środa, 26 sierpnia 2015

Świeżość Świerzawy, czyli romańskie freski, jednorożec i złoty szampan

Nie przepadam za fejs-zbukiem, ale muszę jedno przyznać: to dzięki niemu dowiedziałam się o istnieniu niejakiego Hannibala Smoke. To pseudonim dziennikarza i pisarza, który popularyzuje region Dolnego Śląska.

I to jak skutecznie - o Świerzawie przeczytałam u Hannibala bodajże we czwartek, a w niedzielę już tam byłam! Do ciekawych wypraw NIGDY mnie nie trzeba namawiać. Poza tym pojawił się inny powód: domownik miał urodziny i to symetrycznie okrągłe, więc na jubileuszową wyprawę pojechaliśmy, zabierając przyjaciół i szampana z 22-karatowym złotem... 
Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałam o Świerzawie i jej romańskim kościele z freskami? Nie mam pojęcia, a przecież uważam się za aktywną tropicielkę historycznych atrakcji. W dodatku wiele razy kręciłam się w pobliżu, także tematycznie turystycznie -wszak o freskach w wieży mieszkalnej w Siedlęcinie pisałam nawet na tym blogu (tutaj). Ale nigdy wcześniej nie natknęłam się na choćby małą wzmiankę o najlepiej zachowanym romańskim kościele w Polsce i jego niezwykłych malowidłach. Co więcej - niektóre są prawdopodobnie autorstwa tego samego artysty, który w Siedlęcinie zabarwił ściany "komiksem" o sir Lancelocie!

Kościół cmentarny św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej pochodzi z drugiej połowy XIII w. Z zewnątrz wygląda trochę jak zamek (bynajmniej ja odniosłam takie wrażenie):

Masywny, zbudowany z kamiennych łupków,  solidnie trwający w środku niewielkiego wzniesienia, otoczony murem, z wysoką  wieżą - sprawia wrażenie posiadłości jakiegoś rycerza-rozbójnika, a nie kościoła. Moje skojarzenie może nie do końca jest przypadkowe, wszak był czas (w XIV w.), gdy Świerzawę posiadali  von Zedlitzowie. To stary, arystokratyczny ród śląskich rycerzy, których niektórzy krewni trudnili się łupieniem kupców i rozbójnictwem :-) Kościół nie był nigdy oczywiście siedzibą rodu, ale pełnił - obok sakralnych - także funkcje obronne - w czasach husyckich a potem reformacyjnych zawieruch schronienie mogło tu znaleźć 1000 i więcej mieszkańców. Od połowy XVI w. był kościołem ewangelickim (reformacja była na tych terenach bardzo silnym ruchem).
Budowla jest orientowana - prezbiterium znajduje się na wschodzie, a wejście przez dobudowaną kilka wieków później wieżę ( w 1506 r.) - na zachodzie. Budowla zbudowana jest więc na osi wschód–zachód, co ma znaczenie sakralne i magiczne. 
Do wnętrza wchodzi się obecnie od południa, ale najpiękniejszy portal znajduje się właśnie w kruchcie. Zasłonięty obecnie wieżą, kiepsko dopasowaną do budowli - z jakiegoś powodu architekt usytuował ją tak, że zasłania z lewej strony u góry przepiękny ornament portalu - drzewo życia.


Budowniczy zniszczył widok na okazałe wejście, a w dodatku podpisał się pod tym konstrukcyjnym bublem - na zworniku w sklepieniu wieży widać wyraźnie węgielnicę i jakiś inny przyrząd (klucz francuski???). Oczywiście pierwsze skojarzenie to znak wolnomularski - a może raczej stempel członka elitarnego cechu budowniczych katedr? Jaki jednak elitarny, skoro bubel wyprodukował???


W kruchcie leży trochę ślicznych, potrzaskanych XVI-wiecznych epitafiów z piaskowca, wyciągniętych z podziemi kościoła - wszak od 1713 r. był to kościół cmentarny (dobudowano mu nawet takąż kaplicę). To oznacza również, że służył za miejsce pochówku znamienitych osób.
Wnętrze jest jednonawowe, pokryte na ścianach freskami. Badacze odkryli nawet kilka warstw malowideł, te najwcześniejsze są monochromatyczne i przedstawiają zwierzęta (prezbiterium). Urocze są dwie splecione długimi szyjami żyrafki. Są boćki, ryby, ssaki (w tym dziwny kot), ptaki - nawet z zakręconymi dziobami i pazurami.

Z kolei na ścianie nawy malowidło przedstawia historię życia (i męczeństwa ) św. Katarzyny z Aleksandrii, świętej z początków chrześcijaństwa, dziewczyny młodej, pięknej i mądrej, która broniła wiary w dyspucie teologicznej. Pokonała 50 uczonych mężów, ale i tak stracono ją przez łamanie kołem. Teraz to właśnie atrybut Katarzyny. Jakoś jednak bardziej niż freski zaintrygowała mnie (a właściwie Andrzejka, który zwrócił na nią moją uwagę) płyta nagrobna z herbem rodowym w postaci jednorożca z rybim ogonem.


Okazało się, że to herb von Nimptschów - kolejnej znamienitej rodziny śląskiej. Płyta świetnie się wpasowała w to surowe wnętrze ozdobione bajkowymi zwierzakami na malowidłach i na tym piaskowcu. Nie udało mi się dociec, skąd taka oryginalność w przedstawieniu herbowym najbardziej mitycznego  zwierzęcia - jednorożca właśnie. Na pewno geneza takiego zniekształcenia mu tułowia musi być fascynująca. Ja już pogalopowałam na ogoniastym niczym syrena jednorożcu w historię, szperam w ezoterycznych księgach z symbolami.
Wracając jednak do kościoła: przy wejściu od strony południowej strop nawy wspierają dwie jodłowe kolumny pokryte malowidłami. Jest tam twarz Chrystusa, chociaż bardziej prawdopodobne dla mnie, że to Jan Chrzciciel (wszak pod tym wezwaniem jest kościół). Bogato zdobiona jest empora,  z czasów gdy kościół był ewangelicki, gdyż wykorzystano do jej budowy deski stropowe, pokryte wcześniej polichromią. Znów pojawia się tam postać Katarzyny.
Wnętrze kościoła jest przyjazne światłu, mimo małych okien wpadło nieco słońca do środka, tworząc nastrój tajemniczej radości.
Nastrój ten podtrzymywaliśmy zwiedzając otoczenie kościoła. Odkryliśmy parę miłych miejsc do piknikowania, przygotowanych zapewne przez fundację opiekującą się zabytkiem. Najbardziej jednak spodobała nam się drewniana zadaszona altanka przed murem po  lewej stronie wejścia na cmentarz, w której to postanowiliśmy wypić urodzinowego szampana, wiezionego z domu w futerale po Veuve Clicquot, żeby się nie ogrzał. Zabrałam dla wszystkich szklane kieliszki do szampana, tak więc nie było lipy. 

A sam napój - wino musujące marki Blue Nun (błękitna zakonnica) z płatkami 22-karatowego złota doskonale dopasowało się do romańskiego otoczenia - w końcu piliśmy wino pod kościołem. Jubilat miał potem złoto na ustach, ale że to złoty chłopak jest ogólnie - to nikogo nie zdziwiło. Nasz dzień atrakcji na tym się nie skończył, bowiem zwiedziliśmy jeszcze samą Świerzawę (opisywany kościół jest poza jej centrum), która okazała się miłym i interesującym miasteczkiem, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do Złotego Lasu (uhhh, nie polecam!). Po deser musieliśmy wyprawić się do jeszcze ciekawszej Złotoryi. Ale to temat na inny wpis!


piątek, 21 sierpnia 2015

Nocna próba otrucia

Śpię smacznie, śnię. Duchota w domu, więc wszystkie okna pootwierane na oścież, dzięki temu napływa ciut chłodniejsze nocne powietrze z zewnątrz.

Nagle coś mnie budzi. Otwieram oczy. Ciemność, widzę ciemność! Znaczy jest środek nocy, konstatuję patrząc na budzik: 2.20. No ładnie, położyłam się chwilę  po północy, więc wygląda na to, że przespałam zaledwie dwie godziny. 

Zamierzam pójść do kuchni uzupełnić poziom płynów (skoro  już się obudziłam), podnoszę się i nagle zamieram na łóżku: czuję jakiś potworny smród spalenizny. To chyba on mnie obudził. Rzucam się więc do najbliższego kontaktu lampki nocnej i węszę przy nim, bo smród wydaje mi się taki techniczny: instalacja się pali czy co??? Z nosem przy ścianie krążę od jednego do kolejnych kontaktów w sypialni (a mam ich tam chyba z 10). Panika jeży mi włosy, bo nie dość, że jestem sama w mieszkaniu, to także w całym domu (sąsiedzi na wakacjach). Jeśli coś się fajczy, to co ja zrobię? Jak lunatyczka (koszula, zjeżony włos, ocieranie się o ściany) podążam do innych pomieszczeń - w przedpokoju ten sam smród, a także w łazience, w kuchni, w kolejnych pokojach. I wcale nie muszę węszyć przy kontaktach, bo jest wszędzie. Wygląda na to, że przez otwarte z każdej strony świata okna wdziera się odór.

 

Otwieram drzwi na taras, sprawdzam, czy widać w pobliżu ogień, pożar, ale wszędzie ciemno, cicho, nie słychać syren straży, wszyscy śpią. Tylko na zewnątrz domu stężenie smrodu jeszcze większe. Zaczynam z trudem łapać oddech, smród wdziera się do gardła i nosa, więc uciekam do środka, zamykam wszystkie okna, by zminimalizować odór. Co to jest? O wpół do trzeciej kto coś pali, na miłość boską - chcą nas wytruć podczas snu??? 

Natychmiast przypominają mi się wszystkie teorie spiskowe dotyczące chemitrails, które wyśmiewałam. Druga hipoteza: sąsiadka-spalaczka śmieci, którą już raz opisałam. Ale co miałaby spalać w upały? Wtedy się dogrzewała, była chłodna wiosna...

Przerażona wizją przeżartego mózgu, z niezachwianą pewnością, że rano się nie obudzę - wracam do łóżka, oddychając przez satynową tkaninę koszuli nocnej i nakrywając się po uszy kołdrą. Mam trudności w oddychaniu, na pewno z paniki. Może trzeba gdzieś zadzwonić? Na policję, straż pożarną albo miejską? Nie mam pojęcia, co im powiem - że mi śmierdzi? Przez chwilę rozważam alternatywę: umierać we własnym łóżku, czy wziąć kluczyki i pojechać tak jak leżę (w koszuli znaczy) autem gdzieś za miasto, bo wydaje mi się, że cały Wrocław spowity jest smrodem jak całunem...

