Najbardziej poszukiwany ostatnio psychopata wykonywał zawód bibliotekarza. Co więcej, zna biegle starożytny, uważany za martwy, język (łacinę), pisze wiersze, lubi wyprawy do lasu, gotowanie i ziołolecznictwo, filozofuje i... ćwiartuje swoje ofiary.
Kajetan Poznański, ścigany międzynarodowym listem gończym, jest nader skomplikowaną osobowością (może nawet mnogą?), która przypomina fikcyjną postać literacką - Hannibala Lectera. Media zresztą dotarły już do źródeł potwierdzających fascynację Kajetana tym bohaterem thrillerów T. Harrisa.
Jeden i drugi psychopata znają biegle kilka języków. Prasa podała, że Kajetan jest filologiem klasycznym z wykształcenia (jak wiadomo to mój klub), popełnił nawet wiersz po łacinie, zatytułowany nomen omen "Uczta Hannibala Lectera". Wiersz jest gniotem, ale został opublikowany w fachowym czasopiśmie filologiczno-antycznym "Meander", wydawanym pod auspicjami szacownej instytucji naukowej jaką jest PAN. Ktoś te wypociny puścił do druku.
Dziś sprostowano, że filologii klasycznej wcale nie ukończył, skądś jednak łacinę znał. W bibliotece pracował, odbywał wcześniej staże dziennikarskie w różnych wydawnictwach. Próbował opublikować teksty o historii kannibalizmu. Wygłaszał prelekcje na różne tematy związane z antykiem czy wczesnym chrześcijaństwem, tłumaczył teksty religijne. Uczył się pilnie języka włoskiego, nauczycielkę tegoż zabił. Południowej jest urody więc może odkrył w sobie włoskie, jak Hannibal, korzenie (matka Hannibala Lectera pochodziła z rodu Sforza, a powieściowy morderca we Włoszech żył kilka lat w ukryciu, pracując w jakimś muzeum). Czyżby Kajetan chciał pójść w jego ślady? Mam więc sugestie dla Europolu, gdzie go szukać: w Italii! Teraz jednak wielki mętlik mam w głowie: mężczyzna tak wykształcony, erudyta, humanista popełnia czyny potworne - czy ma tu znaczenie jego wykształcenie?
Skojarzyło mi się, że inny filolog klasyczny jest wybitnym twórcą kryminałów, w których zbrodnie nie są też jakieś zwyczajne. Myślę tu o Marku Krajewskim i jego cyklu o Eberhardzie Mocku działającym w Breslau... Mock to jednak policjant jest, chociaż dość psychopatyczny: pełen wad alkoholik i bon vivant, klient lupanarów, mason i oczywiście... filolog klasyczny!
Czy więc ja też powinnam, z racji wykształcenia kryminogennie filologicznego, zająć się jakimś spektakularnym działaniem: np. pisać "zbrodnicze"powieści?
Oto najbardziej zbrodnicze moje opowiadanie (ma mało oryginalny tytuł "Zbrodnia i kara"):
Karolina nie wyjechała nigdzie na wakacje. Stara się zorganizować sobie ciekawe lato w mieście. Postanowiła napisać powieść kryminalną. Czy uda jej się zakasować Agatę Christie?
„Kolejny dzień lata wstał słoneczny i radosny niczym truskawka po ucieczce z salaterki” – przemknęło mi przez głowę, gdy tylko otworzyłam rano oczy. Koniecznie muszę zanotować to zdanie! Przyda mi się w mojej powieści kryminalnej, może nawet w pierwszym rozdziale, gdzie zawiążę całą akcję? Wprawdzie przyznam, że nie wiem jeszcze, czym ją zawiążę i o czym w ogóle będzie moja powieść, ale przynajmniej będą notatki. Nie mówiąc już o tym, że nie miałam w tej chwili zielonego pojęcia, jaką zbrodnię popełni główny bohater. Ale zgrabne zdania, które wpadają mi do głowy tuż po obudzeniu, trzeba notować. Założyłam już sobie specjalny notesik, w którym jest miejsce na różne takie perełki...
No więc dzień wstał słoneczny, nie zamierzałam więc spędzić przedpołudnia w czterech ścianach. Konkretnych planów nie miałam, obowiązków także. Są wakacje, mogę się bez przeszkód oddać jedynemu hobby – pisaniu! Na razie jednak postanowiłam zrobić sobie śniadanko. Powieściopisarki muszą przecież coś zjeść od czasu do czasu i niekoniecznie musi to być wieczne pióro... Gdy gotowało mi się jajko na miękko, miałam chwilkę by pozaglądać do okien sąsiadom. Zawsze to robię, gdy jestem w kuchni. To nie jest czysta ciekawość. To ciekawość z domieszką obowiązkowości. Robię to dla wprawy w trudnej sztuce obserwacji. Obserwacja zaś to podstawowe ćwiczenie pisarskie. Muszę mieć materiał badawczy, by wymyślać charaktery i intrygi!
