środa, 17 kwietnia 2019

Mistyczny gotyk w ogniu


Paryska Notre-Dame (bo jest więcej Notre-Dame we Francji) jest najsłynniejszą katedrą gotycką Europy – i świata. Z przerażenia nie mogłam patrzeć jak płonie. Cudem udało się wiele uratować, chociaż przywrócenie stanu sprzed pożaru będzie dużo kosztować – pieniędzy i czasu…

Wyglądała jak okręt?
Może nie jest najpiękniejsza, nie jest też najstarsza. Jednak niewątpliwie jest to wyjątkowa budowla-symbol, nie tylko Paryża. Jedna z pierwszych gotyckich katedr. Pełna tajemnic i symboliki. Powstała w czasach ciekawych, niesłusznie nazywanych „ciemnymi". Gotyk pojawił się w Europie dość nagle – i od razu w formie doskonałej. 
Nazwa stylu wywodzi się od Gotów – nieokrzesanych najeźdźców Rzymu. Termin wymyślono w renesansie. Gotyckie budowle sakralne nie były jednak nawet w centymetrze sześciennym prymitywne - wręcz przeciwnie, to architektoniczna rewolucja! Rozwój cywilizacyjny, jaki dokonał się dzięki nim można porównać do rewolucji przemysłowej. Budowniczowie wykorzystywali nowe techniki – skąd mieli dane, wzory, metody, narzędzia? Ha! Znacznie udoskonalono wtedy m.in. dźwig, wynaleziono kafar. Dzięki odciążeniu ścian można było wpuścić przez rozetę do wnętrza mistyczny element – boskie światło, pięknie przefiltrowane przez witraże. Zaczęto wznosić prawdziwe drapacze chmur, a zajmowali się tym wędrowni murarze – masoni. Związkowcy, pilnie strzegący sekretów swego zawodu, dobrze opłacani fachowcy. Podobnie genialnymi i zamkniętymi w swym „klanie” twórcami byli witrażyści, którzy wieńczyli dzieło architektoniczne.

Templariusze i katedry
Jest teoria, którą uwielbiam, że sekrety gotyckich sklepień, przypór przywieźli z Bliskiego Wschodu do Europy Templariusze. Mają być prawdziwymi autorami katedr. Niezwykły, nagły i pełen pasji trend wznoszenia strzelistych kościołów, który opanował średniowieczną Europę jak dżuma rozpoczął się w połowie 1144. Wtedy to opat Suger z podparyskiego Saint-Denis podjął zamiar przebudowania tego opactwa. W efekcie powstał pierwszy gotycki kościół. Dla przypomnienia - Zakon Templariuszy istniał od 1118.
W ciągu 300 lat „gotyckiej dżumy” w samej Francji powstało 80 katedr i 500 dużych kościołów gotyckich. Każda z tych budowli to efekt ogromnego wysiłku... developerskiego, jak byśmy dzisiaj powiedzieli.
Ok 1165 ruszyła budowa katedry Notre Dame na paryskiej wyspie  Ile de la Cite. Co ciekawe – na tej samej wyspie, przed katedrą Notre Dame, tyle że w XIV w. został spalony na stosie ostatni Wielki Mistrz Templariuszy – Jakub de Molay…
Nie była, jak wspomniałam, pierwszym gotyckim kościołem, ale jednym z pierwszych. Budowano ją przez 200 lat i to w miejscu pogańskich świątyń, w których wcześniej czczono boginie, żeńską Moc. Wybór patronki też nie był przypadkowy. Notre Dame to dosłownie „nasza pani”, której szczególny hołd oddawali Templariusze. To synonim Matki Boskiej, Maryi – albo szerzej – żeńskiego pierwiastka w religii.
Maryja w czasach budowy gotyckich katedr była całkiem młodą świętą. Wcześniej Kościół traktował kobiety przedmiotowo, represjonował je, uważał za nieczyste, grzesznice itp., tworząc religię skupioną na męskim pierwiastku. Wiadomo: Bóg Ojciec, Chrystus, Duch Święty. Nie było tam miejsca nawet dla matki boga. Dopiero w XI w. pojawił się (i znów zbieżność: z Templariuszami?) kult żeńskiego pierwiastka w osobie Maryi - symbolu czystości. Za nią do katedr trafiły posągi innych kobiet (Marii Magdaleny, Czarnych Madonn, świętych). Zmienił się stosunek Kościoła do kobiet w ogóle. 
Notre Dame to patronka także innych francuskich katedr – np. w Reims, Chartres. To był bardzo silny średniowieczny trend – to zwrócenie się do kobiecego pierwiastka, czczenie życia. A święty Graal - nie jest to czasem czara życia, czyli kobieta właśnie?

Burzliwe dzieje paryskiej katedry
Wracając jednak do samej Notre-Dame - to spod tej paryskiej w średniowieczu wyruszały wyprawy krzyżowe. Przetrwała trudny czas Rewolucji Francuskiej, kiedy najpierw chciano ją zburzyć, potem zrobiono z niej Świątynię Rozumu, magazyn wina, broni. Dopiero Napoleon, koronując się w niej na cesarza (w 1804) przywrócił jej splendor. Tylko powierzchownie, bo stan budowli był opłakany, sam Victor Hugo wzywał do renowacji katedry. W XIX w. budowla wróciła do dawnej świetności. Wówczas też na fasadzie pojawiły się gargulce, chimery – rzeźby maszkaronów, dodane przez architekta, który zajął się restauracją katedry.
Katedrę zdobią dwie masywne, ale nierówne wieże (ocalone!), cała budowla jest wczesnogotycka – jeszcze dość przysadzista i asymetryczna. Fasadę zdobi koronkowa rozeta (też ocalała), symbolizująca wieczność. Trzy portale (czyli wejścia) zdobione są scenami biblijnymi, nad którymi ciągnie się korowód 28 królów z uszkodzonymi w czasie Rewolucji Francuskiej obliczami...

Pół świata mobilizuje siły i pieniądze, by odbudować katedrę. Druga połowa medytuje, co może ten pożar oznaczać? Mistycy doszukują się  symboli, prześmiewcy kpią, miłośnicy zabytków (ja!ja!) - płaczą. Dokonała się kolejna katastrofa. Aż dziw, że wobec jej skali – nikt nie ucierpiał. 
Ucierpiały natomiast bezcenne przedmioty: skarby, artefakty, relikwie, obrazy, konstrukcja budowli. Długo będziemy czekać na powrót magii - każdy kto był w Notre Dame twierdzi, że panuje w niej wyjątkowa atmosfera.




czwartek, 11 kwietnia 2019

Podróże w czasie: z Herodotem i Kapuścińskim

Wpadły mi w ręce „Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałam tę książkę, może nie, bo ona „późna” jest. I może z tego właśnie powodu jest genialna!

Herodot pod wiedeńskim Parlamentem.
Szacun dla Austriaków za wybór patrona! 
Jako filologowi klasycznemu Herodot jak i jego „Dzieje” są mi bliscy. Nigdy jednak nie patrzyłam na to dzieło w sposób, w jaki czyni to Kapuściński. To niesamowite, jak On pojmuje ten starodawny przekaz, i jak szybko, już od pierwszych stron lektury księgi Herodot staje się przyjacielem, mentorem, nauczycielem zawodu, wzorem do naśladowania. I to pomimo  dystansu czasu oraz geograficznego, mentalnego, kulturowego i cywilizacyjnego.
Mniej w "Podróżach z Herodotem" podróży samego Kapuścińskiego. Są za to obszerne cytaty z dzieła  Herodota, które w zamiarze reportera mają być może ułatwić zrozumienie wydarzeń XX wieku. Te paralele, przykłady pychy i szaleństwa, które od wieków pchają ludzi do czynów niegodnych, złych, absurdalnych - są niezmiennie pouczające? Pocieszające? Trudno powiedzieć, nie wiemy wszak jak współcześni Herodotowi odbierali jego dzieło, czy pomagało im ono zrozumieć otaczający ich świat, tamten, sprzed ponad 2000 lat? I co z tego dla nich wynikało, że poznali surrealistyczne losy, decyzje - np. perskich władców, z których najbardziej spektakularnym było biczowanie wzburzonego morza, by je ukarać za wstrzymanie armii w dotarciu na grecki ląd...