Zastanawiając się nad tym wszystkim usypiam jednak.

Rano budzi mnie (a jednak, hurra!) wrocławskie radio ram. Jest tam ciekawa wiadomość lokalna - pewien mieszkaniec okolic cmentarza na Grabiszyńskiej skarży się na uciążliwy smród, generowany przez tamtejsze krematorium. Ponoć zebrał sporą dokumentację cuchnącego dymu wydobywającego się o różnych porach  z komina tegoż krematorium. Makabryczne. Nie wiem jednak, czy nocny odór stamtąd pochodził. Z mojego domu do cmentarza Grabiszyńskiego jest ok. 10 km...

Idę wstrząśnięta  do łazienki, chcę wziąć prysznic - junkers się wyłączył! Jest w nim czujnik spalin, może ten gryzący nocny dym to sprawił? Patrzę po drodze na czujnik tlenku węgla - ale ten z kolei niczego nie wykrył.

Rozważam więc teraz  zakup bardzo twarzowej maski przeciwgazowej. Przeglądam modele, niestety nie mają różowej... Najładniejsza to taka, co o niej myślicie?:

[caption id="" align="aligncenter" width="420"] w kolorach, które lubię...[/caption]

Znalazłam za to inną ekscytującą  ofertę:

[caption id="" align="aligncenter" width="429"] czego to w necie nie znajdziecie![/caption]

wtorek, 11 sierpnia 2015

Zakaz mordowania

Stoję przed wejściem do Castoramy, czekam z zakupami na Andrzejka, który buszuje w casto w poszukiwaniu jakichś ekscytujących złączek, spłuczek itp. elementów hydraulicznych. Upał okrutny, na szczęście nad wejściem jest dach, jak to w castoramach, więc stoję w cieniu. Co za ulga! Obok mnie ktoś zaparkował motocykl.

Czekam, czekam, nic się nie dzieje oprócz tego, że upał rośnie, ludzie wchodzą, wychodzą, Andrzejka nie ma. Musi przecież przejrzeć milion śrubek. Nagle pojawia się młoda motocyklistka po zakupach w casto, podchodzi do tegoż motocykla (Kawasaki!) i go odpala. Jej motor pierdzi i śmierdzi, a ona dopiero zaczyna ubierać wypasiony hełm (pewnikiem pożyczony od lorda Wadera), szpera w plecaku. Motor wyrzuca spaliny prosto na mnie, bo stoję z kilkoma butlami wody, więc mobilna nie jestem. Motocyklistka zaczyna wciągać rękawiczki motocyklowe - najpierw na jedną dłoń (każdy paluszek z osobna jak Rita Hayworth w "Gildzie"), potem na drugą. Patrzę otumaniona spalinami i zafascynowana bezczelnością, bezmyślnością (lub skrajnym egoizmem) dziewczyny, bo motor pierdzi i śmierdzi, stężenie spalin i temperatury pod wiatą zaczyna być odczuwalne nie tylko dla mnie. Wreszcie nie wytrzymuję:
- Może by pani już odjechała, skoro odpaliła pani motocykl? Chyba nie musi pani czekać, aż klimatyzacja się schłodzi??
Coś mi odpowiada zza tego waderowego hełmu, ale nie słyszę, bo jej motor pierdzi i śmierdzi. Ale wiem, że pyskuje.
- Poza tym to nie jest chyba miejsce do parkowania pojazdów? - kontynuuję, bo materia jest wyraźnie oporna. - To jest wejście do sklepu, zadaszone w dodatku - zaraz wezwę ochronę i się przekonamy!

Jestem coraz bardziej zdenerwowana złośliwością dziewczyny, bo ta jeszcze spowolniła swoje ruchy i nawet nie usiadła jeszcze na siodełku wprawionej w ruch maszyny.
- Tu nie ma zakazu! - dociera do mnie strzępek jej wypowiedzi.
- Nie ma też zakazu mordowania motocyklistów - odgryzam się.

Powoli, odwracając motocykl tak, by jeszcze na mnie napierdzieć, dziewczyna postanawia się oddalić.



P.S. Właściwie, dlaczego jej nie zamordowałam? Nie było przecież zakazu!

Przeżyłam niedawno chwile grozy: do pracy przyjęto nową dziewczynę. Jakaś taka dziwna, omija mnie z daleka... Raz zobaczyłam, że wsiada na motor, zaparkowany pod wejściem do biura. Podobnie rytualnie nakłada kask, rękawiczki. Zdębiałam! Może to ta od zakazu??? Postanowiłam sprawdzić, czy motor też kawasaki, bo wiecie, nie poznałabym tamtej, chyba że po kasku i motorze. No to się kiedyś zakradłam do pojazdu... I co za ulga! To nie kawasaki.
Nie zmienia to jednak postaci rzeczy - dziewczę równie chamskie i niekomunikatywne jest, jak tamta motocyklistka. Może to taka cecha gatunkowa?

środa, 5 sierpnia 2015

Zemsta Inpost'a

Dwa posty temu pisałam tutaj o konkursie na zaklęcie otwierające paczkomat Inposta, którego to konkursu niestety nie wygrałam. No to przyszedł czas zemsty za moje lekkie drwiny z wysokiego jury...

Otrzymaliśmy awizo z Inpost. Do odbioru jest przesyłka sądowa dla domownika w oddziale SKOK-u Szefczyka. Ponieważ domownik jest tylko weekendowo w domu, napisał mi w niedzielę upoważnienie do odbioru ważnej dla niego przesyłki.

Zaopatrzona więc w tę "bibułę" pomaszerowałam do nieznanego mi wcześniej miejsca - siedziby SKOK-u. Zostałam zaproszona na krzesło w kolejce. Dwie panie w obsłudze, jeden klient, panie w skowronkach koło niego. Czekam. Czekam. Czekam. Czuję się jak na poczcie, albo gorzej. Może jak w SKOKU? Nie wiem, bo nie bywam, to mój pierwszy raz.
Wreszcie jestem przy biurku pani, która zajmuje się też obsługą poczty InPosta. Podaję jej moje awizo, upoważnienie i dowód. Pani zerka w dokumenty i mówi, że nie wyda mi przesyłki, bo upoważnienie jest nieważne. Nie to nie - myślę - i zabieram się stamtąd. Domownik przyjedzie w weekend to sobie w sobotę odbierze, termin jest do połowy sierpnia na to. Aha, zaraz sprawdzę, jak w soboty tu pracują. Ups, niestety w soboty SKOK jest nieczynny. Buuuuuuuuu.
Wracam niechętnie do pani za biurkiem, by zapytać o upoważnienie - czy notarialne musi być? Nie - pociesza mnie urzędniczka z wyższością - musi być na druku pocztowym, podpisane w obecności pracownika poczty - poucza. Słucham??? - wykrzykuję - jak mam to zrobić, skoro adresat bywa tylko w soboty i niedziele w domu, w soboty nie pracujecie, to kiedy mam go tu przyprowadzić? Jakby mógł tu przyjść, to nie pisałby mi upoważnienia, tylko sam sobie odebrał przesyłkę! 
Pani rozkłada ręce w majestacie ministerstwa głupoty i absurdu: Takie są przepisy, niech pani poczyta na stronie...  Jakoś mało mnie zajmuje, na jakiej stronie mam przeczytać kolejne wypociny ustaw naszych drogich parlamentarzystów. 
Wychodzę trzaskając z bezsilności (nad uporem głupoty) drzwiami.

Przesyłka nie ma więc szans zostać odebrana, ale co tam, przy ponownym wezwaniu i niepodjęciu sąd i tak uzna ją za doręczoną. Wiwat, alleluja. Tylko jak można przejrzeć informacje zawarte w liście, np. datę rozprawy itd? Czarna magia potrzebna, może wymyślę kolejne zaklęcie, otwierające polecone bez upoważnienia?







 P.s. Zastanawia mnie tylko ta wielka surowość przepisów dotycząca odbioru przesyłki, nawet gdy osoba upoważniona ma to samo nazwisko i ten sam adres zamieszkania. Dlaczego więc tych ustawowych reguł nie trzymają się np. komornicy, zabierający dobytek nie tym, którzy są u nich zadłużeni (a wystarczyłoby sprawdzić dowód), ani bankowcy udzielający wysokich kredytów "na gębę" osobom, które podają (nieswoje) imię, nazwisko i numer dowodu osobistego???

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Bociany w hurcie, czyli Podlasie

P1200348

 

Wakacyjnie wywiało mnie tego lata „na ścianę wschodnią”. Planowaliśmy ze znajomymi ten podlaski wypad już od kilku miesięcy: noclegi w agroturystyce, wycieczki rowerowe, uroki degustacji nalewek z niszowej wytwórni. Znajomi cykliści odpadli jednak dosłownie w ostatniej chwili, więc na urlop udaliśmy się w kameralniejszym gronie…

Na początku byłam wściekła, bo to dzięki i dla znajomych cyklistów (dla towarzystwa i Cygan dał się powiesić…) zaplanowaliśmy urlop na totalnym „zadupiu”, prawie przy granicy białoruskiej, w dzikiej puszczy Białowieszczańskiej (jak lubimy ją nazywać). Tak naprawdę wolałabym zwiedzać Roztocze, bo w Białowieszczańskiej byłam przed laty na majówce – a na Roztoczu jeszcze nie. Kiedy więc wyszło na to, że jedziemy właściwie we trzy kobietki w puszczę, w której skazane będziemy wyłącznie na towarzystwo żubrów, ogarnęła mnie złość i przerażenie. 

