Odkąd pracuję w nieruchomościach, pojawiło się nowe zainteresowanie... Przyznaję, cygara nadal mnie kręcą, ale wiecie, są już trochę passe.
Cóż, nie ja podjęłam decyzję o przerwaniu współpracy, a "cygarowa miłość" tli się u mnie wyjątkowo długo! Jak samo cygaro... No i jestem wierna w uczuciach - mam zabukowaną wycieczkę na Kubę w lutym 2020.
Zostawmy jednak personalne animozje i palantów, którzy nie są warci wspomnienia. Wróćmy do nieruchomości - jestem teraz pośrednikiem! Ha, fantastyczna praca - z pasją oglądam domy i mieszkania innych, próbując wesprzeć ich realizację marzeń o własnym, wyjątkowym miejscu do życia. Ile ludzi, historii, czarownych domów i ogrodów!
Kiedy więc w moje ręce wpadła książka - thriller psychologiczny pt."Lokatorka" JP Delaney'a, fan był dla mnie podwójny. Po pierwsze: lektura przyjemna bardzo - elegancki język, ciekawa narracja podzielona w czasie na przedtem i teraz, równolegle opowiadana historia dwóch dziewczyn, z których jedna została zamordowana w tym samym domu, napięcie budowane niczym u Hitchcocka, wyrafinowany gust głównego podejrzanego - mmmm czytało się z przyjemnością.
Wciągnął mnie luksusowy minimalizm wyznawany przez genialnego architekta, twórcy domu, wynajmowanego przez kolejne lokatorki. Dom jest niezwykłą budowlą, wyposażoną w inteligencję (system "Gospodarza" zarządzający funkcjonowaniem domu, a nawet samymi lokatorami). Ten dom jest właściwie też głównym bohaterem opowieści. Dużo nowych faktów, z róznych dziedzin, architektoniczna idee fixe, niesamowita atmosfera i oczywiście, Hitchcockowski suspens! Dałam się podejść jak dziecko... Nie rozpoznałam prawdziwego zabójcy.
Polecam zdecydowanie tę lekturę, pojawiają się tam smaki i smaczki (np. o kuchni japońskiej, o której wydawało mi się, że wiem dużo), przedmioty szalenie luksusowe, odwołania do wspaniałego filmu "Śniadanie u Tiffany'ego.
Lektura tak smaczna, że pożarłam ją w dwa dni! Może zasługuje na chociaż jedną gwiazdkę Michelin? :-)
czwartek, 21 listopada 2019
niedziela, 17 listopada 2019
Urodzi(no)wy jednorożec
Mam dziś urodziny. Podobno przyszłam na świat z szopą czarnych włosków, które położna uczesała mi dłonią w irokeza, mówiąc: "jakie śliczne dziecko". Mama była przerażona, że łapami mi zgniecie główkę. A ja myślę, że położna naznaczyła mnie, i z takim irokezem w duszy (na głowie czasem też) idę przez życie. Struś pędziwiatr!
Na zdjęciu jestem golutka, z irokezem i jednorożcem nafaszerowanym cukierkami...
środa, 13 listopada 2019
Jak mama 80-tkę obchodziła
Moja mama miała niedawno urodziny, dokładnie 28 X. Co więcej, były wyjątkowe - jubileuszowe, 80-te. Z tej okazji łaskawie zgodziła się na zorganizowanie Jej imprezy restauracyjno-koleżeńskiej, w listopadzie, 9. dnia tegoż miesiąca.
No to zorganizowaliśmy Jej imprę, na którą z zapraszanych ponad tuzina, finalnie przybyło 6 osób. Była nas więc szczęśliwa Siódemka.
Pyszności przygotowane przez maestro Rusinka w restauracji "4 Pory Roku" we Wrocławiu sprawiły, że było to także kulinarnie wyjątkowe i pyszne wydarzenie. Na zdjęciu poniżej tzw. fingertipsy podane po obiadku i torcie:
Najzabawniej jednak było ze wspomnianym tortem, ponieważ szacowna Jubilatka bardzo przeżywała ósemkę z przodu. Postanowiliśmy więc obciąć jej brzuszki i na torcie pojawiła się o wiele milsza dla oka... trzydziestka!
Wokół ósemki kręcił się też wierszyk okolicznościowy, mojego autorstwa, który brzmiał tak:
No to zorganizowaliśmy Jej imprę, na którą z zapraszanych ponad tuzina, finalnie przybyło 6 osób. Była nas więc szczęśliwa Siódemka.
Pyszności przygotowane przez maestro Rusinka w restauracji "4 Pory Roku" we Wrocławiu sprawiły, że było to także kulinarnie wyjątkowe i pyszne wydarzenie. Na zdjęciu poniżej tzw. fingertipsy podane po obiadku i torcie:
Najzabawniej jednak było ze wspomnianym tortem, ponieważ szacowna Jubilatka bardzo przeżywała ósemkę z przodu. Postanowiliśmy więc obciąć jej brzuszki i na torcie pojawiła się o wiele milsza dla oka... trzydziestka!
Wokół ósemki kręcił się też wierszyk okolicznościowy, mojego autorstwa, który brzmiał tak:
Droga Nasza Jubilatko,
dziś się stajesz OŚMIOLATKĄ,
Popatrz, w życiu tylko trzy
Takie piękne sś liczby:
Najpierw OSIEM, gdyś pacholę
Jeszcze bardzo kochasz szkołę
Jesteś nadal dzieckiem, uczniem
Wciąż się bawisz, cieszysz hucznie.
Potem przyjdzie OSIEMNASTKA
I dorosłość Ciebie głaska
Pierwsza miłość – no i młodość,
Która daje wieczną radość.
Każdy chciałby ją zatrzymać,
OSIEMNASTKĘ wciąż przeżywać.
Lecz udaje się niewielu
Dożyć do trzeciego wieku…
OSIEM znów jest na początku,
Więc się trzymam tego wątku-
O ÓSEMCE wyjątkowej
Nawet trochę wywrotowej,
Bo gdy w prawo ją obrócisz
Czas i przestrzeń ciut zakłócisz
Znak nieskończoności stawiasz
I się śmierci – nie obawiasz!
JUBILATKO, Irmo miła
Obyś w zdrowiu nam dożyła
Czwartej liczby z OSIEM w rzędzie,
Czyli OSIEMSET niech będzie
Twoją liczbą lat przebytych.
Teraz będą serdeczności
Od przybyłych dzisiaj gości....
Tak, i dobrze widzicie różowego flaminga - piniatę w rękach Jubilatki! Postanowiliśmy obdarować mamę, jak ośmiolatkę - słodyczami ukrytymi w brzuszku. Otwarcie piniaty to dobra wróżba na cały nadchodzący rok. Taki latynoski zwyczaj, bardzo miły.
Jubileusz bardzo się udał, co widać po minach niektórych obecnych...
wtorek, 12 listopada 2019
Polska premiera filmowa z kubańskimi cygarami w (drugoplanowej) roli...
- Fajny film wczoraj widziałem...
- Momenty były?- tak zaczynały się słynne dialogi w audycji Trójki "60 minut na godzinę".
Para-męt pikczers czyli kulisy srebrnego ekranu to recenzje filmów polskich i zagranicznych omawiane w latach 80. XX w. na antenie przez Mariana Kociniaka i Andrzeja Zaorskiego.
No to chciałam tym cytatem podobnie zacząć moją recenzję obejrzanej prawie premierowo "Ukrytej gry", polskiego Bonda. Momentów nie było, a film rozgrywający się w latach 60. w Warszawie spodobał mi się z wielu powodów, także przez odniesienia to równoległych w czasie wydarzeń na Kubie.
Była więc sytuacja światowej (nuklearnej) katastrofy (jak w Bondzie), starcie mocarstw (amerykańsko-rosyjskie) militarne oraz to warszawskie na płaszczyźnie szachowej (turniej). Byli podwójni agencji, zdrajcy, zbrodniarze i romantycy, wódka i kubańskie cygara! Nawet przewodnia piosenka - jak z Bonda!
Super hiper, chyba wpiszę dzieło do rubryki "Cygara w filmie". Ale muza w wykonaniu Anii Karwan - najlepsza!
https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+1+muzyczny-51779
- Momenty były?- tak zaczynały się słynne dialogi w audycji Trójki "60 minut na godzinę".
Para-męt pikczers czyli kulisy srebrnego ekranu to recenzje filmów polskich i zagranicznych omawiane w latach 80. XX w. na antenie przez Mariana Kociniaka i Andrzeja Zaorskiego.
No to chciałam tym cytatem podobnie zacząć moją recenzję obejrzanej prawie premierowo "Ukrytej gry", polskiego Bonda. Momentów nie było, a film rozgrywający się w latach 60. w Warszawie spodobał mi się z wielu powodów, także przez odniesienia to równoległych w czasie wydarzeń na Kubie.
Była więc sytuacja światowej (nuklearnej) katastrofy (jak w Bondzie), starcie mocarstw (amerykańsko-rosyjskie) militarne oraz to warszawskie na płaszczyźnie szachowej (turniej). Byli podwójni agencji, zdrajcy, zbrodniarze i romantycy, wódka i kubańskie cygara! Nawet przewodnia piosenka - jak z Bonda!
Super hiper, chyba wpiszę dzieło do rubryki "Cygara w filmie". Ale muza w wykonaniu Anii Karwan - najlepsza!
https://www.filmweb.pl/video/Zwiastun/nr+1+muzyczny-51779
wtorek, 5 listopada 2019
Kłamliwa waga łazienkowa, czyli elektroniczna zołza
Czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego moja elektroniczna waga łazienkowa mnie okłamuje? Wydaje mi się, że mną manipuluje. Tylko w jakim celu to robi???
Mam z moją wagą na pieńku. I to ostrym.
Poranny mam zwyczaj: ważę się o tej samej porze, przed śniadaniem, na czczo i nago. Kiedy wynik nie jest zadowalający, podejmuję różne czynności mające na celu ujrzenie bardziej przyjaznych cyfr na wyświetlaczu. Np. powstrzymuję się od podżerania słodyczy po 20.00-tej (a wcześniej - hulaj dusza!), szerokim łukiem obchodzę lodówkę (uwierzcie, to trudne, bo moje mieszkanie nie ma powierzchni hektara). Zmuszam męża do zaudania się ze mną w różne oddalone o 5 km miejsca - na piechotę, lub żądam wyprawy rowerowej. Czasem namiastką aktywności fizycznej jest uruchomienie odkurzacza lub grabienie liści w ogrodzie.