A co dla nas wynika z książki Kapuścińskiego? Czy odkrył on, z pomocą Herodota, gdzie rodzi się zło? Czy trafił na mechanizm, części tej machiny, która kręci dziejami? Padają jakieś hipotezy, ale trop często się gubi. W gąszczu zdarzeń równoległych, bo i tych sprzed tysięcy lat i tych, które dotyczą bezpośrednio Kapuścińskiego wyłaniają się jakieś odłamki wiedzy, ale powodów takich czy innych poczynań bohaterów zrozumieć się nie da. Kapuściński wspomina o jakiejś pokoleniowej odpowiedzialności za jeden zły czyn, za który karę ponoszą potomkowie nawet kilkaset lat później. Za Herodotem cytuje trzy reguły, które organizują ludziom życie: Pierwsza to odwieczne i święte prawo zemsty za niegodne czyny, druga twierdzi, że szczęście ludzkie nigdy nie jest trwałeA trzecie   prawo to delficka wyrocznia: Przeznaczenia nawet bóg nie może uniknąć... Herodot skupia się na działaniach jednostki, która wpływa na losy tysięcy. Kserkses, Dariusz, Zopyros i dziesiątki innych królów, władców, satrapów. Kierowani głupotą, butą, nienawiścią zawsze okazują się narzędziem w rękach Mojry. Taki perski satrapa i arystokrata -Zopyros - to już przeszedł sam siebie. Poczuł się osobiście urażony, że obrońcy Babilonu tańczyli na murach niezwyciężonego, warownego miasta, wyśmiewając niemoc oblegających ich Persów. Z tej obrazy obciął sobie uszy i nos, tak samookaleczony podstępem zdobył zaufanie Babilończyków, by wprowadzić Persów do niezwyciężonego dotąd miasta, grzebiąc w gruzach jego piękno, biblioteki, uczelnie, dostatek. Kiedy opowiadałam o tym mężowi - po męsku wziął stronę Zopyrosa, mówiąc że Babilończycy sami sobie winni, bo po co drażnili wrogów szydząc z nich? A ja nie rozumiem, jak można poczuć się tak osobiście dotkniętym w tłumie kilkuset tysięcy ludzi????

Wracając do Kapuścińskiego - tu nie pojawia się żadne konkretne imię, człowiek odpowiedzialny za postawy tysięcy ludzi. Nieruchome twarze Chińczyków, spotykanych na ulicy, w pociągu, sklepie, na targu, którzy boją się zdradzić choćby małą emocję, myśl. Kto ich tak okaleczył? Śledzące wszędzie reportera w Kairze egipskie oczy: portierów, przechodni,ów, zamiataczy ulic - skryta armia systemu, który nawet nie musi płacić ani centa tym samozwańczym strażnikom  za ich gorliwość i gotowość do pracy... Dla kogo i czego się tak trudzą?
Herodot nie ma poczucia alienacji w podróżach. Nawet kiedy opisuje obyczaje tak dziwaczne, że aż nieprawdopodobne - nie ma w nim strachu przed innością, poczucia wyobcowania, próby choćby oceniania. Kapuściński natomiast czuje się obco przez  cały czas - nie znając języka nie może dotrzeć do emocji i myśli drugiego człowieka. Czuje się osamotniony z powodu odmienności, ale chce zrozumieć, poznać, zgłębić, zapisać to, co determinuje myślenie, zachowanie, poglądy jednostki w danym miejscu i czasie.

Może dlatego, że jestem, jak oni obaj, podróżnikiem, książka Kapuścińskiego poruszyła mnie.   Od dawna kieruje mną ciekawość i otwartość, chociaż odnoszę podobne wrażenie, że nie można poznać danego kraju, ludzi inaczej jak poprzez język. Otwartość nie zawsze się dobrze kończy. Kapuściński opisuje przygodę w Kairze, gdy zamiatacz ulic pod jego hotelem, znany mu z widzenia, po kilku dniach jego pobytu zaprosił go w miejsce, w którym zobaczy wspaniały widok miasta. Jechali najpierw długo autobusem, potem weszli w zakamarki mediny, wreszcie przez jakąś bramę z kodem (lata 60. ub. wieku!) weszli na teren mocno opuszczony, gdzie stał minaret. Przewodnik zaczął go popychać do wejścia na górę, minaret był wysoki, a schody wąskie i zmurszałe ze starości. Odwrotu jednak nie było, reporter musiał iść w górę, mimo osłabienia upałem i wysiłkiem, bo jedyną drogę odwrotu zastawiał Egipcjanin. Kiedy dotarli na szczyt platformy dla muezzina, która nie miała żadnej barierki, został wypchnięty prawie na skraj, do pozycji w której bał się otrzeć pot z czoła, bo groziło to runięciem w dół z kilkunastu metrów. I wtedy Egipcjanin zażądał portfela. Była to prośba, której nie sposób odmówić. Reporter wrócił pół żywy do hotelu taksówką. Przez następne tygodnie nadal spotykał tego grabieżcę, obojętnie patrzącego mu prosto w oczy...
Przypomniałam sobie swoją przygodę w Tunezji, na początku lat 90. To był nasz z mężem pierwszy tropikalny wyjazd. Udaliśmy się samodzielnie z hotelu pod Sousse do Tunisu - by pozwiedzać leżący nieopodal niego kompleks starożytnej Kartaginy.
Widok ruin Kartaginy w Tunezji
W którymś miejscu na szczycie wzgórza złapała nas burza, a my bez parasola. Podjechała jakaś półciężarówka i miły Tunezyjczyk zaproponował nam podwózkę do Tunisu, skąd mieliśmy powrotny pociąg do Sousse. Skorzystaliśmy z uprzejmości, ja usiadłam obok kierowcy, Andrzej na tylnym siedzeniu. Kierowca jak każdy muzułmanin wypytał skąd jesteśmy, poprosił o wpis do kajetu z adresami turystów z całego świata - na pamiątkę. Coś mu tam naskrobałam, ale obserwowałam jednocześnie drogę i zauważyłam, że kierowca ignoruje drogowskazy do Tunisu, kierując się w kierunku przeciwnym, mimo że mówiliśmy o Tunisie i stacji kolejowej. Na najbliższych światłach po prostu uciekliśmy z tego auta. Wtedy uznałam, ze to nic nie znaczący epizod, dopiero po lekturze książki Kapuścińskiego przyszło mi do głowy, że mógł próbować nas okraść - wywożąc gdzieś i żądając pieniędzy.
samozwańczy przewodnik w Maroku czaruje przyjaciółkę
i jej mamę - towarzyszki mej podróży

Podobnie było w Maroku, w Taroudant pojawił się samozwańczy przewodnik, który się do nas przykleił, niczego nie pokazał (oprócz kwiatów pomarańczy, które ślepy by wyczuł, bo pachniały jak perfumy), a potem zażądał horrendalnej opłaty. I wykłócał się w miejscu, gdzie zaparkowaliśmy samochód, a który natychmiast otoczyło kilkunastu jego ziomków, groźnie na nas spoglądających i wykrzykujących coś po arabsku... Ledwie się wywinęliśmy jakąś kwotą - taką pomiędzy naszym planowanym datkiem (bo wyglądał biednie), a jego żądaniem.