[caption id="attachment_2854" align="alignright" width="150"]Przerażona żubrem... Przerażona żubrem...[/caption]

Wiązało się to również z nowym (i niepokojącym) dla mnie doświadczeniem kierowania pojazdem przez prawie 600 km (a niewprawiona jestem, bom miejski kierowca, nie dalekobieżny) – stres był więc duży. Jedyną pociechą była zarezerwowana kwatera – raj pod jabłonią wyglądał świetnie i rajsko po prostu. I takim się okazał…

Suma sumarum już po dwóch dniach pobytu chciałam słać dziękczynne smsy tym wymiksowanym cyklistom, by im serdecznie podziękować za wybór miejsca na odpoczynek. Jedynie wrodzona oszczędność mnie powstrzymywała, bo zmieniłam taryfę i smsy mam płatne. Raj pod jabłonią w Lewkowie Starym to wypasiona agroturystyka z wielkimi wygodami oraz "naturalnymi" atrakcjami w postaci np. stada bocianów, pasących się po deszczu (oraz około

[caption id="attachment_2855" align="alignleft" width="150"]Pasą się po deszczu pod naszym domem Pasą się po deszczu pod naszym domem[/caption]

5-tej rano) tuż pod naszymi oknami. Czekałam, kiedy zaczną stukać dziobami w szybę, domagając się porannej kawy i Timesa… Bocianów w okolicy było generalnie jakieś zatrzęsienie. Dopiero po powrocie do Wrocławia dowiedziałam się, że latoś w boćki obrodziło, bo w wielu regionach naszego cudnego kraju te ptaki są obecne w ilościach hurtowych. Podlaskie mnie urzekło do cna – sielskie widoki drewnianych chałup, cerkwie, bociany, rzeczki wijące się

[caption id="attachment_2866" align="alignright" width="300"]Chata na szlaku otwartych okiennic, akurat nie drewniana, ale te zdobienia! Chata na szlaku otwartych okiennic, akurat nie drewniana, ale te zdobienia![/caption]

meandrami wśród pachnących, kolorowych łąk. Wszechobecna jest tu piosenka rosyjska (albo białoruska – nie odróżniam), co mnie, dziewczynę „z zachodu” mocno dziwiło, ale to inna od "mojej" Polska przecież. Nie ma tu rusofobii, jest rusofilia, a otwartość i serdeczność ludzi jest wręcz legendarna. Wielu mieszkańców przyznaje się do białoruskich korzeni i normalne jest, że np. w galerii w Tykocinie podziwialiśmy (a nawet nabyliśmy jeden obraz) wyłącznie dzieła artystów białoruskich lub tam kształconych.

IMAG1257 P1200390 P1200343

Wracając jednak do atrakcji „naturalnych” opowiem o rzeczce - Narewka przepływa przez Lewkowo Stare, podążając do Narwi, do której wpada kilkanaście kilometrów powyżej wsi. W Lewkowie jest przystań "U Ireny", gdzie można przenocować (nam to nie było potrzebne) i wynająć kajak. W okolicy (np. w miasteczku Narewka, oraz w Hajnówce) jest wiele biur turystycznych, specjalizujących  się w organizowaniu turnusów kajakowych, nawet tygodniowych.

My popłynęłyśmy z  Gosią tylko na dwugodzinną przejażdżkę Narewką. Nie mamy kompletnie doświadczenia w prowadzeniu kajaku, ale zachęciła nas uroda rzeczki i jej głębokość nieprzekraczająca 1 metra. Odziane w kamizelki dzielnie przemieszczałyśmy się do punktu zbornego, skąd miano zabrać nas i kajaki w drogę powrotną. Miałam robić zdjęcia, film ze spływu, ale ponieważ jakieś 150 razy lądowałyśmy w szuwarkach, czasu ledwie starczało na pstryknięcia migawki. Widoki były cudne, ramiona wytężone i potem nieco obolałe, nogi pokąsane przez gzy, ale co tam! Wrażeń moc.

P1200502 P1200505

[caption id="attachment_2859" align="alignright" width="300"]Irena woduje nam kajak. Przy udziale Gosi. Irena woduje nam kajak. Przy udziale Gosi.[/caption]

Doniosłam jedynie Irenie, że kajak ściąga na prawo i trzeba dać koła do wyważenia… W nagrodę Irena pokazała nam swój warsztat tkacki, ustawione ma w pokoju dziennym krosna, na których wyczarowuje narzuty, chodniki, obrusy… Coś pięknego i kosztownego, ale to ręczna, żmudna robota. Jej mąż i syn są natomiast zdunami – jakie cudne piece w domu postawili, to joj!

[caption id="attachment_2862" align="alignleft" width="224"]Puszcza Puszcza[/caption]

Atrakcji turystycznych jest w ogóle w okolicy bez liku, z oczywistych powodów nie korzystałyśmy ze wszystkich, ale np. odwiedziłyśmy uroczą Białowieżę. Oprócz wizyty w Parku pałacowym (car tu bywał!), zakupie miodu z płatkami róży i bławatków oraz przejażdżki małą ciuchcią traktorową z leśnikiem-gawędziarzem - zwiedziłyśmy też inne miejsca, np. restauracje, w której podano nam smaczny obiad z babką ziemniaczaną (lokalny specjał), a potem w kolejnej kawiarni degustowałyśmy regionalny wypiek – Marcinka. Białowieża zatem została zaliczona, chociaż żywego żubra nie chciałam oglądać. 

Pognało nas też do Tykocina – zawsze chciałam zwiedzić drugą w Koronie synagogę. Miasteczko jakby zatrzymane w czasie – urokliwa atmosfera, synagoga w barokowym stylu świetnie zachowana i piękna restauracja tuż obok, w której podano nam specjały kuchni żydowskiej. A w galerii sztuki takie dzieła, że dech zapiera. Ludzie tu żyją niebywale (artystycznie) uzdolnieni. W sumie nic dziwnego – obcują na co dzień z takim pięknem…

P1200540

W Hajnówce trafiliśmy w parku miejskim na jarmark żubra. Czego tam nie było! Dwóch mnichów sprzedawało jogurt, śpiewały ludowe zespoły, można było nabyć cycatą babę z gałganków (na szczęście - ponoć lokalny zwyczaj. Im większy biust, tym większe szczęście). Oczy rwały rarytasy wschodniej proweniencji (tatarskie itp.), jak baklawa na przykład. Nie trzeba więc wypuszczać się na urlop do Turcji czy Grecji, by spróbować tego przesłodkiego specjału. Wystarczy przyjechać w podlaskie…

Odwiedziłyśmy też ojca Gabriela, który żyje w jedynym w Polsce prawosławnym skicie (pustelni) nieopodal Odrynek. Wyprawa była częściowo piesza, dotarłyśmy do uroczyska – bagiennej wyspy otoczonej Narewką, na nogach, po drewnianym pomoście zbudowanym przez pustelnika.

[caption id="attachment_2865" align="alignright" width="200"]Cerkiew ojca Gabriela Cerkiew ojca Gabrie[/caption]

[caption id="attachment_2864" align="alignleft" width="150"]Brama do pustelni Brama do pustelni[/caption]

W skicie oprócz nas była tylko jedna dziewczyna z pątników (jeśli można nas tak nazwać…) – Krakowianka, która wędrowała do pustelni polami z niemowlęciem w chuście, a którą spotkałyśmy wcześniej, gdy naradzałyśmy się, jak obejść cztery byki pasące się przy drodze, które wyraźnie się nami interesowały. Ta dzielna młoda matka, wysunąwszy pierś do przodu utorowała nam drogę, stosując jedną prostą zasadę: iść i nie patrzeć na zwierzęta…

Ojciec Gabriel przywitał „siostry z Wrocławia” bardzo serdecznie i poprosił swojego wiernego, Włodzimierza, by nas oprowadził po  pustelni. Oprócz pokazania nam cerkwi, czasowni (taki mały ołtarz z ikona św. Antoniego), drewnianego domku z wygodami dla dostojników kościelnych, stołówki, toalet i domu samego ojca Gabriela (który od początku żyje tutaj w takim jakby wozie Drzymały), Włodzimierz dużo opowiadał o ojcu i historii tego miejsca. Zwiedzanie zajęło nam 2 godziny. W budynku, w którym korzysta się ze święconej wody (nie pamiętam, jak to się po prawosławnemu nazywa) zobaczyłam wielki ciemny, porowaty kamień. Wysoki na około 80 cm. To podobno największy w Polsce meteoryt. Niestety, nie można było robić zdjęć, bowiem jak twierdził Włodzimierz kuszą one potem różnych złych ludzi i ojciec Gabriel ma poważne kłopoty - jest w skicie napadany.

Z tego powodu cały teren jest monitorowany. Ponadto przez cały czas pobytu w pustelni towarzyszył nam odgłos pracującego agregatu prądotwórczego i smakowite zapachy kuchenne. Podobno prąd potrzebny jest ojcu do ładowania komórki, bo tak poza tym elektryczności w pustelni nie używa. Ojciec Gabriel jest archimandrytą, który wybrał proste życie w skicie. Produkuje tu 5 herbatek ziołowych  i miód. Miodu nie nabyłyśmy, za to herbatki – i owszem. W cerkwi i tzw. stołówce zadziwił nas kunsztowny wystrój wnętrz, zwłaszcza ikonostasy oraz ikony – niektóre pisane nawet na górze Atos i gdzieś pod Moskwą. Gabriel to ma kontakty!

Z pustelni wracałyśmy do naszego raju tą samą droga, byków na szczęście już nie było.

Odwiedziłyśmy jeszcze potem Białystok, zwiedzając śliczną starówkę i pałac Branickich. Gdzie myśmy zresztą  nie były! Najczęściej jednak (statystycznie rzecz biorąc) w... szuwarkach. Urlop był krótki, ale dość  intensywny i pełen krajobrazowych oraz kulturowych wrażeń. Jaka piękna ta Polska!

środa, 1 lipca 2015

NIE wygrałam konkursu na zaklęcie...

Nie wierzę w tzw. szczęście w grach losowych, ale już w konkursach - i owszem, czemu nie, aczkolwiek startuję w nich niezwykle rzadko, bo to zależy od nagrody. Chodzi o takie "kreatywne" zadania - gdy trzeba coś wymyślić, pogłówkować, by zdobyć atrakcyjną dla mnie rzecz lub kwotę. Rok temu wygrałam 500 zł na zakupy w pewnym centrum handlowym (opisałam to tutaj). 

Kiedy więc zobaczyłam konkurs paczkomatów na magiczne zaklęcie otwierające skrytkę (a z paczkomatów korzystam przynajmniej raz w tygodniu) - ruszyłam swoją zawsze pełną pomysłów głową. W trzy sekundy napisałam taki oto wierszyk:
Żółty smoku, paczkomacie, otwórz paszczę, daj mi, bracie, mój skarb wielki tu schowany- dam ci za to "cmok", kochany! 

