niedziela, 28 maja 2017

Alfa! Alfa!

To, że od kilku lat wielbię moje auto, czyli Alfę Romeo 159, wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. Czekałam na następcę tego modelu, Gulię, ale przyznam szczerze - ten długo wyczekiwany przez wszystkich alfisti design mnie osobiście nieco rozczarował, więc zostanę przy swoim, niemłodym już modelu, który wciąż robi na mnie ogromne wrażenie. To miłość, która od nowa rozkwita, gdy tylko podchodzę do mojej Belli: z przodu, z boku, z drugiego boku, z tyłu. Ochchchchchchch....

Ostatnio czytałam świetny polski kryminał Anny Klejzerowicz "Zaginione miasto" i oprócz intrygi archeologiczno-kryminalnej, sprawnej akcji i dialogów, autorka dodatkowo ujęła mnie swoim zachwytem nad Alfą Romeo. Oczywiście, nie wymienia mojego modelu, ale limuzyna tak piękna (w książce) może być tylko jedna: 159-ka.... W powieści alfą jeździ wprawdzie morderca, ale co mi tam!

A dziś inne, zabawne zdarzenie: miałam spotkanie w małej miejscowości, no, właściwie dużej wsi nieopodal Środy Śl. W roli kierowcy (i dla funu) pojechał ze mną mąż, który siedział na ławeczce i czytał książkę, podczas gdy ja dwie godziny pracowałam. Małe osiedle bloków, podwórko, sąsiedzi siedzący na ławeczkach, swojskie klimaty, dzieciaki. I nagle pojawiają się dwaj małoletni (Andrzej twierdzi, że mieli może z 8 lat...) wielbiciele motoryzacji. Chłopcy idą wzdłuż różnych zaparkowanych pod blokiem samochodów, oglądając je. Nagle jeden staje jak wryty przed moją alfą i mówi do kolegi: ty, patrz, to chyba lamborgini jakieś! Ale wóz! Cmokają z zachwytem, po czym ten pierwszy przechodzi na tył auta i znów wykrzykuje: ale ty zobacz, z tyłu jak wygląda, no! Małolaty były pod wrażeniem. Prawdziwi koneserzy, w przyszłości - alfisti, o!

I trzeci kamyczek do mego alfowego ogródka: umawiam się z koleżanką na wymianę czegoś tam, ja w aucie, ona z mężem, też w aucie, mijamy się samochodami bok w bok, z mężem koleżanki rozmawiam przez okno. On: "ależ ty masz piękne auto!" - wykrzykuje z zachwytem. Wiem, dziękuję - odpowiadam. Na co ów: "jak to mówią, każdy prawdziwy fan motoryzacji powinien przynajmniej jedną alfę mieć w życiu". Nic dodać, nic ująć!

                                             Ja tam z moją Bellą mogłabym nawet sypiać!

środa, 24 maja 2017

Wokół Bonda...

Nie żyje Roger Moore, wspaniały aktor, którego bardzo, bardzo lubiłam. Może akurat nie za 7 ról Bonda, bo z odtwórców tej postaci podobał mi się najmniej jako dość szowinistycznie nastawiony do partnerek (oczywiście jako James!), lecz pamiętam go z mego dzieciństwa, z innych świetnych filmów...

Roger występował przecież w serialu Ivanhoe! Zdaje mi się jednak, że jako Simon Templar w "Świętym", razem z serialem "Randalf i duch Hopkirka" był odpowiedzialny za moje dziecięce marzenia, by zostać w przyszłości detektywką. Czy można było mu się oprzeć?:

https://www.youtube.com/watch?v=OxQcpmC9RTY

Kilka lat temu, gdy zafascynowałam się historią zakonu Templariuszy, gdzieś po drodze natknęłam się na informację, że nazwisko bohatera "Świętego", Simona Templara to w tłumaczeniu Szymon Templariusz. Wydaje mi się, że snuto hipotezę o związkach autora cyklu powieści o Simonie, a tym zakonem właśnie, o proszę!:

https://www.youtube.com/watch?v=Ypm1kPgVKjM

Wracając jednak do najsłynniejszej jego roli, Jamesa, oto ulubiony mój odcinek (ze względu na muzykę Duran Duran):

https://www.youtube.com/watch?v=k9qOXILOe38

Bond spina klamrą dwie ostatnio zmarłe osoby: Rogera oraz Chrisa Cornella, który napisał muzykę do Casino Royale, a który kilka dni temu powiesił się po koncercie w Detroit. Za tę piosenkę Chris otrzymał nagrodę Grammy:

https://www.youtube.com/watch?v=867iyhVFyEw

 

 

 

wtorek, 16 maja 2017

Niezapomniana niezapominajka

Trochę z opóźnieniem zorientowałam się, że wczoraj (15 maja) był Dzień Niezapominajki (to z gatunku śmiesznych świąt). A ten wdzięczny kwiat rozsiał się w moim ogrodzie i właśnie pięknie go wybłękitnił.

Ilekroć wchodzę do ogrodu w te niebieskie obłoki pod stopami, przypomina mi się harcerska piosenka o niezapominajce: "...rośnie nad potoczkiem, rośnie nad potoczkiem, patrzy modrym oczkiem. Gdy ktoś płynie łódką, śmieje się cichutko i (coś tam) skromnie: nie zapomnij o mnie!"

Według legendy, kiedy Bóg stworzył wszystko i ponazywał, zapomniał nadać imię małemu niebieskiemu kwiatkowi. Kiedy ów się o imię upomniał, Bóg postanowił, że teraz będzie się nazywał niezapominajką.

Według innej legendy rycerz rwący kwiaty nad strumieniem dla damy swego serca pośliznął się nieszczęśliwie i wpadając do wody krzyknął do ukochanej: nie zapomnij o mnie! 

Prawda, że cudna jest? Pojawiła się u mnie dzięki jakiejś jednej sadzonce, teraz w niezapominajkach mam cały ogród. W tym roku cieszy oko nawet biała odmiana, czekam jeszcze na różową, bo i takie widziałam…








niedziela, 14 maja 2017

Tajemniczy szpital Joannitów, czyli zagadka Mokrzeszowa

Przez lata fascynował mnie ogromny budynek z żółtej cegły, położony na lekkim wzniesieniu w małej miejscowości, który mijałam wracając z okolic Wałbrzycha do Wrocławia. Wcześniej nie zatrzymywałam się nawet, bo mieściła się w nim jakaś szkoła czy ośrodek. Dopiero kilka dni temu, gdy wracałam z Książa, zatrzymałam się tu wreszcie.