Podróże uczą, kształcą i wzbogacają. Duchowo. A zwłaszcza podróże z Herodotem...





poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Miły weekend w Wawie

Pojechałam w odwiedziny do mojego "słoika", ale bez słoików. Gdybym jechała z mamą, na pewno zapakowałaby jakąś hekatombę produktów i wyrobów własnych, ale jechałam sama, więc w walizce miałam kobiecy niezbędnik kosmetyczny plus ciuchy różne, a nie gołąbki. 

Do stolicy pognałam pendziem, i to był mój pierwszy raz. Było jak w samolocie, bardzo mi się podobało. Obok siedziała miła towarzyszka podróży, przydzielona mi przez system rezerwacyjny PKP Intercity. Nie wiem, jak on to zrobił (system znaczy), bo daty urodzenia się wszak nie podaje, a siedziała ze mną prawie rówieśnica ma, więc przez 3 godziny i 40 minut intensywnie wymieniałyśmy uwagi. Nie zdążyłam przeczytać zabranej w podróż książki, ani nawet zjeść kanapki. Na marginesie tylko dodam, że pod koniec podróży pieszczotliwie hołubiona przez moją towarzyszkę spora walizka okazała się być wypchana... sernikiem i gołąbkami w sosie. Ha, jednak jakieś słoiki się koło mnie kręciły! Pani jechała "ze wsi" do córki w wielkim mieście, by zobaczyć wnuczkę i przywieźć moc zdrowych produktów bez konserwantów.

Na dworzec przybył mój słoik (właściwie "wek", bo dla przyjezdnych z odległości ponad 100 km stosuje się to drugie określenie, jak się dowiedziałam) i porwał mnie na obiad. Chciał do syryjskiej restauracyjki Syriana, w której już byliśmy i smacznie zjedliśmy, ale była w małym remoncie (nomen omen). Zjedliśmy więc łososia w domu, popili winem i ruszyli w stolycę. Naszym celem było Centrum Kopernika, bo zawsze chętnie gapimy się w niebo i inne cuda techniki. Obraliśmy więc kierunek Powiśle, modne ostatnio a niezbadane wcześniej. 
Po wyjściu z metra ujrzeliśmy troszkę inną Warszawę - w takiej kameralniejszej skali, która szalenie nam odpowiada. Zanim weszliśmy do budynku minęliśmy ciekawą instalację rurową - Ogród Wyobraźni. Z rur wydobywały się różne tajemnicze dźwięki...
No i to by było na tyle, bo okazało się, że Planetarium jest w remoncie, a budynek centrum jest przepełniony i nie sprzedają już biletów. Pokręciliśmy się rozczarowani po hallu - i wyszliśmy. 
Naprzeciwko Centrum odkryłam fantastyczny budynek, przypomniało mi się, że czytałam o nim niegdyś w "świecie architektury" - to Biblioteka Uniwersytecka, z najprawdziwszym ogrodem na dachu. Co za cudowna przestrzeń, jaka niezwykła koncepcja - bardzo nam się podobał spacer labiryntem ścieżek wśród winorośli, parasoli z clematisów, mnóstwa kwitnących traw pampasowych i kwiatów, systemu małych strumyków. Genialne! 
Budynek, oddany do użytku w 1999 r., jest dość niski. Jednak zrobił na mnie wrażenie... świątyni sztuki. Zafascynowana oglądałam z ogrodu na dachu pejzaż Warszawy, a potem stałam długie minuty pod wielojęzycznymi tablicami przesyconymi filozoficznymi treściami...
Taki to był intelektualny weekend!

niedziela, 7 kwietnia 2019

Fiołki z malinami, czyli deser jak się patrzy!

Gości miałam, to deser wymyśliłam. Chodziło mi o to, by wykorzystać fiołki obficie kwitnące w moim ogrodzie (kiedyś przywlokłam kępkę z lasu i teraz mam ja, oraz kilku sąsiadów dookoła, bo powędrowały). Ogłaszam konkursik na nazwę deseru. Do wygrania five o'clock ze mną!

Do pucharka lodowego nakruszyłam ciastko z rodzynkami (coś w rodzaju Piegusków czy podobne), ugniotłam małym drewnianym tłuczkiem moździerzowym. Na to wyłożyłam pulpę z papai (w puszce 450 gr kiedyś nabytą), wcześniej podgrzaną i połączoną z odrobiną rozpuszczonej w zimnej wodzie żelatyny. Wstawiłam pucharki na noc do lodówki.
Następnego dnia kremowy jogurt grecki wymieszałam z napęczniałą chią (łyżeczkę nasionek zalałam pół szklanki wody i poczekałam kilkanaście minut, by utworzył się zagęstnik). Jogurt delikatnie "napowietrzyłam" mikserkiem do mleka, dodałam chię i odrobinę syropu z dyni z cynamonem (miałam takie arcydzieło gospodyń domowych z.... - nie pamiętam nazwy dyniowej wioski, ale to ta sama, w której degustowałam dyniowy ajerkoniak). Deser ponownie wstawiłam do lodówki.
Przed podaniem udekorowałam malinami i fiołkami zerwanymi parę godzin wcześniej w ogrodzie.
I co, jakaś nazwa tego dzieła przychodzi Wam do głowy??


P.s. Konkursik rozstrzygnięty! Jest zwycięska nazwa i "ałtorka" - vide komentarz.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Beatka w opałach motoryzacyjnych część 2,3 i 4

A ja znów w opałach motoryzacyjnych! Bella bardziej ucierpiała - jakiś świeżo upieczony kierowca postanowił zaatakować nas z lewej flanki kiedy wracałyśmy sobie w pogodny dzionek do domku na obiadek. Jechałyśmy prawym pasem planując zakup sałaty i myśląc o miłych rzeczach, kiedy jakiś peugeot pojawił się w bocznym lusterku, jadąc zygzakiem z dużą prędkością.

Ki czort - pomyślałam, kontynuując jazdę pustym prawym pasem, obok mając pusty lewy pas. Ma gdzie jechać, stwierdziłam, niech sobie pędzi. Wtem, jak w filmie o zwolnionym tempie zobaczyłam przesuwającą się bliziutko twarz pasażera tamtego auta z dziwną miną na obliczu, i nieuchronny kierunek jazdy na nas. Trochę uskoczyłam, ale peugeot dał jeszcze radę pazurem drasnąć lewą szczękę Alfy, potem zrobił piruecik i wylądował na krzaku na pasie zieleni rozdzielającym jezdnie w kierunku przeciwpołożnym, jak mówią starocerkiewni.
Belli całkiem posypał się zgryz, wyciekł płyn do spryskiwaczy w kolorze zielonym, co wyglądało dość chorobliwie. Oko, na szczęście, ocalało. Bella przebywa więc w klinice, a ja dostałam wóz zastępczy. Nazywa się samochodem dla ludu, więc całkiem nie moje klimaty. Ktoś, kto jeździ niszowym samochodem o nazwie tak pięknej jak on sam nie przekona się do Volks!wagen!! W dodatku kombi (szpetota). I z automatyczną skrzynią biegów - o Bosz!
Pan, który auto mi przywiózł poinstruował mnie w minutę, jak się włącza toto i wyłącza i sobie poszedł. A ja musiałam tą landarą dojechać do domu. Włączyłam youtube, by pooglądać filmy instruujące blondynki i brunetki w zawiłościach posługiwania się skrzynia DSG, cokolwiek to znaczy. Z przykrością skonstatowałam, że wszystkie 3-4 filmy nagrali blondyni i bruneci stękający mocno niekompetentnie i przynudnawo. Niczego z nich wydedukować nie mogłam, bo wszyscy skupiali się na odstawianiu lewej nogi, sugerując nawet jej ucięcie lub rozwodzili nad oznaczeniem literek R, D, N, P pomijając np. tłumaczenie kiedy używać N (Nigdy???). Uwag miałam tyle, że pracuję nad własnym filmem dla brunetek o automatycznej skrzyni biegów. Jak skończę, wrzucę na bloga :-)
Wzięłam się potem za czytanie instrukcji obsługi samochodu dla ludu. Nie wiem, kto to tłumaczył z niemieckiego na polski, przypuszczam, że jakiś Chińczyk najpierw przerobił na mandaryński, potem na nasz. Powstał palimpsest, którego ja jako filolożka znająca 2 martwe i 2 żywe obce języki zrozumieć nie mogłam, więc nie wiem, jak radzą sobie z tą instrukcją obsługi osoby podobnej do mojej kompetencji. Ja nie pojmuję w każdym bądź razie jak można włączyć silnik bez zapłonu albo wyłączyć zapłon, a silnika nie.
Z kim nie rozmawiam teraz, każdy rozpływa się nad zaletami automatu, twierdząc, że kobiety to są jego fankami - która raz spróbuje, nie chce już jeździć niczym innym.
No to ja chyba facetem jestem! 