Miałam taką pewność, przeczucie, że wygram oferowany w nagrodę tablet albo smartfon, iż z pewną dozą nonszalancji sprawdzałam parę razy dziennie stronę. Przez tydzień chyba nic się nie działo, wreszcie wyniki zostały opublikowane. Mina mi zrzedła, poległam! Oto zwycięskie dwa wierszyki, wybrane (jak napisała redakcja) spośród tysięcy zgłoszeń.  Tableta wygrało "niedługie, pogodne zaklęcie o urokliwych rymach i o niespotykanej elegancji": Kosmetyki, trzy zegary, czary mary, czary mary, dwie lokówki, prostownica, garnek, kubki i spódnica, wąż gumowy, krawat tacie, osiem spinek, moje gacie – się otwieraj Paczkomacie!

Smartfon natomiast powędrował do autorki "brawurowego sylabizowania, przez co nadała zaklęciu fantastycznej dynamiki!": Mata paka, moja paka, to nie poczta, nie ma draka, nie ma baba, nie ma zmora, czeka paka, w jama ona, ja ma fona, esemesa, ja ma mejla miast adresa, poda koda w paczkomata, klik, pik, pyk, on da ta paka, tak to mi to inpost cito!


Mój zadarty nos został przytarty o jakieś pół centymetra. Ciekawa jestem Waszej opinii, czy zwycięskie wierszyki są rzeczywiście takie świetne?

wtorek, 30 czerwca 2015

Cwane warszawiaki

Nie należę do osób, które  łatwo przypisują konkretne cechy osobowości ludziom w zależności od ich pochodzenia (czy miejsca zamieszkania). Nie lansuję regionalizmów (ach, my wracławiaki wspaniałe) czy też regionalnego hejterstwa (obrzydliwi warszawiacy). Ale  w weekend dostałam w Warszawie w kość. Cwani są niektórzy tubylcy!


Na wstępie zaznaczę, że lubię Warszawę. Tak zwyczajnie podoba mi się jej wielkomiejski blichtr, parę drapaczy chmurek i to, że Gudowski "czyta przystanki" w miejskiej komunikacji (co opisałam tutaj). Nawet Pałac Kultury mi się podoba (i to od zawsze, co robić, taki gust...).
W ostatni weekend pojawiliśmy się w stolicy celem wynajęcia mieszkania do... zamieszkania. Dla domownika, który przestaje w ten sposób być domownikiem, zamieniając się w męża weekendowego i powiększając tym samym klub warszawskich słoików. Miałam wybrane wcześniej 4 lokale na Ochocie (blisko nowego miejsca pracy A.), trzeba było zrobić wizję lokalną, wynająć któreś, przenocować (przyjechaliśmy z bambetlami) i wrócić do Wrocławia jeszcze na chwilę.
Już pierwsze mieszkanie się A. spodobało. Przebierał nóżkami, by podpisać umowę, ale kopnęłam go pod stołem, bo były do obejrzenia jeszcze trzy. Dotarliśmy do drugiego - okazało się za małe na nasze potrzeby. W międzyczasie otrzymałam sms od właścicielki tego pierwszego, że "bardzo się spodobaliśmy i ona jest skłonna obniżyć cenę o 400 zł, by nas przekonać". Odpisałam, że to bardzo miłe etc, ale mamy jeszcze 2 do obejrzenia, na pewno dam jej znać, jaka będzie nasza decyzja.
Trzecie okazało się ładniejsze od pierwszego, ale dużo droższe. Miejsce było wprawdzie o wiele lepsze, ale właściciel niechętny do negocjacji, więc pomyśleliśmy, że to pierwsze będzie jednak OK. Czwarte okazało się przytulne, ale małe.
Zadzwoniłam więc do pierwszego pytając, czy ta wspaniała, niższa oferta jest nadal aktualna. BYŁA! Ale pani już wyszła z mieszkania, jedzie do domu, zresztą nie ma wydrukowanej umowy, więc umawiamy się dopiero za 2 godziny. SUPER, zdążymy zjeść obiad, bo już nam burczało w brzuszkach. 
Wyszłam z restauracji i odkryłam, że mam kilka nieodebranych połączeń od tej pani. Hm. Dzwonię, słyszę, że... cena wzrosła. Niedużo, o 150 zł, czy jestem skłonna zapłacić tyle? Zdumienie totalne, odmawiam, mimo że kwota nieduża, ale jak to: negocjujemy od nowa? Mówię do tej pani, że to niepoważne, ona na to, że po prostu tej oferty nie przemyślała, a jest inny oferent. No dobrze, ale przypominam mojej rozmówczyni, że to ona sama, dobrowolnie zupełnie obniżyła cenę, więc jak to? Poza tym to ona zwlekała 2 godziny z podpisaniem umowy, nie my. Ona na to, że musiała się przecież  z prawnikiem skonsultować. Okej, ale jak to się ma do nagłego wzrostu ceny? Za poradę prawną? Pani ma oddzwonić. Dzwoni po chwili, żąda jednak 100 zł więcej. No to się unosimy honorem i mówimy nie. Głupie zasady mamy: pacta sunt conventa. 
Tamte oglądane mieszkania już odmówione, jesteśmy więc znowu na początku drogi. Jest 15-ta, nie możemy wracać do Wrocławia (po co?) i nie mamy gdzie spać (liczyliśmy na nocleg w wynajętym mieszkaniu). Dobrze, że mamy internet. Siedząc w samochodzie kontynuujemy żmudny proces poszukiwań, ciekawe czy ktoś będzie skłonny pokazać nam mieszkanie w sobotnie popołudnie ot tak, z marszu?
Jest, znalazł się chętny! Za 2,5 godziny! Okej, włóczymy się po parku, potem po sklepie (z nudów), wreszcie idziemy na spotkanie. Poznajemy młodego człowieka z plastrem na nosie. Powinno mi się zapalić ostrzegawcze światełko (ktoś mu chyba walnął i może miał powód?), ale należę do osób delikatnych, więc starannie omijam wzrokiem jego nos. Jedziemy windą do "łupinki" - mieszkanie malutkie (może całe liczy tyle, ile nasz największy pokój w domu), ale słoneczne i nowoczesne, w dodatku z dużym balkonem.  Zmęczeni i zdesperowani decydujemy się na wynajem. Pan nie zabrał jednak umowy (dziwne, jest z biura nieruchomości!), musiałby jechać na drugi koniec miasta. Możemy jednak zostać na noc, po wpłaceniu 1000 złotych, rano przybędzie i podpiszemy umowę. Andrzej wykłada pieniądze, mnie jednak coś tknęło i pytam o zapisy w umowie - czy standardowe, czy jakieś inne.
Są jakieś inne... Umowa na rok bez możliwości wypowiedzenia, czy mieszkasz czy nie - płacisz. Kaucja 1.5 krotna czynszu i jeszcze weksel in blanco na pokrycie szkód ewentualnych oraz oświadczenie o poddaniu się egzekucji komorniczej. Poczułam dumę: ale rezydencję chcemy z A. wynająć - warunki jak przy  willi za milion baksów, z basenem i klamkami ze złota.  Z żalem rezygnujemy z tak wyjątkowej (i jedynej) oferty. Jesteśmy bowiem pewni, że na koniec najmu musielibyśmy zwrócić młodemu człowiekowi z plastrem na nosie... samolot. My też wynajmujemy od 13 lat nasze drugie mieszkanie we Wrocławiu, ale nie przyszło nam do głowy zawieranie umowy na tak drakońskich warunkach. Uczymy się jednak szybko, więc drżyjcie, najemcy!
W rezultacie na nocleg lądujemy w hotelu, mamy umówione na niedzielne przedpołudnie jeszcze 2 mieszkania i cóż, nóż na gardle. W nocy budzą mnie huczące samoloty (chyba w pobliżu jest Okęcie), potem huczy jakaś pani bardzo roznamiętniona. Na śniadaniu rozglądam się ciekawie, która to? Są do wyboru 3 pary: dwoje bardzo młodych ludzi i dwie pary w średnim wieku, siedzące razem przy stoliku. Żadna mi jakoś nie pasuje... Wreszcie gdy stoję przy bufecie pojawia się przy mnie najpierw zapach wody kolońskiej, a potem  mały krągły człowieczek w za dużym, jasnym garniturze. Adoruje i usługuje swojej pani - tak na oko w porywach 60-tka, ale trudno stwierdzić z całą pewnością, bo może mieć 40, tylko utyrana jest pracą na poboczach szos i przesadnym makijażem. Damesa to 90 kilo żywej wagi, ostre spojrzenie i nonszalancja wobec adoranta i świata całego. To ta "hucząca", na bank!
Wracając jednak ad rem, ostatnie obejrzane mieszkanie udało nam się jakimś cudem wynająć, chociaż zanim umówiliśmy się na wizję lokalną, musiałam poddać się wywiadowi środowiskowemu przez telefon. Najpierw pan, potem jego żona, niczym zawodowy śledczy wypytała mnie o sprawy do dwóch pokoleń wstecz. Z duszą na ramieniu jechaliśmy więc na spotkanie. Mieszkanie zostało wynajęte, ale wcale nie jestem pewna, czy nie spotkają A. jeszcze jakieś niespodzianki. Będzie temat na nowy wpis :-)

 

środa, 24 czerwca 2015

Kolory Prowansji i złota kaczka, czyli Chobienia

Dawno mnie tu nie było – ale to nadrobię! Opiszę Wam moją mini wycieczkę sprzed 2 tygodni – na przekór ostatnim deszczowym, chmurnym dniom. Nie do wiary, że zaledwie kilkanaście dni wstecz nasze swojskie pola za miastem cieszyły oczy kolorami… Prowansji!  

Wybraliśmy się do Chobieni – Andrzej miał tam coś do załatwienia, a ja zanęcona melodyjną nazwą miejscowości natychmiast wzięłam dzień urlopu z pracy. Było słonecznie i upalnie (uwierzycie?), lato pełną gębą, choć legalnie jeszcze wiosna. Mieliśmy do pokonania ok. 80 km na północny zachód od Wrocławia.

Najpierw zachwyciły mnie bajecznie kolorowe pola. Mijaliśmy czerwienią maków malowane łany, a także niebiesko-bławatkowe, albo białe kępki rumianków i wreszcie liliowe, zupełnie jak lawenda w Prowansji, pola wyki.