Jednym słowem zmóżdżam się, żeby tylko tej łazienkowej zołzie dogodzić. W czasie takiej akcji o kryptonimie "O"przez kilka dni nie staję na wadze. Walczę, aż uznam, że wysiłek był słuszny i systematyczny, zatem pożądany efekt powinien się pojawić. Może kombinacja cyfr drgnie choćby o 100 gram w dół, zmniejszy się?
Pełna nadziei (i tu słowo kluczowe: pełna!) staję, czekam chwilę na wynik, i... co za radość! 90 deko mniej po tych wszystkich: nocnych głodówkach, cmentarnych marszobiegach na Wszystkich Świętych, upychaniu prażynek ziemniaczanych w szafie, śniadań o owsiance na wodzie. Powoli uśmiech zaczyna wypełzać mi na usta, gdy.... Stop tokarki! Wyświetlacz miga, miga i w końcu pokazuje literkę oznaczającą BŁĄD ODCZYTU. Cholera, jak to, błąd? Niemożliwe, to nieprawda!
Jednak wynik znika i trzeba się zważyć ponownie. To się ważę. I zołza jedna dowala mi kilogram!!!!!
Jak tak można, pytam się? Jak można być tak pomylonym? Najpierw pokazać cudowną liczbę kilogramów i zaraz się z tego wycofać!!! Czy ktoś wgrał tej wadze jakieś złośliwe oprogramowanie?
Chociaż ta to jeszcze nic, słyszałam o takich, które wyświetlają komunikat: Proszę wchodzić pojedynczo!
Mam z moją wagą na pieńku. I to ostrym.
Poranny mam zwyczaj: ważę się o tej samej porze, przed śniadaniem, na czczo i nago. Kiedy wynik nie jest zadowalający, podejmuję różne czynności mające na celu ujrzenie bardziej przyjaznych cyfr na wyświetlaczu. Np. powstrzymuję się od podżerania słodyczy po 20.00-tej (a wcześniej - hulaj dusza!), szerokim łukiem obchodzę lodówkę (uwierzcie, to trudne, bo moje mieszkanie nie ma powierzchni hektara). Zmuszam męża do zaudania się ze mną w różne oddalone o 5 km miejsca - na piechotę, lub żądam wyprawy rowerowej. Czasem namiastką aktywności fizycznej jest uruchomienie odkurzacza lub grabienie liści w ogrodzie.
Jednym słowem zmóżdżam się, żeby tylko tej łazienkowej zołzie dogodzić. W czasie takiej akcji o kryptonimie "O"przez kilka dni nie staję na wadze. Walczę, aż uznam, że wysiłek był słuszny i systematyczny, zatem pożądany efekt powinien się pojawić. Może kombinacja cyfr drgnie choćby o 100 gram w dół, zmniejszy się?
Pełna nadziei (i tu słowo kluczowe: pełna!) staję, czekam chwilę na wynik, i... co za radość! 90 deko mniej po tych wszystkich: nocnych głodówkach, cmentarnych marszobiegach na Wszystkich Świętych, upychaniu prażynek ziemniaczanych w szafie, śniadań o owsiance na wodzie. Powoli uśmiech zaczyna wypełzać mi na usta, gdy.... Stop tokarki! Wyświetlacz miga, miga i w końcu pokazuje literkę oznaczającą BŁĄD ODCZYTU. Cholera, jak to, błąd? Niemożliwe, to nieprawda!
Jednak wynik znika i trzeba się zważyć ponownie. To się ważę. I zołza jedna dowala mi kilogram!!!!!
Jak tak można, pytam się? Jak można być tak pomylonym? Najpierw pokazać cudowną liczbę kilogramów i zaraz się z tego wycofać!!! Czy ktoś wgrał tej wadze jakieś złośliwe oprogramowanie?
Chociaż ta to jeszcze nic, słyszałam o takich, które wyświetlają komunikat: Proszę wchodzić pojedynczo!
niedziela, 3 listopada 2019
Angelus 2019 za "Fizykę smutku" G. Gospodinowa!
Pogratulowałam sobie (tak, bardzo to nieskromne!) literackiego wyczucia. Jakieś trzy tygodnie temu opublikowałam bowiem na fb post poświęcony książce G. Gospodinowa "Fizyka smutku". Tak mnie zachwyciła ta przypadkowo w bibliotece znaleziona na półce z nowościami, niegruba książka. A wczoraj dowiedziałam się, że za tę powieść autor otrzymał Angelusa 2019.
To wspaniała wiadomość, bowiem "Fizyka smutku" jest niezwykła. Cieszę się, że ta nowość wydawnicza tak szybko wpadła w moje ręce, i że zdążyłam ją przeczytać zanim tłumy czytelników zaczną ją sobie w bibliotekach lub księgarniach wyrywać z rąk. W "Fizyce smutku" bułgarskiego poety jest podążanie za mitem o Minotaurze (musi mi się podobać z filoantycznych względów), fizyka kwantowa, ekologia, bliska mi pokoleniowo historia "komuny", oraz przesłanie miłości. Książka o odrzuceniu, samotności, niezwykłości każdej żywej istoty, nie tylko człowieka.
To wspaniała wiadomość, bowiem "Fizyka smutku" jest niezwykła. Cieszę się, że ta nowość wydawnicza tak szybko wpadła w moje ręce, i że zdążyłam ją przeczytać zanim tłumy czytelników zaczną ją sobie w bibliotekach lub księgarniach wyrywać z rąk. W "Fizyce smutku" bułgarskiego poety jest podążanie za mitem o Minotaurze (musi mi się podobać z filoantycznych względów), fizyka kwantowa, ekologia, bliska mi pokoleniowo historia "komuny", oraz przesłanie miłości. Książka o odrzuceniu, samotności, niezwykłości każdej żywej istoty, nie tylko człowieka.
W książce trwa sokratejska dyskusja o trwałym kontra nietrwałe:
- "A co się stanie z twoją własną tożsamością, jeśli postawisz na to, co zmienne?[...] Co się stanie z przodkami, tradycją, kulturą? [...] Wszystkim tym, co ci krzyczy prosto w twarz, żebyś nie zapomniał, kim jesteś i skąd pochodzisz?
- A co ci dała twoja tożsamość, dupku, krew i wojny, porozrywane tyłki, ludzi-bomby - to ci dała. Jest jedna tożsamość - bycie żywą istotą pośród żywych istot. Bycie nietrwałym i cenienie innego, ponieważ jest nietrwały..."
- "A co się stanie z twoją własną tożsamością, jeśli postawisz na to, co zmienne?[...] Co się stanie z przodkami, tradycją, kulturą? [...] Wszystkim tym, co ci krzyczy prosto w twarz, żebyś nie zapomniał, kim jesteś i skąd pochodzisz?
- A co ci dała twoja tożsamość, dupku, krew i wojny, porozrywane tyłki, ludzi-bomby - to ci dała. Jest jedna tożsamość - bycie żywą istotą pośród żywych istot. Bycie nietrwałym i cenienie innego, ponieważ jest nietrwały..."
Polecam!
wtorek, 29 października 2019
Być może… zielone jabłuszko, czyli czym pachniał PRL?
Podzielę się wspomnieniem zapachów (perfum), które „aromatyzowały” PRL-owską
rzeczywistość.
W czasach mego dzieciństwa najzasobniejszymi perfumeriami
były… kioski Ruchu. Oprócz porannej gazety (nota bene silnie pachnącej farbą
drukarską) każdy elegancki mężczyzna (jak mój dziadek) mógł zaopatrzyć się w papierosy, ale też w wodę kolońską, np. o nazwie Prastara
(pamiętam, że była pakowana jak wino chianti – w wiklinowy koszyczek). Ewentualnie w
wodę „derby” (tej używał z kolei mój tato). Natomiast mniej eleganccy panowie mogli
się tu zaopatrzyć m.in. w „Przemysławkę”, „wodę brzozową”, którą użytkowali na
miejscu, pod kioskiem, doustnie (ale w tej formie tylko do godz. 13-tej!).
Zresztą pokazał to Bareja w „Misiu”. Niektórzy jednak preferowali „spirytus
salicylowy”, który nie miał może szczególnie interesującej woni (ale jakąś woń przecież
miał!), za to wspaniale dezynfekował cały przewód pokarmowy i dawał widocznie
inne pożądane efekty, których jako dziecko nie rozumiałam.
Natomiast kobiety to już miały w kiosku raj pachnideł! Moje
dziecięce oczy mamiły trapezowe w kształcie buteleczki czystych kwiatowych
esencji: można było pachnieć bzem, konwalią, fiołkiem (za jedyne 8 złotych!). W
małych, smukłych buteleczkach swoją kultową woń roztaczały znowuż perfumki „Być
może...”, które później unowocześniły się i miały 3-4 odmiany, bo po słowach
być może pojawiała się nazwa metropolii: Paryż, Londyn, Rzym. Być może… były
artykułem deficytowym, rozchwytywanym natychmiast w drogeriach, często też
eksportowanym z kraju przez handlujących w demoludach rodaków.
Były też większe, fioletowe butelki perfum „Pani Walewska”
(droższe nieco) – o, to już był zapach od święta, zwłaszcza gdy wzmocniony
użyciem kremu do twarzy „Pani Walewska”. Z czasem pojawiały się nowe wonie:
perfumy „Carrara”, które też były modne w jakimś momencie, albo „Gazela”.
Okresowo pojawiały się hity zapachowe, jak wspomniane w
tytule zielone jabłuszko, które też można było nabyć w kiosku lub w drogerii.
Ten zapach miał nową postać małej buteleczki z kulką do aplikacji. Innym hitem,
dla panów był „Brutal” – supermodna w pewnym czasie woda, którą pachniała męska
część ulicy wielkich miast. Zdaje się, że ostatnio chciano wskrzesić ten
zapach, ale nazwa jako niepoprawna politycznie się gdzieś zagubiła…
Z tego co pamiętam, pachnidła PRL-owskie były produkowane
przez parę rodzimych firm: Miraculum w Krakowie, Pollenę Lechię w Poznaniu i
Spółdzielnię Świt w Warszawie.
Czasami pojawiały się w sklepach, lub przywiezione przez
kogoś z kraju „demoludów” perfumy rosyjskie oraz bułgarski olejek różany.
