poniedziałek, 31 października 2016

Uwielbiam stare nekropolie...

Tytułowe wyznanie może wydawać się komuś trochę dziwaczne, bo miłośnik starych cmentarzy  kojarzy się od razu z satanistą albo nekrofilem! A archeolog? Ten też szuka, kopie i przeszukuje cmentarze, i to bynajmniej nie w podejrzanych albo psychopatycznych celach. Oświadczam więc, by ubiec komentarze, że moje zamiłowanie jest takie bardziej archeologiczne. Im starszy cmentarz, tym ciekawszy! Wystarczy wejść za bramę, by poczuć magię: historii, sacrum, metafizyki...

Zatem uwielbiam nekropolie, począwszy od piramid i megalitów, a skończywszy na np. wrocławskim Cmentarzu Żydowskim. Może w poprzednim wcieleniu mieszkałam w Meksyku, bo oni też mają takie inne podejście do cmentarzy... To się zresztą upowszechnia i u nas: przywołam coraz modniejszy Halloween...

Ja tam od zawsze, od dziecka lubiłam czas listopadowego święta, gdy odwiedzało się groby. Przez prawie całe moje życie (do ośmiu lat wstecz) nie miałam bliskich na cmentarzu, wszyscy kochani i kochający mnie ludzie żyli, cieszyli się dobrym zdrowiem, odwiedzałam więc jeden jedyny grób - mojego pradziadka, który zmarł przed moimi narodzinami. Pochowany jest na cudnym, starym cmentarzu, a mnie fascynowały wtedy (i nadal fascynują) kolorowe światełka, kwiaty i atmosfera tego miejsca. Zawsze rwałam się do zapalania zniczy, za każdym razem przypalając sobie rękawy paltocika. Wizyty na cmentarzu były dla mnie po prostu magiczne, tajemnicze, nastrojowe. Fajne. Cmentarz nigdy nie był miejscem smutnym. Przeciwnie, ciekawa byłam historii ludzi, którzy tu leżeli, czytałam teksty na nagrobkach, słuchałam z ciekawością opowieści, snutych na cmentarzu przez dorosłych.

Odkąd dowiedziałam się, że epitafia w kościołach to też swego rodzaju nagrobki, a o ileż bardziej ciekawe, swoje zainteresowania poszerzyłam o te gotyckie czy barokowe obiekty. Z kolei studia nad starożytnością skierowały moje zainteresowania na jeszcze starsze, liczące kilkanaście wieków, antyczne nekropolie. Od tej pory ze stałą fascynacją planowałam podróże tzw. kluczem archeologicznym - u celu prędzej czy później pojawiała się jakaś tajemnicza, na wpół zapomniana lub zakopana nekropolia...

Etruskie i egipskie

Pamiętam doskonale pierwszą "grobowcową" podróż, którą samodzielnie zaplanowałam: do Toskanii, dawnej ziemii Etrusków, tajemniczego ludu, którego języka wciąż nie rozszyfrowano, a którzy jeszcze przed Rzymianami stworzyli w centralnej części Italii wyrafinowaną cywilizację. Jako pierwsi w Europie budowali wyszukane grobowce. Najbardziej znane, a jest ich tam około 6000, znajdują się w Tarquinii. Kolejne w Cerveterii i wielu innych miejscach. Mają osobliwy kształt - to okrągły, nakryty spiczastym dachem kopiec, do którego wchodzi się wąskimi drzwiami. Wewnątrz same cuda: reliefy, malowidła ścienne.


zdj. www.przewodnik-rzym.com

Pełne malowideł są też grobowce w Dolinie Królów - zatem kolejnym moim celem był Egipt. Piramidy to też grobowce, więc zaliczyłam i tę atrakcję turystyczną.

Jednak w Egipcie największe wrażenie zrobiły na mnie nie starożytne grobowce i piramidy, a cmentarz arabski, liczący kilkaset lat, na którym obecnie mieszka około 3 milionów ludzi. To slumsy, w które nie powinni zapuszczać się turyści, ja też widziałam go tylko z zewnątrz, z okien autokaru, gdyż nad cmentarzem wiedzie estakada. Wśród fikuśnych grobowców, jakby miniaturowych meczetów stoją zaparkowane samochody, suszy się kolorowe pranie, bawią się dzieci...

Wracając do etruskich grobowców  - równie okazałe w kształcie, kopulaste grobowce trackie znalazłam w Bułgarii - np. w Pomorie.



zdj. www.samobulgaria.com

Skalne rezydencje

Do tego rodzaju nekropolii zalicza się grobowce Petry (Jordania), a także liczne likijskie grobowce na terenie tureckiej Riwiery Egejskiej. Szczególnie interesujące są te w Fethiye, niesamowicie położone - najokazalszym jest grobowiec Amyntasa spod którego rozciąga się wręcz spektakularny widok na morze. Bardzo miło tam sobie posiedzieć, posłuchać cykad... Jak w rezydencji z tarasem:


zdj. www.holidaycheck.pl

W czasie jeep-safari w okolicy Fethiye, na likijskim wybrzeżu gdy oddaliliśmy się nieco od morza, widziałam jeszcze inne, bardziej niedostępne skalne "mieszkania" pośmiertne.

Pełno skalnych grobowców jest na pobliskim Cyprze - pod Pafos (z epoki hellenistycznej), np. poniżej coś, co nazwałam mini Petrą:





z kolei to powyższe zdjęcie też zrobione na Cyprze, ale z innego miejsca, nie z Pafos. Podobne do nich grobowce są na Krecie, zwłaszcza w Matali.

Skoro o wyspach mowa: Malta to kolejna zagadka. Samą Maltę nazywa się "wyspą megalitów", bo cała usiana jest budowlami niespotykanymi w Europie. Powstanie tych obiektów, jak również cywilizacja, która je wzniosła do dziś stanowią zagadkę... Potężne budowle są starsze od piramid i Stonehenge! Część z nich jest grobowcami.


zdj.www.2.bp.blogspot.com

Grobowce jak wieżowce

Takie znajdziecie tylko w Syrii, nieopodal Palmiry. Chociaż myślę, że może już ich nie ma... Mieszkańcy Palmiry budowali bardzo oryginalne grobowce wieżowe, które mogły pomieścić setki „mieszkańców” (pod ziemią i na wyższych kondygnacjach). Wieże są unikatowe, jak piramidy: mają 3-4-5 pięter, plan kwadratu lub prostokąta, są wykonane z miejscowego z kamienia, zwężają się schodkowo ku górze. Na niektórych na dachu są… tarasy. Nad wejściem do wieży są zazwyczaj ozdobne reliefy albo inskrypcje. Wewnątrz – nisze grobowe, wyglądające jak segmenty, w których ktoś wyjął szuflady. Pomieszczenie na poziomie gruntu miało zazwyczaj 6-7 m. wysokości! Znajdowały się w nim także schody na wyższe kondygnacje, a stropy każdego piętra pokryte są  kasetonami z ornamentem roślinnym. W niektórych są malowidła, albo posągi czy też popiersia. Zmarli chowani byli we wnękach jak w szufladach, oraz w podziemiach (hipogeum). Niektóre wieże mają 5 pięter i 300 nisz dla zmarłych... Są ich tam dziesiątki... Fascynujące.



Porozrzucane skrzynie

Cmentarzysko kamiennych "skrzyń" widziałam niedaleko Pammukale w Turcji. W starożytności było to uzdrowisko - Hierapolis, do którego przybywała nawet sama Kleopatra. Niesamowity widok przedstawiają sobą te zapomniane przez wszystkich (na szczęście są turyści!) starożytne grobowce...

zdj. www.kolumber.pl


Z cmentarzy nowszych, bliższych współczesności, które zachwyciły mnie, wymienię ten w Nicei. Ma zaledwie 200 lat, ale jest przepięknie położony i ma dzieła sztuki w roli nagrobków...


zdj. davidiacus.files.wordpress.com

Oj, słuchajcie - mnóstwo tego typu miejsc widziałam. Nekropole nigdy mnie nie znudzą, myślę, że najciekawsze jeszcze wciąż przede mną.

Ta krótka retrospektywa poczyniona została okazjonalnie - akurat jesteśmy przecież w "temacie"...

 

środa, 26 października 2016

Mały bagaż

Szykujemy się do kolejnej podróży. Bilety lotnicze zakupione, niestety to tanie linie i ograniczenia bagażowe są. Nie dotarło do mnie wcześniej, że bagaż wielkości 42 cm na 32 cm to właściwie moja torebka, z która śmigam na co dzień po mieście. Zaczęłam więc kombinować, jak zmieścić w nim niezbędne kobiecie akcesoria. I wpadłam na świetny pomysł, którym dzielę się z mężem:

- Słuchaj, na te 5 dni możemy wziąć np. 5 par majtek czy T-shirtów i założyć wszystkie na raz na siebie. To samo możemy zrobić z twoimi skarpetkami. W ten sposób będzie więcej miejsca w walizce i wiesz...

- Genialny pomysł! - przerywa z entuzjazmem mój ulubiony mąż. - Oczywiście swoje lokówki też założysz na siebie? - dopytuje.