Przyjechaliśmy do Chobieni, zatrzymując się na skraju wsi. Wzięłam aparat i zostawiłam Andrzejka z jego sprawami, mając zamiar zwiedzić wioskę. Już na pierwszej z brzegu, piętrowej, okazałej kamienicy odkryłam herb przedstawiający mury miejskie. Wioska z herbem? Ciekawe…

Podumałam i ruszyłam przed siebie. Główna droga łagodnie biegła łukiem – najpierw zobaczyłam stary park, do którego podążały matki z wózkami. Jak jest park, musi być pałac – pomyślałam, ale zostawiłam sobie cienisty starodrzew na „deser”, podążając dalej asfaltówką. Na zakręcie zatrzymał mnie dom z wrotami drewnianymi, ujętymi w karby bardzo zdobnymi okuciami. Wyglądały na dość stare. Wreszcie na końcu ulicy ujrzałam rozległy plac - prostokątny rynek. Wieś z rynkiem? No to nie może być zwykła wieś!


Intuicja mnie nie myliła. Jak się okazało Chobienia to intrygujące historycznie miejsce. Wieś liczy sobie trochę latek, ma dłuuugą historię ze słowiańskim początkiem. Nazwa miejscowości wywodzi się z  łaciny, a wymienia ją geograf bawarski w 845 roku (czyli wtedy, gdy o innych polskich „metropoliach” – poza Gnieznem - nikt jeszcze nie słyszał…). Ów podaje w swoim dziele, że plemię Dziadoszan miało 20 grodów, wśród nich Cobenę (Chobienię). Ok. 1209 r. Henryk Brodaty miał tu wówczas swój myśliwski pałacyk, a w 1238 nadał miejscowości prawa miejskie. Jako własność książęco-kościelna przechodziła potem z rąk do rąk, najdłużej wymieniane są niemieckie ręce (rody): von Kottwitz, von Seidlitz, von Nostitz und Rheineck. To nazwiska doskonale na Dolnym Śląsku znane, wszędzie się na nie natykam. Jeszcze bardziej znane jest inne: w 1740 roku Chobienię nabywa Georg Ludwig Conrad von Gessler, najstarszy syn feldmarszałka wojsk pruskich Friedrich Leopolda von Gesslera…
Jednak zwiedzając wtedy wieś jeszcze  tego wszystkiego nie wiedziałam… Minęłam karczmę de Cobena (ach cudna, wrócimy tu na obiad! – obiecałam sobie) i podążyłam do kościoła, górującego nad miastem. 


Kościół św. Piotra i Pawła  niespecjalnie mnie zachwycił architekturą czy wnętrzem, jest za to pięknie położony, tak po toskańsku. Obchodząc go dookoła w poszukiwaniu epitafiów odkryłam, że wznosi się na nadrzecznej skarpie. Rozciąga się z niej widok na Odrę. 
Zdumienie totalne, jakoś nie zajarzyłam, że wieś leży nad rzeką, w  dodatku tak potężną. Gdybym znała przedwojenną nazwę wsi: Koeben an der Oder, ocaliłabym dolną szczękę przed opadnięciem. Z drugiej strony – uwielbiam te stany zadziwienia, gdy coś tak mnie przyjemnie zaskakuje, więc może i dobrze się stało. Nie wiedziałam też, że do 2012 roku można było się z Chobieni przeprawić promem na drugą stronę rzeki. Prom istniał tu od czasów von Kottwitzów a nawet jeszcze wcześniej!
Obchodząc kościół wokół znalazłam wmurowane w jego ścianę epitafium, i to nie byle kogo! Georga von Kottwitz, do którego należała w XVI wieku większość dóbr w Chobieni. On to przebudował zamek (o tym obiekcie za chwilę), kupił od kolegiaty głogowskiej przeprawę promową i podporządkował sobie tutejszych mieszczan. Wymyślił wodociąg mający źródło na zachodnich wzgórzach miasta, założył szkołę łacińską, a dla biednych i chorych - szpital i przytułek. Ludzkie było z niego panisko, powiem nawet, że nowoczesne podejście wybiegało przed epokę. Na swoim skromnym epitafium (dla mnie ewangelickie w formie, potem wyczytałam, że Georg był luteraninem) klęczy w swojej arystokratycznej szacie pod krzyżem. Przyjrzyjcie się godłu z prawej. 

To nie jest herb von Kottwitz. Przeszukałam cały  Internet – nigdzie nie znalazłam podobnego znaku, ani w symbolach chrześcijańskich, ani nawet w tych pogańskich. Najbardziej przypomina mi runę, ale też nią nie jest… Ciekawy temat do dalszych poszukiwań... na długie jesienne wieczory pozostawiam!
Spod kościoła wróciłam na rozległy rynek. W skwarne południe nieliczni mieszkańcy chronili się na ocienionych drzewami ławeczkach. Pomimo upału nie osłabła we mnie chęć eksploracji okolicy. Ujrzałam machającą do mnie wieżę jakiegoś obiektu. Podeszłam bliżej… to zamek!

Był on pierwszą murowaną budowlą obronną wzniesioną około XIV w., natomiast w  XVI w. został przebudowany na zamek renesansowy, i to z inicjatywy wspomnianego wyżej Georga von Kottwitz. Ostatnim prywatnym właścicielem pałacu był Wolfgang von Saurma. W czasie działań wojennych zamek został uszkodzony. Ma plan prostokąta, dwukondygnacyjne skrzydła otaczają wewnętrzny dziedziniec, do którego prowadzi brama przejazdowa nad resztkami fosy w skrzydle zachodnim. Pozostałe trzy koliste baszty umieszczono na narożach. 
Najstarszą częścią są piwnice. Pierwotnie był otoczony fosą z wodą. Zachował się (odkryty w 1905 r.) malowany strop z 1583 roku, przedstawiający herby rodowe, renesansowe i barokowe portale, renesansowe kamienne obramienia okien, fragmenty dekoracji stiukowej. Na zamku gościło wielu celebrytów. W 1759 król pruski Fryderyk II Wielki (inicjator I rozbioru Polski) odwiedził swoich żołnierzy rannych po bitwie pod Kunowicami. Obraz przypominający to zdarzenie pod tytułem „Przemowa króla Fryderyka Wielkiego w Chobieni” wisi dziś w Muzeum Sztuki w Düsseldorfie. Zamek jest obecnie otynkowany, ma nowy dach, ale jest niedostępny. Stoi z intrygująco zamurowanymi oknami. Wielka szkoda… Z zamkiem wiąże się mocno erotyczna legenda o złotej kaczce,  w dodatku wydarzyła się w noc świętojańską, więc tak aktualnie. Posłuchajcie: „gdy pierwsi misjonarze zaczęli szerzyć tu wiarę chrześcijańską byli tacy, którzy nie mogli  pogodzić się z nowym prawem, zabraniającym posiadania więcej niż jednej żony. Niejaki Płodźwit - zielarz i uzdrowiciel, przeciwnik chrześcijaństwa, postanowił rozprawić się z obłudą i zakłamaniem. Zakopał  w ziemi dębową figurkę, by każdego, kto stanął w tym miejscu, ogarniał seksualny szał. Mijały stulecia. Henryk I Brodaty razem z żoną Jadwigą (późniejszą świętą) dorobiwszy się potomstwa postanowili, że do końca życia powstrzymają się od intymnych zbliżeń. Jadwiga zamieszkała w trzebnickim klasztorze benedyktynek, a Henryk zajął się budową obronnego zamku w Chobieni. Dwórka Św. Jadwigi, Małgorzata, gdy jej pani zamieszkała na stałe w klasztorze, przeniosła się wraz z pozostałymi pannami do Chobieni. Pewnej upalnej czerwcowej nocy spacerowała po parku w złotej sukni. Poślizgnęła się, wpadła do sadzawki, cała otumaniona  jakimś silnym uczuciem, pobiegła nad rzekę. Młodzi wieśniacy akurat popisywali się odwagą, skacząc przez płomienie. Małgorzata chwyciła jakiegoś młodzieńca za rękę, powiodła go do lasu i oddała mu się bez reszty. Po chwili upatrzyła sobie następnego i jeszcze kolejnego. Według przekazu, uwiodła tak trzynastu młodzieńców jednej nocy. Wieść się szybko rozeszła. Tak wielkiego grzechu nie można było jej wybaczyć. Małgorzata została wyklęta i skazana na wygnanie. Zrozpaczona, targana niepohamowanymi żądzami, poszła nad sadzawkę do parku, siedziała nad wodą i szlochała. Dzień później w stawie pojawiła się kaczka o niespotykanym zabarwieniu piór, jakby były ze szczerego złota…
Mijały kolejne wieki. Teraz zamkiem władał Leonhard Kottwitz, zakochany w swojej córce Barbarze, którą wszędzie ze sobą zabierał. Bywało, że zajeżdżał z nią do swej ulubionej karczmy koło przeprawy promowej i wypijał kufel warzonego na miejscu wybornego piwa. Któregoś razu dwaj mieszczanie pobili się o prawo ucałowania ręki pięknej Barbary. Doszło do starcia, potem zabójstwa. Za to skazano sprawcę  na śmierć. Leonhard von Kottwitz, chcąc ukarać córkę, przez którą doszło do zbrodni, nakazał jej przyglądać się, jak kat wiesza skazańca. Jednak wrażliwa dziewczyna upadła zemdlona, a potem przez kilka miesięcy chorowała. Trawiony wyrzutami sumienia von Kottwitz zszedł do pałacowych podziemi z zamiarem popełnienia samobójstwa, ale usłyszał i zobaczył złotą kaczkę. Jej urok sprawił, że zrezygnował z samobójstwa i codziennie schodził do piwnicy z nadzieją ujrzenia kaczki. Niestety, nigdy więcej jej nie zobaczył.

No to zrozumiałam, po co w chobieńskim rynku stoją drewniane rzeźby… Z jedną się nawet sfotografowałam. Oj, rozgadałam się strasznie, chcę Wam tylko powiedzieć na zakończenie, że obiad w Gospodzie de Cobena był prze-prze-przesmaczny, świeżutko ugotowane dania (gołąbek z kaszą gryczaną), w obfitości słowiańskiej. Pycha!


Szkoda, że już nic do załatwienia w Chobieni nie mam, chętnie bym zwiedziła jeszcze tajemniczy stary cmentarz i dawną przeprawę promową przez Odrę.

środa, 3 czerwca 2015

Przepis na noc czerwcową

Obudziłam się dziś o czwartej. Mam sypialnię od wschodu, więc kiedy tylko wstaje słońce, mam je w pokoju.

