- Pani się nazywa? - pada pytanie chmurnej postaci w białym fartuchu.
Odpowiadam, chociaż wchodząc wymieniłam swoje imię i nazwisko, a i z rejestracji ma dane w komputerze.
- Co panią do mnie sprowadza?
Opowiadam szeroko i soczyście o dolegliwościach kolankowych. Doktor w tym czasie zerwał się i szykuje dla mnie leżankę, zamotując się w wielką rolkę papierowego prześcieradła, które usiłował dla mnie rozwinąć. Pomagam mu się odplątać, bo wygląda jak główny bohater filmu "Mumia" (swoją drogą, jak on to zrobił?) i kładę się na plecach.
- Które kolano? - pyta fachowiec. Ważne pytanie, bo są aż dwa.
- Lewe...
Zabiera się do obdukcji. Uciska, naciska, wykręca kolano, sprawdza, czy boli. Po tych manewrach każe mi się przewrócić na brzuch.
- Które kolano? - pyta. Chyba pamięć podręczna mu nawala, a może gramy w pokera i mnie sprawdza?
- Lewe!
Znów wygina, zagina moją nogę, naciąga, prostuje i składa.
- Niech pani siada! - schodzę z leżanki, siadam na krześle.
- Robiliśmy zdjęcie? - interesuje się doktor. Domyślam się, że nie chodzi mu o selfie.
- Tak, rezonans, mam wynik - podaję mu kartkę, a on rzuca na nią okiem i mi ją oddaje. Chowam ją do teczki. Doktor zaczyna pisać notatkę w komputerze i wali w klawiaturę komputera, jakby uczestniczył w zawodach pisania na czas i jednocześnie chciał się dostać piętro niżej nie używając schodów.
- Niech pani pokaże mi wynik rezonansu! - żąda. Jak to, przecież przed chwilą go schowałam, bo mi oddał. Ale niech mu - podaję kartkę drugi raz.
- Niech pani usiądzie na łóżku, ale żeby nogi pani zwisały - komenderuje. Wracam więc na leżankę, siadam.
- Które to kolano? - no nie, ja go chyba uduszę!
- Lewe! - cedzę przez zaciśnięte zęby.
Doktor zaplata mi nogi, odplątuje, uciska je, majta.
- Niech pani zejdzie.
Schodzę, siadam na krześle.
- I co, panie doktorze, z moim kolanem? - dociekam z trwogą.
- Wypiszę pani skierowanie do szpitala na artroskopię... Które to kolano? - dopytuje się, w skupieniu waląc w klawiaturę.
- Lewe!! - dojrzewa we mnie chęć mordu, koniecznie lewą nogą.
Ale potem pomyślałam, że doktor najwyraźniej miał jakąś traumę związaną z błędnym rozróżnieniem kończyny. Wciąż słyszy się przecież historie, że zoperowali komuś nie tę nogę, albo nie tę ucięli lub też na niewłaściwą gips założyli. I zastanawia mnie, czy lekarze nie mają jednolitego systemu rozpoznawania stron ciała????