Rosyjskie perfumy były nazywane „duchi” (z oryginału rosyjskiego) i nie miały renomy jako zapachy agresywne, mocne i słodkie, mało natomiast
eleganckie. Często te zapachy wywoływały nieprzychylną reakcję otoczenia w
stylu: „aleś się zlał jakimiś duchami” itp. Olejek różany miał większe wzięcie,
ale był trudniej dostępny. I rzeczywiście był olejkiem – niezwykle mocnym,
różanym zapachem, który latami utrzymywał się w drewnianym pudełku (bo tak ten
olejek był sprzedawany) – miał zapach luksusowych wakacji nad Morzem Czarnym.
Tę przebogatą rodzimą i bratnią ofertę uzupełniały
absolutnie luksusowe zapachy dostępne w Pewexach. Młodszym czytelnikom trzeba
objaśnić, że były to sklepy, w których można było nabyć wspaniałe towary
wyłącznie za dewizy: dolary, marki, funty, franki, liry oraz bony (drukowane
przez państwo wymienniki dolarów). No
więc w Pewexach były zapachy francuskie, które kosztowały dla wielu fortunę,
które były obiektem pożądania, a dziś stoją na najniższych półkach każdej
drogerii typu Rossmann, a w Sephorach i Douglasach próżno ich szukać nawet na
zapleczu! Myślę o kultowych w PRL-u zapachach firmy Coty i Bourjois: Masumi, Evasion, Kobako, kosztujących 2,60
USD (co przy zarobkach miesięcznych np. nauczyciela, oscylujących w okolicy 12
dolarów było sporą kwotą). Jeszcze droższe były: Opium (chyba 4,40), Fidji, nie
mówiąc o Chanel nr 5, czyli tych najluksusowszych, które kosztowały 20 i więcej
dolarów. Jak one pachniały! Przede wszystkim Zachodem, wolnością, barwnością
życia gdzieś „tam”, gdzie rosną palmy, a morze nadaje się latem do kąpieli.
W Pewexach kupowało się też silnie pachnące mydełko Fa (0,60
USD) – w kolorowe paseczki, które działało jak perfumy – po umyciu skóra
pięknie pachniała przez kilka godzin. Ten artykuł higieniczny miał taka sławę,
że doczekał się nawet przeboju: „Mydełko Fa”.
Czasem z czystego sentymentu sięgam w drogerii po któryś z
dawnych zapachów, szukając w nim
wspomnienia, marzenia? Mówią, że pamięć zapachów jest najsilniejszym atawizmem
człowieka. Ale albo mój nos się zmienił, albo te zapachy. Nic już nie jest
takie samo…
niedziela, 20 października 2019
Dynamit i fortuna, czyli najbardziej prestiżowa nagroda świata!
Ostatnich kilka dni października to doniesienia o tegorocznych
laureatach Nagrody Nobla. Ogromnie mnie ucieszył Nobel w
dziedzinie literatury, który w tym roku szacowna Akademia przyznała polskiej
pisarce Oldze Tokarczuk.
W 109-letniej historii tego wyróżnienia, w kategorii literatura mieliśmy dotychczas tylko czwórkę laureatów. Dlatego to wyróżnienie jest tak niewiarygodnie potężne!
Fundator nagrody
Alfred Nobel, od którego nazwiska pochodzi nazwa nagrody, był człowiekiem nietuzinkowym. Można by rzec – człowiekiem renesansu. Urodził się w 1833 r. w Sztokholmie. Jego ojciec, Immanuel Nobel był inżynierem, który swoimi umiejętnościami służył wielu krajom. Dzieciństwo Alfred spędził w Finlandii, potem w Rosji, dla której jego ojciec, inżynier i wynalazca produkował broń oraz wdrażał wynalazki techniczne.
Alfred odebrał wszechstronne wykształcenie: studiował we Francji, Szwecji, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Podróże po świecie pozwoliły mu na poznanie wielu języków – już jako nastolatek władał biegle (oprócz rodzimego szwedzkiego) rosyjskim, angielskim, francuskim i niemieckim.
Na zdjęciu z lat młodości widać romantyka, wierszokletę, wagabundę (kochał podróże). We Francji pracował w laboratorium chemicznym i tam własnie poznał wynalazcę nitrogliceryny – Ascania Sobrero. Zmieszanie nitrogliceryny z ziemią okrzemkową było wynalazkiem Alfreda. Powstał w ten sposób dynamit, który naukowiec opatentował w 1867 r. Zapłacił za niego rodzinną tragedią – podczas prac w laboratorium doszło do wybuchu, który zabił jego brata Emila. Nie podejrzewał też, że dynamit przyczyni się do eskalacji przemocy na świecie. Był przekonany, że zapobiegnie wojnom przez swoją śmiercionośną siłę. Jakże się mylił!
Alfred był bardzo zdolnym inżynierem, wynalazł także wiele innych, wspaniałych materiałów: sztuczny jedwab, sztuczną skórę, syntetyczny kauczuk. Opatentował 355 swoich pomysłów. Posiadał też 90 fabryk i laboratoria w 20 krajach. Paradoksalnie to właśnie dynamit przyniósł mu ogromną fortunę. Okazało się, że świat potrzebował go do różnych celów, oczywiście nie zawsze gospodarczych.
Alfred Nobel był wielkim romantykiem. Postanowił zadośćuczynić ludzkości szkody wyrządzone pojawieniem się dynamitu i podzielił się swoją fortuną. Ufundował Pokojową Nagrodę. Wierzył w potęgę ludzkiego umysłu – sam znał się na chemii i fizyce, medycynie, fizjologii. Wierzył, że medycyna znajdzie lekarstwo na dolegliwości, które nękały jego współczesnych (w tym i jego samego). Zachętą do nowych odkryć miała być ustanowiona przez niego nagroda pieniężna.
Trzeba przyznać, że fundusze te wywarły ogromny wpływ na rozwój nauki w XX wieku, podniosły prestiż dokonań środowiska naukowego.
Testament wynalazcy
Cały swój majątek (a w chwili jego śmierci było to 9,2 mln ówczesnych dolarów USA) zapisał już w 1895 roku na nagrody. Pieniądze miały być lokowane w bezpieczne inwestycje.
Obecnie ponad połowa jest inwestowana na giełdach, jedna piąta – w instrumenty o stałej stopie zwrotu, a 28 proc. w nieruchomości i fundusze hedgingowe. Każdego roku, z woli Alfreda Nobla, dochód ze spadku ma być dzielony na pięć równych części pomiędzy zasłużonych dla ludzkości: fizyków, chemików, medyków, pisarzy i ludzi krzewiących pokój.
Nagroda w dziedzinie ekonomii nie znajdowała się w testamencie Nobla, dlatego jest przyznawana od 1968 r. jako nagroda im. Alfreda Nobla, a fundusz pochodzi ze środków Banku Szwecji.
Alfred Nobel zmarł na atak serca 10 grudnia 1896 roku w San Remo, w swoim domu. Nagrody jego imienia po raz pierwszy przyznano w 1901 roku, w piątą rocznicę śmierci fundatora, z powodu zawiłości prawnych. W 1900 powstała specjalna Fundacja, zarządzająca testamentem Nobla. Ma ona siedzibę w Sztokholmie.
Od początku XX wieku Nagrody Nobla są wręczane laureatom zawsze w rocznicę śmierci fundatora - 10 grudnia, ale laureatów poznajemy w październiku. Akademicy przyznający nagrody pracują w całkowitym utajeniu, a ich zapiski, notatki, refleksje związane z laureatami mogą być ujawnione dopiero po 60 latach...
Polscy laureaci
W sumie mamy już 7 noblistów, najwięcej w dziedzinie literatury, bo aż 5. Byli to: Henryk Sienkiewicz za Quo vadis? w 1905, Władysław Reymont za „Chłopi” w 1924, Czesław Miłosz za twórczość poetycką w 1980, Wisława Szymborska za twórczość poetycką w 1996 i Olga Tokarczuk za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją ujawnia przekraczanie granic jako formę życia” w 2019, ale za rok 2018, kiedy to z powodu skandalu w Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, wyróżnienia nie przyznano.
Zatem Olga Tokarczuk dostała wyróżnienie nie za konkretne dzieło, ale za całokształt dotychczasowej twórczości. Jest autorką 17 książek: powieści, opowiadań, esejów, a także scenariuszy filmowych. Jej twórczość była wielokrotnie przenoszona do teatru i na ekran filmowy („Pokot”).
Pękam z dumy i gratuluję wspaniałej pisarce, szlachetnemu człowiekowi i niezwykłej kobiecie!
poniedziałek, 7 października 2019
Jak wyregulować męskie brwi bez pomocy anestezjologa?
Na pytanie postawione w tytule przyznaję - nie mam odpowiedzi... Od lat staram się, by mój mąż wyglądał schludnie, w myśl powiedzenia, że wygląd męża świadczy o... żonie. Dotyczy to nawet takich detali jak wygląd fryzury, skóry i jej przydatków.
Jednak w pewnym wieku mężowskie owłosienie zaczyna płatać figle - znika z głowy, pojawia się natomiast w miejscach dość zaskakujących: na brwiach, w uszach, wyłazi z nosa. Zwłaszcza zagęszczenie włosów na linii brwi sprawia, że oblicze mężowskie nabiera mefistofelicznego wyrazu (a przecież anioł z niego!). Pojedyncze "kosmki" wystające z nosa też nie wyglądają zbyt pięknie, ale od biedy da się je jakoś wcisnąć z powrotem. Krzaki w uszach można przyciąć nożyczkami do paznokci i jest to zabieg mało inwazyjny, który w zasadzie jest też częścią usługi fryzjera męskiego, więc czasem ów mnie wyręcza. Dziwnie jakoś mąż darzy fryzjera większym zaufaniem, bo mnie zawsze podejrzewa (bezpodstawnie!), że ciachnę mu ucho przy okazji. Jednak na gęste, krzaczaste, diabelsko bujne brwi nie ma innej rady: dbająca o wygląd męża żona próbuje zastosować metodę, z którą kobiety są obeznane od lat... Bo jak fryzjer zgoli maszynką, to za parę dni jest jeszcze gorzej - brwi są sztywniejsze, krótsze, grubsze i rosną na cztery strony świata...