Obiekt zasmucił mnie opłakanym stanem powybijanych szyb i dramatem opuszczenia. A pamiętam, że był całkiem „żywy” jeszcze tak niedawno... Brama wjazdowa zamknięta łańcuchem, stałam więc przy niej, wciskając głowę między kraty, by jak najwięcej zobaczyć. Nagle pojawił się jakiś pan… Gdy zapytałam jakim sposobem wszedł za parkan, uśmiechnął się i pokazał mi pęk kluczy. Po kilku moich pytaniach o historię budynku (dostrzegłam bowiem białe krzyże maltańskie na czerwonym tle w ozdobnych plafonach nad niektórymi oknami – symbol Zakonu Joannitów) i krótkich negocjacjach, pan postanowił pokazać nam wnętrza budowli. 



Przeszliśmy na tyły obiektu mijając pozostałość okazałej fontanny od frontu. Za budynkiem znajduje się niewielki ogród i drzwi – chyba dla dostawców. Najpierw zeszliśmy do piwnic. Resztki kolorowych mozaik na podłogach, puste, zdewastowane pomieszczenia, które wg słów naszego przewodnika jeszcze dwa lata temu były wyposażone w sanitariaty, jedna sala obita sklejką w roli boazerii – cud dekoratorstwa z lat 70. (tu mieściła się szkolna stołówka z czasów, gdy budynek należał do szkoły rolniczej).


Potem zaczęliśmy zwiedzać wyższe kondygnacje. Labirynt długich korytarzy, po których bez wahania prowadził nas nasz przewodnik zaczął mi sugerować przeznaczenie obiektu: na klasztor cele byłyby zbyt obszerne. Może więc szpital? Szpitalnicy w końcu w tym się specjalizowali – wznosili takie obiekty, w których leczono ludzi. Najpierw pielgrzymów w Ziemi świętej, potem m.in. na Malcie – w siedzibie komandorii Zakonu. Ale jaki jest ten mokrzeszowski szpital! Olbrzymie sale, szerokie korytarze, obszerny hall, imponująca klatka schodowa. Nawet jest tu kaplica z małym chórem.



Weszliśmy też na strych, skąd przez okrągłe okno bez szyby podziwialiśmy okolicę.

Spadzisty dach został „dokomponowany” w czasach PRL, pierwotnie był płaski, chociaż budowla stylizowana jest na gotyk, ale neogotycka.


Nasz przewodnik opowiadał o swojej walce z lokalnymi wandalami, którzy wciąż włamują się do obiektu bezsensownie niszcząc to, co ostatni właściciel, obywatel niemiecki, chciał tu wyremontować. Podziękowaliśmy za oprowadzenie, daliśmy datek na karmę dla licznie tu mieszkających dzikich kotów i się pożegnaliśmy.
Szpital ma naprzeciwko kościół i cmentarz, który z szosy wygląda bardzo obiecująco, kusząc starymi nagrobkami wmurowanymi w mur cmentarny. Jednak to tylko atrapy – większość oryginalnych, poniemieckich kwater jest zajęta przez współczesnych zmarłych… Szkoda.



Dopiero po powrocie do domu zaczęłam szperać w Internecie, poszukując informacji o tym niezwykłym obiekcie. Budynek nie jest stary – powstał pod koniec XIX w., w 1890 r. z takim właśnie przeznaczeniem, a to dzięki byłemu właścicielowi tej miejscowości, który w testamencie zapisał swoje dobra Zakonowi Kawalerów Maltańskich (Joannitom). Miał tu powstać szpital i dom starców. I powstał obiekt naprawdę okazały.

Skąd jednak wzięli się tu Joannici? Nie będę całej historii tego zakonu na naszych ziemiach opowiadać, ale natrafiłam na ciekawe dwie notki. W dodatku wiążą one to miejsce z właścicielem pobliskiego zamku Książ. Otóż, za panowania pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III (1770-1840) ustawą z 1812 roku założono ewangelicki rycerski zakon joannitów z siedzibą we Wrocławiu (Śląskie Stowarzyszenie Zakonu Joannitów). Członkami tego stowarzyszenia byli np. książę Jan Henryk XI Hochberg i ówczesny starosta pszczyński Stanislaus von Seherr-Thoss. W Pszczynie znajdował się okazały pałac Hochbergów, a księżna Daisy von Pless była najsłynniejszą mieszkanką zarówno pszczyńskiego pałacu jak i zamku Książ. W Pszczynie powstał również szpital Joannitów - w 1865 r. Umowę zawarł ze Starostą von Seherr-Thossa, będącym jednocześnie pełnomocnikiem Ewangelickiego Zakonu Joannitów Prowincji Śląskiej - honorowy kawaler zakonu, książę pszczyński Jan Henryk XI Hochberg. Książę odstąpił grunt pod budowę szpitala, załatwił wszelkie formalności oraz dał 6000 talarów na koszty budowy i 1000 talarów rocznie na koszty utrzymania szpitala. W zamian stowarzyszenie zapewniało 10 łóżek dziennie na potrzeby księcia.

Wyobrażam sobie, że podobny kontrakt mógł powołać do życia szpital w Mokrzeszowie. Widziałam zdjęcia nieistniejącego dziś szpitala w Pszczynie – w porównaniu do obiektu w Mokrzeszowie budynek był mały i nieciekawy architektonicznie. Zresztą, ów Związek Śląski Joannitów zbudował w r. 1870 duży szpital św. Juliana w Rybniku, w r. 1871 szpital św. Jadwigi w Trzebnicy, w r. 1893 szpital dziecięcy św. Anny we Wrocławiu i wiele innych. Pierwsza wojna światowa zaktywizowała cały Zakon Maltański, w tym również nowo powstałe związki narodowe. W czasie I wojny światowej podobno leczyli się tu, w Mokrzeszowie, niemieccy piloci. Podobno było tu 85 łóżek – osobiście wydaje mi się, że było ich znacznie więcej, sądząc po rozległości sal, ale nie jestem ekspertem. Znalazłam informację, że rocznie hospitalizowano tu 400 pacjentów,  w tym też umysłowo chorych. W okresie między wojnami mieściło się tu sanatorium. Jest też wzmianka, że wskutek trudności finansowych zakon pozbył się posiadłości na rzecz jakiegoś żydowskiego kupca, który z kolei  musiał z wiadomych względów się stąd ewakuować i zabrać całe cenne wyposażenie szpitala. Skarbów więc w obiekcie nie ma, co nie przeszkadza lokalnym wandalom pruć drewnianych parkietów w niektórych salach…