Jeśli o mnie chodzi - nie widzę przeszkód. Mogę też od razu ubrać się w maseczkę kosmetyczną, żeby nie zabrali mi tubki w czasie kontroli lotniskowej...


 zdj. depositphotos.com

środa, 19 października 2016

Słonie, szafiry i Sziwa, czyli brunetka na Sri Lance cz. I

Minęło już bardzo dużo czasu od mojej wiosennej podróży na cynamonową wyspę. Chyba nigdy nie zwlekałam tak długo z relacją. Widocznie wspomnienia musiały się ułożyć i... zakurzyć. Sprawdźmy, co jeszcze pamiętam!
Chociaż wyspa wydawała mi się dość mała i "do ogarnięcia" w dwa tygodnie, to nie udało się obejrzeć jej całej, ale i tak nie ma powodu do żalu - zobaczyłam wiele. Sri Lanka, "Łza Indii" jak się ją często nazywa, w czasach kolonizacji brytyjskiej nosiła nazwę Cejlon. Ta owiana legendami wyspa przypraw (cynamonu), herbaty (oczywista oczywistość), słoni (słynny sierociniec) i szafirów (jest tu nadal kopalnia, w której wydobywa się klejnoty ręczną metodą) ciekawiła mnie od dawna. I nie tylko dlatego, że uwielbiam cynamon i szafiry...
Jeszcze nie tak dawno wyspa nie była bezpiecznym turystycznym celem. Walczyły tu dwa narody - Lankijczycy i Tamilowie (Tamilskie Tygrysy). Pierwsi są "większościowymi" buddystami, drudzy - hinduistami, stanowiącymi mniejszość. Oba narody nie rozumieją swoich języków, posługują się odmiennym alfabetem. Wszędzie są napisy dwujęzyczne chociaż Tamilowie zamieszkują raczej północno-wschodnią część i wschód wyspy. Można ten rejon zwiedzać, ja jednak skupiłam się na centralnej i zachodniej części, tej lankijskiej.
Przed podróżą zaopatrzyłam się w miniprzewodnik Beaty Pawlikowskiej "Blondynka na Sri Lance". Dobrze, że miałam już kupiony bilet na samolot, bo po lekturze książki odechciało mi się tam lecieć! Wyspa jawiła mi się jako mało atrakcyjna i owiana smutkiem "mordowanych" krzewów herbacianych i słoni. To kolejny raz gdy lektura B. Pawlikowskiej nastawiła mnie negatywnie  do podróży. Po jej "Poradniku globtrotera" pojechałam na Bali i bałam się wszystkiego: psów, nietoperzy, małp i tęgoryjców.
Ale wróćmy na Sri Lankę. Wyprawę zorganizowałam samodzielnie, bukując pobyty w hotelach w różnych częściach wyspy. Nie miałam wtedy pojęcia, jak się  będziemy przedostawać z jednej miejscowości do kolejnej, ale nad optymistami czuwa Hermes, bóg podróżników no i Ganesza, ten z  trąbą słonia, którego przywiozłam sobie niegdyś z Tajlandii, więc się udało.

Kolombo
Przylecieliśmy do Kolombo, głównego miasta Sri Lanki (ale nie jest jego stolicą, jak się mylnie sądzi), zatrzymując się w miłym hotelu na peryferiach. Wiedziałam, że przylatujemy podczas wielkiego święta zwanego Poya (pełnia Księżyca), obchodzonego co miesiąc, kiedy to mają miejsce wielogodzinne rytuały, procesje. Sklepy, banki, szkoły są zamknięte. Ponieważ wiedziałam, że po przylocie wpadniemy w Poyę, trzeba było zrobić zakupy żywnościowe (choćby wodę). Po krótkiej drzemce w hotelu wyruszyliśmy więc w stronę centrum miasta, łapiąc tuk-tuka:
Zanim zorientowaliśmy się co i jak się tu po tej metropolii poruszać (jest chyba mniej więcej wielkości Wrocławia), na jedynej plaży miasta zaczął gęstnieć tłum. Barwnie odziani ludzie przybywali na brzeg morza, szykując się do księżycowych rytuałów. Do wieczora było jednak jeszcze daleko, na ciemności trzeba było poczekać.

Tymczasem nam burczało już porządnie w brzuchach, zaczęliśmy więc oddalać się od plaży w poszukiwaniu jakiejś przyzwoitej restauracji, bo dostępne były tylko przekąski od ulicznych sprzedawców:

Wszystko inne było już z powodu święta zamknięte. Jedynym wyjątkiem okazał się jakiś bar, znaleziony w jakiejś bocznej uliczce, który jako żywo przypominał "Misia". Obskurny wystrój, długie stoły, przy których radośnie posilali się lokalsi. Menu na ścianie tylko w ichnich "robaczkach", pokazywaliśmy więc palcem w garnkach, co ewentualnie chcielibyśmy zjeść.

Lankijczycy jedzą palcami, kucharz także nie używał sztućców nakładając nam jakieś kule ryżowe obtoczone w przyprawach (Budda jeden wiedział, co to). Poprosiliśmy o widelce, które przyniesiono z jakiegoś odległego magazynu. Kucharz osobiście nas obsługiwał, co wiązało się z długą opowieścią w jego języku, co nam poleca i dotykaniem każdej potrawy na naszym talerzu niezbyt czystymi palcami. Dlatego po jego odejściu od stołu mama kategorycznie odmówiła spożycia czegokolwiek. Andrzej jednak odważnie zabrał się do konsumpcji, ja delikatnie ponagryzałam to i owo, bo było piekielnie pikantne, ale pilnie obserwując otoczenie. Ubaw po pachy, a to przyszedł klient kupując na wynos coś w foliowych woreczkach (zupę chyba). Natomiast między lokalsami spożywającymi z ogromną wprawą palcami ryż w jakichś rzadkich sosach chodził facet z cynowym wiadrem, z którego wielką łychą dodawał płynu na talerze gości, wypytując chyba, czy smakuje. Wszyscy jedli palcami z takim smakiem, że ślinka leciała. Ale klimaty! Za "ucztę" zapłaciliśmy jakieś 3 dolary i wrócili do hotelu, by natychmiast się zdezynfekować. Spożywanie takiego menu w takim miejscu w pierwszych godzinach pobytu w tropikach to było mega ryzyko, ale... dezynfekcja zrobiła swoje. Do końca urlopu na Sri Lance nikt z nas nie miał żadnych sensacji żołądkowych. Może to czysty kraj po prostu jest! A może polskie dezynfektory mają moc nie tylko 40, ale 100%... Potem nasze posiłki (czyli tzw. rice and curry) wyglądały już tak:

Szybko nauczyliśmy się posługiwać w Kolombo tuk-tukami, które okazały się szalenie tanim i wygodnym środkiem lokomocji. Trzeba było się jednak spieszyć, bo jeszcze tylko dwa noclegi! Potem mieliśmy przedostać się do centralnej części wyspy. Najpierw chciałam trochę pozwiedzać miasto i przede wszystkim dotrzeć na dworzec kolejowy, by zorientować się w możliwościach dojechania pociągiem do Dambulli, w której zarezerwowałam kolejne parę nocy. Włóczęga po nowocześniejszej części Kolombo, tej z wieżami WTC doprowadziła nas do rozległego i pięknego parku. Usiedliśmy zmęczeni na ławce rozkoszując się cieniem wielkich drzew (upał był dramatyczny). Nagle Andrzej wypatrzył coś na drzewie. Miał aparat z wielkim teleskopem, więc ściągnął obiekty i... okazało się, że w pełnym słońcu, w środku dnia śpi tu kolonia nietoperzy. Były ich dziesiątki. Jasność wcale im nie przeszkadzała...

Zaraz potem przyplątał się do nas mężczyzna twierdzący, że jest tu ogrodnikiem (w parku znaczy) i pokaże nam osobliwości tego miejsca. Chętnie ruszyliśmy za nim. Poznaliśmy np. Ball tree, święte drzewo buddystów. Niezwykłe kwiaty, kuliste owoce:


Przez godzinę z okładem ogrodnik pokazywał i opowiadał, było to bardzo ciekawe, aczkolwiek nie bezinteresowne. Oprócz lekcji botaniki dostaliśmy też lekcję znaną z wielu innych krajów - trzeba zapłacić za coś, co wygląda na życzliwość okazywaną turystom. Nie ma tak! Nic to, było warto dać mu te 5 dolców. Mój fiś na Sri Lance to zdecydowanie drzewa:
albo to:


Następnego dnia udało nam się dotrzeć na dworzec kolejowy w Kolombo. Szukając jakiegokolwiek rozkładu jazdy natknęliśmy się na punkt informacji turystycznej.  I to był niezwykle korzystny zbieg okoliczności. W małym biurze siedziało dwóch starszych panów. Jeden był wolny, więc zaczęliśmy go wypytywać  o możliwości dojazdu do Dambulli. Okazało się, że pan oferuje nam wynajęcie samochodu z kierowcą na cały pobyt w centrum wyspy, w okolicach Kandy, połączone z przejazdem pociągiem na trasie, na której mi bardzo zależało, gdyż jest to ponoć najpiękniejsza na świecie, pokonywana pociągiem z panoramicznymi oknami, wiodąca przez plantacje herbaty - z Kandy do Nuwara Elja.

Kierowca miał być do naszej dyspozycji przez cała dobę, nie płacimy za benzynę, jego noclegi, posiłki - jedynie za obwożenie po atrakcjach. Miałam nieco inny plan podróży, niż standardowo oferowany turystom, ale pan z biura był elastyczny: szczegółowo napisał wszystko w umowie. Za bodaj 9-cio dniową usługę zapłaciliśmy jakieś śmieszne pieniądze zważywszy luksus podróżowania klimatyzowanym autem z tubylcem, pod którego opieką byliśmy. Było to ważne zwłaszcza dla mamy. Tak więc kolejnego dnia opuszczaliśmy Kolombo pociągiem, do Kandy. Tam miał czekać na nas "nasz" kierowca.