Ranking narzędzi tortur: pęseta
Chcę zatem użyć sprawdzonej przez miliony kobiet metody. Okazuje się jednak, że niewinnie wyglądająca pęseta, długości jakichś 10 cm, składająca się z miniaturowych szczypiec staje się nagle potężnym narzędziem tortur, przy którym łamanie kołem, przypalanie żelazem i rozciąganie na madejowym łożu to zaledwie gilgotki.
Spróbujcie wyrwać pęsetą jeden włos z męskiej brwi. Jeden. Ryk bólu wytrąci wam narzędzie z dłoni, zaplecie koński ogon na nawet krótkich włosach, a mąż z załzawionym okiem ucieknie do sypialni, wykrzykując po drodze: - Mogłaś mnie przynajmniej ogłuszyć! To był włos oczny! (cokolwiek to znaczy). Dowiecie się zatem, że:
1) ból jest nie do zniesienia
2) ból jest nie do zniesienia
3) potrzebne jest znieczulenie, anestezjolog itp.
4) drugi włos możecie wyrwać nie wcześniej niż za tydzień
No i pat. Krzaki są, jak były, poziom zaufania do depilatorki spadł poniżej zera absolutnego, nadziei na zakończenie regulacji brak.
Można spróbować wyrwać kolejny JEDEN włosek w czasie snu, ale grozi to nagłym obudzeniem "pacjenta" i wybiciem sobie zębów, wydłubaniem oka pęsetą itp., więc odradzam.
Próbowałam kiedyś użyć kostki lodu jako znieczulenia miejscowego. Niestety, po przyłożeniu do skóry i brwi wrzask męża był podobny, tym razem nie z bólu a z zimna. Dowiedziałam się, że:
1) jest mu zimno i mokro
2) na pewno odmrozi sobie mózg.
Muszę więc wymyślać rozliczne podstępy, by urwać chociaż jeden sterczący włos. Bo do podania mężowi przed depilacją tabletki przeciwbólowej jeszcze się nie posunęłam...
Wszystko jednak zrozumiałam, gdy obejrzałam 13 odcinek 9 serii Przyjaciół, w którym Joey jest zmuszony do wyregulowania sobie brwi dla celów sesji zdjęciowej. 2 minuty tego odcinka rozbawiły mnie do łez, bowiem reakcja Joey'a w gabinecie kosmetyczki była po prostu bardzo mi znana. Widocznie mam w domu typowy okaz gatunku.
Jednak w pewnym wieku mężowskie owłosienie zaczyna płatać figle - znika z głowy, pojawia się natomiast w miejscach dość zaskakujących: na brwiach, w uszach, wyłazi z nosa. Zwłaszcza zagęszczenie włosów na linii brwi sprawia, że oblicze mężowskie nabiera mefistofelicznego wyrazu (a przecież anioł z niego!). Pojedyncze "kosmki" wystające z nosa też nie wyglądają zbyt pięknie, ale od biedy da się je jakoś wcisnąć z powrotem. Krzaki w uszach można przyciąć nożyczkami do paznokci i jest to zabieg mało inwazyjny, który w zasadzie jest też częścią usługi fryzjera męskiego, więc czasem ów mnie wyręcza. Dziwnie jakoś mąż darzy fryzjera większym zaufaniem, bo mnie zawsze podejrzewa (bezpodstawnie!), że ciachnę mu ucho przy okazji. Jednak na gęste, krzaczaste, diabelsko bujne brwi nie ma innej rady: dbająca o wygląd męża żona próbuje zastosować metodę, z którą kobiety są obeznane od lat... Bo jak fryzjer zgoli maszynką, to za parę dni jest jeszcze gorzej - brwi są sztywniejsze, krótsze, grubsze i rosną na cztery strony świata...
Ranking narzędzi tortur: pęseta
Chcę zatem użyć sprawdzonej przez miliony kobiet metody. Okazuje się jednak, że niewinnie wyglądająca pęseta, długości jakichś 10 cm, składająca się z miniaturowych szczypiec staje się nagle potężnym narzędziem tortur, przy którym łamanie kołem, przypalanie żelazem i rozciąganie na madejowym łożu to zaledwie gilgotki.
Spróbujcie wyrwać pęsetą jeden włos z męskiej brwi. Jeden. Ryk bólu wytrąci wam narzędzie z dłoni, zaplecie koński ogon na nawet krótkich włosach, a mąż z załzawionym okiem ucieknie do sypialni, wykrzykując po drodze: - Mogłaś mnie przynajmniej ogłuszyć! To był włos oczny! (cokolwiek to znaczy). Dowiecie się zatem, że:
1) ból jest nie do zniesienia
2) ból jest nie do zniesienia
3) potrzebne jest znieczulenie, anestezjolog itp.
4) drugi włos możecie wyrwać nie wcześniej niż za tydzień
No i pat. Krzaki są, jak były, poziom zaufania do depilatorki spadł poniżej zera absolutnego, nadziei na zakończenie regulacji brak.
Można spróbować wyrwać kolejny JEDEN włosek w czasie snu, ale grozi to nagłym obudzeniem "pacjenta" i wybiciem sobie zębów, wydłubaniem oka pęsetą itp., więc odradzam.
Próbowałam kiedyś użyć kostki lodu jako znieczulenia miejscowego. Niestety, po przyłożeniu do skóry i brwi wrzask męża był podobny, tym razem nie z bólu a z zimna. Dowiedziałam się, że:
1) jest mu zimno i mokro
2) na pewno odmrozi sobie mózg.
Muszę więc wymyślać rozliczne podstępy, by urwać chociaż jeden sterczący włos. Bo do podania mężowi przed depilacją tabletki przeciwbólowej jeszcze się nie posunęłam...
![]() |
| Niby lew, a boi się pęsety! |
Wszystko jednak zrozumiałam, gdy obejrzałam 13 odcinek 9 serii Przyjaciół, w którym Joey jest zmuszony do wyregulowania sobie brwi dla celów sesji zdjęciowej. 2 minuty tego odcinka rozbawiły mnie do łez, bowiem reakcja Joey'a w gabinecie kosmetyczki była po prostu bardzo mi znana. Widocznie mam w domu typowy okaz gatunku.
niedziela, 6 października 2019
Tam, gdzie narodził się tamada, czacza nie jest tańcem, wino pije się z rogu i żyją beztroskie krowy...
Postanowiłam sprawdzić, dlaczego Gruzja stała się tego
lata ulubionym kierunkiem turystycznym Polaków. Niby to nie egzotyka lecz
raczej swojskie klimaty, fragmentami podobna historia, pokrewieństwo
charakterów narodowych, zdolnych do bitki i wypitki – a jednak zadziwienie mnie
nie odstępowało.
Ta była
republika ZSRR, ojczyzna Stalina, bardzo się stara utrzymać niezależność od potężnego
sąsiada – Rosji. Mały raj dumnych Gruzinów, uważających się za właścicieli
najpiękniejszego kraju na świecie (mają nawet o tym swoją legendę).
Złota Kolchida
Gruzja leży nad Morzem Czarnym, po jego wschodniej stronie.
Na tych terenach w zamierzchłej starożytności leżała mityczna Kolchida. Do niej to wyprawił się Jazon po
Złote Runo. To tu znajdował się cel tej niebezpiecznej wyprawy i tu rozegrała się miłosna historia Jazona i lokalnej
księżniczki - czarodziejki Medei.
Pomnik złotego runa, a właściwie niesamowita
fontanna stoi w Kutaisi. Są to repliki złotych figurek odkopanych na terenie całej Gruzji, a liczące sobie kilka tysięcy lat. Powiększone do gigantycznych rozmiarów koniki ze złotych kolczyków, owce, kozy i inne zwierzątka tworzą teraz fontannę - jedną z ciekawszych atrakcji miasta. Natomiast pomnik Medei, postawiony ogromnym
kosztem miliona dolarów w Batumi, nadal budzi wiele kontrowersji wśród Gruzinów. Historia starożytna dzieje się tu nadal.
![]() |
| Medea dzierżąca złote runo |
Uczta tylko z Tamadą!
Do prehistorii należy również Tamada. To jedna z wielu
małych szczerozłotych figurek, liczących
sobie kilka tysięcy lat. Przedstawia siedzącego mężczyznę trzymającego róg – Tamadę. A róg to naczynie do wina, jak twierdzą Gruzini,
którzy nadal z rogu wino pijają. I twierdzą, że figurka jest dowodem na to, że
to u nich narodziła się uprawa winorośli. Z niej powstaje napój sfermentowany,
który stał się podstawą europejskiej cywilizacji (wcześniejsze piwo było
napojem Mezopotamii i Egiptu). Tamada to także współcześnie określenie kogoś
bardzo ważnego na gruzińskiej uczcie (suprze). Wybrany przez ogół mężczyzna,
który wygłasza długie toasty i nadaje rytm biesiadowaniu. To król biesiady,
funkcja bardzo zaszczytna i honorowa.
W smaku czaczy
Wino leje się w Gruzji szerokim strumieniem, produkuje je tu
każdy gospodarz i nikt nie wymaga żadnych licencji, akcyz, certyfikatów czy
sanepidów. Każdy te swoje produkty sprzedaje czy rozdaje, według uznania i bez
pozwolenia. Jednak domowe jest raczej marnej jakości, jak miałam okazję się
przekonać. Mimo rzekomo tysiącletniej historii uprawy winorośli, produkty nie
bardzo mi smakowały. Osobliwością jest też produkowanie wina starożytną metodą
– w glinianych amforach wkopanych w ziemię. Niestety, i to wino niespecjalnie
mnie zachwycało, ale to rzecz gustu. Ciekawszym produktem, aczkolwiek dla
mocnych głów jest czacza. To określenie samogonu, który tu pędzą wszyscy i z
wszystkiego – z wina (czyli ala włoska grappa), ale też z morwy, brzoskwiń,
moreli, śliwek itd. Moc to minimum 40%... Mnie bardziej posmakowały tzw.
„koniaki” – alkohole dosmaczane czymś, wspaniale pachnące i smakujące słońcem,
rodzynkami, karmelem, kupowane za grosze na targu warzywnym od babinek.
Morze, góry, herbata i… krowy
Oprócz Morza Czarnego Gruzja "zasobna" jest w wysokie góry. Jej pejzaż to Mały Kaukaz, Kaukaz,
szczyty liczące sobie 5 tysięcy metrów n.p.m.