Najbardziej mroczny okres w historii szpitala rozpoczyna się w latach 40., gdy miała tu działać jedna z placówek „Lebensborn”. Był to projekt Himmlera, wg niego w licznych tzw. „Domach Matek” wybrani aryjscy żołnierze na turnusach pobytowych zapładniali mieszkające tu wyselekcjonowane aryjskie Niemki. Urodzone z tych związków dzieci miały być przyszłością Rzeszy – niemowlęta były jednak odbierane matkom po kilku miesiącach od narodzin i wysyłane w głąb kraju. Nie ma dowodów na to, że w Mokrzeszowie działał taki osobliwy „szpital położniczy”, jednak z drugiej strony są liczne relacje naocznych świadków, a nawet udało się zebrać informacje od ok. 150 takich sierot, poczętych w ośrodkach „Lebensbornu””. Brzmi to wszystko bardzo tajemniczo, ale nie zapominajmy, że Mokrzeszów leży w epicentrum tajemnic – w pobliżu jest zamek Książ z podziemiami, w których naziści mieli produkować coś niesamowitego, podobnie jak w jeszcze bliższych  Świebodzicach, w których produkowano dziwnie promieniującą broń rodem z Kosmosu…

Po wojnie mieszkali w szpitalu żołnierze radzieccy (do 1947 roku), potem była tam szkoła rolnicza, ośrodek szkoleniowy. W połowie lat 90. pojawiła się szansa dla opuszczonej budowli. W 1995 roku dawny szpital Zakonu Maltańskiego nabył Alexander D. z Bawarii. Miały być wielkie remonty, plan uruchomienia hotelu, jednak do dzisiaj nic nie zrobiono. A właściciel jest, zdaje się, poszukiwany i w Niemczech i w Polsce…

Podobno mieszkańcy Mokrzeszowa zawiązali stowarzyszenie, mające na celu obronę zabytku. Czy dadzą radę - bez funduszy i jakichkolwiek praw własności?

wtorek, 2 maja 2017

Majówka w najbardziej oblężonej atrakcji turystycznej Dolnego Śląska...

Festiwal Kwiatów i Sztuki na Zamku Książ odbywa się od wielu lat, zawsze na początku maja. Nigdy wcześniej nie byłam tam w tym okresie, aż do dzisiaj. Oto relacja z najbardziej oblężonej imprezy majówkowej na Dolnym Śląsku! 

Sam zamek Książ jest już ogromną atrakcją turystyczną. Natomiast "podkręcony" jeszcze festiwalem kwiatów i sztuki - po prostu pękał w szwach, co trudno mi było sobie wcześniej wyobrazić. Zamek jest przecież rezydencją potężną i rozległą. Ma jednak swoją pojemność, jak się właśnie okazało...
Najpierw zaskoczył nas aż trzykilometrowy korek aut na dwóch pasach, by wjechać na parking, i tak dodatkowo poszerzony na czas festiwalu na okoliczne łąki. Potem długi spacer, ciągi handlowe i gastronomiczne, toy-toyki i... blisko stumetrowa kolejka ludzi czekających, by wejść do zamku. Mieliśmy bilety zakupione w internecie, jak większość "staczy kolejkowych" zresztą, bo przy kasach prawie nikogo nie było. Przyznam szczerze: wkręciliśmy się do węża, słowo daję, nie lubię takich metod, ale złamałam się dzisiaj... Tego tłumu się po prostu nie spodziewaliśmy! Dzięki tej śmiałej decyzji na wejście do zamku czekaliśmy jedyne pół godziny... 
Ludzi tłumy, ścisk jak w Bangkoku. Na przedzamczu (czy podzamczu) urocze dziewczyny, ubrane w kwiatowe suknie witały przybywających:

Jednak najważniejsze festiwalowe instalacje florystyczne, z pogranicza bukieciarstwa i sztuki rozstawione zostały w przepięknych salach zamku:



Trasa była długa, ciągnęła się przez piętra i zakamarki, po drodze "zaczepiało oczy" mnóstwo dodatkowych atrakcji: stoiska z biżuterią, ciuchami, wyrobami rzemiosła, miodem, kwiatami żywymi (storczyki) i setki innych... Napatrzyliśmy się i na wnętrza samego zamku - sale bardzo pięknie odrestaurowane, jak i na kwiatowe kompozycje przestrzenne.



Dla mnie najbardziej porywająca instalacja to ta w sali balowej:

Obejrzenie tego wszystkiego zajęło nam kilka godzin. Ludzi wciąż przybywało, to niesamowite, że organizatorzy jakoś to ogarniali. Ponieważ wszędzie obowiązywał ruch jednokierunkowy, z zamku wyszliśmy na tarasy, stąd znów potrzebowaliśmy kilkunastu minut, by dostać się do bramy prowadzącej na zewnątrz.


Mimo ogromnego ścisku warto było zobaczyć tę atrakcję. Jeśli zaplanujecie taki wypad na festiwal do Książa, czy to jeszcze w tym, czy w przyszłym roku, mam jedną radę: załóżcie z góry, że dojazd i dojście do zamku zajmie wam kilka godzin! I nie niecierpliwcie się - w końcu zobaczycie coś naprawdę niesamowitego!

Kolejną niesamowitą atrakcję zwiedziliśmy w drodze powrotnej: w Mokrzeszowie znajduje się zrujnowany mocno (czy raczej zdewastowany) szpital z końca XIX wieku, zbudowany tu przez Zakon Joannitów. Dzięki uprzejmości pana pełniącego tam charytatywnie rolę stróża, zwiedziliśmy obiekt od piwnic po strych. Nie wiem, co ciągnie mnie do takich miejsc, ale jestem przeszczęśliwa mogąc dowiedzieć się czegoś więcej...