środa, 13 marca 2019

Małe miasto wielkich skarbów

Większość z nas słyszała o znalezionym w Polsce ponad 30 lat temu najprawdziwszym, bezcennym, złotym skarbie. Korona królewska, zapona i zapinki ze szczerego złota, wysadzane kamieniami szlachetnymi, złote monety – tzw. floreny, pierścienie... Klejnoty znane jako skarb średzki, znalezione zostały przypadkiem w 1988 podczas prac budowlanych na rynku niedużego miasteczka pod Wrocławiem. To miasteczko nazywa się Środa Śląska!
Zapamiętajcie tę nazwę, miejsce jest bowiem niezwykłe, a skarbów odkryto w nim jeszcze więcej. Już jednak ten zwany średzkim jest najcenniejszym jubilersko-numizmatycznym znaleziskiem, jakie kiedykolwiek odkopano w Polsce, a i w Europie w XX w., jeśli pominąć artefakty z epoki starożytnej, to niewiele odkryć może się z tym równać. Skarb świadczy o wspaniałej przeszłości tego niedużego dziś miasta, o jego wielkim znaczeniu i atrakcyjności dla kupców, oraz dla mieszkańców. 
Gorączka złota
Przypadkowe odkrycie, jakim było wydobycie złotych przedmiotów przez łyżkę koparki, grzebiącej w fundamentach domu w samym rynku, obrosło przez te 30 lat sensacyjnymi opowieściami, bo też było tak wielkie i nieoczekiwane, że ani znalazcy, ani służby konserwatorskie nie były przygotowane do zarządzania tak potężnym znaleziskiem. Nie skupiajmy się jednak na psychologicznym, czy prawnym aspekcie tego wydarzenia. Nie wiadomo przecież, jak zachowałby się każdy z nas w obliczu takich emocjonujących wydarzeń...
Prawdopodobnie też nigdy nie dowiemy się, jak wielki był (pod względem ilości monet i biżuterii) ten królewski zastaw, który znalazł się w depozycie u średzkiego Żyda. Pożyczył on pieniądze królowi czeskiemu, Leopoldowi IV, a regalia miały być gwarancją tej pożyczki. Dlaczego bankier ze Środy Śląskiej, a nie z Pragi? 
Miasto było w późnym średniowieczu bardzo prężnym ośrodkiem handlowym. Leżało na szlaku handlowym, odbywały się w niej jedne z największych targów europejskich, odbywających się we środy, stąd nazwa miasta. Tu osiedliło się kilku zamożnych bankierów - Żydów.
Karol IV Luksemburski, król Czech, popadł właśnie w kłopoty finansowe. W niektórych miastach był persona non grata - niemile widziany... A marzyła mu się korona cesarza. Jan ze Środy załatwił władcy pożyczkę u jednego ze średzkich Żydów - Muscho, czy też Mojsze. Warunkiem był zastaw w postaci klejnotów, trzyletnie prawo pobytu na Śląsku i zwolnienia z podatku. 3 września 1348 roku we Wrocławiu spisano dokument "pożyczkowy".
Dlaczego jednak król nie odebrał kosztowności, gdy zrealizował swój plan? Planem było bowiem koronowanie się na cesarza niemieckiego. Skorzystał też Jan ze Środy (pośrednik pożyczkowy), gdyż został kanonikiem cesarstwa. Może król nie miał już kontaktu z Mojsze? Ten w międzyczasie ukrył depozyt, bo musiał uciekać ze Środy Śląskiej kiedy wybuchła dżuma w mieście. Wówczas obwiniano za nią Żydów. Tak więc Mojsze uciekł - może tylko na chwilę, ale coś mu się przydarzyło i już nie wrócił do swego domu we Środzie Śląskiej? Skarb bardzo dobrze ukryty przeleżał 650 lat w piwnicy. Ciekawe, że dokładnie sześć stuleci Środa Śląska była czeskim lennem.
Jak mówią znawcy znalezisko to "bezcenny relikt dawnej kultury dworskiej, arcydzieło sztuki złotniczej, przejaw wysublimowanego gustu, ale też zagadkowy artefakt, gdyż nie znamy z całą pewnością historii jego pochodzenia". 
Kiedy skarb wreszcie znalazł się we właściwym miejscu, tzn. w muzeum, okazało się, że niektóre przedmioty, a szczególnie królewska korona były mocno uszkodzone przez poszukiwaczy. Koronie brakowało kilku elementów, które odzyskiwano na raty - sporą część dopiero w... 2005 roku.
Zapewne praca milicji obywatelskiej, która realizowała akcję poszukiwawczą (pod kryptonimem "Korona") była równie fascynująca, jak sama historia zakopania i odkopania, oraz pochodzenia skarbu...

Pierwsze skarby, lata 70.
Skarbów we Środzie jest więcej, bo regalia nie były tym pierwszym odkryciem. Musimy cofnąć się w czasie do 1976 r. kiedy to skarb wypadł prawie zza zegara na ratuszowej wieży. Robotnicy robiący coś na dachu wyciągnęli jakiś dziwny metalowy walec. Gdy udało im się podważyć wieczko, z puszki wysypały się monety oraz opieczętowane dokumenty. Dwa lata później tutejszy proboszcz stawiał plebanię, a wierni kopali doły pod fundamenty. I coś znaleźli, bo dzieci wygadały się później o monetach i biżuterii. Niewiele o tym znalezisku wiadomo, ludzie go sobie przywłaszczyli.
Złoto lat 80.
W 1985 roku znów kopano doły pod fundamenty na starówce - przy ulicy Daszyńskiego 12. I z glinianego dzbana wysypały się tysiące srebrnych krążków... Skarb nazywany jest "małym skarbem średzkim". Ładny mi "mały"! 3 lata później, nadal przy ul. Daszyńskiego odkryto ten najsłynniejszy - koronę, zapinki, pierścienie, zaponę i floreny, które widzicie na moich zdjęciach.