Nawet nad morzem pojawiają się wzgórza, na których uprawia się (obecnie
szczątkowo, a krzewy są w opłakanym stanie) herbatę, szczególnie pod Batumi. Poza
herbatą jest jeszcze coś, co upodabnia Gruzję do Indii – wszędobylskie i
beztroskie krowy, spacerujące stadami nie tylko na wsiach, ale w miastach,
miasteczkach. Niezwykłe spotkania krów pasących się dosłownie wszędzie,
wieczorem wracających gromadnie do domu (chyba?). Krów-wielbicielek
motoryzacji, ponieważ stada okupują drogi, niezbyt dobrej jakości,
utrudniając i tak duży ruch. Przyglądają
się samochodom, stojąc w filozoficznej zadumie na środku szosy. A kierowcy
zgrabnie wymijają je zygzakami, nie przerywając sobie prowadzenia pojazdu. Czegoś
podobnego nigdzie nie widziałam. Widok był częściej zabawny, np. krowa stojąca
pod apteką lub przy dystrybutorze na stacji benzynowej. Stały i patrzyły,
zastanawiając się, co zatankować?
Kiedy w regionie wyższych gór, w Swaneti, gdzie drogi są
jeszcze węższe i bardziej kręte, oraz strome, do stad krów dołączyły stada
dzikich koni oraz półdzikich świń (z prosiakami) – to już był prawdziwy obłęd.
Zastanawiałam się, czy ktoś tu w ogóle ogarnia, ile zwierząt domowych powinno
nocować w stajni czy oborze.
Osobom wrażliwym na krzywdę zwierząt podróży do Gruzji nie
polecam ze względu na błąkające się stadami bezpańskie psy, nieraz w
dramatycznej kondycji. Nie widziałam natomiast kóz, owiec i kur, mimo że jajka
były żelaznym punktem każdego śniadania.
Swanetia – gruzińska Toskania bez słoneczników
W Swaneti dotarliśmy do najwyżej położonej wsi (wciąż
zamieszkałej), która okazała się być malownicza niczym Toskania. Kamienne wieże
mieszkalne tworzyły jednocześnie trochę znajomy i nieznany wcześniej pejzaż
średniowiecznych domów niezwykłego kształtu i koloru. Tylko tło było surowsze –
zero słoneczników, falujących zbóż. Za to soczysta zieleń traw i majestat
wysokich gór.
Mieszanka
Gruzja ma naprawdę niezwykłe pejzaże – i te ukształtowane
przez Naturę, i te, będące dziełem ludzkich rąk… Wiele z tych niesamowitych
miejsc zostało ukształtowanych wspólnymi siłami – Stwórcy i człowieka…. Olśniło
mnie Batumi – kurort na miarę Lazurowego Wybrzeża, skalne miasta i monastyry
owiane magią wieków. Niezwykłe jest pismo gruzińskie, alfabet, któremu w Batumi
postawiono nawet pomnik.
środa, 2 października 2019
Jak wysłałam męża w pokrzywy...
W poprzednim poście zwierzyłam się Wam z grzybożądzy. Był jeszcze jeden faktor, który sprawił, że jakoś zniosłam tę grzybową zazdrość o pełne kosze. Otóż, odwróciłam swoją uwagę od "kapeluszy" i skierowałam ją w stronę zielonych kęp, porastających pobocza leśnych dróżek. Skoro wszyscy wracają z koszami pełnymi brązów, to ja będę się wyróżniać. Tym, czego nikt nie taszczy (bo i po co?), nikt z dumą nie podtyka pod nos napotkanym łachmytom z pustością w koszyku - naręczami zielonych chwastów w wiaderku!
Soczyście zielone, świeżutkie, dorodne, jakby przed chwilą wyrosły. Aż się chce w nie wgalopować, albo - bo ja wiem? - zanurzyć się? Nago to podobnoż zbawienie dla chorych stawów. Przede mną pyszniły się kępy, zagony, łany i chaszcze... pokrzyw. Prawdziwy parzybusz.
Natychmiast pojawił się w mojej głowie pomysł ugotowania z nich zupy, którą degustowałam u kogoś - uwaga! - w maju i kto podał mi na tę potrawę dość mętny przepis. Taki utkwił w pamięci mej, ale mętność to nie był problem. Nigdy nie przejmuję się recepturami, bo zawsze tworzę własne.
Większym problemem była kwestia, jak te pokrzywy ręcznie zdobyć, i w jakich ilościach (czy mam zapełnić wszystkie pojemniki lub bagażnik auta?). Przeżuwałam te egzystencjalne dylematy gdy moje oko spoczęło na ulubionym mężu, tego dnia akurat designersko ubranym w porządne, wysokie gumiaki i kurtkę ala ortalion. I narodził się plan.
Najpierw ubrałam smutną minkę, wycisnęłam łzę z oka. Mąż zaniepokojony łypnął na mnie.
- O co chodzi, kotku?
- Buuuuuu, wszystkie grzyby wyzbierali!
- Nie martw się, kupimy na hali.
- Ale ja muszę coś z lasu przywieźć, choćby pokrzywy, o! - chlipałam.
- Pokrzywy??? - zdumiał się niebotycznie najlepszy z mężów.
- Tak, zupę z nich zrobię. Skoro nie mogę grzybowej ugotować, będzie pokrzywowa!
- O matko, ale... ja nie będę musiał jej jeść? - zaniepokoił się.
- Zaraz wyjeżdżasz, nie zdążę zrobić... - skłamałam.
Mąż z wyraźną ulgą na twarzy, z wdzięcznością, że nie musi uczestniczyć w tym kulinarnym eksperymencie ruszył w parzybusz i zabrał się żwawo do rwania. Naciachał potężną reklamówkę świeżuteńkich łodyg. Dla zatroskanych kondycją męża (wiem, wszyscy znajomi uważają, że to anioł!), informacja: rwał w rękawicach roboczych, które wozimy w aucie.
I tak urodziła mi się zupa pokrzywowa:
Na bulion z kostki rosołowej wrzuciłam parę drobno pokrojonych ziemniaczków, kawałek pora, pół marchewki. Gdy troszkę zmiękły dorzuciłam opłukane (jak się potem okazało, niezbyt dokładnie...) łodygi, starając się usunąć najtwardsze części. Dodałam łodygę lubczyku i przyprawy do smaku. Gdy warzywa były miękkie, wyłączyłam gaz, zblendowałam wszystko na krem i zabieliłam śmietaną. Można do tego użyć topionego serka, ja akurat nie miałam. Miałam za to startą goudę, chociaż z płatkami parmezanu jest jeszcze lepsza, co wypróbowałam następnego dnia.
Przyznaję, sama ją pożarłam. Innych chętnych nie było. Uważam jednak, że to ich strata - ominęło ich coś interesującego smakowo.
Soczyście zielone, świeżutkie, dorodne, jakby przed chwilą wyrosły. Aż się chce w nie wgalopować, albo - bo ja wiem? - zanurzyć się? Nago to podobnoż zbawienie dla chorych stawów. Przede mną pyszniły się kępy, zagony, łany i chaszcze... pokrzyw. Prawdziwy parzybusz.
Natychmiast pojawił się w mojej głowie pomysł ugotowania z nich zupy, którą degustowałam u kogoś - uwaga! - w maju i kto podał mi na tę potrawę dość mętny przepis. Taki utkwił w pamięci mej, ale mętność to nie był problem. Nigdy nie przejmuję się recepturami, bo zawsze tworzę własne.
Większym problemem była kwestia, jak te pokrzywy ręcznie zdobyć, i w jakich ilościach (czy mam zapełnić wszystkie pojemniki lub bagażnik auta?). Przeżuwałam te egzystencjalne dylematy gdy moje oko spoczęło na ulubionym mężu, tego dnia akurat designersko ubranym w porządne, wysokie gumiaki i kurtkę ala ortalion. I narodził się plan.
Najpierw ubrałam smutną minkę, wycisnęłam łzę z oka. Mąż zaniepokojony łypnął na mnie.
- O co chodzi, kotku?
- Buuuuuu, wszystkie grzyby wyzbierali!
- Nie martw się, kupimy na hali.
- Ale ja muszę coś z lasu przywieźć, choćby pokrzywy, o! - chlipałam.
- Pokrzywy??? - zdumiał się niebotycznie najlepszy z mężów.
- Tak, zupę z nich zrobię. Skoro nie mogę grzybowej ugotować, będzie pokrzywowa!
- O matko, ale... ja nie będę musiał jej jeść? - zaniepokoił się.
- Zaraz wyjeżdżasz, nie zdążę zrobić... - skłamałam.
Mąż z wyraźną ulgą na twarzy, z wdzięcznością, że nie musi uczestniczyć w tym kulinarnym eksperymencie ruszył w parzybusz i zabrał się żwawo do rwania. Naciachał potężną reklamówkę świeżuteńkich łodyg. Dla zatroskanych kondycją męża (wiem, wszyscy znajomi uważają, że to anioł!), informacja: rwał w rękawicach roboczych, które wozimy w aucie.
I tak urodziła mi się zupa pokrzywowa:
Na bulion z kostki rosołowej wrzuciłam parę drobno pokrojonych ziemniaczków, kawałek pora, pół marchewki. Gdy troszkę zmiękły dorzuciłam opłukane (jak się potem okazało, niezbyt dokładnie...) łodygi, starając się usunąć najtwardsze części. Dodałam łodygę lubczyku i przyprawy do smaku. Gdy warzywa były miękkie, wyłączyłam gaz, zblendowałam wszystko na krem i zabieliłam śmietaną. Można do tego użyć topionego serka, ja akurat nie miałam. Miałam za to startą goudę, chociaż z płatkami parmezanu jest jeszcze lepsza, co wypróbowałam następnego dnia.
Przyznaję, sama ją pożarłam. Innych chętnych nie było. Uważam jednak, że to ich strata - ominęło ich coś interesującego smakowo.
poniedziałek, 30 września 2019
Grzybożądza
Coś dziwnego psychologicznie mi się ostatnio przydarzyło - grzybożądza totalna. Nigdy na grzyby tak "napalona" nie byłam, chętnie po nie do lasu jeździłam, ale raczej dla przyjemności spaceru, zwłaszcza jak jesienny dzień był piękny, niż dla zbieractwa. Kto by to miał czas potem przetwarzać? Grzyby wprawdzie lubię, takie na gęsto ze śmietaną do ziemniaczków puree i radość mi sprawia ich samodzielne znajdowanie, ale żeby to była jakaś wielka pasja, to nie.