Obie budowle jakoś dziwnie się ze sobą łączą, przez osobę księżnej Daisy - panią na zamku Książ, która w Mokrzeszowie też miała swoje ustronie - tzw. jeziorko. No ale to temat na inny wpis. zapraszam, poszukajcie na blogu!






poniedziałek, 1 maja 2017

Niedziela skarbów w Festung Breslau

Jaka jest majówka tegoroczna - każdy widzi. Kiedy więc zobaczyłam dziś rano we Wrocławiu słońce, natychmiast zachciało mi się wycieczki, chociażby maciupkiej. I rowerowej na dodatek, bo to trzy w jednym (moja ulubiona formuła): kolanko zostanie trochę rozruszane, aktywność fizyczna odfajkowana, a i może jakieś tereny zeksplorujemy nowe, a nieznane nam dotąd. 

Muszę przyznać, że na męża i google zawsze mogę liczyć - wynaleźli w trzy minuty atrakcję turystyczną i to w odległości paru kilometrów od domu: fort piechoty z czasów I wojny światowej. No to na koń!


Wspomniany fort znajduje się na terenie dzielnicy Sołtysowice i jest nazywany Lisią Górą. W sąsiedztwie tylko ogrody działkowe, więc betonowe konstrukcje z przeszłości systematycznie zasypywane są przez działkowiczów odpadami ogrodniczymi. Z tego chyba powodu, jeszcze zanim dostrzegłam fort, moje oczy porwał kwiat, pyszniący się w malowniczych chaszczach. Z pożądaniem w oczach i jednoczesnym ubolewaniem nad faktem, że nie zabrałam żadnej saperki do wykopków, wytargałam roślinę, prawie metrowej wysokości (no dobrze - pół metra ma!) i wpięłam w rowerowy bagażnik. Potem roślinka wylądowała w plecaku.



W tym czasie mój mąż chodził po obwarowaniach, zafascynowany rozległością konstrukcji. I lekcją historii, bo jakoś do tej pory nie wiedzieliśmy, że Festung Breslau to nie jest termin z czasów II wojny światowej. Już bowiem w 1889 roku naczelne dowództwo armii niemieckiej podjęło decyzję o utworzeniu tu twierdzy, którą nota bene budowano ponad pół wieku. W pierwszym etapie tworzenia tego zamysłu militarnego powstała większość umocnień. Pozostałe obiekty powstawały w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej.
Fort nr 4 to obecnie kompleks obiektów (betonowych), znajdujący się w dość opłakanym stanie, aczkolwiek ściany stoją solidnie. Są tu schrony, bunkry i zespoły forteczne, unikatowe na skalę Europy. O ich wyjątkowości stanowi także różnorodność tych budowli, staranność, z jaką zaprojektowano każdy element. 
Bardzo ciekawy jest np. ciąg  murów - betonowa linia okopów. Nawet dla baby wygląda to bardzo interesująco.

Mimo wszystko nie miałam ochoty pobrudzić sobie malinowych tenisówek błotem, więc nie weszłam na teren fortu. Zostałam przy rowerach, rozglądając się pilnie za kolejnymi skarbami. Niekoniecznie roślinnymi. Moje oko spoczęło na wyjątkowej urody cegle. Jej kształt i kolor był niezwykły, pomyślałam sobie, że może przyda się jako stojak na parasol w ogrodzie. Kiedy podekscytowany militarną budowlą mąż wrócił z obchodu fortu, ja zdążyłam już wytargać cegłę z mokrego podłoża i zamontować ją na bagażniku mężowego roweru. Biedak tylko jęknął, ale przywykł już do tego, że musi zwozić różne rzeczy z wycieczek - a to kamienie polne, albo korzenie szczególnie malownicze itp. Natomiast "malownicza" cegła z fortu wygląda tak:


Prawda, że cudna????

Mam nadzieję, że jest równie zabytkowa jak sam fort. Już cieszy me oko w ogrodzie, podobnie jak roślina, którą zdążyłam dzisiaj posadzić. Tu w drodze do domu:


A, i kiedy już opuszczaliśmy fort, znalazłam jeszcze jeden skarb, monetarny tym razem. Na ścieżce, w błocie, wypatrzyłam monety. Niestety, nie zabytkowe, ale całkowicie współczesne. 7,90 zł. dokładnie... Cóż, jak to mawiali starożytni Rzymianie: "pecunia non olet".... Co za niedziela skarbów!


wtorek, 11 kwietnia 2017

Napady upierdliwości konsumenckiej, czyli jak doprowadzam koncerny do rozpaczy…

1366228934_ets7fm_500Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale co parę lat mam napady wyjątkowej upierdliwości jako konsument(ka). Oczywiście nigdy tego nie planuję, po prostu splot wyjątkowych wydarzeń sprawia, że najpierw się zeźlę, następnie zawezmę i na koniec nieźle podręczę potężne skądinąd  instytucje - aż do upierdu!

Kilka lat temu zawzięłam się na „Placuszki z jabłkami” (w proszku) Knorra. Powód zawzięcia nie był planowany – zwyczajnie bowiem, z kulinarnego lenistwa nabyłam drogą kupna wspomniane placuszki w proszku. Gdy jakąś wieczorową porą postanowiłam zabłysnąć przed mężem własnoręcznie wykonanymi delicjami, ochoczo wzięłam się do roboty, ostrząc sobie zęby na słodką przekąskę. Po rozrobieniu proszku i dodaniu świeżego jabłka, gotową masę placuszkową wypróbowałam organoleptycznie i… co za rozczarowanie! Słoność czułam, słoność wielką, nic poza tym! Brnęłam jednak dalej w tę kulinarną katastrofę, smażąc je i posypując cukrem-pudrem, podejrzewałam bowiem, że smak mi się zmylił i po usmażeniu placuszki będą OK. Nie były. Smakowały jak solone śledzie z beczki z dodatkiem jabłka. Nie dało się tego spożyć, domownicy (w liczbie 2 sztuk), na ogół tolerujący bardziej ode mnie słone potrawy, również odmówili konsumpcji placuszków. Delicje (in spe) wylądowały więc w koszu, a że była tam też torebka po placuszkowym półprodukcie, wydobyłam ją z kubła, bo zaświtał mi pomysł, że trzeba domagać się kulinarnej sprawiedliwości. To był właśnie wspomniany w tytule atak konsumenckiej upierdliwości – i nie chodziło, zapewniam, o zwrot pięciu wydanych na ten proszek złotych, ale o zasadę. No bo jak to: człek ma smaka, kupuje, przyrządza z miłością i wywala do kosza, bo tego się nie da zjeść! Nie może tak być, żeby producent się o tym niezadowoleniu nie dowiedział!