Mój materiał badawczy w postaci Władka przemieszczał się właśnie chwiejnym krokiem w stronę sklepiku z piwem. „Aha, musi być już po ósmej” – pomyślałam sobie, nie patrząc na zegarek. Znałam obyczaje podwórkowego „sztajmesa”. Tuż za nim wyskoczył z pobliskiej bramy niski, kulistej postury facecik w szortach (te krótkie spodenki nosi nawet zimą), prowadząc na smyczy dwa wilczury. Z niewiadomych powodów zwracał się zawsze tylko do jednego z nich, nazywając go Rex. Chyba, że się mylę i po prostu oba psy mają tak samo na imię? Wielkość tego odkrycia sprawiła, że moje jajko ugotowało się na twardo. Przegapiłam czas. Gdy ponownie spojrzałam przez okno, paniusia z drugiego piętra, w gustownych papilocikach na głowie, z premedytacją płatnego zabójcy wyrzucała obierki ziemniaków i inne śmiecie przez okno, wprost na parkujący niżej samochód sąsiada. Wiedziałam, że w tym samym momencie z okna pod nią wychyli się głowa mężczyzny, który w niewybredny sposób będzie opowiadał kobiecie, co jej zrobi, gdy ją złapie. Z grubsza chodziło o sprawne i bolesne usunięcie dolnych kończyn. Kobieta jak zwykle zignorowała go zupełnie. Nie wiem, na czym polega ta ich gra, ale grają już dość długo i trudno mi powiedzieć, kto jest górą. Wreszcie wytoczył się z bramy nabombany jak autobus Tadeusz i zaczął miauczeć jak kot. W tym momencie zaczęły uciekać wszystkie podwórkowe koty, wylegujące się akurat na maskach samochodów w porannym, lipcowym słoneczku. Nie znosiły chyba miauczenia Tadeusza. Trudno być uznanym przez wszystkich artystą...
Wiedziałam, że dochodzi dziewiąta. Według spragnionych piwa mieszkańców mojego podwórka można było regulować zegarek! Wyjście z domu zajęło mi jeszcze godzinę. Postanowiłam pojechać do parku na peryferiach miasta, by poczytać i trochę podumać nad moją powieścią. Świeże powietrze, mimo upału, lepiej mi zrobi, niż to bezsensowne duszenie się w domu. Gdy zamykałam drzwi na klucz, usłyszałam nieznane dźwięki. Zeszłam piętro niżej i zobaczyłam, że na półpiętrze, u drzwi sąsiadów znanych mi z widzenia i nazwiska stoi tyłem nieznajomy (chyba?) mężczyzna i grzebie przy zamku. Zeszłam do niego, tupiąc odważnie, ale on ani drgnął, zajęty bardzo otwieraniem nieswoich (byłam pewna) drzwi!
Nie namyślając się wiele, zdzieliłam go torebką, zanim zdążył się obejrzeć. Przyznaję, że był to niemały ciężar. Miałam w niej (oprócz typowo damskich drobiazgów) jeszcze termos z zimną herbatą z cytryną (wybierałam się do parku na literacki piknik, a herbata jest najlepsza na upały!) i kanapeczki. Niewiele głów mogło przetrzymać takie uderzenie. Głowa włamywacza widocznie do nich nie należała, bo jej właściciel osunął się nagle po ścianie i usiadł półprzytomny. Wreszcie mogłam mu się przyjrzeć. Jak na przestępcę był cholernie przystojny! Zamknięte z bólu oczy ujawniały kosmiczną długość czarnych rzęs. Nos nieduży, szlachetny, usta pełne. Zmysłowa bródka. Porządnie ubrany, żaden tam obdarciuch. Mój wzrok ześliznął się niżej i dojrzałam w jego dłoni pęk kluczy na breloku. „Klucze? Z brelokiem? Nie żaden wytrych? E, pewnie wchodził na pasówkę!” – pomyślałam, mając w pamięci ostrzeżenia policji przed sezonem wakacyjnym. Schyliłam się, by lepiej widzieć klucze. Wyglądały całkiem normalnie. Na breloku odkryłam w dodatku logo firmy, w której pracował sąsiad, właściciel mieszkania. Nagle poczułam się nieswojo. Wszystko wskazywało na to, że facet miał udostępnione klucze do mieszkania sąsiadów, a ja go chyba zabiłam torebką z termosem! I to za co? Za opiekę nad opuszczonym chwilowo lokum?Przestraszyłam się nie na żarty. Facet nie dawał znaku życia.