Kiedy jednak w ogrodzie przy domu, w centrum miasta znalazłam maślaki, uznałam że w lesie to już musi być grzybowa pandemia i trzeba pouczestniczyć. Ruszyłam zatem w południe, jak zwykle, do kniei, z zamiarem upolowania kilku wspomnianych. Początek był sofcikowy, co widać na zdjęciu, ale mnie cieszył, bo rekordzistką i tak nigdy nie byłam.
Wszystko szło swoim rytmem, do czasu. Kiedy zaczęliśmy mijać ludzi wracających z wiadrami pełnymi tych darów lasu, a ja tu z maleńkim koszyczkiem wielkanocnym, ledwie zapełnionym - załamałam się z... grzybowej zazdrości! Czegoś podobnego wcześniej nie doświadczyłam. Byłam wręcz zrozpaczona. Nawet nie chciałam w te wiadra zaglądać, bo serce mi się kroiło, a tu wszyscy jak na złość chcieli się chwalić zdobyczą.
Stanęłam w miejscu i odmówiłam dalszego marszu do lasu. Zarządziłam odwrót, odpuściłam sobie poszukiwania w przekonaniu, że już dla mnie w lesie nie zostało! Że nie ma sensu, te watahy grzybiarzy wyzbierały już wszystko. I wtedy potknęłam się o grzyby. Machały do mnie z trawy, z łąkowej ścieżki, zerkały spod liści.
Rekord życiowy osiągnięty! Konkluzja? NIGDY NIE REZYGNUJ.
Kiedy jednak w ogrodzie przy domu, w centrum miasta znalazłam maślaki, uznałam że w lesie to już musi być grzybowa pandemia i trzeba pouczestniczyć. Ruszyłam zatem w południe, jak zwykle, do kniei, z zamiarem upolowania kilku wspomnianych. Początek był sofcikowy, co widać na zdjęciu, ale mnie cieszył, bo rekordzistką i tak nigdy nie byłam.
Wszystko szło swoim rytmem, do czasu. Kiedy zaczęliśmy mijać ludzi wracających z wiadrami pełnymi tych darów lasu, a ja tu z maleńkim koszyczkiem wielkanocnym, ledwie zapełnionym - załamałam się z... grzybowej zazdrości! Czegoś podobnego wcześniej nie doświadczyłam. Byłam wręcz zrozpaczona. Nawet nie chciałam w te wiadra zaglądać, bo serce mi się kroiło, a tu wszyscy jak na złość chcieli się chwalić zdobyczą.
Stanęłam w miejscu i odmówiłam dalszego marszu do lasu. Zarządziłam odwrót, odpuściłam sobie poszukiwania w przekonaniu, że już dla mnie w lesie nie zostało! Że nie ma sensu, te watahy grzybiarzy wyzbierały już wszystko. I wtedy potknęłam się o grzyby. Machały do mnie z trawy, z łąkowej ścieżki, zerkały spod liści.
Rekord życiowy osiągnięty! Konkluzja? NIGDY NIE REZYGNUJ.
wtorek, 17 września 2019
Demon we mnie
Dziś obudził się we mnie demon. Weszłam rano na wagę, a tu cyfra 666!
W sumie, chyba mi się to podoba!
W sumie, chyba mi się to podoba!
poniedziałek, 16 września 2019
Multimedialny Winston Churchill, czyli jak zdetronizować Królową i Jamesa Bonda?
Z pewnością kojarzycie Sir Winstona Churchilla - brytyjskiego męża stanu z czasów II wojny światowej, który swoją charyzmą wyprzedził Królową brytyjską a nawet Jej superagenta - Jamesa Bonda?
Niezwykły to człowiek, który pośmiertnie, choć całkiem niedawno, w 2002 roku, został uhonorowany tytułem Brytyjczyka wszech czasów... Mnie to nie dziwi, bowiem jego życiorysem, umiejętnościami i dokonaniami można obdzielić kilku ekscentrycznych celebrytów...
Dwa dni temu media przypomniały tę dawno nieżyjącą postać z powodu kradzieży... złotego sedesu z posiadłości, w której się Churchill urodził w 1874 r. Toaletowy obiekt był częścią wystawy włoskiego artysty Maurizio Cattelana, pożyczony z Muzeum Guggenheima i prezentowany w XVIII-wiecznym Pałacu Blenheim od paru dni dopiero. Rodowa posiadłość Churchilla, wpisana na listę UNESCO mocno ucierpiała, bowiem sedes był podłączony do kanalizacji i pałac został przez kradzież zalany.
Arystokrata, polityk, pisarz, malarz, hedonista
Wróćmy jednak do Osobistości. Był arystokratą, historykiem, wybitnym premierem swego kraju, pisarzem (dostał Nobla w dziedzinie literatury), podróżnikiem, malarzem (500 ok. jego obrazów znajduje się w kolekcjach prywatnych). Wizjonerem ("Gdyby Europa została kiedyś zjednoczona, szczęście, dobrobyt i duma 400 milionów jej mieszkańców nie miałyby granic"). No i był aficionado, czyli namiętnym palaczem cygar, zawsze przez niego łączonych z whisky lub szampanem.
Churchill wypalał dziennie 10-15 cygar, do tego wypijał nieodzowną szklaneczkę alkoholu, lecz nikt nie widział go pijanym (oprócz pewnej lady, która stała się bohaterką anegdoty o pijaństwie i trzeźwieniu...). Miał umysł jak brzytwa, dożył 90-tki. Wyróżniało go typowo brytyjskie poczucie humoru - kilka jego bon motów i anegdot krąży w społecznej świadomości do dziś. Na przykład ten: Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać! Co obiecał, to uczynił.
Młody poszukiwacz przygód, żołnierz, korespondent wojenny i awanturnik
Winston był synem lorda Randolpha Churchilla, wnukiem siódmego księcia Marlborough Johna Spencer-Churchilla. Dzieciństwo spędzał w Dublinie, u dziadka. Czasów szkolnych nie wspomina dobrze (Będąc dzieckiem byłem szczęśliwy, bawiąc się zabawkami w pokoju dziecinnym. Byłem szczęśliwszy z każdym rokiem, od czasu gdy stałem się dojrzałym mężczyzną. Ale czas szkoły to czas ciemności, czarna dziura na mapie mojej życiowej podróży). Nic dziwnego, bo w St. James School, do której trafił, panowała drakońska dyscyplina - urządzano uczniom pokazy chłosty. Jednak trudności w szkole, nawet na poziomie podstawowym nie oznaczają, że do niczego nie dojdziemy. Churchill osiągnął pełną moc pomimo niespecjalnych wyników w nauce.
Po ukończeniu szkoły szkoły wojskowej, od 1895 r. służył w kawalerii królewskiej. Rwał się do bitwy, szukał guza. Pierwsze wojenne szlify zdobywał pod koniec 1895 roku na Kubie jako korespondent wojenny. Trwało tam powstanie tubylców przeciw hiszpańskim uzurpatorom. To z tego czasu zostało mu zamiłowanie do hawańskich cygar i sjesty. Palił markę Romeo y Julietta, a jego ulubiony rozmiar cygara został na jego cześć nazwany "churchill".
W 1897 r. wybuchło powstanie plemion pasztuńskich (na pograniczu Indii i Afganistanu). Nie mogąc się tam zaciągnąć jako żołnierz, pojechał jako korespondent. wojenny Daily Telegraph. Napisał potem książkę o tej wojnie i paru innych. Pisarska sława awanturnika dawały mu niezły dochód, większy niż jego gaża korespondenta wojennego.
Polityka, polityka...
W 1900 zaangażował się w politykę, został Deputowanym Izby Gmin, członkiem kilku gabinetów rządowych, ministrem. W międzyczasie, w 1908 ożenił się z Clementine Ogilvy Hozier. Mieli pięcioro dzieci. Karierę polityczną zakończył jako kanclerz skarbu w 1929. Po 1929 zajął się pisaniem, ale kiedy wybuchła II wojna światowa został znowu pierwszym lordem Admiralicji. Wybrany premierem w 1940 r. piastował ten urząd do 1945. Był równocześnie ministrem obrony. Po zakończeniu wojny uczestniczył w konferencjach pokojowych w Jałcie i Poczdamie. Wrócił na stanowisko premiera w 1951, do 1955.
Nowe hobby
Maderski epizod
Znałam tego pana ze z historii, ale niespecjalnie się nim wcześniej interesowałam. To się zmieniło podczas moich wakacji na Maderze w ubiegłym roku.Wyspa jest niesamowita, gościła wiele sławnych i możnych ludzi. Jest tu też trochę poloników, ale to temat na osobny wpis (miejsce rzekomej prawdziwej śmierci Władysława Warneńczyka, kuracyjny pobyt Piłsudskiego).
O tych wszystkich niezwykłych gościach wyspa pamięta, hołubi, stawia pomniki, nazywa ulice, skwery itp. Wśród takich własnie celebrytów, odwiedzających Maderę był także sir Winston Churchill, który przybył tu na początku 1950 r. w celu podreperowania zdrowia po udarze. Był chyba jedynym "kuracjuszem", który przemierzał tę wyspę Rolls-royce'm (z kierowcą oczywiście) wyposażonym w bagażnik przerobiony na barek.
Kiedy rok temu zwiedzałam Maderę, dotarłam do urokliwej wioski rybackiej Camara des Lobos (w tłumaczeniu jaskinia wilków). W przewodniku odkryłam wówczas obszerną notatkę o jej inspirującym wpływie na malarstwo Sir Winstona. Gdy tu dotarł, od razu usiadł przy sztalugach i jak w transie zaczął malować pejzaż okolicy: zatoki portowej, domów z czerwonymi dachami, tarasów bananowych i widocznego z miasteczka najwyższego klifu w Europie - Cabo Girao.
Dziś miejsce z cudnym widokiem na port i łodzie z suszącymi się na linach dorszami, oznakowane jako Churchill View Point jest licznie odwiedzane przez turystów.
Wizjoner
Już w latach 30. XX w. ostrzegał Brytyjczyków przed rosnącym wpływem Hitlera i jego partii. Przewidywał, do czego doprowadzą te działania, a potem stworzył największą koalicję antynazistowską.
To on użył sformułowania "żelazna kurtyna", które lakonicznie opisywało "zimną wojnę" w Europie.