Podróż specjalnym pociągiem (bo dla cudzoziemców), I klasą z klimą i filmami wyświetlanymi na małych telewizorkach ciągnęła się nam niemiłosiernie. Mimo że było to tylko trochę ponad 100 kilometrów, to jechaliśmy chyba ze 4 godziny. Później wiedziałam, że poruszanie się po Sri Lance wymaga cierpliwości - dystanse są niedługie, za to długotrwałe :-) Pejzaże za oknem nie należały do ciekawych. Małe stacje, na których wyczekiwał "swojego" pociągu tłum tubylców, wracających z pracy (lub jadących do pracy - nie wiem). Domy z blachy, brzydkie widoki jakichś wiosek. Azja, po prostu. Czekałam na Kandy - perłę Sri Lanki, dawną jej stolicę, nadal centrum kulturalne, historyczne i religijne wyspy. Tu znajduje się Świątynia Zęba...
Na dworcu w Kandy rozbawiła mnie toaleta na peronie - obszerny baraczek ale tylko z jednym "oczkiem", dość czysty jak na azjatyckie standardy, oczywiście tylko dla cudzoziemców... Tak więc oprócz pociągów także toalety są na Sri Lance zarezerwowane dla "białych".
Riko, nasz kierowca zaprowadził nas do samochodu - był to złoty Hyunday, czyściutki i elegancki. Ruszyliśmy do Dambulli, bo tam zarezerwowałam kolejny po Kolombo nocleg. W drodze Riko zaproponował nam zwiedzanie atrakcji - Ogrodu przypraw. To mini ogród botaniczny, w którym przewodnik pokazywał nam różne gatunki egzotycznych drzew i krzewów, m.in.: kakaowca, cynamonowca, drzewo goździkowe, wanilię, pieprz.

Przy każdym okazie prezentował nam (i wcierał w skórę!) naturalne kosmetyki z danego surowca, przygotowane według ajurwedyjskich receptur. Na koniec dostaliśmy masaż szyi, pleców i rąk (tylko ja się zdecydowałam), a w sklepiku ogrodu można było nabyć po bajońskich cenach ajurwedyjskie specyfiki. Czysta komercja. Kupiłam jednak syrop z wanilii. 

Parę kilometrów dalej Riko znów zafundował nam zwiedzanie - zatrzymał samochód w niedużym miasteczku, bodajże Matale czy jakoś tak, w którym znajduje się niezwykle kolorowa hinduistyczna świątynia. Pierwszy wyraźny dowód na eklektyzm religijny Lankijczyków. Największy szok przeżyliśmy w wielkanocną sobotę, bo to wielkie chrześcijańskie święto jest równie wielkim świętem dla... buddystów! Chrystus jest tutaj uważany za boga miłości, Jego posągi przydrożne, podobnie jak Buddy, można zobaczyć w różnych częściach wyspy, ale o tym potem. Oto ta niesamowita hinduistyczna, bajecznie kolorowa świątynia:


Po obejrzeniu świątyni z zewnątrz (szykowano wesele, do środka wejść nie mogliśmy), podążyliśmy do Dambulli. Riko był zaniepokojony, bo znaliśmy dokładny adres apartamentu, ale nawet on nie wiedział, gdzie to jest.
W końcu udało się znaleźć nasze lokum - sporą willę w dżungli (miała być tylko 100 metrów od głównej atrakcji tego miasta - Złotej Świątyni, jednak nie było to dokładnie tak...). Nikt nie wyszedł nam na spotkanie, zaczęliśmy szukać gospodarza, bo dom wydawał się zamieszkały, ale jakby wszyscy wyszli gdzieś na chwilę. W końcu pojawiła się jakaś staruszka, która po "orędziu" Riko zaprowadziła nas do małego pokoiku na piętrze. Właściwie do mieszkanka, bo były tam dwa maciupkie pokoje, ale tylko w sypialni, w której stało podwójne łóżko i nic więcej, była klimatyzacja. Bukując noclegi zwracałam przede wszystkim uwagę na klimatyzację, więc pojawiła się pierwsza moja wątpliwość. Łazienka z kolei okazała się komórką metr na metr, z pewnych względów dość funkcjonalną, bo siedząc na sedesie można było od razu brać prysznic... Nie oczekiwaliśmy luksusów, ale opis apartamentu był bardziej zachęcający, niż rzeczywistość. Miny mieliśmy więc nietęgie. Nadszedł właściciel, który potwierdził, że to jest zarezerwowane przez nas lokum. Riko zachował się jak na opiekuna i Anioła stróża przystało  - zaproponował, że zna w pobliżu fajny hotel w podobnej cenie i może nas tam zawieźć. Odetchnęłam z ulgą, bo nie wyobrażałam sobie spędzić tu 3 czy 4 noce. Po małej awanturze z właścicielem, który kazał nam natychmiast zwolnić rezerwację na booking.com i zagroził obciążeniem mojej karty kredytowej kosztem pierwszej nocy, z ulgą stamtąd odjechaliśmy, ufając Riko. Dzień powoli zmierzał ku swemu końcowi, byliśmy głodni oraz zmęczeni. Czas gdzieś zamieszkać!

Sigirija
Okazało się, że polecany przez Riko hotel jest w pobliskiej Sigiriji - w miasteczku, które podobnie jak Dambulla leżało na mojej trasie zwiedzania. Hotel okazał się kameralnym kompleksem bungalowów, w każdym były 4 apartamenty, z basenem i romantyczną restauracją na wielkim tarasie. Nasz pokój mieścił się na I pietrze, miał dwa balkony i okratowane okna. Hm, po co te kraty?

Cały obiekt położony był w dżungli i ogrodzony - przestrzegano nas, by nie oddalać się po zmierzchu poza solidny mur,bo można natknąć się na dzikie słonie. Wow! Po wypakowaniu walizek z samochodu (na nic więcej nie mieliśmy sił) poszliśmy do restauracji na kolację. Po posiłku (ryż z curry) i piwie wróciły nam dobre humory...

Noc źle przespałam, wydawało mi się, że ktoś, coś usiłuje dostać się do pokoju (drzwi zamknęliśmy na klucz, drugie na zasuwkę), łapie za klamkę, szarpie się z drzwiami. Czy te kraty w oknach mają nas chronić przed złodziejami? - zastanawiałam się, walcząc jednocześnie z klimatyzacją, która wyziębiała pokój do polarnych temperatur, potem z kolei nie można było spać z lepkiej duchoty.

Zagadka krat wyjaśniła się dopiero kolejnego ranka, gdy ogłuszona jakimś hałasem na dachu apartamentu, wyszłam na zewnątrz i ujrzałam... stado czarnolicych małp napadających na nasze "mieszkanie". Patrzyły na mnie tak, że się przelękłam, te oblicza nie wróżyły "dobrej zabawy", o nie! Postanowiliśmy im nie przeszkadzać w rozboju, zastanawiałam się tylko, czy zostawią w spokoju nasze rozwieszone na tylnym balkonie pranie...

Szybko jednak małpy poszły w zapomnienie, bo czekał nas pracowity dzień. Porannie, wcześnie dość wyruszyliśmy do Sigiriji, by wdrapać się na skałę. Mama pojechała z nami, jednak nie planowała zdobycia szczytu z powodu stromego nań podejścia i pory dnia, niesprzyjającej wspinaczce, bo trochę zaspaliśmy. Powinno się iść na Sigiriję tuż po wschodzie, by uniknąć palącego słońca tam, gdzie nie ma się praktycznie gdzie schronić.

Riko zawiózł naszą trojkę pod skałę, obeszliśmy trochę park przed wejściem, fotografując lotosy i jaszczurkę (cudną, piękny wieżowiec zbudowała sobie, popatrzcie):

[caption id="" align="aligncenter" width="466"] lotos, kwiat Buddy[/caption]


Kierowca i Anioł stróż w jednym odwiózł mamę do hotelu, a my z Andrzejem kupiliśmy bilety i ruszyliśmy na wspinaczkę. Z daleka nasz cel prezentował się tak (niestety, światło kiepskie, bo przedpołudniowe):

[caption id="" align="aligncenter" width="518"] Skała - dawny pałac królewski[/caption]

 cdn....

 











czwartek, 29 września 2016

Koneserka kawy

Pijąc poranną kawę usłyszałam w radiu, że dziś jest Dzień Kawy. No to muszę, bo się uduszę (udławię?), napisać o niej parę słów...