Wstałam więc i ja, pomaszerowałam do łazienki, potem do kuchni napić się wody. Kuchnię mam od zachodu, z wielkim oknem, przez które dojrzałam, że jasność była już jak w dzień. Tyle że na błękitnym już niebie dość nisko wisiał sobie wielki jak bułka pszenna... Księżyc...
Zamrugałam zaspanymi oczami... Z jednej strony jasność słońca, z drugiej strony - siła Księżyca w pełni. Dodajcie do tego śpiew kilku gatunków ptaków, wdzierający się przez otwarte okna  - i macie przepis na noc czerwcową!
Stop, nie jest kompletny! Trzeba jeszcze dodać parę gałązek oszałamiająco pachnącego jaśminu, który skradłam komuś z ogrodu, gdy jeździliśmy wczoraj na rowerze... Korzystajcie z przepisu do woli, nie zastrzegam sobie praw autorskich :-)
No i jeszcze Ildefons...
piosenka

poniedziałek, 25 maja 2015

Pizza z rabarbarem i płatkami róży

Moje największe dzieła kulinarne powstają, gdy usiłuję wykorzystać resztki z lodówki.

Tak stało się tym razem: w lodówce błąkała się rolka ciasta drożdżowego heinleina (przeterminowana 2 dni, przyznam szczerze), rabarbar wiądł w koszyku. W samym kącie tejże lodówki kryły się 4 słoiczki płatków róży z ubiegłorocznego ręcznego zbioru w ogrodzie, których nie zdążyłam wykorzystać, a tu róża znów mi kwitnie....
- Zrobię ciasto drożdżowe z rabarbarem! – oznajmiłam domownikowi tuż przed weekendową północą.
- Uwielbiam ciasta drożdżowe! – odparł uradowany domownik, wyobrażając już sobie mega wyrośnięty placek z owocami (takich bowiem dostarcza mu moja mama).
Zabrałam się ochoczo do dzieła, bo gotowe ciasto to coś, co tygryski lubią najbardziej, tym szczególniej, że tygryskom ciasta drożdżowe wykonane własną łapką w ogóle nie rosną.
Na placku, nakłutym widelcem rozłożyłam rabarbary (obrane i pocukrzone). Trochę ich było mało,  więc się zacukałam, ale przypomniawszy sobie o słoiczkach z płatkami róż postanowiłam je zużyć. 3 nadawały się wyłącznie do wyrzucenia, ale z czwartego udało się zrobić odzysk słodkich płatków (były zmiażdżone, w cukrze) i ułożyć na cieście.
Dzieło umieściłam w nagrzanym piekarniku. Z wypiekami na twarzy zaglądałam, by podziwiać wznoszenie się konstrukcji drożdżowej, co przez 25 minut jednakowoż nie następowało. Ponieważ brzegi zaczęły się mocno rumienić, wyłączyłam piekarnik po 30 minutach i zostawiłam do ostygnięcia. Poszłam spać (dochodziła pierwsza w nocy).

Następnego dnia wyjęłam z pieca śliczne, płaskie jak pizza ciasto, twarde na brzegach za to zachwycająco smakowite w środku. Domownik otrzymał więc dodatek do porannej kawy. Trochę się zdziwił wyglądem, ale wytłumaczyłam, że to danie ekskluzywne: czy gdziekolwiek w pizzerii zje  pizzę z rabarbarem i płatkami róży? I kto powiedział, że pizza musi być na serio?
Na takie wyjaśnienie kulinarnie pogodzony z losem domownik wziął się za degustację. Poszła mu tak dobrze, że nie mam już ani okruszka pizzy, ha!



wtorek, 19 maja 2015

Mała wyprawa (rowerowa), duże odkrycia...

Zaczęłam sezon rowerowy. Nie ma się czym chwalić, wiem, bo wszyscy go zaczęli chyba w zeszłym roku, ale trudno, ja dopiero teraz. Na pierwszą wyprawę dwukołową włożyłam moje żelowe antygwałty, co by szanowne 4 litery siedzące na (żelowym) siodełku miały jeszcze miękcej. Uzbrojona zatem od dołu w żel, wskoczyłam na rumaka i pojechaliśmy na objazd wokół domu – tzn. takie skromne 10 kilometerków wałami, nad Odrą, prawie nie opuszczając Wielkiej Wyspy.

dama w glicyniiNajpierw jednak skierowaliśmy koła ku jednej firmie, bo chciałam popytać o coś tam poligraficznego. Firma była zamknięta, postanowiliśmy jednak eksplorować uliczkę, prowadzącą nad rzekę. Po drodze urzekła mnie kaskadami spływająca w dół olbrzymia glicynia - zachwycający kwiatowy krzew, który oplótł drzewo pod kościołem. Sesja zdjęciowa musiała się zatem odbyć...

Dzięki niej odkryłam, że są kościoły, które oferują w dni powszednie poranne msze święte ze... śniadaniem! Oto dowód:

plan mszy


Kontynuowaliśmy naszą podróż wśród ogródków działkowych, w stronę wody, docierając prawie naprzeciw naszego domu, ale po drugiej stronie Odry. A tu błonia przecudne, ludzie na trawie sobie siedzą, piwko piją, całują się. Zdziwienie - w życiu tu nie byłam!

Ruszyliśmy w stronę mostu Szczytnickiego, by wrócić na wyspę. Po drodze są akademiki, więc nadzialiśmy się na stada studentów, wylegujących się na kocykach, grillujących i śmiecących. No tak, juwenalia są w mieście, zapomniałam!

Podążyliśmy w stronę naszego ulubionego jazu przy ZOO, gdzie można posiedzieć na sztucznej plaży, ale setka studentów podążających właśnie w tym kierunku mocno nas zniechęciła.

Objechaliśmy zatem ZOO, mijając główne wejście (hit Wrocławia ze względu na Afrykarium – byłam w marcu, warto) i wjeżdżając na wały z innej strony. Sprawdziliśmy, jak się ma jaz Opatowicki po remoncie – podoba się, nie tylko ludziom, bo na wysepce pozostawionej na samym środku rzeki ucięła sobie drzemkę... czapla siwa. Ptaki te bardzo lubią Wrocław – koło mojego domu, w rejonie Mostów Jagiellońskich stale rezydują chyba dwie, a w pobliskim Parku Szczytnickim jest ich nawet kilka… Ta na zdjęciu jakoś bez głowy czaplawyszła, nie wiem, dla kogo ją straciła... Ale sweet focię ma. Powinni je zaobrączkować albo coś, byłoby wiadomo, czy to ta sama się kręci po okolicy, czy jednak jest ich więcej :-)

Wracaliśmy do domu mijając jaz Bartoszowice. Nie jechaliśmy jednak koroną wału, tylko dołem… Aż nagle koła nam wbiło w ziemię… bezwstydne drzewo, z siusiakiem na wierzchu! Chociaż… Mimo wszystko jednak "wstydne" - odwróciło się przecież plecami do spacerujących albo jadących po ścieżce, by nie wszyscy widzieli, że nie ma majtek... I takie to były te moje rowerowe wielkie odkrycia na małej wyprawce...

a jednak się odwrócił...

poniedziałek, 4 maja 2015

Poszukiwacze skarbów, wodospad i japońskie klimaty, czyli Przesieka i za co kocham UE...

Wielką majówkę spędziłam w Podgórzynie. Ta karkonoska gmina oraz jej najbliższe (gminne) okolice to atrakcje do kwadratu! I to dla wszystkich: turystów preferujących piesze wędrówki, zakochanych w siodełkach cyklistów, kochających siodła – koniarzy, poszukiwaczy skarbów wszelakich (w tym historycznych), wielbicieli drewnianej architektury oraz… japońskich ogrodów, tworzonych lege artis, czyli w zgodzie z japońską sztuką ich zakładania.

Podgórzyn to gmina wiejska, obejmująca kilka szalenie interesujących miejscowości, m.in. Borowice, Przesiekę, Sosnówkę. Zakwaterowaliśmy się w Podgórzynie, z widokiem na zbiornik wody pitnej Sosnówka, ale wystarczyło wystawić nogę, czyli wyprawić się na dłuuuuuuuugi spacer, by zaraz znaleźć się w Sosnówce właśnie, albo w Przesiece. Ta ostatnia górska wieś znana mi jest z czasów dawnych. Pamiętam, że w licealnych latach przyjeżdżaliśmy tu na jakieś rajdy i inne wycieczki szkolne. Później jednak tu nie zaglądałam, częściej bywając w Szklarskiej Porębie albo w Karpaczu. No to się teraz nadarzyła okazja i muszę się przyznać, że nie pamiętałam jak śliczna jest Przesieka…

Trochę historii jak z Miłoszewskiego…
Wzmiankowana była już w 1387 roku.  Mieszkańcy pracowali wówczas przy wyrębie lasu, wyrabiali  węgiel drzewny. Ponieważ nie było dróg, drwale spławiali drewno licznymi tu potokami i rwącymi strumieniami. Jeden z nich – Podgórna - tworzy szalenie malowniczy wodospad.