I to on przewidział powstanie Unii Europejskiej. W 1946 roku na uniwersytecie w Zurychu Churchill wygłosił przemówienie, w którym ujawnił swoją koncepcję „Stanów Zjednoczonych Europy”. Trzy lata później, z jego inspiracji powstała Rada Europy - zalążek wielkiej, europejskiej rodziny, w której aktualnie żyjemy.
Niezwykły to człowiek, który pośmiertnie, choć całkiem niedawno, w 2002 roku, został uhonorowany tytułem Brytyjczyka wszech czasów... Mnie to nie dziwi, bowiem jego życiorysem, umiejętnościami i dokonaniami można obdzielić kilku ekscentrycznych celebrytów...
Dwa dni temu media przypomniały tę dawno nieżyjącą postać z powodu kradzieży... złotego sedesu z posiadłości, w której się Churchill urodził w 1874 r. Toaletowy obiekt był częścią wystawy włoskiego artysty Maurizio Cattelana, pożyczony z Muzeum Guggenheima i prezentowany w XVIII-wiecznym Pałacu Blenheim od paru dni dopiero. Rodowa posiadłość Churchilla, wpisana na listę UNESCO mocno ucierpiała, bowiem sedes był podłączony do kanalizacji i pałac został przez kradzież zalany.
Arystokrata, polityk, pisarz, malarz, hedonista
Wróćmy jednak do Osobistości. Był arystokratą, historykiem, wybitnym premierem swego kraju, pisarzem (dostał Nobla w dziedzinie literatury), podróżnikiem, malarzem (500 ok. jego obrazów znajduje się w kolekcjach prywatnych). Wizjonerem ("Gdyby Europa została kiedyś zjednoczona, szczęście, dobrobyt i duma 400 milionów jej mieszkańców nie miałyby granic"). No i był aficionado, czyli namiętnym palaczem cygar, zawsze przez niego łączonych z whisky lub szampanem.
Churchill wypalał dziennie 10-15 cygar, do tego wypijał nieodzowną szklaneczkę alkoholu, lecz nikt nie widział go pijanym (oprócz pewnej lady, która stała się bohaterką anegdoty o pijaństwie i trzeźwieniu...). Miał umysł jak brzytwa, dożył 90-tki. Wyróżniało go typowo brytyjskie poczucie humoru - kilka jego bon motów i anegdot krąży w społecznej świadomości do dziś. Na przykład ten: Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać! Co obiecał, to uczynił.
Młody poszukiwacz przygód, żołnierz, korespondent wojenny i awanturnik
Winston był synem lorda Randolpha Churchilla, wnukiem siódmego księcia Marlborough Johna Spencer-Churchilla. Dzieciństwo spędzał w Dublinie, u dziadka. Czasów szkolnych nie wspomina dobrze (Będąc dzieckiem byłem szczęśliwy, bawiąc się zabawkami w pokoju dziecinnym. Byłem szczęśliwszy z każdym rokiem, od czasu gdy stałem się dojrzałym mężczyzną. Ale czas szkoły to czas ciemności, czarna dziura na mapie mojej życiowej podróży). Nic dziwnego, bo w St. James School, do której trafił, panowała drakońska dyscyplina - urządzano uczniom pokazy chłosty. Jednak trudności w szkole, nawet na poziomie podstawowym nie oznaczają, że do niczego nie dojdziemy. Churchill osiągnął pełną moc pomimo niespecjalnych wyników w nauce.
![]() |
| Butna mina i pewność siebie... Młody Winston ullstein bild/Getty Images |
W 1897 r. wybuchło powstanie plemion pasztuńskich (na pograniczu Indii i Afganistanu). Nie mogąc się tam zaciągnąć jako żołnierz, pojechał jako korespondent. wojenny Daily Telegraph. Napisał potem książkę o tej wojnie i paru innych. Pisarska sława awanturnika dawały mu niezły dochód, większy niż jego gaża korespondenta wojennego.
Polityka, polityka...
Literat
Pisał od młodości, to była pasja. Kiedy zajął się polityką w 1900 r., miał zaledwie 26 lat. Jednak zamiast na posiedzenie parlamentu pojechał na tournee po Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, a przed spotkaniem w Nowym Jorku zaanonsował go sam Mark Twain: „Szanowne Panie, Szanowni Panowie mam zaszczyt przedstawić Winstona Churchilla – bohatera pięciu wojen, autora sześciu książek i przyszłego premiera Anglii”. Premierem Winston został dopiero 40 lat później, ale dorobek pisarski i sławę już miał. W 1953 roku otrzymał literacką nagrodę Nobla "za mistrzostwo opisu historycznego i biograficznego, jak i doskonałe przemowy w obronie wysokich ludzkich wartości".
Nowe hobby
Pisarstwo było już umocnioną, uznaną pasją Churchilla, ale w 1916 pojawiło się nowe zajęcie. 41-letni Winston, odsunięty od polityki wskutek porażek na froncie I wojny światowej (był dowódcą Admiralicji) wpadł w depresję. Przypadkiem zaczął malować i ta pasja trwała do końca jego życia w 1965 r. Malował głównie pejzaże, sielskie widoczki, piramidy w Egipcie, martwe natury i portrety.
Maderski epizod
Znałam tego pana ze z historii, ale niespecjalnie się nim wcześniej interesowałam. To się zmieniło podczas moich wakacji na Maderze w ubiegłym roku.Wyspa jest niesamowita, gościła wiele sławnych i możnych ludzi. Jest tu też trochę poloników, ale to temat na osobny wpis (miejsce rzekomej prawdziwej śmierci Władysława Warneńczyka, kuracyjny pobyt Piłsudskiego).
O tych wszystkich niezwykłych gościach wyspa pamięta, hołubi, stawia pomniki, nazywa ulice, skwery itp. Wśród takich własnie celebrytów, odwiedzających Maderę był także sir Winston Churchill, który przybył tu na początku 1950 r. w celu podreperowania zdrowia po udarze. Był chyba jedynym "kuracjuszem", który przemierzał tę wyspę Rolls-royce'm (z kierowcą oczywiście) wyposażonym w bagażnik przerobiony na barek.
Kiedy rok temu zwiedzałam Maderę, dotarłam do urokliwej wioski rybackiej Camara des Lobos (w tłumaczeniu jaskinia wilków). W przewodniku odkryłam wówczas obszerną notatkę o jej inspirującym wpływie na malarstwo Sir Winstona. Gdy tu dotarł, od razu usiadł przy sztalugach i jak w transie zaczął malować pejzaż okolicy: zatoki portowej, domów z czerwonymi dachami, tarasów bananowych i widocznego z miasteczka najwyższego klifu w Europie - Cabo Girao.
![]() |
| Churchill malujący w Camara dos Lobos |
![]() |
| tarasy bananowców |
Już w latach 30. XX w. ostrzegał Brytyjczyków przed rosnącym wpływem Hitlera i jego partii. Przewidywał, do czego doprowadzą te działania, a potem stworzył największą koalicję antynazistowską.
To on użył sformułowania "żelazna kurtyna", które lakonicznie opisywało "zimną wojnę" w Europie.
I to on przewidział powstanie Unii Europejskiej. W 1946 roku na uniwersytecie w Zurychu Churchill wygłosił przemówienie, w którym ujawnił swoją koncepcję „Stanów Zjednoczonych Europy”. Trzy lata później, z jego inspiracji powstała Rada Europy - zalążek wielkiej, europejskiej rodziny, w której aktualnie żyjemy.
poniedziałek, 5 sierpnia 2019
Fritz Haber - chemik, który zdobył Nobla, a potem postanowił unicestwić ludzkość
Niedawno pisałam o von Braunie, kontrowersyjnym naukowcu, który działał najpierw dla nazistów, a potem pomógł Amerykanom wylądować na Księżycu. Oto niemniej zawikłana historia człowieka, który zdobył Nobla w dziedzinie chemii, ale inne jego odkrycia obróciły się przeciwko ludzkości. Fritz Haber - dobroczyńca rolników i pozbawiony skrupułów twórca śmiercionośnych i okaleczających gazów bojowych.
Zwiedzałam Cmentarz Żydowski we Wrocławiu. Jest to obecnie muzeum, które bada i chroni przedwojenne grobowce mieszkańców Wrocławia, żydowskiego pochodzenia. Odkryłam grobowiec rodziców Fritza Habera - urodzonego w Breslau wybitnego chemika, który zdobył Nobla w tej dziedzinie. Wpisał się więc na jasne karty historii tego miasta. Niestety, jego późniejsze odkrycia doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi...To sprawiło, że jako laureat Nobla znalazł się w gronie 10 najbardziej kontrowersyjnych wyróżnionych.
Ambitny naukowiec
Fritz przyszedł na świat w Breslau, w 1868 roku, w rodzinie szanowanych żydowskich kupców handlujących chemicznymi barwnikami do tkanin. Jego zainteresowania szły raczej w kierunku chemii niż handlu. Studiował w Breslau, Heidelbergu, Berlinie, Zurychu i Jenie. W latach 1898-1911 był profesorem chemii na Uniwersytecie w Karlsruhe, a w latach 1911-1933 pracował w Instytucie Chemii Fizycznej w Berlinie.
W 1901 roku poślubił wybitną chemiczkę, Clarę Immerwahr. Była pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia uniwersyteckie i w dodatku obroniła doktorat na ówczesnym Uniwersytecie Wrocławskim. Trzy lata wcześniej niż doktorem została Maria Curie-Skłodowska na Sorbonie!
Fritz Haber zaczął imponująco - udało mu się dokonać wiekopomnej rzeczy. W latach 1905-1910 pracował nad syntezą azotu z amoniaku. Azot to cenny związek chemiczny, znajdujący się w powietrzu, niezbędny do wzrostu roślin i wszystkich organizmów żywych. Stał się on składnikiem produkowanych od 1913 roku nawozów sztucznych, co uratowało europejskie rolnictwo. Na początku XX w. prognozowano, że w latach 30. będzie panował wielki głód w Europie. Odkrycie Habera było na miarę Nobla, którego za tę syntezę właśnie otrzymał, w 1918 roku. Poza sławą i zaszczytami (stanął na czele Instytutu chemii fizykalnej im. Cesarza Wilhelma w Berlinie), naukowiec zarobił miliony. Nazywany był cudotwórcą, który robi "chleb z powietrza". I znów byłaby to piękna historia, gdyby ludzie nie ulegali tak łatwo pasjom, emocjom, ambicjom.