- Proszę pana, proszę się obudzić! – powiedziałam stanowczo, szarpiąc go za ramię. Jeszcze zapadnie mi tu w śpiączkę! – Bardzo pana proszę, obiecuję, że już nigdy nie zaatakuje nawet myszy torebką! – byłam gotowa składać solenne obietnice.
- Gdzie... gdzie ja... gdzie ja jestem? – wyjąkał wreszcie poszkodowany, otwierając swoje śliczne oczęta.
- Tutaj pan jest.
- Czy to już raj? A gdzie pani skrzydła? – albo facet oszalał, albo wracała mu uwodzicielska forma.
- Właśnie jednym pana zahaczyłam, stąd mamy problem...
- Mamy problem? – powtórzył jak echo, a było to miłe memu uchu echo, dzięki przyjemnemu tonowi jego głosu.
- Czy pan tu chwilowo mieszka?
- Na to wygląda.
- Ale, tylko bez żartów! Uderzyłam pana torebką, bo myślałam, że jest pan włamywaczem! – przyznałam się odważnie do winy.
- A może jestem włamywaczem, skąd mam wiedzieć? Niczego nie pamiętam. – „No pięknie, jeszcze sprawiłam, że stracił pamięć. Do końca życia się z tej historii nie wygrzebię!”
- Błagam pana, niech pan sobie przypomni, jak to było. Grzebał pan tu w drzwiach, ja myślałam, że jest pan złodziejem, więc uderzyłam pana torebką. Pan teraz, w wyniku tego nieprzemyślanego ataku, traci pamięć. Co z tym wszystkim zrobić??!
- Nadal nie wiem, co tu robię, czy co miałem zrobić. Może gdyby mnie pani zaprosiła do siebie na zimną colę albo sok, wiedziałbym w jakim celu tu przyszedłem?
- Przecież ja pana nie znam!
- No to już się poznajemy, mam na imię... zaraz, jak ja mam na imię?? – przerażenie w jego oczach wyglądało na autentyczne...
- Ja, jaa... nie wiem! – odpowiedziałam bezradnie. – Wiem, że moje imię to Karolina... Może ma pan przy sobie jakiś dokument? – Chłopak zaczął przeszukiwać kieszenie dżinsów, co było nieco utrudnione, zważywszy, że nadal siedział na podłodze korytarza, oparty plecami o ścianę. W tylnej znalazł dowód osobisty. Z ogromnym zainteresowaniem zaczął go studiować.
- Sebastian Wolniewicz? Ja się tak nazywam? Masz może lusterko? Muszę to sprawdzić! – byłam tak przerażona, że gdyby poprosił mnie o mechaniczną piłę, podałabym mu ją bez mrugnięcia powieką. Chłopak spojrzał w lustro, raz jeszcze w swój dowód. – Wygląda na to, że ja to ja...
Co za ulga! Wizja pasiastego ubranka w rozmiarze XXXL i więzienia za próbę morderstwa zaczęła się szybko ode mnie oddalać.
- Jak dobrze, że wróciłeś do siebie!
- No właśnie, jeszcze nie wróciłem! Przecież nadal siedzimy tak głupio pod drzwiami. Skoro boisz się zaryzykować zaproszenia na zimny napój, ja to za ciebie zrobię – podniósł się ostrożnie, trzymając się jeszcze za głowę i zaczął otwierać drzwi państwa Brzozowskich. – Proszę bardzo, Karolino, zaraz poszukamy czegoś zimnego do picia. Stanął w progu w zapraszającym geście. A we mnie miotało się trochę wątpliwości. „Wejść, czy nie wejść? Skoro ma klucz, nie jest włamywaczem. Ale czy będę bezpieczna z nieznajomym facetem w obcym mieszkaniu?” – przyznam, że wcale nie chodziło mi o ewentualność, że gospodarz spotkania mógł mieć powiązania ze światem przestępczym. Bardziej obawiałam się o swoje bezpieczeństwo, bo jego ładnie wykrojone usta i spojrzenia szykowały jakiś zamach na moje serce...
- A państwo Brzozowscy nie będą mieli nic przeciwko temu? – wyszukałam kolejnego pretekstu.
- Nie sądzę. Wyjechali na urlop, a ja pilnuję ich mieszkania. Jestem spokrewniony z gospodarzami. Mam nadzieje, że mieszkasz w tej samej bramie i nie jesteś krążącą w poszukiwaniu urlopowych okazji, włamywaczką?