Kawa towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa, może raczej jej aromat. Jest pierwszym zapachem, który pamiętam silnie i który kojarzy mi się z czasami beztroski i bezgranicznej miłości dorosłych wokół mnie. Była ich czwórka: rodzice i dziadkowie. W każdy niedzielny poranek zapach przypalonej kawy budził mnie i od razu wprawiał w dobry nastrój. Wiedziałam, że zaraz pobiegnę do kuchni, gdzie babcia ratowała to, co nie wykipiało z dzbanka. Babcia miała kuchnię węglową i gotowała kawę w emaliowanym naczyniu wprost na rozgrzanej płycie. Zawsze, ale to zawsze ten napar Jej wykipiał! I dzięki temu mam tak mocne, czarowne wspomnienie. Ponoć zapach pozwala na podróże w czasie, ja wiem, że nie ponoć, a na pewno. Gdyby komuś znów gdzieś wykipiała kawa, natychmiast zamieniam się w 3- czy 5-cio letnią dziewczynkę, biegnącą po buziaka.
Odkąd pamiętam, domagałam się pozwolenia na spróbowanie tego napoju. Nikt mi nie zabraniał, ale smak nie był tak ekscytujący jak aromat, więc już w przedszkolu postanowiłam kawy nie pić :-) Wolałam ją wąchać.
Jako nastolatka zaczytywałam się w literaturze fantastyczno-naukowej. W moje ręce wpadła kiedyś książka czy opowiadanie - nie pamiętam ani tytułu, ani autora. Rzecz była o tym, jak kosmici zniewalali Ziemian podrzucając im luksusowe przedmioty, dla zdobycia których ludzie robili wszystko, co chcieli Obcy. Jednym z tych czarodziejskich przedmiotów była... oczywiście kawa, której smak dorównywał aromatowi... Zobaczcie, autor tej powieści science-fiction był najwyraźniej tego samego co ja zdania w kwestii zapachu i smaku kawy....
Próbowałam ten smak podkręcić eksperymentując w kuchni. Pamiętam, że pod koniec szkoły podstawowej serwowałam mojej przyjaciółce Bogusi kawę po mojemu: z cynamonem i dodatkiem kogla-mogla, czyli żółtka utartego z cukrem. Była pyszna, ale to cynamon robił swoją robotę. Do dziś go używam do kawy.
Z czasów szkoły średniej pamiętam moje wizyty w delikatesach, by nawąchać się świeżo mielonej kawy, bo stały tam zawsze wielkie jak srebrne wieże młynki, w których ekspedientki mieliły zakupioną przez klienta kawę w ziarnach. Taki luksus. Teraz tylko w Tchibo.
Studiowałam w trudnych czasach, kawa była mało dostępna, nie pamiętam czy była na kartki czy nie, ale w kawiarniach była zawsze. Z moją przyjaciółką Małgosią chodziłyśmy codziennie po zajęciach do "Pod zielonym krokodylem" - kawiarni w Toruniu przy ul. Szerokiej, by wlać w siebie mocny jak szatan napar w szklance, w której kożuch kawy sięgał jej połowy... Były to czasy, gdy na mocną kawę mówiło się właśnie tak: "szatan"... Po niej mogłyśmy ślęczeć do rana, mozoląc się nad tłumaczeniem z łaciny żywotów Neposa albo z greki - dialogów Platona.
Po studiach rozpoczęłam pierwszą pracę w intelektualnym środowisku, w dziedzinie kultury. Pamiętam pewnego współpracownika o mocno liberalno-konserwatywnych poglądach, który m.in. nie pił kawy z powodów światopoglądowych właśnie. Uważał bowiem, że ta pochodząca z Arabii używka (wszak najlepsza i chyba pierwsza jej odmiana to arabica...) jest narzędziem, za pomocą którego świat arabski chce zniewolić Europę i jej wartości. W geście sprzeciwu i ochrony swojego systemu wartości, kawy nie pił.
Potem nadszedł czas pierwszych moich podróży, m.in. do krajów muzułmańskich. Tam zetknęłam się z kawą podkręconą smakiem kardamonu. Niezła, ale smakowała mi tylko w tamtym klimacie. Kawa po turecku, gotowana w małych kokilkach z dodatkiem cukru - mocna i aromatyczna niczym włoskie espresso też tylko na chwilę zdobyła me serce.

Pięć lat temu, na Bali, spróbowałam słynnej kopi luwak, najdroższej kawy świata, bo jej ziarenka są najpierw przeżute przez uroczego futrzaka - cywetę. Smak nie powalił mnie na kolana, ale tak naprawdę, kto mi zaręczy, że podano mi kopi luwak? Na Bali niczego nie można być pewnym, komercja sięga tam zenitu... sąsiedniej galaktyki.

I tak doszłam do dzisiejszego poranka. Lubię swój kawowy, poranny rytuał, chociaż pijam na odwrót niż Włosi - najpierw filiżankę czarnej (nigdy nie dodaję mleka i wszelkie napoje kawopodobne z różnych amerykańskich sieci, zabielone i posłodzone do obrzydliwości napawają mnie prawdziwym wstrętem), potem wczesnym popołudniem stawiam się do pionu starannie wybraną filiżaneczką espresso, dopasowaną do mojego nastroju. Jestem kolekcjonerką filiżaneczek, przywożę te małe cudeńka z różnych krańców świata. Taki kawowy rytuał.
I nie tęsknie już tak bardzo za smakiem, który dorównywałby aromatowi, może się już poddałam, przyzwyczaiłam, odpuściłam, ale... Są jeszcze chwile, gdy podnosząc do ust filiżankę, czuję zniewalający zapach kawy i nagle pojawia się ta myśl - może teraz, w tej filiżance jest ukryta ta doskonała harmonia? Zastygam więc, a "między ustami a brzegiem pucharu" trzepocze skrzydłami kawowa nadzieja...


środa, 28 września 2016

Moje slow life ze ślimakami

Chyba za szybko żyję ostatnio, bo dostałam lekcję spowolnienia od... ślimaków. Była dokładnie taka jak w starym dowcipie: w restauracji od dłuższego czasu siedzi przy stoliku elegancka kobieta. Wreszcie podchodzi kelner i podając jej kartę zachęca: - Polecam pani nasze wyborne ślimaki! - Aaa, tak, wiem, jeden z nich mnie właśnie obsługuje... - odpowiada kobieta.

Wybraliśmy się na krótką wycieczkę rowerową - była niedziela, było ciepło, mieliśmy kilka luźnych godzin. Akurat wystarczających na dystans dwudziestu paru kilometrów w jedną stronę. Pojechaliśmy więc na zachód, poza granice miasta, przypominając sobie, że odkryliśmy tam (zimą!) bardzo dobrą restaurację, w sam raz na niedzielny obiad.

Jedziemy, eksplorujemy mniej uczęszczane przez nas rejony Wrocławia - z północy przedzieramy się ścieżkami rowerowymi na zachód. Mijamy stadion miejski, Maślice. Dużo zieleni, jakieś lasy, odkrywamy nawet przypadkiem urocze kąpielisko nad stawem Królewieckim - ludzi tu mnóstwo, eleganckie miejsca do grillowania, dmuchane pontony i łabądki, namioty, piaszczysta plaża nad wodą. Nie wiedzieliśmy, że w mieście funkcjonuje tak piękne, i ulubione najwyraźniej, miejsce relaksu.

Myślimy jednak o obiedzie, więc po krótkim odpoczynku dalej w drogę, bo czeka nas jeszcze ok. 10 km do pokonania. Wreszcie dojeżdżamy do wsi pod Wrocławiem (litościwie nie wymienię jej nazwy) i parkujemy rowery pod lokalem. W restauracji tłumy. Niedziela wszystko tłumaczy, ponadto poprzednim razem jak tu byliśmy (zimą!), kucharz się popisał, a nasza dobra opinia nie jest odosobniona, lokal najwyraźniej ma renomę.

Z trudem znajdujemy stolik wewnątrz, składamy zamówienie, szybko dostajemy napoje. Po chwili jednak, z powodu arktycznej klimatyzacji przenosimy się do ogrodu, informując kelnerkę, że zmieniliśmy miejsce pobytu. Siadamy po platanami przy dużym drewnianym stole, pod stopami ugina się miękko wypielęgnowana trawa. Słonko, cień, dobry napój w dłoni. Czego chcieć więcej? No, może obiadu, bo już lekko burczy nam w brzuchach.

Leniwie obserwujemy "naszą" kelnerkę roznoszącą dania do innych stolików - my na samym, dalekim końcu ogrodu, ale czekamy cierpliwie, przecież nas widzi. Po 40 minutach zaczynamy się niecierpliwić. Wołamy panią. Mówi, że coś tam w kuchni się opóźnia, ale już kucharz serwuje na talerze, dostaniemy za 5 minut. Mija kolejnych 20, na stole pusto. Ponownie interweniujemy. Znowu jakieś tłumaczenie, proponuje kolejne napoje na przeczekanie. Umawiamy się, że dajemy jej ostatnie 10 minut, bo głupio wyjść, skoro tyle już czekamy, a jakieś niszowe piwo, które degustujemy jest naprawdę wyborne. Po tym czasie bezapelacyjnie wychodzimy. W ostatniej dosłownie minucie dodanego czasu zamówiony obiad pojawia się na naszym stole. To jest po 80 minutach od... pierwszego kontaktu. Rekord! Kelnerka tłumaczy się, że były dwa identyczne zamówienia i to dlatego. Ma nadzieję, że będzie nam mimo to smakować. My jesteśmy trochę rozczarowani.

Dania wyglądają znakomicie - na moim wątróbka z ziarnkami granatu, u Andrzeja indyk z grilla w rukoli. Głodni zjadamy wszystko do ostatniego kęsa (Magda Gessler nie miałaby tu nic do roboty!). Smaczne, pięknie podane, wyrafinowane smaki i kolory. Tylko dlaczego po godzinie dwadzieścia???? Ustalamy, że nie damy nawet złotówki napiwku, trudno.

Wychodzimy, bo zaczyna być późno, a my 25 km do domu mamy (nawet gdybym się spięła, a jak tu się spiąć po sutym obiedzie, to godzina jazdy na bank). Płacąc przy barze nie będziemy czekać kolejnych paru minut na kelnerkę. Ale kelnerka tu jest i ma dla nas niespodziankę... Do rachunku dostajemy butelkę białego, francuskiego wina. Na przeprosiny. No to szybko dajemy się przeprosić!

Nie będę wymieniać nazwy wsi ani restauracji. To była najwyraźniej jednorazowa wpadka, taka lekcja slow life. Jedzenie było przecież pyszne, a butelka gaskońskiego wina udobruchała nas w 100%! Dobrze wiedzieli jak powstrzymać "szeptany marketing" niezadowolonych klientów :-)

zdj. green-spoon.com

wtorek, 6 września 2016

Jak napadło mnie w Lidlu słodkie wspomnienie, czyli biała malaga...