Skarbów wcale nie koniec!
Kolejny skarb średzki znaleziono w 2000 r., również w centrum miasta. Należał do rodziny Pavel i jest to kolekcja biżuterii i monet odnaleziona w ruinach wyburzanej kamienicy. Podobno przedmioty zostały ukryte podczas II wojny światowej: 30 przedmiotów biżuteryjnych z XIX i XX wieku - srebrnych i złotych, zdobionych kamieniami szlachetnymi oraz zastawa stołowa i srebrne monety z 1939 roku. Do najcenniejszych przedmiotów tzw. małego skarbu średzkiego należą secesyjny naszyjnik ze złota ozdobiony ażurowym motywem liry oraz złota brosza. Niestety, ta kolekcja nie jest nigdzie prezentowana i nie znalazłam też zdjęć tak pięknie opisanych artefaktów. Gdzie one są przechowywane - nie wiem. Zainteresowanym historią odkryć we Środzie Śląskiej polecam sięgnąć po książkę Tomasza Bonka „Miasto skarbów” lub poczytać wiele artykułów w necie. 

Najbardziej jednak polecam wizję lokalną - wycieczkę do Środy Śl. i wizytę w tutejszym muzeum, w którym skarb jest wystawiony. Nie pożałujecie, miasteczko jest niebywale urocze i są tam jeszcze inne atrakcje! Muzeum mieści się w zabytkowej kamieniczce w Rynku i można pooglądać w nim także inne artefakty, np. taki:


Bardzo ciekawa figurka z późnego średniowiecza. Postać mężczyzny z brodą? Trochę to przypomina czytanie figur z wosku w Andrzejki... Może to jakiś bożek, Behemot Templariuszy? Zobaczcie na własne oczy i stwórzcie własną hipotezę :-)
Poza tym wejdźcie koniecznie na wieżę, w której kat miejski miał swoje biuro...



Środa Śląska jest także miastem wina, a w drugi weekend września odbywa się tu fantastyczna impreza winiarska. Warto zobaczyć orszak Bakchusa. Nie tylko we środę :-)



czwartek, 7 marca 2019

Kobiety do cygar! :-)

Za chwilę Dzień Kobiet, więc przewrotnie chcę Was namówić na najbardziej męską rzecz, jaką może zrobić kobieta: zapalić cygaro!

 fot. z telenowele.fora.pl
Nie jestem obecnie palaczką w żadnym sensie: papierosy rzuciłam chyba ze 28 lat temu, fajki nigdy nie paliłam, cygar - tym bardziej. Pamiętam jedynie, że w czasach studenckich kupowałam raz na parę miesięcy w Pewexie papierosy o nazwie Phoenix - były długie, cienkie i ciemnobrązowe w kolorze, może to były cygaretki - licho wie. Kosztowały majątek, jakieś 65 centów :-) Ale jak wyglądały! Luksusowo, ekskluzywnie, pachniały Ameryką, wielkim światem w siermiężnych latach 80. Były od wielkiego dzwonu, palone dla szpanu.
Swoją drogą, to przez nie rzuciłam palenie! I to z dnia na dzień: na imprezie z okazji 5-lecia ukończenia studiów tak się nimi „opaliłam”, że przeżyłam nikotynowo-alkoholowego kaca giganta stulecia. Chęć zapalenia nie pojawiła się przez kilka lat, potem czasem ktoś mnie namówił, ale już mi papieros nie smakował.
Osobną kategorią są cygarowe biesiady z moim byłym szefem z wydawnictwa. Wolfgang był przemiłym starszym panem, urodzonym hedonistą. Kiedy zapraszał nas na firmowe kolacje, zwłaszcza świąteczne, przeważnie kończyły się whisky z cygarem, które polecał nam moczyć w alkoholu. Nie zapomnę mega balangi w Sheratonie, chyba w 2005. Po wielkiej gali z nagrodami, które wręczałam przedstawicielom firm farmaceutycznych, szef się rozognił i zamówił "cygara dla wszystkich"! Kto żyw rzucił się do palenia. W cygarach chodzi o zasłonę dymną. Tu zatem bucham z jakimś gościem gali:



          A tu nie wyglądam na uszczęśliwioną, a przecież palę klasyka - Churchilla...

W tym kontekście może mniej dziwacznie zabrzmi informacja, że od prawie dwóch miesięcy pracuję w Old Havana cigars shop&lounge. Lubię to miejsce - jest klimatyczne, uczę się nowych rzeczy, poznaję nowych ludzi etc. Z konieczności i głodu wiedzy zaczęłam też uczyć się cygar. To niesamowite produkty, żywe - jak wino... Absolutnie wyjątkowe, różnorodne, niepowtarzalne. Dzieła sztuki. Dostarczające różnych wrażeń zmysłowych, ale uruchamiają całą szóstkę zmysłów. No i zachciało mi się jechać na Kubę!!!

Nie tylko dla macho...
Po cygara przychodzą przede wszystkim faceci. Ale zdarzyło mi się obsługiwać dziewczyny - chciały spróbować, zapalić cygaro na jakąś szczególną okazję, albo dla hecy. Nie wiem, dlaczego panuje opinia, że cygara to 100 % męska rzecz. Jak widać powyżej - nie. Dobrze, że znalazłam te zdjęcia, nie wyjdę na taką, co to namawia, a sama nigdy nie próbowała.
No to dziewczyny, kobiety - do cygar! Niech padnie ostatni bastion męskości! Jutro mnie w Old Havanie nie będzie, ale zawsze możecie wpaść na Kiełbaśniczą we Wrocławiu i trochę zażartować z Dnia Kobiet...
A tu cygarko osobiście na Kubie palone, a co!:

I dzieło sztuki, przywiezione z Kuby, oczywiście w temacie:



sobota, 23 lutego 2019

Żyrandol

Mam przeuroczego bratanka (po mężu). Ostatnio rozmawiałam z jego teściową. Coś tam plotłyśmy, od słowa do słowa poinformowała mnie, że D. właśnie zmienił pracę - został doradcą klienta w dużym sieciowym sklepie z artykułami budowlano-dekoracyjnymi. I że pracuje na dziale oświetleniowym.
Ucieszyłam się, uważam bowiem, że ten  młody człowiek jest wyjątkowo dobrze ułożony, a do handlu  ma smykałkę, więc będzie się w roli doradcy klienta sprawdzał, obroty sklepu zwiększał - ku obopólnej korzyści. Na to jego teściowa:
- Tak, tak, już całą rodzinę zaopatrzył w żarówki. Wciska tym biednym klientom żarówki na tony.
- Żarówki? - zdziwiłam się. - Pewnie mu polecili wysprzedawać...
- To jeszcze nic - ciągnie teściowa - wiesz, co kupił na święta pod choinkę S.? (swojej młodej żonce)
- Pierścionek z brylantem? - pytam, bo bratanek już w październiku zamawiał u mnie jakiś ekstra zestaw kosmetyków dla S. i wspominał o biżuterii. Potem się z zakupu u mnie wycofał, tłumaczył się oszczędnościami, bo dom chcą sobie kupić, czy też mieszkanie - nie wnikałam.
- Dwa żyrandole! Przecież nie mają ich nawet gdzie powiesić... - śmiała się teściowa.
- Nie martw się, to u nich rodzinne. Andrzej, czyli jego stryj też najpierw kupił kosiarkę, a potem dom z trawnikiem do koszenia...

środa, 20 lutego 2019

Wabi-sabi, czyli proste życie po japońsku

Natknęłam się na książkę autorstwa J. Pointer-Adams pt. "Żyj wabi-sabi". Domyślając się, że chodzi o jakiś nowy dla mnie styl w przestrzeni i zachowaniu, nawykach, zagłębiłam się w lekturę.