Oddany obywatel
Fritz Haber potrzebował uznania w świecie nauki. Ponieważ jego żydowskie pochodzenie przeszkadzało mu w karierze w ówczesnych Niemczech, przeszedł na protestantyzm jeszcze przed pracą nad azotem. Dopiero wówczas kariera stała przed nim otworem. Czuł się przede wszystkim obywatelem Niemiec i chciał pracować dla dobra tego kraju.
Kiedy w czasie I wojny światowej armia zleciła mu prace nad wykorzystaniem chemii do działań bojowych, ochoczo wziął się do pracy. Uważał za swój patriotyczny obowiązek sporządzenie czegoś, co pozwoli Niemcom na szybkie zwycięstwo. Osobiście nadzorował użycie sporządzonej przez siebie mieszanki oparów na polu bitwy - pod Ypres, na froncie francuskim w 1915. Zginęło 15 tysięcy żołnierzy. Haber oglądał efekty zatrucia gazem (nazwanym później iperytem) i notował objawy u rannych. Skutki były przerażające. Tak bardzo, że jego żona Clara, zdruzgotana postawą męża, który naukę wprzągł w politykę i zbrodnię, popełniła samobójstwo. Zastrzeliła się ze służbowego pistoletu Habera tuz po jego awansie na stopień kapitana. Ta wspaniała kobieta, równie uzdolniona i wybitnego umysłu jak jej mąż Noblista, pokazała siłę charakteru i moralną postawę, której Fritz Haber nie potrafił dorównać.
Osobista tragedia nie powstrzymała go przed udaniem się następnego dnia na front, by znów obserwować reakcje na gaz bojowy.
Kontrowersyjny Noblista
Fritz Haber otrzymał w 1918 roku Nagrodę Nobla za syntezę azotu sprzed kilku lat. Werdykt Akademii Szwedzkiej wydano po zakończeniu I wojny światowej. Niebawem wyszło na jaw, że laureat ma na swoim koncie także śmiercionośną broń. Jurorzy zastanawiali się więc, czy nie odebrać przyznanej nagrody, ale sytuacja była bez precedensu, więc zostawiono sprawę.
Tymczasem Haber nadal współpracował z rządem, tym razem próbując wynaleźć coś skutecznego na wszy, pchły i inne insekty, dręczące żołnierzy.W latach 20. wraz z zespołem swoim opracował skuteczną truciznę, insektocyd o nazwie cyklon A.
Doktor Śmierć
Kiedy w 1933 władzę przejął Hitler, Haber zgłosił swoją chęć opracowania nowej broni dla Niemców. Dowiedział się jednak, że III Rzesza nie potrzebuje niczego od Żydów. Został nawet zwolniony z pracy w Instytucie. Popadł w depresję, w końcu został też zmuszony do opuszczenia Rzeszy - wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł w styczniu 1934 roku.
Nie doczekał kolejnego zbrodniczego wykorzystania wyniku jego naukowej pracy - insektocydu o nazwie cyklon A, w obozach koncentracyjnych. Cyklon A ulepszono (uczynili to jego uczniowie) do wersji B - to był właśnie ten bezwonny, śmiertelnie szybki gaz, którym uśmiercono np. tysiące Żydów w Auschwitz. Co za ironia losu - Żyd przyłączył się do holokaustu. Jego wątpliwe dla ludzkości zasługi dały mu przydomek Doktor Śmierć...
Skandal współczesny
To nie koniec dramatycznej historii z Noblem w tle. Kilka lat temu, w 2005 r. dwujęzyczna szkoła w Oleśnie (woj. opolskie) chciała zmienić imię patrona. Patronem zostali "Nobliści śląscy". Jednak ktoś doszukał się w tym gronie Fritza Habera i zaczęła się awantura z władzami oświatowymi, które unieważniły uchwałę itd. Przepychanki i kłótnie trwały czas jakiś. Ostatecznie, szkoła nosi imię Jadwigi Śląskiej.
Zwiedzałam Cmentarz Żydowski we Wrocławiu. Jest to obecnie muzeum, które bada i chroni przedwojenne grobowce mieszkańców Wrocławia, żydowskiego pochodzenia. Odkryłam grobowiec rodziców Fritza Habera - urodzonego w Breslau wybitnego chemika, który zdobył Nobla w tej dziedzinie. Wpisał się więc na jasne karty historii tego miasta. Niestety, jego późniejsze odkrycia doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi...To sprawiło, że jako laureat Nobla znalazł się w gronie 10 najbardziej kontrowersyjnych wyróżnionych.
![]() |
| zdj. z irc.adsl.kirov.ru |
Ambitny naukowiec
Fritz przyszedł na świat w Breslau, w 1868 roku, w rodzinie szanowanych żydowskich kupców handlujących chemicznymi barwnikami do tkanin. Jego zainteresowania szły raczej w kierunku chemii niż handlu. Studiował w Breslau, Heidelbergu, Berlinie, Zurychu i Jenie. W latach 1898-1911 był profesorem chemii na Uniwersytecie w Karlsruhe, a w latach 1911-1933 pracował w Instytucie Chemii Fizycznej w Berlinie.
W 1901 roku poślubił wybitną chemiczkę, Clarę Immerwahr. Była pierwszą kobietą w historii, która podjęła studia uniwersyteckie i w dodatku obroniła doktorat na ówczesnym Uniwersytecie Wrocławskim. Trzy lata wcześniej niż doktorem została Maria Curie-Skłodowska na Sorbonie!
Fritz Haber zaczął imponująco - udało mu się dokonać wiekopomnej rzeczy. W latach 1905-1910 pracował nad syntezą azotu z amoniaku. Azot to cenny związek chemiczny, znajdujący się w powietrzu, niezbędny do wzrostu roślin i wszystkich organizmów żywych. Stał się on składnikiem produkowanych od 1913 roku nawozów sztucznych, co uratowało europejskie rolnictwo. Na początku XX w. prognozowano, że w latach 30. będzie panował wielki głód w Europie. Odkrycie Habera było na miarę Nobla, którego za tę syntezę właśnie otrzymał, w 1918 roku. Poza sławą i zaszczytami (stanął na czele Instytutu chemii fizykalnej im. Cesarza Wilhelma w Berlinie), naukowiec zarobił miliony. Nazywany był cudotwórcą, który robi "chleb z powietrza". I znów byłaby to piękna historia, gdyby ludzie nie ulegali tak łatwo pasjom, emocjom, ambicjom.
Oddany obywatel
Fritz Haber potrzebował uznania w świecie nauki. Ponieważ jego żydowskie pochodzenie przeszkadzało mu w karierze w ówczesnych Niemczech, przeszedł na protestantyzm jeszcze przed pracą nad azotem. Dopiero wówczas kariera stała przed nim otworem. Czuł się przede wszystkim obywatelem Niemiec i chciał pracować dla dobra tego kraju.
Kiedy w czasie I wojny światowej armia zleciła mu prace nad wykorzystaniem chemii do działań bojowych, ochoczo wziął się do pracy. Uważał za swój patriotyczny obowiązek sporządzenie czegoś, co pozwoli Niemcom na szybkie zwycięstwo. Osobiście nadzorował użycie sporządzonej przez siebie mieszanki oparów na polu bitwy - pod Ypres, na froncie francuskim w 1915. Zginęło 15 tysięcy żołnierzy. Haber oglądał efekty zatrucia gazem (nazwanym później iperytem) i notował objawy u rannych. Skutki były przerażające. Tak bardzo, że jego żona Clara, zdruzgotana postawą męża, który naukę wprzągł w politykę i zbrodnię, popełniła samobójstwo. Zastrzeliła się ze służbowego pistoletu Habera tuz po jego awansie na stopień kapitana. Ta wspaniała kobieta, równie uzdolniona i wybitnego umysłu jak jej mąż Noblista, pokazała siłę charakteru i moralną postawę, której Fritz Haber nie potrafił dorównać.
Osobista tragedia nie powstrzymała go przed udaniem się następnego dnia na front, by znów obserwować reakcje na gaz bojowy.
Kontrowersyjny Noblista
Fritz Haber otrzymał w 1918 roku Nagrodę Nobla za syntezę azotu sprzed kilku lat. Werdykt Akademii Szwedzkiej wydano po zakończeniu I wojny światowej. Niebawem wyszło na jaw, że laureat ma na swoim koncie także śmiercionośną broń. Jurorzy zastanawiali się więc, czy nie odebrać przyznanej nagrody, ale sytuacja była bez precedensu, więc zostawiono sprawę.
Tymczasem Haber nadal współpracował z rządem, tym razem próbując wynaleźć coś skutecznego na wszy, pchły i inne insekty, dręczące żołnierzy.W latach 20. wraz z zespołem swoim opracował skuteczną truciznę, insektocyd o nazwie cyklon A.
Doktor Śmierć
Kiedy w 1933 władzę przejął Hitler, Haber zgłosił swoją chęć opracowania nowej broni dla Niemców. Dowiedział się jednak, że III Rzesza nie potrzebuje niczego od Żydów. Został nawet zwolniony z pracy w Instytucie. Popadł w depresję, w końcu został też zmuszony do opuszczenia Rzeszy - wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł w styczniu 1934 roku.
Nie doczekał kolejnego zbrodniczego wykorzystania wyniku jego naukowej pracy - insektocydu o nazwie cyklon A, w obozach koncentracyjnych. Cyklon A ulepszono (uczynili to jego uczniowie) do wersji B - to był właśnie ten bezwonny, śmiertelnie szybki gaz, którym uśmiercono np. tysiące Żydów w Auschwitz. Co za ironia losu - Żyd przyłączył się do holokaustu. Jego wątpliwe dla ludzkości zasługi dały mu przydomek Doktor Śmierć...
Skandal współczesny
To nie koniec dramatycznej historii z Noblem w tle. Kilka lat temu, w 2005 r. dwujęzyczna szkoła w Oleśnie (woj. opolskie) chciała zmienić imię patrona. Patronem zostali "Nobliści śląscy". Jednak ktoś doszukał się w tym gronie Fritza Habera i zaczęła się awantura z władzami oświatowymi, które unieważniły uchwałę itd. Przepychanki i kłótnie trwały czas jakiś. Ostatecznie, szkoła nosi imię Jadwigi Śląskiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