Ostatnio przy Lidlowej półce z winami (bardzo lubię je przeglądać, fajne wina w ciekawych cenach) stanęłam jak wryta: biała malaga! Wieki nie widziałam. Ostatnio... 12 lat temu, w Andaluzji. Na ulicznej fieście w sierpniu, z okazji Wniebowzięcia NMP. Co za słodkie wspomnienia...

Rozmarzyłam się przy tej półce, na szczęście nie na tyle, by nie zakupić butelki. Nabyłam i pognałam do domu, by natychmiast wstawić do lodówki. Degustacja będzie po schłodzeniu.

Pewnie zastanawiacie się, skąd ten amok? Z malagą to jest cała historia, pewnie większość młodszych czytelników kojarzy nazwę raczej z pysznymi czekoladkami Wawela. Za moich młodzieńczych czasów, gdy stawałam się, powoli i konsekwentnie, koneserką win, malaga to był gatunek dość pospolity na półkach sklepowych. Ciemne w kolorze, czasem aż brązowe lub czarne, słodkie hiszpańskie wino deserowe. Aromatyczne, pachnące rodzynkami - miodzio. Potem smak mi się zmieniał, wina piłam półwytrawne, za malagą się nie rozglądałam. Pojawiła się w moich dłoniach ponownie w 2004 roku, kiedy wybraliśmy się na wakacje do Hiszpanii, konkretniej do Andaluzji. 

Pamiętam, że wiązała się z tym urlopem mało przyjemna przygoda... Otóż wylot do Malagi był z Krakowa. Miał być ok. 13.00 jak pamiętam, w pewną lipcową niedzielę, więc wyruszyliśmy z Wrocławia ok. 9.00, by dotrzeć na lotnisko na dwie godziny przed odlotem. Mieliśmy dużo czasu. Okazało się jednak, że naszego samolotu nie ma na ekranach z odlotami, ponieważ... pofrunął sobie do Malagi o 6 rano!!!! Pierwszy raz zdarzył nam się taki numer - biuro podróży nie powiadomiło nas, że godzina odlotu zmieniła się (wycieczkę rezerwowaliśmy dużo wcześniej). Cóż było robić, do biura w niedzielę i tak się nie dodzwoniliśmy, więc wracaliśmy do Wrocławia przez Ojcowski Park Narodowy, by umilić sobie porażkę, poprawić humory i przewietrzyć dmuchanego krokodyla, którego zapakowałam do walizki. 

W następnym tygodniu udało się nam udowodnić, że błąd był po stronie biura, dlatego miesiąc później znów wybraliśmy się na urlop. W tym samym kierunku. Dzięki temu byliśmy w Buenalmadenie koło Malagi właśnie w okolicach 15 sierpnia. I wtedy ktoś polecił nam fiestę w mieście, że właśnie 15 sierpnia jest prawdziwe szaleństwo. Nam nie trzeba dwa razy powtarzać, kiedy jest okazja do zabawy, zatem pojechaliśmy (pociągiem), aby przyjrzeć się, jak świętują Hiszpanie. Fajnie świętowali. Nie mieliśmy wtedy cyfrowego aparatu, zdjęcia są z kliszy, ale coś tam widać... Na głównym deptaku miasta kłębił się kolorowy (i międzynarodowy) tłum. Specjalne zadaszenie miało chronić świętujących przed słońcem.



Godzina była dość wczesna, popołudniowa więc daliśmy się porwać rwącej rzece ludzi i wałęsaliśmy się tu i tam: pod katedrę, bocznymi uliczkami, na których bez skrępowania miejscowi tańczyli, śmiali się i pili wino. Niektórzy (zwłaszcza kobiety) byli odświętnie ubrani - w suknie flamenco. A tu akurat mała flamencowa dama:



Podobała nam się ta atmosfera fiesty. Sklepy były zamknięte, ale w lokalach serwowali, co trzeba. Wszyscy, ale to dosłownie wszyscy, pili wino z jednakowych butelek - w knajpach, na ulicach. Była to malaga. Tyle, że w dziwnym dla nas, białym kolorze! Nigdy wcześniej nie widziałam wina malaga jako napoju złocistego koloru... Zamówiliśmy. Podano nam ją z...oliwkami! Deserowe wino z oliwkami i orzeszkami ziemnymi??? Hmmm. Jeszcze dziwniej, ale jak... pysznie! 



Najpierw opróżniliśmy jedną butelkę, w kolejnym lokalu następną i tak to się kręciło....



Zaczepiali nas różni fajni ludzie, było miło i radośnie, dostałam skrzydeł, mimo że nie piłam czerwonego byka, tylko białą malagę...



Od tej pory na dźwięk słowa fiesta zakładam wrotki i jestem przy drzwiach :-)

Wracając do zakupu w Lidlu - to też jest biała malaga. Degustowana schłodzona, wieczorem na wrocławskim balkonie, w temperaturach iście andaluzyjskich, przypomniała tamten wieczór sprzed prawie dokładnie 12 lat...


 

Malaga to obecnie rzadkość w naszych sklepach, nawet tych z winami. Nazwa wywodzi się oczywiście od miejscowości Malaga, a tradycja winiarska regionu jest bardzo starożytna, pochodzi od Fenicjan, którzy założyli tu osadę (obecnie Kadyks) i zasadzili winorośl. W VII w p.n.e. Grecy upowszechnili jej uprawę i produkcję wina. Słodkie wina z Malagi od XIII wieku stają się bardzo znane. Obok madery i sycylijskiej marsali uważane są za najlepsze deserowe wina na świecie. Marka została zarejestrowana w 1924 roku. 

Typowa malaga jest winem bardzo słodkim, gęstym, w kolorach od złotego, poprzez bursztynowy i ciemny brąz do wręcz czarnego (negro). Nie wiem zatem dlaczego kojarzyło mi się zawsze z winem ciemnym. Może takie kiedyś tylko rodzaje sprowadzano? Bogaty aromat: karmelu, toffi, kawy, rodzynek, kandyzowanych owoców, bakalii, cytrusów. Podaje się ją (przynajmniej w Andaluzji) do: suszonej szynki, pieczonych owoców morza, tapas, pasztetu, pieczonej kaczki, indyka ze śliwkami, foie gras, serów. Koniecznie schłodzoną do 8-10°C.

No to dziękuję Lidlowi za słodkie wspomnienie...

wtorek, 30 sierpnia 2016

Odkrycie Doliny Baryczy, czyli Mazury Dolnego Śląska

Nieopodal mojego Wrocławia, jakieś 60 km na północ w stronę Milicza rozciąga się Dolina Baryczy. Niezwykła wodna kraina, wspólne dzieło przyrody i człowieka. Dlaczego wspólne? Bo Barycz i jej dopływy zasilają kompleks ogromnych stawów rybnych, unikat na skalę europejską. Przyjeżdżają tutaj, dosłownie z całego świata, ornitolodzy i tzw. birdwatcherzy, by podglądać kilkaset (sic!) gatunków ptaków!

Mieszkam naprawdę długo we Wrocławiu, uwierzcie. O stawach milickich słyszałam od lat, karpie na Wigilię tylko stąd mi smakują, byłam nawet kilka razy na tzw. Dniach Karpia jesienią, w Miliczu. Nie dotarło do mnie jednak nigdy wcześniej, jak piękny i niezwykły przyrodniczo jest to obszar. Dopiero pewien lipcowy weekend uświadomił mi, że jeżdżę światami a nie znam tego, co pod nosem mam! To największe na świecie skupisko sztucznych zbiorników wykorzystywanych do hodowli ryb. Początki hodowli sięgają średniowiecza i Cystersów, którzy według legendy na takiej hodowli się znali i ją tu upowszechnili. Przyczyny były natury religijnej - dawniej często poszczono, więc ryba była potrawą bardzo poszukiwaną.

Do tej czarownej krainy jest ledwie godzinka spokojnej jazdy samochodem, w dodatku przez cudne, pagórkowate rejony. Najpierw trzeba minąć Trzebnicę z jej malowniczymi, toskańskimi wręcz wzgórzami, na których niegdyś uprawiano winorośl a obecnie zdobione są kukurydzą i słonecznikami, ceglane kościółki na wzniesieniach, ceglane stare stodoły i domy z pruskim murem. Dojeżdża się do Milicza. Już to miasteczko kiedyś opisywałam, nie będę się więc teraz rozwodzić nad jego urodą i atrakcjami architektonicznymi, z pałacem Maltzanów na czele. Tym razem atrakcje miasta musiały ustąpić przyrodniczym... W planie krótkiego wypadu było bowiem rowerowanie wokół stawów. 
Wynajęliśmy sobie pokój w pensjonacie tuż za Miliczem. Sympatyczni właściciele zaoferowali nam również wypożyczenie rowerów. Natychmiast skorzystaliśmy z oferty, bo nie mamy przyczepki samochodowej. 

Pierwszego dnia ruszyliśmy na objazd. Zaopatrzeni w wodę, jakieś owoce na przekąskę oraz aparat fotograficzny ze statywem pojechaliśmy na wschód - ku największemu kompleksowi stawów, Stawno. Niebieski szlak stawów milickich to 22 km łączących Grabówkę, Sułów, Koruszkę, Milicz i Rudę Milicką. Sam kompleks Stawno natomiast skupia 31 akwenów, w większości stanowiących część rezerwatu. Niektóre ze stawów przypominają naturalne jeziora. Najcenniejszym zbiornikiem tego kompleksu jest Grabownica, noclegownia żurawi. Widzieliśmy też białe czaple i kilkanaście innych gatunków ptaków. Podejrzeliśmy też intymny moment bocianiej rodziny:


Sielsko anielsko.... To  nie Mazury!
Po rezerwacie można się poruszać ścieżkami rowerowymi i przyrodniczymi (pieszymi). Są doskonale utrzymane i wyposażone w miejsca do odpoczynku oraz... podglądania zwierząt. Przy każdym stawie jest "czatownia", są też wieże obserwacyjne (np. ta 13-metrowa przy Grabownicy) - słowem wszystko przygotowane, by oglądać ptasi i wodny świat, nie przeszkadzając mieszkańcom. Wrażenia jak z Mazur, brak jedynie widoku żaglówek na wodzie, rybaków w łódkach czy śmiechu kąpiących się dzieci. Jest za to spokój, cisza i majestat ogromnych ptaków, kołujących nad wodą, by upolować posiłek. 