Pierwsze skojarzenie miałam oczywiście z wasabi, czyli zielonym chrzanem do sushi. Skojarzenie było trafne, bo wabi-sabi przybyło z Japonii. To był trend roku 2018, więc nieco się spóźniłam...
Ogólnie mówiąc to umiejętność dostrzegania piękna w rzeczach prostych, surowych, naturalnych, starych, pokrytych patyną czasu lub wyglądających na długo używane. Często są to przedmioty niedoskonałe w wyglądzie, z jakimś defektem, ale za to - z historią. Wabi oznacza w j. japońskim pokorę i prostotę, życie w zgodzie z naturą. Wabi jest więc osoba, która zadowala się tym, co ma, która gotowa jest ograniczać swoje potrzeby, czerpać z otoczenia zachwyt nad wszystkim, wzorować estetykę na naturze. Sabi to z kolei określenie przemijalności i procesu, zgodnego z naturalnym rytmem starzenia się. Człowiek sabi daje sobie i innym zgodę na przemijanie, starzenie się. Umie zachwycić się niedoskonałościami, jakie niesie życie. Tak więc i wabi, i sabi to określony światopogląd i sposób odczuwania prostoty, skromności.

Hygge contra wabi-sabi?
Kiedyś zachwyciłam się duńskim hygge. To styl życia, który można podsumować jednym słowem – przytulność. W nim chodzi o otulanie się puszystością, miękkością, o dążenie do komfortu, puchatości wełny, pluszu, grubych pledów, misiowych zabawek, obszernych foteli, w  których można się zatopić, pachnących świec i gorącej aromatyzowanej cynamonem herbatki itp. Wszystko ma na celu stworzenie „gniazdka”, azylu, w którym będzie nam ciepło, bezpiecznie.
W wabi-sabi chodzi o poczucie swobody wynikające z braku perfekcjonizmu. Przedmioty wokół nas powinny być naturalne. Tu nie ma więc miejsca na plastiki, lśniące nowością, chromowane sztućce, syntetyczne tkaniny. W wabi-sabi liczy się surowość, nawet pewna szorstkość w dotyku – lniane, bawełniane narzuty, obrusy wymięte, niewyprasowane, uszczerbione kubki, trochę nadgryzione zębem czasu talerze, tace, skrzynki po owocach w roli stoliczków. Tu chodzi o chropawą urodę odpadających ze ścian tynków, zadziorność surowego drewna itp. Wabi-sabi jest bez blichtru i zadęcia, skupia się na wspólnym przebywaniu w nieperfekcyjnym otoczeniu: skrzynka po owocach nakryta lnianym obrusem, ustawiona w ogrodzie, proste ceramiczne kubki. Ważniejsze jest wspólne bycie razem, a nie podziwianie przedmiotów; skupienie się na ludziach, naturze, nie na kryształowych kieliszkach. Żeby spotkać się z przyjaciółmi nie musimy zastawiać stołu smakołykami – wystarczy kawa, owoce, biesiada na kocu, rozłożonym na trawie. Nie musimy krochmalić obrusów, pożyczać porcelanowej zastawy – dekoracją ma być przyroda. Jeśli nie mamy ogrodu – salon wypełniony świeżymi kwiatami lub roślinami doniczkowymi w zupełności wystarczy. 
W wabi-sabi nie ma miejsca na sztuczność – ani kwiatów, plastikowych naczyń, ani tym bardziej na sztuczność naszych uczuć czy relacji z ludźmi. Inspiracją może być wszystko to, co jest nieperfekcyjne, nieuładzone, nieschematyczne, niekonwencjonalne.

I co się Wam bardziej podoba: hygge czy wabi-sabi? 
Jakkolwiek kocham naturalne przedmioty, mam uszczerbione misy Rosenthala, filiżanki nie do pary, kubki do kawy każdy inny w kolorze i wzorze, w czasie ogrodowych imprezek wystawiam zdezelowany drewniany stół, bo go kocham i nakrywam go lnianymi, wymiętymi obrusami, często z plamami po winie dawno wypitym z przyjaciółmi (bo się nie dają sprać!) - jednak tak do końca japońska surowośc mi nie pasuje. Lubię przytulność mego domu, ciepłych skarpet do łóżka, cenię hygge zwłaszcza zimą. 
Hm, to może zimą hygge, latem wabi-sabi? Tak, oto prawdziwie salomonowe rozwiązanie!

Próbka stylu wabi sabi. W tym wcieleniu milutka! Ale znów - na lato...
fot. mariefranceasia.



sobota, 9 lutego 2019

Fizyk kwintowy

Z dziwnym gościem miałam ostatnio spotkanie. Metafizyczne. To klient sklepu z cygarami, w którym od niedawna pracuję dla "life experiences". 
Gdy przyszedł pierwszy raz, trochę mnie przestraszył: jakiś taki zaniedbany, oczka rozbiegane, myślałam, że to podejrzany typ i powinnam go obserwować. Wpadł do humidora, wybrał cygaro, a kiedy zapytałam o nazwisko (bo jako stały klient może ma zniżkę)  - podawał mi je ze trzy razy, za każdym razem literując po jednej głosce, zamiast powiedzieć normalnie, np. Kowalski. Mamrotał przy tym, więc za nic nie mogłam go zrozumieć. Prosiłam o wyrozumiałość, że krótko tu pracuję i jeszcze nie ogarniam systemu fiskalnego. Poza tym może głucha jestem itp. W końcu nie wytrzymał i wrzasnął: "K, jak krrrowa!
Uznałam, że to wariat i lepiej z nim nie zaczynać. Jakoś udało mi się zakończyć tę żałosną scenę, poszedł w chmurze na obliczu. Opowiedziałam koledze o zdarzeniu, od razu go rozpoznał z mojego opisu: to stały klient, ponoć fizyk, z dziwnym poczuciem humoru. Ja tam żadnego "humoru" w nim nie zauważyłam...

Kiedy przyszedł drugi raz, cała aż zesztywniałam. Ale wyglądał lepiej - jakiś odświeżony, wyluzowany, z cieniem uśmiechu gdzieś za uchem. Wziął cygarko, zapłacił gotówką. Tylko że ja nie miałam wydać. Karty użyć nie chciał, zaproponował, że pójdzie rozmienić pieniądze. Dość długo go nie było, w końcu jest. Użaliłam się nad nim:
- Oj, chyba daleko musiał pan szukać drobnych?
- Nie, nie tak daleko, do Wroclavii skoczyłem do bankomatu! (czyli jakieś 5 km, bo w Rynku samym jesteśmy) - powiedział z kamienną twarzą Baster Keatona.
-  Aaaa, to chyba kwantowego przyspieszacza pan użył?
- Jako fizyk cieszę się, że takie trudne słowa weszły do potocznego języka, skoro się pani nimi posługuje... Może będzie więcej studentów? - ironizował.
- A pan jest fizykiem kwantowym?
- Nie, proszę pani, ja jestem fizykiem kwintowym! - zaprzeczył z mocą.
- Tak właśnie myślałam, bo jak pan wszedł, miał pan nos na kwintę...
Nagrodą było pokazanie pełnego uzębienia. Zapewne kwintowego...





wtorek, 5 lutego 2019

Najbardziej romantyczna kolacja ever?

Dziś rano usłyszałam w radiu pytanie, a chodziło o konkurs, w którym można wygrać zaproszenie na niezwykłą, walentynkową kolacje dla dwojga. Trzeba tylko opisać w sms najbardziej romantyczną ucztę w swoim życiu.

W konkursie udziału nie wzięłam, ale pytanie przywołało bardzo miłe wspomnienie: moja urodzinowa wyprawa na Bali, na którą zaprosił mnie mąż... I moja urodzinowa kolacja na plaży w Jimbaran... Najbardziej romantyczna uczta ever! Cała podróż na Bali była prezentem, który trwał dwa tygodnie. Kulminacją  był dzień 17 listopada, dokładnie moje urodziny. Zaczęliśmy świętowanie od rana - kąpiel w hotelowym basenie i leniwa włóczęga po drink-barach okolicznych hoteli na plaży, ze świeżym frangipiani za uchem...