Torebkę z resztami placuszkowego proszku na folii (niedużo tego było, fakt, ale dla pobrania próbki – wystarczy) starannie zapakowałam do koperty i wysłałam do PIH-u w moim mieście. PIH to Państwowa Inspekcja Handlowa. Opisałam zdarzenie oraz wysnułam hipotezę, że zawartość soli w tym produkcie zdecydowanie przekracza normę, oraz uniemożliwia spożycie w/w produktu i powinni zwrócić na to uwagę wewnętrznej kontroli jakości w firmie Knorr.

Po miesiącu otrzymałam poleconą odpowiedź, w której mnie informowano, że PIH w moim mieście wysłał moją skargę do PIH-u w mieście producenta (gdzie ma zarejestrowaną siedzibę), czyli bodaj do Poznania (niedokładnie dziś pamiętam kolejność miejscowości). Po miesiącu otrzymałam polecony z Poznania, że sprawę przekazują bodajże do PIH-u w Krakowie, bo tam mają stosowne laboratorium. Po miesiącu otrzymałam polecony z Krakowa, że przekazują moją sprawę do odpowiednika PIH-u na Węgrzech, bo tam tak naprawdę produkowane są Knorrowe placuszki.

W tym momencie placuszki zaczęły robić międzynarodową aferę, a ja zaczęłam mieć jakieś lęki. Śniły mi się wielkie laboratoria, po których błądziłam jak w labiryncie, uciekając przed inspektorami PIH-u ubranymi tylko w placuszki i wymachującymi wielkimi pipetami.

Po kolejnym miesiącu dostałam polecony, znów z Krakowa, że od Węgrów dowiedzieli się tyle, iż w badanej partii placuszków nie zauważono żadnego przekroczenia norm zawartości soli. Wymieniono je w procentach, blablabla, na koniec stwierdzono, że Knorr został poinformowany o moich konsumenckich zastrzeżeniach.

Uuuups! Gratulowałam sobie sprytu, że wszystkie pisma do PIH-u podpisywałam starym adresem zameldowania, bo powoli zaczynałam się obawiać, że moja akcja zatoczyła już takie kręgi, że z czystej zemsty za upierdliwość Knorr wyśle do mnie TIR’a i wyładuje cały zapas placuszków w proszku na moją wycieraczkę.

Tak się jednak nie stało. Dostałam od Knorra polecony pakiecik, w którym były 2 opakowania placuszków, jakieś budynie i zupa fasolowa oraz rodzaj przeprosin, a raczej ubolewania, że tak mi nie smakowały placuszki. Ja jednak nie dałam się już przekupić. Placuszków więcej nie tknęłam i Knorra produktów unikam, nazywając go sobie pod nosem… knurem.

Placuszkowa afera przypomniała mi się, bo ostatnio wzięłam sobie na tapetę pewien suplement diety i koncern farmaceutyczny. W kwestiach zdrowia, zwłaszcza mojej mamy, jestem bowiem jeszcze bardziej upierdliwa. A było tak: mama dostała zapalenia pęcherza moczowego. Dolegliwości zmusiły ja do zaudania się do apteki, w której farmaceutka poleciła jej jakieś tabletki żurawinowe. Mama zażyła czerwone w kolorze pastylki, a następnego dnia rano postanowiła i tak dać do analizy próbkę moczu, w tym celu dokonała stosownej czynności. W pojemniczku oprócz płynu zauważyła jednak dwa obiekty, wielkości koralika, w różowawo-czerwonym kolorze. Wezwana na konsultację nie umiałam jej powiedzieć, co to jest, podpowiedziałam, by dała to do analizy razem z cieczą. Tak też zrobiła, ale w międzyczasie wpadła na pomysł, że to musiały być resztki tabletek, ponieważ zjadła tylko dwie (a koraliki były też dwa, idealnie okrąglutkie i wielkości ziela angielskiego), w podobnym kolorze.  Nie wydawało mi się to możliwe, by tabletki nie rozpuściły się po zażyciu i zostały w takiej formie wydalone z moczem, ale w zasadzie innej hipotezy chwilowo nie miałam. Miałam za to kolejny atak upierdliwości konsumenckiej.

Po analizie opakowania tabletek znalazłam podmiot odpowiedzialny i postanowiłam tam zadzwonić, by zgłosić działania niepożądane. Mimo że nie był to lek, a jedynie suplement diety, jednak uznałam, że taka informacja należy się producentowi.

Mój telefon wywołał w tej firmie lekką panikę. Poproszono mnie o cierpliwość, potem rozmawiałam z dwiema osobami, które starały się zapewnić mnie o absurdalności takiej sytuacji. Wysunięto nawet hipotezę, że obiekty wypadły mamie z całkiem innego otworu! Oburzająca insynuacja, chyba się wie, co skąd wypada podczas trzymania małego słoiczka w przysiadzie nad muszlą klozetową???

Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że laboratoriom analityczne, które badało próbkę moczu z obiektami, obiekty te całkowicie zignorowało... Sprawa została nierozstrzygnięta – tzn. koncern farmaceutyczny upierał się, że koraliki to nie ich robota, my byłyśmy przekonane, że to nic innego, tylko resztki tabletek żurawinowych.

Aż do dzisiaj. Okazało się bowiem, że mama cierpi na kamicę pęcherza. Dziś wydobyto z niej jeszcze 17 takich obiektów. Najświeższy atak upierdliwości konsumenckiej zakończył się więc moją porażką. Nie cierpię specjalnie z tego powodu, bo ataki przychodzą i odchodzą, cóż taka ich natura, hihi. Najważniejsze, by był fun&action!

środa, 5 kwietnia 2017

Facebook, czyli zjawisko bilokacji

Od jakiegoś już czasu zastanawiały mnie niektóre posty znajomych na facebooku, zwłaszcza te relacjonujące uczestnictwo w jakichś wydarzeniach. A to ktoś z miasta oddalonego ode mnie o 300 kilometrów meldował się, że wziął udział w nocnym koncercie w moim mieście, nie dając nawet znaku pobytu, a do rodziny należy, więc wypadało!