Zachwyceni byliśmy organizacją rowerowej turystyki tutaj. Wszędzie znajdziemy nocleg, w standardzie agroturystycznym lub czterogwiazdkowym nawet!  Są zajazdy i restauracje: w Grabownicy jest karczma Grabownica, w której można zjeść obiad złożony głównie z ryb, przyrządzanych na różne sposoby. Jadłam zupę rybną z karpia, mąż jadł sandacza. Tu kupiliśmy też pyszną pastę z karpia, w słoiku, przy-rządzoną przez lokalne gospodynie domowe. Pycha! W tej miejscowości kończy się (lub zaczyna) ścieżka rowerowa podążająca trasą dawnej kolejki wąskotorowej. Liczy 20 km i przebiega z Grabownicy przez Milicz i Sułów, ma nawierzchnie bitumiczną, a miejsca odpoczynku są usytuowane tam, gdzie były kiedyś stacje kolejki.
Tutaj, w Grabownicy wpychały mi się pod koła roweru żabki, nie wiem dokładnie czy to grzebiuszka była, czy inna, ale śliczności, prawda? 


Rowerowaliśmy, mijając malownicze wioski i miejsca. Całą dolinę zdobią wizerunki karpia - tu najbardziej realistyczny, w innych miejscach były to wizje iście artystyczne, bajecznie kolorowe... 

W Rudzie Milickiej znaleźliśmy na placu zabaw fragment rudy darniowej wkomponowanej w ścianę obiektu użyteczności publicznej.  Takie "żelazne" domy są tu często spotykane - charakterystyczne ciemne ściany z jasną kreską zaprawy. Najładniejsze są w Krośnicach, Nowym Zamku i Wróblińcu... Ruda darniowa to lokalny skarb - płytko zalega, na głębokości zaledwie 20-30 cm. Wybierano ją ręcznie, by wytapiać z niej żelazo, co zmieniło, jak wiadomo, bieg historii. W pozostałych po "wybiórce" płytkich dołach powstawały mokradła - i stawy. Milickie stawy są rozległe, ale bardzo płytkie.
Ruda darniowa
Czas płynął leniwie, nie wiem, ile zrobiliśmy kilometrów, ale byliśmy na siodełkach przez 7 godzin. Wrażeń i widoków mnóstwo, np. jazda cudna groblą między dwoma stawami. Czasami musiałam podładować akumulatory, tuląc się do drzew, podziwiając (nie tylko wodne) kwiaty...


Trochę zmęczeni, a może bardziej odurzeni świeżym powietrzem zjechaliśmy wreszcie na nocleg. Pupy nas bolały, bo siodełka nie "nasze", rowery przecież obce, więc wiadomo - nie ma to jak na swoim wierzchowcu. Po kolacji i relaksie (z dużą pomocą butelki wytrawnego wina) doszłam do wniosku, że następnego dnia na rower już nie wsiądę, no way. Cóż więc będziemy robić? Kajakować! Jeżdżąc na rowerze natknęliśmy się na kajakowiczów i właściwie miałam wielką ochotę spróbować. Pretekst się znalazł - boląca pupa...

Zarezerwowaliśmy zatem u naszych gospodarzy kajaki na następny dzień. Do wyboru były trasy: 3, 5 i 7-godzinna. Pomyśleliśmy, że na pierwszy raz w tej konfiguracji (nigdy z mężem w kajaku nie siedziałam), spróbujemy najkrótszej, za to najładniejszej trasy: z Milicza do Sułowa.
W niedzielne przedpołudnie stawiliśmy się zatem na miejscu kajakowej zbiórki w Miliczu, przy moście na Baryczy. A razem z nami jakaś setka amatorów wodnych przygód! Trochę trwało, zanim wsiedliśmy do naszego seledynowego bolida, obowiązkowo ubrani w kamizelki. Rozpoczął się nasz rejs, chociaż płynęliśmy w stadzie innych kajaków. Było bardzo towarzysko i wesoło. Przede wszystkim jednak było pięknie... Barycz jest malowniczą, płytką rzeką, wijącą się łagodnymi meandrami przez cudne tereny. Co kawałek możliwości wyjścia na brzeg, niektóre miejsca przygotowane do grilla czy odpoczynku.


Po drodze mijaliśmy nawet dziko pasące się stado koni... Niestety udało się sfotografować tylko ich zady :-)

Wokół nas fruwały turkusowe ważki, siadając na wiosłach... Absolutnie fantastyczne wrażenia z tej wyprawy! Po dotarciu do Sułowa zadzwoniliśmy do pani Małgosi, pojawiła się busem, by zabrać i nas, i kajak.  Rewelacja! Ramiona zaczęły nas boleć dopiero wieczorem... Szkoda, że nie mogłam wcześniej napisać tej relacji, wakacje się skończyły i może nie będzie już okazji, by do Doliny skoczyć. Chociaż... kajaki ponoć hulają po Baryczy także zimą. Organizowane sa spływy sylwestrowe itp. Baja!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Wróbel-turysta

Ptaszęcą przygodę miałam ostatnio. Wchodzę na balkon, a tu jeden wróbel ucieka w pośpiechu, drugi siedzi przy donicy z iglakiem. Nie odfruwa, skrzydło ma jakieś dziwne...

Pierwsze co wpada mi do głowy, że uderzył się w szybę. Oglądam więc tę, którą mam tutaj i która już kilka razy stanęła ptakom na drodze. Wpadają na nią i później muszę wołać pogotowie weterynaryjne. Tym razem jednak żadnych śladów na szybie nie ma, ale ptaszek z jakiegoś powodu niezdolny jest do lotu.

Przynoszę mu wodę i ziarenka słonecznika (obrane własnoręcznie!), ptaszek chowa się przede mną za doniczką. Jest śliczny. Ewidentnie nie może dojść do siebie, zostawiam go więc, by się nie stresował. Za jakiś czas sprawdzam czy jeszcze jest, szukam go między doniczkami. Nagle wróbel wypada zza jednej z nich i raźnym krokiem, pokonując błyskawicznie drzwi balkonowe przemierza moją kuchnie. Małe, krótkie nóżki nie przeszkadzają mu przebiec ok. 8 metrów, by zadekować się za fotelem, w samym kącie salonu tv. Nawet nie zdążyłam zagrodzić mu drogi!

Dzwonię do znajomej weterynarz po poradę. Wzywać ją, czy jechać z ptaszkiem do lecznicy? Chodzę cały czas z telefonem, kiedy jednak odkładam słuchawkę i szukam wróbla za fotelem - już go tam nie ma! Są jedynie ślady kupek. Weterynarz poleciła mi go złapać i zawieźć do gabinetu. Zaczynam więc na czworakach przemieszczać się po pokojach, zaglądam pod szafki i komody. Dokąd mógł pójść i kiedy? Cały czas jestem przecież w pobliżu!

Znajduję go w kącie... drugiego pokoju, 6 metrów dalej. Chowa się za serwantką. Jak wejdzie za sofę, będę musiała ją odsunąć. Dzwonię do męża, bo nie wiem, jak go złapać. Mówi, że przede wszystkim powinnam pozamykać wszystkie drzwi. Po rozmowie znów to samo - ptaszka nie ma. Odsuwam sofę, znajduję kilka pająków, wróbla-podróżnika z nimi nie ma. Kolejne kupki nie naprowadzają mnie na trop, bo są tuż przy sofie. Pocieszam się myślą, że może jakimś cudem odleciał, kiedy gadałam, bo jak mógł tak zapaść się pod ziemię???

Idę po coś do sypialni. Tadam! Wróbel właśnie włazi pod łóżko. Kiedy on pokonał dwie pary drzwi i kolejne 7-8 metrów? I to cały czas na tych swoich krótkich nóżkach, które teraz tupią, bo w sypialni mam deski na podłodze. Ganiamy się przez chwilę, ja z prawej strony łóżka, on wychodzi z lewej. Ja na lewą, wychodzi z prawej i tak parę razy. Chcę zapędzić go z powrotem na balkon, to jednak jest ponad 10 metrów "trasy". Gdybym wcześniej pozamykała drzwi, wróbel-turysta nie podróżowałby przez trzy pokoje...

No dobra, obmyślam strategię. Miotełką do kurzu delikatnie wyganiam go z sypialni do przedpokoju. Zamykam wszystkie drzwi oprócz jednych. Wpada do łazienki, bo tam nie zamknęłam. Jak wejdzie za osłonę boczną wanny, to go nie namierzę! Udaje mi się go jakoś wypłoszyć, wpada do salonu tv, potem daje mi się wyprowadzić go na balkon. Uffffffffffffffff. Tu nic mu nie grozi, ma się gdzie schować, kot go tutaj nie dopadnie, świeże powietrze jest i śpiew innych ptaków słyszy.

Zaczynam wymyślać scenariusz życia z wróbelkiem. Mam na ogrodzie bambusową klatkę, to na noc będę go w niej w mieszkaniu zamykać, a w dzień sobie na balkonie pomieszka, bez klatki, bo i tak nie odfrunie. Skrzydło jakieś przekręcone ma. Plan mi się szalenie podoba. Ciekawski wróbelek bardzo fajny jest.