Na wieczór wymyśliliśmy coś ekstra: ubraliśmy się wieczorowo i zamówioną taksówką pojechaliśmy z Sanur do Jimbaran - kolejnego kurortu, specjalizującego się w... ucztach na plaży przy zachodzącym słońcu. 

Soliki były nakryte obrusami, wszystkie oczywiście zwrócone w stronę oceanu. Kelnerzy, świece zapalone o zmroku i niezwykły spektakl, któremu towarzyszyła kulinarna biesiada złożona z samych owoców morza - homar, krab, langusty, krewetki, małże i co tylko chcecie, co zyje w wodzie i zostało dla nas z niej wyciągnięte. Z grilla, świeże, podane na liściach palmowych. Kiedy przybyliśmy, było jeszcze pustawo...



Ale już po kilkunastu minutach przy stolikach obok nas zasiadły setki innych biesiadników. Niesamowity nastrój towarzysko-muzyczno-smakowo-wizualny.
Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego, co nam w ramach tej uczty podano:
Kiedy się ściemniło, znalezienie na stole szczypców do krabów było utrudnione. Krab więc ocalał, bo wtedy nie wiedzieliśmy, jak się do niego dobrać :-)

Mam co wspominać! Zapytali w radiu - to Wam opowiedziałam.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Święte kontra smoki, czyli muzealna sobota

W minioną sobotę udało mi się namówić męża na wizytę w muzeum. Mam czasem taką nieposkromioną chęć na obcowanie ze sztuką. We wrocławskim Muzeum Narodowym były dwie nowe dla mnie wystawy czasowe: Migracje i Cudotwórcy.

Wystawa "Migracje - sztuka późnogotycka na Śląsku" zilustrowana była ulotką przedstawiającą jakąś świętą w opałach:


Zauroczył mnie klimat tej sceny i zachęcił do kupienia biletu: jakieś miasto, kobieta pięknie odziana, sama, piękna i wywyższona, przeciwko kilkunastu facetom, a jeden z nich coś próbuje u jej stóp majstrować - nie wiem. Weszłam, a tam - arcydzieła gotyckie nieprzebrane!
Scena, która mnie wciągnęła na wystawę okazała się być fragmentem poliptycznego ołtarza Mistrza z Gościszowic z 1505 roku, przedstawiającym wydarzenie z legendy o św. Katarzynie. Jak się zaraz okaże chodzi o świętą z Aleksandrii, nie z Sieny.
Katarzyna urodziła się pod koniec III w., w Egipcie, w Aleksandrii. Byłą córką króla Kustosa. Wykształcona, piękna i bogata, więc o jej rękę ubiegali się najznakomitsi obywatele miasta. Nadaremnie. Kaśka bowiem złożyła ślub dozgonnej czystości, gdyż wyznawała chrześcijaństwo. 
Wkrótce wybuchło krwawe prześladowanie chrześcijan - za panowania cesarza Dioklecjana. Maksymian, jego współrządca na Wschodzie wyróżniał się nienawiścią do chrześcijan. Przybył osobiście do Aleksandrii, by dopilnować realizacji edyktów. Upatrzył sobie Katarzynę. Pojmał, chciał  ją zmusić do złożenia ofiary pogańskim bogom. Odmówiła. Wówczas cesarz zarządził dysputę między nią a pięćdziesięcioma filozofami. Katarzyna zdołała ich przekonać do nowej wiary, nawrócić na chrześcijaństwo, przez co od razu zostali żywcem spaleni. To właśnie przedstawia obraz Mistrza poliptyku - oni wszyscy już płoną, widać ogniki wokół nich i dorzucających drwa do stosu, a jednak nadal są wpatrzeni w kobietę, z czcią. Piękne.
Tak na marginesie, relikwie świętej znajdują się na Górze Synaj do dziś.

Wracając jednak do wystawy, to zgromadzono i po raz pierwszy pokazano na niej dzieła mistrzów, przybyłych na Śląsk z innych krajów europejskich. Oni tutaj otworzyli swoje warsztaty i wykonali dzieła sztuki (sakralnej głównie), konkurujące z najsłynniejszymi arcydziełami Zachodniej Europy.
Na poliptyku św. Barbary z wrocławskiego kościoła, którego pojawienie się w mieście określano mianem pojawienia się komety widać znów potworne sceny męki Barbary, zwłaszcza ucinanie nożem głowy na żywca... Zastanawia mnie, że w scenach tortur nigdy nie ma kobiet wśród oprawców.


Natomiast wizerunek św. Małgorzaty, która wg legendy poskromiła smoka (pod tą postacią objawił się jej sam diabeł), na tym samym poliptycznym ołtarzu z Gościszowic zauroczył mnie figurką smoka, którego Małgorzata trzyma w ręce. W tym wydaniu jest stworzonkiem wręcz sympatycznym, żadna tam z niego bestia!


Druga interesująca wystawa - Cudo-Twórcy to prezentacja rzemiosła i sztuki zdobniczej, m.in. ceramiki i szkła (polskiego, zwłaszcza twórców wrocławskich). Coś pięknego, bardzo polecam!


wtorek, 8 stycznia 2019

Prawo Przyciągania w praktyce, czyli jak straciłam zapłatę...

Jestem zwolenniczką teorii, że wszystko co się nam w życiu przydarza przyciągamy swoją energią, wysyłaną przez mózg (prościej - myślami). Ta teoria w skrócie nazywana jest Prawem Przyciągania, spopularyzowanym przez książkę Rhondy Byrne pt. "Sekret".

Myślę, że sięgając głębiej w przeszłość można tę teorię wywieść od starożytnych nauk hermetycznych i Szmaragdowej Tablicy zesłanej przez Hermesa Trismegistosa. Ale ad rem: jak mi się dziś to Prawo Przyciągania objawiło?

Fe sen...
Śnił mi się bardzo dziwny, fekaliczny sen: tańczyłam z mężem na jakieś sali balowej, nie było oprócz nas zbyt wielu ludzi na parkiecie. Nagle wypsnęła mi się (w tym tańcu!), hm, hm... kupa. Dość spora, zakręcona jak porcja lodów (brrr), leżąca na parkiecie. Zawstydziłam się, wiedziałam, że jest moja, chociaż nie byłam w stanie pojąć, jak ją tak w tańcu "wyprodukowałam". Zawstydzona uciekłam z sali, zostawiając tam męża. Kupa nie dawała się ominąć, leżała na samym środku...
Po jakimś czasie mąż znalazł mnie w innym pomieszczeniu, bardzo był zły, powiedział, że musiał po mnie sprzątać i że w ogóle wszyscy wiedzą, że to moja kupa itd., itp. Czułam się okropnie zawstydzona.

Szczęście - w senniku
I tyle snu. Dla zabawy sprawdziłam w Senniku Egipskim i internetowym, co znaczy wyśnić gó....o. Wszędzie były zaskakująco dobre wróżby: powodzenie, szczęście, fortuna, pieniądze.
No i tu zawiodła moja teoretyczna fascynacja Prawem Przyciągania. Zamiast już cieszyć się wygraną i liczyć pieniądze, oraz wymyślać na co je wydam (i jak duże, bo kupa była naprawdę spora!), zaczęłam przeinterpretowywać. Może to są pieniądze, ale stracone, bo to przecież we śnie moje dzieło było, które... wydaliłam - wydałam?

