to jeden wielki ogród, poszliśmy też nad morze by zerknąć na kasyno od tyłu - chciałam zobaczyć, gdzie Bond wychodził na brzeg w stroju nurka, pod którym zawsze miał smoking... Okazuje się, że to nie mogło być tu - brzeg jest tu stromy i zabudowany apartamentami uwieszonymi skały.
                                                   Kasyno od tyłu i tropikalny ogród

Potem udaliśmy się do Zamku książęcego, by odwiedzić Grimaldich. W katedrze po drodze zobaczyliśmy grób Grace (mamie zależało) i księcia Rainiera, który zmarł stosunkowo niedawno. Mijaliśmy Muzeum Oceanograficzne - miałam ochotę wielka wejść, ale czasu tyle już nie było...
Powłóczyliśmy się po Monaco, które jest bardzo maleńkie (niecałe 2 kilometry kwadratowe), położone na skałach i naprawdę dokonuje cudów, by na tych kilometrach dwóch zmieścić wszystko, stąd takie widoki: stłoczone starocie z wieżowcami. Ostatnio widziałam nawet w tv, że stadion piłkarski tu wybudowali - gdzie oni to zmieścili???

Monaco było ostatnią naszą wyprawą w czasie tych króciutkich wakacji lutowych na Lazurowym Wybrzeżu. Może to wszystko zwiedzaliśmy trochę po łebkach, ale chyba i tak sporo udało się zobaczyć. Liznęliśmy lazuru, słońca mniej jak widać na zdjęciach, ale i tak naładował nam ten pobyt wewnętrzne baterie....