Nie zapytałam go jednak o zdanie, czy chce mieszkać ze mną... Kiedy ponownie zaglądam na balkon, nie ma go już za żadną doniczką. Odfrunął. Nie wiem, co się zdarzyło: czy to był młody, który uczył się latać i coś poszło nie tak? A może to niezwykle ciekawski i odważny ptasi podróżnik, zwiedzający obce kraje, zupełnie tak jak ja?

czwartek, 28 lipca 2016

Kolorowy wypad nad Kolorowe Jeziorka

Ponieważ kończy mi się miejsce na dysku i nie mogę zamieszczać tu dużych zdjęć, nie mam wyjścia jak tylko przekierować Was na relację opublikowaną na innej stronie. Poczytajcie na rosomag.pl:

http://rosomag.pl/kolorowe-jeziorka-niezwykle-miejsce/

 

środa, 20 lipca 2016

Awaria internetu i jak porwałam technika

Mój domowy internet ostatnio kwęka i stęka. Pojawia się i znika niczym bohater piosenki Bajmu. Zniecierpliwiona tym stanem zadzwoniłam do Netii (internet podpięty jest do telefonu stacjonarnego, bo jako osoba sentymentalna i w pewnych kwestiach nawet konserwatywna jeszcze takiego używam :-).

Netia mnie oczarowała supermądrym automatem, który polecał mi wciskać kolejne cyfry, by połączyć mnie wreszcie z istotą ludzką. Istota ludzka ponownie wypytała mnie o to, o co pytał automat, co chwilę też znikała z fonii by zdalnie sprawdzać, czy mówię prawdę. Po stwierdzeniu mojej prawdomówności zdalnym wykrywaczem kłamstw rozłożyła bezradnie ręce (uszy???) i powiedziała, że technik musi na miejscu sprawdzić router. Ok.

Następnego dnia zadzwoniła komórka z nieznanego numeru, pan się przedstawił, wypytał kolejny raz o objawy i stwierdził, że będzie jutro między 9 a 11 w moim domu, by potrząsnąć leniwym routerem. Czekam, router czeka, kable czekają. Nie ma pana Mariusza (tak mi się wydawało, że się przedstawił). O 11.20 wychodzę z domu, bo muszę. Wracam przed 13-tą. Parkując samochód pod domem widzę parkujące równocześnie pod domem sąsiadów auto z napisem tele coś tam. Kierowca wysiada i obserwuje mnie bacznie. Do głowy mi nie przychodzi, że może podziwia moją albo Belli urodę. Moje synapsy się aktywizują: och to pan Mariusz chyba? Taszcząc parasol i torby z zakupami podchodzę bliżej furtki i pana Mariusza, zagadując wesoło: miał pan być do 11-tej panie Mariuszu! Ma pan szczęście, że się tak zgraliśmy! Na jego twarzy maluje się jakby zdziwienie, bąka krótkie "przepraszam" ale ja się tym wcale nie przejmuję, wciskam mu w ręce jedną szczególnie ciężką torbę i ciągnę nieco wahającego się mężczyznę do domu. Tam prowadzę go do "pacjenta" w gabinecie, sama rozpakowuję zakupy. Pan bierze się do pracy, ja robię mu herbatkę. Wychodzi raz sprawdzić coś na słupku, wraca, testuje router i ogłasza wyrok: jest uszkodzone to urządzenie, bo sprawdził już wszystko, kable itp. I jego router orange działa, a mój nie. Jak to orange? Moje synapsy na dźwięk tej nazwy znów się obudziły, przecież ja w netii jestem! Może on do sąsiada przyszedł i to nie jest pan Mariusz, który do mnie dzwonił? Wszystko mi się klaruje - jego wahanie, jego zdziwienie, jego spóźnienie... Porwałam obcego technika! W dodatku przyznał się, że wykończył mi router na amen i teraz to on już na pewno nie "wstanie". Poinformuje netię o swojej diagnozie, dostanę pewnie nowe urządzenie. Wypił herbatkę, pogadaliśmy jeszcze o pogodzie i poszedł.
Po paru godzinach router jednak się ożywił. Był żyw do przedwczoraj. W netii cisza, nikt nic o wymianie nie mówił. Nie przejmowałam się tym uznając, że się samo naprawiło. Ale przedwczoraj znów padł, a ja wznowiłam procedurę awaryjną w netii. Powiedzieli, że mają wprawdzie informacje o uszkodzeniu, ale decyzję o wymianie muszą podjąć ich technicy. No i mam jasność - porwałam technika z orange. I może wcale nie miał na imię Mariusz!



środa, 15 czerwca 2016

Zagadka spalonego

Trwa Euro 2016. Pojawiają się, np. na fb, nowe regulaminy relacji damsko-męskich, w stylu: zakaz stawania na drodze fotel-telewizor, teraz kumple są najważniejsi, zakaz pytań: "po co oglądasz ten mecz, skoro nasi nie grają", lodówka służy w całości do przechowywania piwa itd.


Sama z wrodzonej głupoty taki regulamin odczytałam na głos domownikowi płci męskiej w zaawansowanym stadium kibicowania, i od tej pory muszę się doń stosować. Nie, nie skarżę się wcale, bo nie sprawia mi on (t.j. regulamin) większego problemu. Dla spokoju domowego ogniska co mi szkodzi przeczołgać się ze dwa metry pod telewizorem, skoro nie jestem przezroczysta i mogę zasłonić ważną akcję? Zrobienie się przezroczystą wymagałoby z pewnością więcej wysiłku, a tak mam przynajmniej jakiś fitness zaliczony!

W lodówce mam aktualnie obfitość zupy chmielowej, dobrze schłodzonej, a to znaczny postęp, bo najczęściej przechowuję w niej... "światło". Tak więc dzięki Euro 2016 mogę ten pożyteczny sprzęt AGD wykorzystywać zgodnie z jego przeznaczeniem i ekologicznie: energia chłodząca się w żaden sposób nie marnuje! 

Pytań żadnych podczas procesu oglądactwa od dawna nie zadaję. Oduczyłam się przed Euro 2016, np. podczas filmów, do których się dosiadam z reguły w środku akcji. Na pytania do telewidza w stylu: "co się dzieje?" i tak otrzymywałam... pilota z niemym poleceniem wyświetlenia sobie streszczenia. Niestety, funkcja ta nie działa podczas meczu futbolowego i momentu, gdy w trakcie emocjonującej akcji pojawia się komentarz (sprawozdawcy lub domownika) w postaci okrzyku: spalony! Oczywiście od wieków wiem, że nie należy wtedy pędzić do kuchni i gasić np. pożaru na patelni. Nie, nie, jestem już dość wyedukowana, spalony to taki moment, gdy piłkarz strzela gola i trafia do bramki, ale nikt tego gola nie uznaje.

Zagadką dla mnie jest, jak w ciągu ułamka sekundy KAŻDY FACET na boisku, na stadionie i przed telewizorem jest w stanie to zobaczyć. Próbowałam wielokrotnie dopytać się o tę kwestię. I wielokrotnie (jakiś pierdylion razy) miałam to cierpliwie (sic!) tłumaczone. Doceniam dobrą wolę domownika, który w innych kwestiach telewizyjnych nie jest tak łaskawy, natomiast zagadkę spalonego gotów jest tłumaczyć mi długo i mniej lub bardziej zawile. Bez skutku. Niepojęte jest to dla mnie.

Myślę, że to kwestia jakiegoś nieprawidłowego skrętu moich zwojów mózgowych, które rozumieją np. strunową teorię Wszechświata, zasadę nieoznaczoności Heisenberga, kwantową przemianę, powody dla których Platon wypędził poetów z "Państwa", przyczyny wypadania włosów i zmian klimatu oraz rozładowania się akumulatora. Rozumiem pierdylion innych rzeczy, ale SPALONEGO NIE POJMĘ!


środa, 8 czerwca 2016

Polowanie na kijanki, czyli jak się odmłodziłam o 50 lat

Nie, nie będzie to przepis na super-krem do twarzy, chociaż wielu z Was mogłoby podejrzewać, że stworzyłam konkurencję dla produktu, który zawiera śluz ślimaka. Takim geniuszem kosmetologii nie jestem. O co więc chodzi z tymi kijankami i jak można się dzięki nim odmłodzić? Ha, a np. cofnięcie się do okresu dzieciństwa nie odmładza? Mnie bardzo! I to w 10 minut!