Unikanie straty
Cały dzień minął mi więc na unikaniu straty. Nie myślałam o fortunie, sprzyjającym mi szczęściu, nie cieszyłam się z wygranej, nie zagrałam w Lotto jak radziła mama. Nie byłam otwartą na to, co przyniesie Los. Skupiłam się na tym tylko - co zrobić, by zminimalizować stratę.
Przerwałam więc ważne spotkanie, by popędzić do parkomatu, bo kończył mi się bilet parkingowy, a niedawno za 5 minut spóźnienia zapłaciłam 30 zł kary... No to zdążyłam, uff, co za ulga.
Na krótko. Nie straciłam bowiem marnych 30 zł, ale za to duuuużo więcej - 2250 zł! Tyle bowiem miał mi ktoś zapłacić, a się wycofał, więc pieniądze odpłynęły na zawsze...

Morał z sytuacji: Prawo Przyciągania działa na 100%. Wierząc w nie unikaj działania, które może się zrealizować w niekorzystny dla Ciebie sposób.
Wiedziałam, że Prawo działa, ale w tym przypadku zwątpiłam. I mam nauczkę.

grafika z menosfera.com

niedziela, 6 stycznia 2019

Goszcz, czyli pałac którego fatum to pożary

Włóczyłam się po Dolinie Baryczy dwa dni temu. Jadąc w stronę Twardogóry mijałam małą miejscowość Goszcz. Przed maską samochodu, zza zakrętu, wynurzyła się niespodziewanie niespotykanie piękna budowla. Musiałam się zatrzymać!


Kościół dworski, ewangelicki
- Co to jest? - Pytałam gorączkowo męża. - Pałac, kościół?
Obiekt, który ściągnął mnie z drogi, okazał się być ewangelickim kościołem w dobrym stanie, oczywiście aktualnie nieczynnym, lecz remontowanym. Otwierał on od strony drogi potężny kompleks pałacowo-parkowy. Ogrodzony częściowo murem, w większej części fantastycznymi półokrągłymi oficynami, które tworzyły zamknięcie tego obszaru razem z trzema bramami wjazdowymi.

Dom ogrodnika
 Jedną, wyglądającą na główną postanowiłam dostać się do wewnętrznego dziedzińca.


A tam - przepych w opłakanym stanie! Na szczytach frontu wciąż odważnie stoją bezgłowe figury jakichś kamiennych piękności w zwiewnych szatach. Z resztek wytwornego balkonu, wspartego na korynckich kolumnach kapie smutno woda. I te okna strychowe trwające nadal jakimś nieprawdopodobnym cudem fizycznym, opierając się tylko na fragmencie ocalałego dachu...


Zaczęłam szukać tu, na miejscu, w internecie informacji o tym nieprawdopodobnym obiekcie.

Rokokowo-barokowy Pałac von Reichenbachów!
A więc stąd pojawia się ta litera R nad oknami (np. na trzecim zdjęciu powyżej)!
Von Reichenbachowie - pruska arystokracja ewangelickiego wyznania zakupili ziemie w Goszczu od biskupstwa wrocławskiego. Henryk Leopold I von Reichenbach był od 1740 r. wolnym panem Goszcza. Był też ponoć gburem i okrutnikiem. To on wybudował najpierw pierwszy pałac (na miejscu XII wiecznego zamku). Niestety, długo się nim rodzina nie cieszyła, bo ten pierwszy spłonął w 1749 w ogromnym pożarze. Natychmiast zaczęto budować nowy, wg projektu architekta z Legnicy - Karla Martina Frantza. Ukończono go w 1755 r. Zaprojektowany został na wzór Palace Marschall w Berlinie, planie prostokąta. W środku znajdował się dziedziniec z trzema bramami, łączonymi budynkami, oficynami i domami gościnnymi. Była stajnia dla koni i dom ogrodnika. Dookoła posiadłości roztaczał się - i nadal roztacza park ze stawem. Tyle, że wcześniej były tu jeszcze inne parkowe budowle. Dziś ławki i ogródek jordanowski dla dzieci.


Widok jednego z "narożników" od strony stawu i parku
Von Reichenbachowie mieszkali w pałacu do 1945, kiedy to zbliżająca się Armia Czerwona wystraszyła pruskich arystokratów, którzy uciekli stąd zostawiając wszystko. Nietknięty w czasie wojny, spłonął w Boże Narodzenie 1947 r. wskutek podpalenia przez szabrowników, którzy zatarli w ten sposób ślady kradzieży. Dwa tygodnie się tlił, a to co zostało (jeszcze!) skutecznie "dobili" poszukiwacze skarbów, bandyci plądrujący rodowe mauzoleum, oraz służby konserwatorskie. Za ich zgodą w latach 60. zburzono oranżerię, pawilon i inne budowle parkowe!!!
Widocznie pożary były przeznaczeniem pałacu. Ten drugi zdarzył się wprawdzie 200 lat później, już po II wojnie, ale do teraz trwają jego skutki. To już 70 lat!
Podobno olśniewał wystrojem. Zdaniem znawców pałac przypominał Wilanów i Poczdam. Z kościołem dworskim łączył go np. ponoć szklany tunel. Domek ogrodnika ma okrągłe ściany i piękny dach - jest zamieszkany tak jak inne budynki łącznikowe czy oficyny, stajnia. Tylko główna budowla - pałac jest w totalnej ruinie, bez dachu, niszczejąca. Pozostałe, boczne budynki zostały nawet w jakiejś części zrewitalizowane, mieszkają tam ludzie, jest w nich świetlica miejska itp.


Ponowny pogrzeb
W dworskim kościele stały sarkofagi von Reichenbachów, splądrowane po wojnie. 

Sarkofag w kościele
Znalazłam wzmiankę, że: 14. grudnia 1993 roku odbył się w Goszczu ponowny pogrzeb rodziny von Reichenbach: Heinricha Leopolda Graf von Reichenbach (+1775), jego zony Amalii Marianny Gräfin von Schönaich-Carolath (+1790) i dwójki zmarłych dzieci. Szczątki ich ciał zebrano ze zdewastowanych sarkofagów w dawnym ewangelickim kościele dworskim przy pałacu w Goszczu. W uroczystości brali udział członkowie rodziny von Reichenbach-Goschütz, którzy przybyli z Niemiec, burmistrz miasta Twardogóra Zbigniew Potyrała, proboszcz katolicki z Goszcza ks. Józef Reca oraz pastor ewangelicki z Sycowa – Fober. Po krótkich modlitwach, odezwie HEINRICHA GRAFA VON REICHENBACH-GOSCHÜTZ - trumna ze szczątkami została przeniesiona do mauzoleum rodzinnego przy ul. Asnyka, gdzie została złożona w krypcie, a wejście zostało zamurowane.Obecnie kościół jest w zaawansowanym remoncie. Będzie to Świątynia Artystów pod skrzydłami Stowarzyszenia św. Magdaleny...

Kim byli Reichenbachowie?
Znamienita rodzina przeszło 700 lat żyła na Śląsku. Jej członkowie przyczynili się na różny sposób do gospodarczego i kulturalnego znaczenia tego regionu. Prawie 250 lat uczestniczyła aktywnie w rozwoju Śląska, włączając w to swoje posiadłości w Goszczu i w Twardogórze. Wszyscy zmarli członkowie rodziny von Reichenbach spoczęli na Śląsku, także w Goszczu.
Ojciec budowniczego pałacu, graf Henryk był Naczelnym Poczmistrzem Śląska (tytuł dożywotni).

środa, 2 stycznia 2019

Samouwielbienie

Z cyklu dialogi na cztery nogi:

Ja: Kochanie, w tym roku jak nigdy wcześniej zapomnieliśmy o naszej pierwszej rocznicy ślubu! (19 grudnia była)
Mąż w zdumieniu: No rzeczywiście!
Ja, z entuzjazmem: Co tam rocznice, najważniejsze, że ja po 31 latach nadal uwielbiam twoje towarzystwo, a Ty?
Mąż, z entuzjazmem: No ja też uwielbiam swoje towarzystwo!