Jest to największa atrakcja przyrodnicza Przesieki. Woda spływa kaskadami z 10-metrowego skalnego urwiska, wokół jest cudnie. "Za Niemca" była tu nawet letnia restauracja na tarasach zawieszonych nad wodą. Na tereny Karkonoszy przybywali (już w średniowieczu) Walonowie. Mówi się, że byli to pierwsi osadnicy w tych górach, niezdobytych wówczas, wielkich i tajemniczych (po niemiecku Riesengebirge - góry olbrzymie).  Ta hermetyczna (językowo i obyczajowo) grupa cudzoziemców z okolic dzisiejszej Belgii specjalizowała się w poszukiwaniach drogocennych minerałów. Walonowie byli fachowcami od wydobywania i przetwarzania bogactw naturalnych, górnictwa i metalurgii (złota, srebra, kamieni szlachetnych), a także wyrobu szkła. Karkonosze są jednym z najbogatszych mineralogicznie rejonów w Europie, widać sława tych bogactw przyciągnęła Walonów. Pozostały po nich ryty naskalne w okolicach Przesieki: krzyż, dłoń i postać człekopodobna, które można obejrzeć na tzw. Kamieniach Walońskich. Eksplorując teren Walonowie pozostawiali dla siebie tylko zrozumiałe informacje, które ryli w kamieniu, na drzewach. Miały one formę gwiazd, słońca, księżyca, głowy, wideł, kilofa, młota, strzałek, cyfr i liter.
Walonowie opisywali też lokalizację odkrytych minerałów w tak zwanych spiskach lub księgach. Były to szyfrowane notatki i instrukcje po łacinie, w języku niemieckim, przeplatane określeniami z czeskiego. Do najbardziej znanych należy "Walońska księga z Trutnova" z 1466 roku. No i proszę, o Trutnovie pisałam tutajJeszcze w XVII w. Walonowie mieszkali we Wrocławiu, o czym wspomina N. Davies w "Mikrokosmosie", handlowali bogactwami naturalnymi na Placu Solnym.
Wróćmy jednak do Przesieki. Dopiero w drugiej połowie XIX w. walory tej miejscowości, dzięki malarzowi wrocławskiemu Adolfowi Dresslerowi, zostały dostrzeżone. To spowodowało rozwój tej wsi jako wczasowiska. W ciągu dwudziestu lat (1884-1903) prawie nieznana Przesieka stała się popularniejsza nawet od Karpacza! Zaczęły tu powstawać liczne hotele, gospody i pensjonaty. W 1911 roku miejscowość została zelektryfikowanana (nawet ulice były oświetlane). W latach w 1938 - 48 mieszkał tu wybitny grafik i malarz Erich Fuchs. 
Podczas II wojny światowej w okolicy Przesieki więźniowie z obozu Gross Rosen budowali odcinek Drogi Sudeckiej. W miejscowości znajduje się obecnie mały cmentarz więźniów zmarłych podczas katorżniczej pracy. Natomiast tuż po wojnie w przesieckiej gospodzie "Waldschloesschen" rozegrała się scena jak z filmu - odnaleziono tu bowiem zrabowane przez hitlerowców z warszawskiej "Zachęty" obrazy Jana Matejki, a także wiele innych dzieł skradzionych z muzeów Krakowa, Warszawy i Wrocławia. Oprócz skrzyń z płótnami Matejki, było tam kilkanaście skrzyń i kilkadziesiąt płócien z wrocławskich muzeów, dokumentów archiwum archidiecezji wrocławskiej oraz kilka rzeczy z Wawelu. Cała ta opowieść, jak z „Bezcennego” Z. Miłoszewskiego, w szczegółach  znajduje się tutaj: http://przesieka.pl/matejkowice.html Kilka miesięcy po odkryciu skarbów miejscowość Hain (to niemiecka nazwa wsi) przemianowano na Matejkowice, ale w czasie porządkowania nazw miejscowości na Dolnym Śląsku w marcu 1946 r. Matejkowice zamieniono na Przesieka właśnie. 
Wizerunek Przesieki lat 60 i 70-tych kreowało FWP ze swoją masową turystyką, a także szkolne i studenckie rajdy. Gdy nadszedł przełom lat 80-90- tych, nie był to dla tej wsi czas łaskawy. Z gwarnego ośrodka turystycznego zamieniła się w senną górską osadę. Obecnie jednak odżywa, ale do dawnej świetności, którą można zobaczyć na starych pocztówkach – jeszcze ciut brakuje... Mieszkańcy jednak bardzo się starają. Domy są odnawiane, powstało kilka ciekawych budynków o drewnianej architekturze. Są zadbane ogródki i wielka atrakcja: Ogród Japoński Siruwia.



Jest to wyjątkowe miejsce, chyba nawet na skalę kraju. Prywatny ogród państwa Kurowskich utworzony na powierzchni 1,5 ha, w którym znajduje się bogaty zbiór roślin ozdobnych posadzonych wśród  7 stawów. Jest duża kolekcja różaneczników - około 600 krzewów, a także roślin iglastych i bylin. Do budowy ogrodu wykorzystano ok. 50000 ton kamienia. Centralną część stanowią dwa wodospady. Pierwszy, męski ma wysokość ok. 6 m. Drugi, żeński jest dużo niższy, a woda spływa z niego łagodnie. Klimat ogrodu budują także: latarnie, ścieżki, mostki. Każdy, nawet najmniejszy element ogrodu ma tu swoje znaczenie. 
Ogród został otwarty 1 maja, ja byłam tam ciut wcześniej, gdy trwały jeszcze prace „rozruchowe”. Ponieważ gdy doszliśmy tam od strony Podgórzyna „urodziła mi się” potrzeba fizjologiczna, ucieszyłam się na widok stojącej przy wejściu do Siruwii Toy-toyki. Wchodzę, w środku pachnie, jest papier, woda, mydło, czysto, sucho. Po wyjściu z toalety wykrzykuję entuzjastycznie do przyjaciół, że kocham unię europejską! Na co panowie pracujący w ogrodzie przy roślinach ganią mnie, bo "unia nic nie ma do tego ogrodu". To im się tylko tak wydaje. Gdy nie byliśmy w Unii, Dolny Śląsk był zapyziałym regionem, gdzie skarby architektury i sztuki podziurawione kulami z czasów wojny straszyły odpadającym tynkiem, wszędobylskim błotem, kurzem i chwastami sterczącymi z gzymsów i kominów. Teraz piękniejemy. I może państwo Kurowscy za własne pieniądze zbudowali swoje marzenie – ale gdzieś je pewnie w świecie albo w wielkiej europejskiej rodzinie najpierw zobaczyli. I w Europie zapewne nauczyli się, że cywilizacja to żaden luksus, lecz normalność – można postawić toy-toykę, gdyż wokół kręcą się ludzie, a ci zawsze mają swoje potrzeby, które można zaspokajać nie zanieczyszczając pięknych górskich szlaków i lasów. Dlatego kocham unię za ten cywilizacyjny blichtr. Obecnie w Przesiece bez trudu znaleźć można elegancki lub sielski nocleg, bo pensjonatów jest mnóstwo. Jest też kultowy bar u "Wesołego Misia", a miś osobiście serwuje trunki i dania. Piliśmy np. Likier karkonoski sporządzony z 36 tutejszych ziół (a wiedzieć trzeba, że w Karkonoszach panuje - oprócz Ducha Gór - klimat alpejski i rośnie takaż roślinność). Likier to po prostu lek na niestrawność, bo gorycz piołunu czyni zeń trunek aptecznej raczej niż rozrywkowej, przydatności :-)

Tras turystycznych i rowerowych jest tu mnóstwo, nudzić się nikt nie będzie, nawet w deszcz. W deszczu właśnie wyruszyliśmy kolejnego dnia z Podgórzyna do Sosnówki, by obejść zbiornik, a wcześniej zaliczyć wieś Sosnówka, górę z ruinami "zamku księcia Henryka". Do wsi, najdłuższej w tej gminie (6 km!), której zabudowania leżą na wysokości od 370 – 720 m n.p.m. dotarliśmy całkiem przemoczeni, ale udało się wejść (pani akurat jakaś z kluczami nadeszła) do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Jeden rzut oka w środku upewnił mnie, że był to kościół ewangelicki niegdyś. Dwupiętrowe balkony boczne, drewniane,  pomalowane na biało przypominają ( w o wiele skromniejszej i mniej przepysznej skali) wnętrze kościoła ewangelickiego we Wrocławiu (w Dzielnicy 4 Wyznań), a także drewniane kościoły pokoju w pobliskim Jaworze i Świdnicy. Kościół, obecnie rzymsko-katolicki jest stosunkowo młody, z początku XIX w. 
Jest jeszcze jeden, starszy kościół, z XVIII w. (zamknięty był) ze starym cmentarzem, nieużytkowanym, ale są tam piękne epitafia z XVIII w. Ponadto jest malowniczo położony.


Od XIV wieku Sosnówka wchodziła w skład majątku Schaffgotschów.  Wieś była niegdyś centrum płóciennictwa, obecnie we wsi znajduje się najliczniejszy w Kotlinie Jeleniogórskiej zespół tzw. "domów tkaczy".  Inne ciekawe zabudowania Sosnówki to domy... tyrolskie. Budowane przez osadników z Tyrolu własnie, którzy osiedlali się na tych ziemiach dzięki przychylności władcy dla ewangelików, po wojnie trzydziestoletniej.

Wysuszyliśmy się zatem w starej karczmie, jedząc frytki, pijąc herbatę i oglądając program przyrodniczy o kałamarnicach w zatoce kalifornijskiej. Gdy wzmocnieni wyruszyliśmy dalej, pogoda postanowiła nam sprzyjać. Całkiem "susi" dotarliśmy na szczyt wzniesienia, by obejrzeć ruiny zamku księcia Henryka, pooglądać przecudną panoramę gór i zbiornika w dole.




 Zeszliśmy na skróty, rezygnując z niebieskiego szlaku, by szybciej dojść do Marczyc, skąd do Podgórzyna był już tylko rzut beretem. I tak skończyła się majówka... następna za rok!

środa, 22 kwietnia 2015

Masażysta, który pisze wiersze, malarz z trąbką oraz stremowany bard, czyli weekend w Niemcza spa...