Najpierw moje czerwcowe wspomnienie z dzieciństwa:  druga połowa lat 60. ub. wieku. Jako kilkuletnia dziewczynka jadę z rodzicami na wczasy do Kazimierza Dolnego (zwanego też nad Wisłą). Dom Prasy na małym wzgórzu, wokół zieleń i urokliwe wąwozy, w których mogłam się bawić poza rodzicielską kontrolą. Zapachy i kolory natury. Fascynujące żyjątka, np. robaczki świętojańskie fruwające wieczorami wokół krzaków jaśminu, które łapałam w pudełka od zapałek i trzymałam na balkonie, bo chciałam wiedzieć, czy "świecą" również w dzień niczym miniaturowe latarki. Natomiast w kałużach tworzących się po deszczu, które długo nie wysychały w mocno zacienionych wąwozach, łapałam kijanki do buteleczek i przynosiłam do pokoju w domu wczasowym. Rodzice się później denerwowali, że nie mogą umyć rąk ani zębów, bo mają w umywalce staw z kijankami... A ja je codziennie podglądałam - kiedy "zrobią" się z nich żaby i może jedna z nich będzie zaklętym królewiczem, którego ocalę z ponurej żabiej egzystencji? Ciągu dalszego z odczarowanym królewiczem zdaje się, że sobie nie wyobrażałam. Chodziło mi raczej o akcję humanitarną :-)

Teraz wróćmy do minionej niedzieli, 50 lat później od mojego wspomnienia: jestem w Przesiece, zwiedzam Ogród Japoński Siruwia (poznałam go rok wcześniej na majówce i opisywałam tutaj). W ogrodzie jest kilka stawów i oczek wodnych (także wodospadów etc.) wszystko bardzo ładne, w japońskim stylu. Przy ostatnim stawie zatrzymujemy się,by pooglądać rośliny wodne - temat mi bliski, bo od miesiąca mam nowe, większe oczko w ogrodzie, które Andrzej mi zrobił i jesteśmy na etapie jego zagęszczania i zarybiania. W bardzo kryształowej wodzie stawu zauważam tuż przy brzegu mnóstwo radosnych kijanek... I nagle... znów czuję się  jak mała dziewczynka. Jestem w Kazimierzu nad Wisłą, mam 5 lat i łapię kijanki, by "wyprodukować z nich żaby". Jak za sprawą jakiegoś wehikułu czasu (może to japoński wehikuł jest?) przenoszę się pół wieku wstecz.
- Złapię nam kijanki, będą z nich żaby do ogrodu!  - oznajmiam radośnie mężowi. Ten puka się znacząco w głowę. - Proszę, poszukaj jakiejś butelki! - błagam.
- Nie mam nic... - wykręca się. - No daj spokój, jeszcze wpadniesz do wody! - przestrzega, stojąc dalej na ścieżce i nie widząc, że kijanki mam u stóp.


Wiją się tuż tuż, wystarczy się schylić i złapać je... Do czego? Myślę gorączkowo, zaglądam do torebki. W niej przecież kobiety mają wszystko. Znajduję plastikowy pojemniczek z resztką tabletek homeopatycznych na... klimakterium. Dawno ich już nie zażywam, ale signum temporis - jakimś cudem się tu znalazły... Wysypuję ostatnie 3 sztuki, jedną zażywam (szkoda tracić), a w pusty pojemniczek natychmiast łapię kijankę. Jedną. Mało!!!
Na szczęście pojawia się mama, oglądająca do tej pory inne rośliny w ogrodzie. Widząc całą akcję polowania przypomina sobie, że ma w torebce pustą buteleczkę po napoju. W nią udaje mi się złapać w sumie 4 kijanki. 


Jestem tak szczęśliwa, że zwracam uwagę innych turystów. Właściwie nie powinnam się chyba tak chwalić, czy to czasem nie jest kradzież? No nieeeee, przecież nie wyrywałam roślin ze stawu, złapałam tylko parę "niczyich" kijanek... Na wszelki wypadek przepraszam teraz właścicieli Siruwii za uszczuplenie żabiej populacji!


Potem jeszcze podróż z kijankami do domu - ponad 100 kilometrów w butelce z wodą, niańczyłyśmy je z mamą na zmianę. Wesołe i żwawe dotarły do mojego oczka w ogrodzie, w którym nastąpiło "zwodowanie". Widziałam je jeszcze przez parę minut i od tej pory ślad po nich zaginął... Mam tylko nadzieję, że siedzą gdzieś na dnie i właśnie im rosną pierwsze tylne nogi...




ps. Wiadomość z ostatniej (14 czerwca) chwili: mam żabę! Może jest ich więcej, ale trudno mi je odróżnić, więc wiem na pewno, że jedną żabkę mam. Pływa sobie (żabką) w oczku i wyleguje na kamyczkach na brzegu. Mój plan zażabienia ogrodu powiódł się więc... Hurra!

niedziela, 29 maja 2016

Siodełko

Wybrałam się z mężem na krótki spacer rowerowy. Ledwie wsiadłam, czuję że boli mnie pupa po wcześniejszym rowerowaniu. Skarżę się natychmiast A.:

- Wiesz, szynka mnie boli po wczorajszym, a ciebie nie?

- A mnie nie.

- To niesprawiedliwe! Kobiety mają przecież szynkę bardziej mięsistą i elastyczną, niż mężczyźni, dlaczego więc mnie boli po rowerowaniu a ciebie nie?

- Nie mam pojęcia! W dodatku masz żelowe siodełko no i spodnie rowerowe ci kupiłem w Lidlu, też z żelem - to jesteś chyba chroniona? - perswaduje.

- Moje żelowe siodełko to jakaś lipa, a spodni żelowych nie noszę!

- Dlaczego? - dopytuje się ofiarodawca.

- Bo wyglądam w nich jak pająk w pampersie: czarne chude nóżki i wywatowany tyłek jakbym nosiła tam tuzin pieluch.

- Rozumiem - okazuje empatię mąż - Ale zawsze przecież możesz te spodnie naciągać na siodełko...

Spadłam ze śmiechu z roweru. Oprócz szynki boli mnie teraz siodełko i kolanko...




wtorek, 24 maja 2016

Jak zostałam fanką rezonansu

Po przygodach opisanych niedawno tutaj, wciąż dokuczało mi kolanko. Skłoniło mnie to do wizyty u ortopedy. Tam szybka diagnoza - uszkodzenie łaskotki (straciłam humor) czy też łękotki, oraz otrzymanie skierowania na rezonans magnetyczny celem dokladniejszej diagnostyki przed zabiegiem chirurgicznym.

Rany boskie, rezonans! Nigdy w moim krótkim życiu nie wykonywałam tego badania. Według całej mojej wiedzy jest to coś przerażającego, odbywającego się w jakimś tunelu, który może spowodować ataki paniki, klaustrofobii i nietrzymania moczu. Poza tym rezonans zleca się przy podejrzeniu poważnej (czytaj: śmiertelnej) choroby. Podobno niektórzy pacjenci muszą być w narkozie podczas tego badania. Natomiast podanie wcześniej tzw. kontrastu może wywołać skutki uboczne. Mojemu Tacie kiedyś spuchła głowa...

No ale jaki właściwie mam wybór? Jeśli chcę przestać cierpieć, muszę poznać lekarstwo. Pojawiam się zatem i najpierw wypełniam długą ankietę. Nie, nie zgodzę się na żaden dożylny kontrast! Mogę dostać drgawek, a przyjechałam samochodem i mam zamiar nim wrócić nie zwracając uwagi policji jazdą zygzakiem. Czy mam klaustrofobię? - to kolejne pytanie w ankiecie. A skąd ja mam to wiedzieć?? Nikt wcześniej nie zamykał mnie w tunelu, ani w szafie, nigdy też nie zatrzasnęłam się w windzie.

Wreszcie po mnie przychodzą. Pielęgniarka widząc moją spiętą minę zagaduje o torebkę: czy z Zary, bo ma taką samą. Rozluźniam się trochę, bo gadanie o torebkach z jakiegoś powodu rozluźnia kobiety. Po chwili zostaję przekazana panu w kitlu. To diagnosta, lekarz, operator piekielnej maszyny? Nie wiem, ale natychmiast mu się zwierzam, że się boję. On na to: uhuhuhuhu, ale straszne! Śmiejemy się. Każe mi zdjąć spodnie i położyć się na marach. Na szczęście kładę się nogami w tunel (badam przecież kolanko), głowa będzie na zewnątrz. Co za ulga! Nikt też nie ma zamiaru niczego mi w żyłę aplikować. Jest prawie dobrze. Pan w kitlu informuje, że badanie będzie trwało 12 minut (hurra!) i wypytując mnie o komfort użytkowania błękitnego antyrefleksu w okularach zakłada mi znienacka na uszy wielkie słuchawki. Zanim zdążę go zapytać po co, przecież nie będzie używał młota pneumatycznego - taki miły pan, ów wychodzi. Zostaję sama. Przede mną tunel, nad nim ostrzeżenie dla ciekawskich: wiązka laserowa, nie zaglądać do środka!

Przez chwilę nic się nie dzieje i nagle pojawiają się. Pomruki jak w filharmonii - stroją instrumenty! Same basowe, niskie wibracje, ale jednak jest w tym jakiś rytm. Zaczyna się robić głośniej. Teraz i cymbały słyszę i jakieś inne... Czy ktoś gdzieś włączył muzykę? Bałkańską? Bregovica czy cuś w tym stylu??

Nagle nie jestem już w filharmonii, zjeżdżam na linie w środek wulkanu, słyszę, jak ziemia mruczy i drży. O matko! Potem pojawia się jednak młot pneumatyczny - chyba lawę będziemy rozwalać, o ile zdążymy, bo ziemia się trzęsie i ja razem z nią. Wibrujemy sobie. Słyszę bębny. Kto bębni?? To nie bębny, kretynko - myślę sobie - tylko właśnie wystrzelili cię w kosmos! No to lecę! Odłączyłam jeden człon rakiety, potem drugi. Wszystko się trzęsie - z kolankiem włącznie, chyba mijamy stratosferę itepe. Ale jazda, jabadabadu! Kiedy już jesteśmy poza Ziemią, jest cicho. Kosmiczna próżnia po prostu.

Żadna tam kosmiczna próżnia, po prostu koniec badania! Pojawia się pan w kitlu. - Ale czad! - wykrzykuję do niego ściągając słuchawki jak po koncercie. Uśmiecha się wyrozumiale. Muzyka rezonansowa nie jest tak do końca moim ulubionym gatunkiem( chillout'u), ale jako doznanie sporadyczne - może być!

I tak zostałam fanką rezonansu. Aż żałuję, że odwołałam z czystego strachu badanie odcinka szyjnego kręgosłupa, na które miałam skierowanie. To prawdziwie kosmiczna i... mistyczna technologia! Kto to wymyślił, jaki geniusz???

 

slide_13