Ktoś inny znów zwierzał się, że jest w drodze np. do stolicy, a ja spotykam tego kogoś za parę godzin spokojnie kupującego kiełbasę w osiedlowym sklepie. Te i podobne przypadki zdarzają się od czasu do czasu, powodując mętlik w mojej głowie, ale wiem, że niektórzy lubią się lansować, więc sprawy nie rozgryzałam, co mnie to w końcu... No właśnie.

Jednak dziś doszło do przełomu. W największe zdumienie, wręcz osłupienie wprawił mnie bowiem mój znajomy mechanik samochodowy. Otóż, mam kłopot motoryzacyjny i chciałam upewnić się, że w zakres usług tegoż fachowca wchodzi wymiana klocków hamulcowych. Ponieważ noc już jest głęboka, to nie zadzwonię, by się zapytać. Sprawdzam we wszystkowiedzącym internecie. Znajduję potrzebne mi informacje na temat warsztatu, nawet cennik usług, ale ponieważ dostrzegam też link do profilu na facebooku, to z ciekawości klikam. "Mój" mechanik starszym panem już jest, taka dyspozycyjność w social mediach więc mnie zadziwiła.

Wchodzę na profil - wszystko się zgadza: imię, nazwisko, zdjęcie ciut nieostre, ale on ci to, na pewno. Wśród niewielu znajomych - moi dobrzy znajomi, a jego krewni, więc potwierdza się tożsamość - musi być tym, o kogo mi chodzi. Jednak... wytrzeszczam oczy, bo informacje profilowe nijak nie przystają do mojej o panu wiedzy.

Okazuje się, że ów wcale nie jest właścicielem warsztatu samochodowego we Wrocławiu (i to chyba od jakichś 40 lat), lecz "pracował" w Teatro Brujo, uczył się na Katolickim Uniwesytecie w Cuenca (gdziekolwiek to jest), uczęszczał do Oblatas i mieszka oraz jest z... Cuenca. Po dalszych moich poszukiwaniach okazuje się, że to Ekwador. Na profilu tylko parę zdjęć pana, w tym dwa w czarnym birecie, z hiszpańskim, falbaniastym kołnierzem na szyi. Totalne mistero! Wiecznie utytłany smarem i olejem pan to w rzeczywistości delikatny jak mimoza artysta, aktor...

Załamałam się - gdzie ja w takim razie jutro wymienię klocki hamulcowe?? W Oblatas czy w Cuenca???




 


poniedziałek, 20 marca 2017

Szczęście dla opornych w 11 krokach

marguerite-74886_1280W Międzynarodowym Dniu Szczęścia parę refleksji... Pierwsza, że definicji zadowalającej wszystkich na razie brak. Od Starożytności mędrcy i zwykli ludzie próbowali określić, czym jest szczęście. Dla każdego było to jednak coś innego... W sumie to zrozumiałe, bo ilu ludzi na świecie, tyle szczęść…

Wiemy, że to emocja, powodująca w nas stan zachwytu, zadowolenia, błogostanu. Stan osiągany czasami, nigdy nie trwający stale, przez 365 dni w roku. I dobrze, bo gdyby tyle trwał, przestałby być szczęściem. Szczęście bowiem możemy rozpoznać dopiero wtedy, gdy doznamy jego przeciwieństwa – nieszczęścia. Jak wszystko w życiu, ma smak i wyraźne granice wtedy, gdy poczujemy stan z przeciwnego bieguna: choroba uświadamia nam, jak fajnie być zdrowym, niepomyślne wydarzenia – co to szczęście, samotność natomiast pozwala odróżnić nam stan szczęśliwego zakochania.

Szczęście obejmuje tak szeroką grupę zjawisk, uczuć, stanów świadomości, że zdaje się być nadrzędną emocją, celem dalekosiężnym, do którego wszyscy zmierzamy, bo w nim zawiera się i zdrowie, i miłość, i przyjaźń, także sukces, bogactwo i wiele, wiele jeszcze innych. Jedni osiągają cel szybciej, inni wcale, chociaż zmierzają do niego przez całe swoje myślące życie.

Rodzimy się jako istoty do szczęścia przeznaczone i przez kilka pierwszych lat – jesteśmy nimi. Potem coś się zmienia, nakładamy sobie jakieś ograniczenia, programowani jesteśmy na to, że szczęście nie każdemu jest pisane. Tymczasem to nieprawda! Szczęście to stan, do którego ma prawo każdy człowiek, bez względu na wiek, status społeczny, urodę i co tam jeszcze chcecie. Po prostu, sam fakt, że pojawiliśmy się na jednej z biliardów trylionów planet, w dodatku tak pięknych jak marzenie – dowodzi tego, że do szczęścia zostaliśmy przeznaczeni. Tak. Wszyscy bez wyjątku. Jak więc ten stan osiągnąć?

Oto „szczęście dla opornych” w 11 krokach:

  1. Codziennie bądź wdzięczna za to, co otrzymałaś od losu, innych ludzi. We wzbudzaniu tego uczucia pomaga prowadzenie swoistego „Pamiętnika wdzięczności” – zapisuj wszystko, każdego dnia. Podniesie to Twoją samoocenę, pokaże, jak wiele dobra dostajesz każdego dnia, w każdej godzinie, pohamuje gniew, zbliży do ludzi, obudzi cudowne uczucia.

  2. Optymizmu można się nauczyć. Pozytywne myślenie – przede wszystkim na swój temat, ale także o innych ludziach, o przyszłości programuje podświadomość na  sukces, więc więcej osiągamy. Optymizm można wyćwiczyć, jak mięsień. Unikaj złych, negatywnych myśli – na swój temat i o innych ludziach, okolicznościach.

  3. Porażka nie istnieje. Nie ma porażek, każda jest bowiem lekcją. Dopiero wtedy, kiedy ją za taką uznasz – porażką się stanie. Tak więc masz wpływ na swoje postrzeganie niepowodzeń – to lekcje, które mają cię czegoś nauczyć. Tylko lekcje.