Ostatni zjazd Klubu Sześciu Talerzy polegał bardziej na pieszczotach ciała, niż żołądka... Wybrałyśmy się bowiem do spa w Niemczy.  Weekend miałyśmy zamiar spędzić w saunie, jacuzzi, na masażach i rytuałach. 

nasz hotel...
Obiecywano nam też dania serwowane przez szefa kuchni, a my zadbałyśmy oczywiście o odpowiedni zapas "klubowego" trunku: prosecco! Jak zawsze, gdy wyjeżdżamy razem, przytrafiło nam się  parę (haha!) niesamowitych rzeczy... Oferta wyjazdu do spa była groupon'owa, więc różnie z nią mogło być. Na szczęście od strony formalnej było tak na 90% idealnie... Przybyłyśmy do Niemczy w piątek (podróżujemy busem!) po południu. W końcu to tylko 50 km od Wrocławia, więc podróż nie trwała długo. Wchodzimy do przyjemnego hotelu (został nań przerobiony dawny... szpital psychiatryczny!), a tu wita nas snujący się po korytarzach, przy recepcji, w lobby i w windzie wcale nie niebiański zapach ryby. No cóż, w katolickim kraju w piątek ryba musi być i już! Jej zapach trochę kręcił w nosie, ale ponieważ były 3 gatunki do wyboru, to my już nie kręciłyśmy niczym, tylko konsumowałyśmy. Zresztą, po pierwszej lampce wina przestałyśmy czuć jakiekolwiek niemiłe zapachy, co jest tylko dowodem na to, że to trunek mocno znieczulający na brzydotę (nie ma przecież brzydkich kobiet, tylko  wina czasem brak...), oraz upiększający człowieczą egzystencję!
Wieczorem miałyśmy zaplanowany godzinny rytuał w saunie, oczywiście wszystkie razem. Zjechałyśmy zatem w podziemia hotelu, do strefy wellness, powitał nas pan przepasany na modłę balijską - tylko ręcznikiem. Oznajmił, że będzie miał z nami saunowe zajęcia. Jak to? - trochę się zdziwiłyśmy. Na co ów: ach, sauna jest  mokra (łaźnia), we mgle  i tak nic nie widać - zapewniał. Możecie się panie czuć swobodnie (a więc rozbierzcie się do naga). Jakoś pogodziłyśmy się z jego obecnością, wchodzimy więc bez żenady do sauny, tymczasem... siedzi tu sobie jeszcze jeden pan! Gość hotelowy, i to w slipkach! Przez chwile rozważałyśmy zdarcie z niego tych slipek, ale przyszły jeszcze panie w kostiumach kąpielowych powiększając grupę tekstylnych. Jako naturystki byłyśmy jednak w liczebnej przewadze, więc tekstylnych ignorowałyśmy. Nacierałyśmy się mangowym peelingiem, pociły we mgle, pan saunowy okładał nas brzozowymi witkami po plecach, pan w slipkach opowiadał dowcipy, potem się schładzałyśmy, znów wracałyśmy we mgłę, slipki znów opowiadały kawały, my smarowałyśmy się czystym miodem. Było bosko.  W saunie zeszło nam 1,5 godziny wliczając odpoczynek na leżaczkach. Potem kontynuowałyśmy zajęcia w grupie, w największym z naszych pokojów hotelowych, w towarzystwie licznych płynów (bo trzeba się po saunie nawadniać!). Poszłyśmy spać grubo po północy. Gdzie tu przygoda? Zaraz, po kolei, przyjechałyśmy przecież na cały weekend! 
W sobotę na śniadaniu afera: nie ma kawy z ekspresu! Jest tylko lura z termosu. Nasza prezeska interweniowała na samym szczycie, ekspres musiał się jednak rozgrzać - czynił to równe 40 minut, więc wypiłyśmy kawę chyba dopiero o 11.00. A od 13.00 znów miałyśmy zabiegi (masaże gorącymi kamieniami).
Niektóre trafiły ponownie na pana saunowego, który tego dnia występował w roli  masażysty - fizjoterapeuty. Po masażach zjadłyśmy kolację (serwowano ją między 16 a 18). Tym razem szef kuchni uraczył nas 3 rodzajami smacznego na ogół (poza schabem, twardym jak podeszwa), mięsa. Gdy wreszcie skonstatowałyśmy, że potrzeba nam trochę świeżego powietrza, zaplanowałyśmy krótki z założenia (bo niedaleko hotelu) spacer do niemczańskiego rynku.

Przechadzamy się, słonko postanowiło się nam trochę pokazać, oglądamy więc zabytkowe,  XVIII-wieczne, odrapane kamieniczki. 

galeria sztuki
Miasto jest malowniczo położone, na wzniesieniu, a rynek - jak w Sandomierzu, chociaż innego kształtu, podobnie opada w dół z powodu  różnicy poziomów.  Chyba jednak włodarze miasta tej urody miasteczka w ogóle nie dostrzegają... Przechodzimy w samym rynku koło galerii sztuki i konserwacji zabytków. Przez duże szyby widzę ciekawe wnętrze i parę osób w środku, obrazy na ścianach. Śmiało wchodzę, pytam czy nie przeszkadzamy? "Nie, nie, mamy takie spotkanie rodzinne - mówi artysta, właściciel galerii. Proszę wejść, rozejrzeć się. Może zechcą panie posłuchać naszego niemczańskiego barda, który ma za 3 dni występ w Piwnicy pod Baranami w Krakowie i chce trochę poćwiczyć? Byłyby panie jego publicznością! Postawię na stół jakieś wino - kontynuuje artysta - posłuchamy go, będzie fajnie..." Och, nas nie trzeba długo namawiać! Wychodzimy na chwilę, by zanim przyjdzie bard z gitarą, obejrzeć jeszcze niemczański rynek do końca i kupić wino. W dużym tempie oglądamy Bramę Piastowską, resztki murów obronnych z granitu strzelińskiego (jest blisko wszak), zamek niemczański z zewnątrz (nie jest dostępny dla nikogo), staw. Wszystko potwornie zaniedbane, brudne, odbrapane. Jedyne akcenty kolorystyczne to kwitnące właśnie wiśnie japońskie, magnolie... Szkoda.

Kupujemy więc dwa wina (ja wybieram hiszpańskie,  bo myślę, że na wieczór poetycko-muzyczny rozgrzeje nas południowa moc i intensywność macabeo). Przybywamy do galerii. Wyraźnie stremowany bard wita nas w progu. To pan Janusz Małolepszy, na co dzień restaurator zabytkowych samochodów. 


Oprócz naszej szóstki publiczność stanowią: artysta malarz i konserwator zabytków Mirosław Zygadło - właściciel lokalu, jego żona, szwagierka oraz dwie nastoletnie dziewczynki - córki. W sumie jest nas 11 słuchaczy. Rozsiadamy się przy wielkim drewnianym stole. Na nim piękna 2-litrowa butelka wina wyprodukowanego przez artystę z poniemieckich śliwek... Rodzina zajada pizzę, którą nam również zaraz przynosi pan Mirosław. Okazuje się, że w lokalu prowadził kiedyś pizzerię - sprowadzał mąkę z Włoch, dodatki, ale w Niemczy  na pizzę za 20 zł nie było chętnych. Tu bieda, że aż piszczy, więc pizzerię p. Mirek zamknął i zrobił galerię obrazów - trochę ma tu własnych, trochę dzieł znajomych. Nie sądzę, by było tu wielu koneserów sztuki, bo dzieła od pizzy dużo droższe. Niech zatem Niemczanie żałują, bo pizza jest chrupiąca, wspaniała! Talent kulinarny się zmarnował! Pierwszy raz zjadłam pizzę z brzegami (zawsze je zostawiam, bo mi nie smakują). Poza tym p. Mirek na co dzień mieszka w Warszawie i często podróżuje po Polsce, a to celem... konserwacji dzieł sztuki. Zakochany jest w Niemczy, pochodzi z jej okolic, a latem chce zorganizować plenery malarskie, przygotowujące do obchodów 1000-lecia bitwy pod Niemczą (w 1017 roku cesarz Henryk II oblegał bezskutecznie miasto).
Ale zaczyna się dziać muzyka... Pan Janusz chwyta w dłoń czarną hiszpańską gitarę i rozpoczyna koncert, który przygotował na wtorkowy występ w Krakowie. Są to jego własne kompozycje do wierszy K.I. Gałczyńskiego.
Bosz, jakże dawno ich nie czytałam, a na tomie poezji Gałczyńskiego przecież uczyłam się pisać mając lat 5! W fazie nastolęctwa przeżyłam fascynację tym poetą. Dawno o tym zapomniałam, a teraz.... wzruszyłam się po prostu. Obiegałam wzrokiem wiszące na ścianach płótna, by koleżanki z klubu nie widziały moich łez... Janusz grał po prostu wspaniale, zrobiło się lirycznie i tkliwie. Jego trema szybko ustąpiła, powiedział mi potem, że to dzięki mojemu życzliwemu uśmiechowi... Jak się nie uśmiechać w takiej chwili?
Po kilku utworach p. Mirek prosi barda o zagranie "wierszy niemczańskich". Dopytujemy się, co to za wiersze. Pan Janusz zdradza nam, że śpiewa utwory lokalnego poety, Miłosza Wrzesińskiego, którego na pewno znamy. Nie bardzo dowierzamy, ale okazuje się, że poetą jest (wydał 2 tomiki!)... pan saunowy, masażysta-fizjoterapeuta ze spa!!!! A to dopiero niespodzianka! Wiersze są świetne, po prostu niesamowite. Dowiedziałam się później, że Miłosz jest też historykiem z wykształcenia, był radnym Niemczy, chociaż pochodzi z Bielawy. Jednak Niemcza to ta "mała ojczyzna", którą opisuje. Tych, które śpiewał p. Janusz Małolepszy nie znalazłam w sieci, ale cytuję inny, równie moim zdaniem, doskonały:

przypadkiem wiem że te ławki
pomalowano środkiem do konserwacji trumien
środek jak środek nie ma co liczyć na jakąś wieczystą gwarancję
ale jak oni się teraz nieprzyzwoicie rozkładają
nic tu nie jest nowe
zgrane gesty imitują spokój
czas jak kropla mleka co spadła
z potrąconej na wyboju bańki
na oparcie siedzenia podmiejskiego autobusu
zamienia się w smugę kurzu
nawet mogący uchodzić za ducha tego miejsca
uwięziony na rozmokniętej kartce gazety
richard gere były mąż eksmodelki
ucząc się sztuki niewidzialności
blaknie w końcu nawet on stąd zniknie
bo to straszne zadupie

Miłosz Wrzesiński

Jestem tak zachwycona, że zaczynam przekonywać barda, by włączył niemczańskie wiersze do swojego koncertu w Krakowie, choćby i nie pasowały do tytułu, bo to ma być Zaczarowana dorożka w hołdzie dziadkowi p. Małolepszego, który był dorożkarzem w Kielcach...
Gadamy, gadamy, dziewczyny oglądają obrazy p. Zygadło (i nawet kilka kupują). Wieczór coraz gorętszy, bo wino smakowite (i to ze śliwek, i to hiszpańskie). Bard namawia malarza, by zagrał z nim, bowiem p. Zygadło grywa czasem na trąbce. No to robią jam session gitarowo-trąbkową, mimo, że malarz twierdzi, że ostatni raz grał pół roku temu. Jakże mu zazdroszczę, bo całkiem zgrabnie mu to idzie. Ja, niedoszła saksofonistka altowa.... 
Wychodzimy z galerii późnawo. Robię zdjęcia nocnej Niemczy - wychodzą wręcz bajkowe. 
Obiecujemy sobie, że nazajutrz, na zabiegach poprosimy pana Miłosza w spa o autograf! Jednak nic z tego, w niedzielę poeta ma wolne. Jaka szkoda!!!!!!!!!