  4. Pomagaj, zawsze broń słabszych. Wystarczy drobna pomoc innym ludziom (przytrzymanie komuś drzwi, powiedzenie komplementu). Ważna jest nie tyle liczba aktów życzliwości, co ich różnorodność. 

  5. Dobre relacje. Przyjaźń, samo przebywanie wśród ludzi podnoszą zadowolenie z życia i poczucie szczęścia, bycia częścią jakiejś społeczności.

  6. Nie daj się stresorom! Naucz się radzić sobie ze stresem na swój ulubiony sposób.

  7. Wybaczaj. Poczucie krzywdy trzyma nas w przeszłości i pogarsza stan emocjonalny. Przebaczenia dokonuj raczej dla własnej higieny psychicznej.

  8. Działaj w zgodzie ze swoimi wartościami. Ustal osobiste cele i zmierzaj do nich dla siebie, nie dla innych. Cele niedopasowane mogą cię unieszczęśliwić. Działaj z pasją, wkładaj w to serce. Wzrośnie wtedy poczucie sensu życia.

  9. Carpe diem zalecał Horacy. Żyj dniem dzisiejszym, bo na przeszłość nie masz już wpływu, a przyszłość będzie taką, jaką sobie dziś wymyślisz. Epikur doceniał proste przyjemności: radość istnienia, podziw dla natury. Codziennie delektuj się więc życiem, pięknem przyrody i prostymi rzeczami: smacznym jedzeniem, czyjąś obecnością.

  10. Bądź w kontakcie z Absolutem. Ludzie praktykujący rozwój duchowy są szczęśliwsi. Kontakt z istotą wyższą daje moc i dystans do kłopotów.

  11. Dbaj o ciało. To przecież świątynia duszy! Medytacja, ćwiczenia fizyczne, zabiegi kosmetyczne podnoszą nastrój, dają poczucie szczęścia. 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Zhaikowana

Zafascynowałam się lekturą: D. Theriault'a "Zadziwiająca historia samotnego listonosza". Tytułowy listonosz podgląda cudzą korespondencje i intryguje go wymiana wierszy haiku między piękną mieszkanką dalekich wysp a dziwnym osobnikiem zamieszkującym jego rewir.











Gdy adresat ginie w wypadku, listonosz postanawia podtrzymać tę korespondencję, która zawiera zawsze tylko jeden wiersz haiku. Nie wie, jakiego rodzaju haiku wysyłał adresat listów, bo ich wymianę zna tylko z jednej strony.

No i haiku mnie wzięło. Nie to, bym się pierwszy raz w życiu zetknęła z nim, ale przypomniało mi się. Że takie proste, ascetyczne, piękne.

Lekturę zaczęłam przed snem, więc kiedy wreszcie zgasiłam światło, haiku samo mi się ułożyło w głowie:

Światło Księżyca

Ślad kocich łap na śniegu

Zamarznięta łza...

Obudziłam pochrapującego męża, by się z nim podzielić efektem mojej nocnej kreatywności, ale nie spotkałam się z oczekiwanym zrozumieniem... Trudno się dziwić, pierwsze dzieła, nawet geniuszy, nie muszą być od razu arcydziełami, które docenia tłuszcza.

Nie zniechęciło mnie to wcale i rano, jeszcze przed kawą napisałam kolejne haiku:

Sztylet uśmiechu

Lśnienie słońca na ostrzu

ofiara pada...

I tym razem poczytałam mężowi przez telefon (zdążył dotrzeć do Warszawy), ale może przez zakłócenia na linii był przekonany, że haiku jest krwawe i mówi o morderstwie.

Aż się boję, co ja napiszę do wieczora...

środa, 22 lutego 2017

Otarłam się o jaskiniową restaurację we włoskim Polignano a Mare!

Właśnie wpadł mi w ręce ranking piętnastu najbardziej niesamowitych restauracji na świecie. Numer jeden na tej liście: Ristorante Grotta Palazzese, Puglia, Włochy.


Apulia? Przecież w listopadzie tam byłam, ale w jakiej konkretnie miejscowości znajduje się to cudo? Ze zdjęć w rankingu widać, że nad morzem.... Szukam, szperam w Internecie i wreszcie – mam: ta "jaskiniowa" restauracja jest w Polignano a Mare! Do diaska, przecież tam byłam!!!! Otarłam się więc tylko, i to dosłownie, bo restauracji wtedy nie znalazłam. Jaka szkoda!
Do Polignano a Mare wybraliśmy się, bo zachęcił mnie opis w przewodniku, że miasteczko posadowione jest bardzo spektakularnie na klifie, plażę ma niedużą i kamienistą, ale uroczą (lecz nie o nią mi chodziło w listopadzie…), że ciekawa Starówka, klimat tego miasteczka. No i najważniejsze - stąd pochodził słynny włoski słowik – Domenico Modugno…
Pojechaliśmy więc pociągiem z Bari. Podróż trwała mniej niż pół godziny, ale pogoda nie sprzyjała zwiedzaniu – było pochmurno, bez kolorów. Mimo to, gdy dotarłam do bramy prowadzącej na Starówkę, malutką, zagęszczoną jakby na małym cypelku, wiedziałam, że nie pożałujemy tej wyprawy!
Pora zrobiła się lunchowa, więc nie namyślając się wiele zaczęliśmy od obiadu w restauracji na małym placyku. Na przeczekanie podano nam niedużą pizzę. Czekając na główny posiłek rozglądałam się, bo wyjrzało słonko i zrobiło się włosko, śródziemnomorsko.... Naprzeciwko zachwycił mnie budynek na sprzedaż – już zaczęłam przekonywać męża do jego zakupu, gdy jego sokole oko wypatrzyło tabliczkę informacyjną: ta urocza ruina to palazzo z XVII wieku! Nie stać nas jednak.... 
Za to kocham Włochy - gdzie nie spojrzeć zabytek, i to nie jakiś tam stulatek!
Po zjedzeniu pysznych lokalnych „uszek”, czyli orecchietti, które  w wydaniu polignańskim wyglądały jak nasze pierogi raczej, nadziane, w sosie pomidorowym, ruszyliśmy na podbój Starówki.
Uliczki wąskie, ale porządnie wyznaczone w regularnych prostokątach. Co kawałek jakieś miejsce widokowe – taras, z którego można było popatrzeć w bezkres morza. Klimatyczne, urocze miejsce.
Kameralne, biało-beżowe w kolorach domów, z błękitem morza i nieba. Zdecydowanie do obejrzenia. Teraz już wiem, że można tam było zjeść posiłek w unikatowym miejscu… 
Tak w ogóle miasteczko jest podzielone na dwie części wąwozem, który jest jakby pęknięciem klifu, może ujściem rzeki (w listopadzie wyschniętej)? Jego brzegi połączone są kamiennymi mostami. W ten sposób jest tu maleńka plaża:

Starówka jest na prawej części, tu też, jak poniewczasie zauważyłam, mieści się ta spektakularna restauracja. W lewej części natomiast znajduje się np. pomnik Domenica, który akurat wykonuje swoją najsłynniejszą piosenkę: Volare… Dołączyłam się! Nawet słońce wyszło na ten nasz duet:
Rozczarowana tylko jestem, że wtedy o restauracji w grocie nie wiedziałam. Taka atrakcja była na wyciągnięcie ręki, a tak - tylko się otarłam...

 

 

 

wtorek, 14 lutego 2017

Walentynki: komercja czy nie, i tak lubię je!

Naprawdę nie mam nic przeciwko komercji. Bez Walentynek luty byłby tylko mroźny, a tak jest i mroźny i miły. Nie przeszkadza mi wysyp czerwonych serduszek, pluszaków i lizaków. Oczywiście nie jestem za tym, by uczucia okazywać tylko raz w roku, ale dziś można zaszaleć i to bez konsekwencji.

Na fejsie roi się od zdjęć zakochanych par, bo kto żyw musi pokazać, kogo i jak mocno kocha... To mnie akurat nie obchodzi, ta cała "publicity", wolę uczcić ten dzień jakąś wysublimowaną kolacją we dwoje (albo nawet w większym gronie, dlaczego ma to dotyczyć tylko związków miłosnych z erotycznym podtekstem?), jednak w realu. Nie bawi mnie siedzenie przed monitorem i wrzucanie kolejnych upozowanych selfie z Walentym.

Ponieważ swojego Walentego mam tylko w weekendy, a tegoroczne święto wypada we wtorek, imprezkę walentynkową w sześciopaku robiliśmy w sobotę. To było posiedzenie naszego 6-osobowego Klubu Tatarkowego. Z iście walentynkowym rozmachem zrobiłam dla każdego uczestnika różę z truskawki... Zrobiły wrażenie!
I kiedy już wydawało mi się, że Walentynki uczciłam przed czasem, ale jednak, to niespodziewanie okazało się, że mój Walenty będzie jednak dziś wieczorem w domu. Po prostu zapomniał portfela ze wszystkimi ważnymi dokumentami i przyjedzie po niego. Mogę więc zakrzyknąć: wiwat skleroza!!!

czwartek, 9 lutego 2017

O pizzy - najpopularniejszym daniu świata, w Dniu Pizzy garść informacji

Nie wiem, czy istnieją na świecie ludzie nielubiący pizzy? Albo tacy, którzy jej nawet raz w życiu nie spróbowali (bo myślę, że nawet Buszmeni mają za sobą to doświadczenie)? To najsławniejsze, najbardziej znane i najpopularniejsze danie świata, do zdobycia w każdym zakątku naszego globu.


Moje pizzowe refleksje bardzo historyczno-podróżnicze poczytacie na stronie:
http://rosomag.pl/pizza-najpopularniejsze-danie-na-swiecie/


wtorek, 31 stycznia 2017

Jak bank doprowadził mamę do bezsenności...

Moja mama-emerytka nie śpi już kilka nocy (od ubiegłego tygodnia), bo miała taką przygodę w swoim PKO cud-miód banku polskim...

Poszła coś załatwić, doradca stwierdził, że lokaty, które ma przypięte do ROR-u jakieś sprzed wieków są, archaiczne i zaproponował zmianę na nowszy typ. Oczywiście, nie była to zmiana na korzystniejsze oprocentowanie, ale dotyczyła przede wszystkim opłat za posiadanie konta, karty itp. Kiedy mama dała się skusić, pani bankierka zaczęła sprawdzać dane i doszła do współwłaściciela konta, że potrzebna będzie jego wizyta w banku i zgoda na zmianę rodzaju rachunku. No to mama powiedziała, że współwłaściciel (czyli mój tato) nie żyje od przeszło 8 lat... Pani zrobiła surową minę: - jak to, bank nie został o tym poinformowany???? Mama zmartwiała. Dostała pouczenie, że musi donieść akt zgonu i stawić się w banku ponownie.

No i od piątku mama nie śpi, bo jest przekonana, że czeka ją jakaś kara. Dziś wreszcie poruszyła ze mną temat, stąd wiem. Mama jest przerażona, czuje się jak złodziej, który ukradł pieniądze. Pieniądze są jej, konto było wspólne z tatą. Wpływała na nie mamy emerytura i taty pensje, kiedy żył i pracował. Lokaty zakładali, kiedy zaoszczędzili jakąś kwotę. Od 8 lat wpływy dotyczą tylko mamy, bo taty wpływów nie ma. Nadmienię, że w postępowaniu spadkowym mama wyspowiadała się urzędowi skarbowemu ze stanu wspólnych oszczędności. Wydaje mi się, że formalności dotyczące zgonu współwłaściciela konta zostały dawno zgłoszone w tym banku, no ale mogę się mylić. Bank wie lepiej. Przecież to absurd, mama często jest w banku, bo nie ma bankowości internetowej, więc wciąż coś musi tam zgłaszać. I nikt wcześniej nie zauważył jej "archaicznego" rachunku? Wątpię. Pewnie trafiła na jakąś akcję łapanki seniorów.

Ja też dałam się złapać w swoim banku BPH (obecnie przejęty po raz dziesiąty przez inny bank). Skusiłam się na superlokatę 18-miesięczną - w szwajcarską giełdę. Mogłam zarobić kilkadziesiąt procent, albo zero, ale przynajmniej nie stracić (to było gwarantowane). I tak się stało. Po 18 miesiącach otrzymałam dokładnie tę samą, wpłaconą kwotę. Nawet złotówki nie zarobiłam. Wiwat banki!

Znalezione obrazy dla zapytania bank


 

grafika: gazeta-msp.pl