- Co to, to nie! Jedyne moje powiązania ze światem przestępczym to literatura!
- Aha, czytasz kryminały?
- Nie. Ja je piszę, Sebastianie, ja je piszę!
Cóż, cola w towarzystwie Sebastiana była gorąca jak kakao. Zainteresował się moimi literackimi planami i powiedział, że chętnie pouczestniczy w jakimś twórczym wydarzeniu. Może to być nawet grzmocenie torebką, byle już nie jego głowy. Przez to całe zamieszanie miałam przynajmniej pierwszy rozdział! Co z tego, że romansu, a nie kryminału? Zawsze przecież mogę tam jeszcze wpleść jaki złodziejski wątek: kradzież serca, na przykład...
Tekst: Beata Łukasiewicz©
wtorek, 16 lutego 2016
poniedziałek, 1 lutego 2016
Pociąg do muzeum
Uwielbiam chodzić do muzeum. Czynność ta niezmiennie od lat bawi mnie i ekscytuje, a nazwa przybytku nie brzmi bynajmniej stęchle. Jako znawca martwych języków rozumiem ją i umieszczam w czasoprzestrzeni urokliwych, pełnych blasku dawnych wieków.
Na usprawiedliwienie tej „miłości” mam też fakt, że moją pierwszą pracę po studiach podjęłam w muzeum właśnie – dziś już nieistniejącym samodzielnie Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu. Przepracowałam tam tylko rok, w dziale Orderów i Odznaczeń, ale pewnie dalej siedziałabym w uroczym otoczeniu kosztownych „broszek” (proszę, temat akurat na topie!), gdyby nie uczynny kolega, który namówił mnie na zmianę pracy.
Co to były za czasy, te muzealne! Charyzmatyczny dyrektor, ś.p. Pan Więcek, który wymagał od pracowników naukowych rycia w dokumentach, gdyż kilkadziesiąt obiektów w miesiącu musiało być opisanych w ramach „pensum”. Dzięki Niemu zainteresowałam się wolnomularstwem, bo w zbiorach mojego działu były nie opisane jeszcze odznaki masońskie. Nawiązałam nawet kontakt ze ś.p. prof. Ludwikiem Hassem – największym ekspertem w tym temacie w Polsce. Raz też zostałam wysłana w delegację do Muzeum Ruchu Robotniczego w Łodzi, któremu wiozłam pociągiem wypożyczoną przez to muzeum kolekcję orderów demoludów, z Orderem Lenina na czele (platyna i złoto), wycenionym wówczas na milion złotych (dla porównania moja pensja miesięczna wynosiła wówczas w muzeum 12 tysięcy). Ordery wiozłam w walizce, a ta nie była przyspawana do moich nadgarstków, nie miałam też towarzysza-ochroniarza.
Nasze muzeum miało wtedy skromną siedzibę z maleńkimi salami wystawienniczymi. Wielka była tylko wizja dyr. Więcka, który z falerystyki chciał uczynić dział sztuki godnej wielkich wystaw. Nigdy nie zapomnę, jak wydelegował mnie do Warszawy, do różnych egzotycznych ambasad (np. Laosu, Kambodży i Wietnamu) w celu pozyskania kompletu odznaczeń tych krajów. Tak więc stałam się bywalczynią różnych warszawskich pałacyków i pałaców, w których podejmowano mnie herbatką i ciasteczkami. Miło sobie gaworzyliśmy, wychodziłam a wkrótce potem docierały ze stolicy kartony z cenną zawartością. Na wszelki wypadek azjatyckie ambasady wysyłały po 3 egzemplarze każdego orderu, dzięki czemu ich zbiory szły u nas w setki!
Jako pracownik tego fascynującego działu mogłam sobie codziennie oglądać np. Order Podwiązki lub też Order Złotego Runa, nie mówiąc o Orderze Orła Białego, ha! W bibliotece muzealnej pracowała ekscentryczna Ania, skarbnica wiedzy wszelakiej i wielbicielka obcinania mężowi krawatów. W sekretariacie energiczna istota, która nawet dziecko urodziła w pędzie – między wanną a kuchnią, gdyż właśnie robiła pranie i mieszała bigos. Rzecznikiem prasowym muzeum był konserwatywny liberał, wielbiciel Korwina-Mikkego, który sprawił, że moja praca dyplomowa o Platonie ukazała się w podziemnej gazecie (był rok 1987) za honorarium w postaci butelki czerwonego węgierskiego wina. Pani kustosz, Halinka, emerytowany ekspert falerystyczny dwa razy w miesiącu przyjmowała na wizytach kolekcjonerów z miasta – szalonych zbieraczy, gotowych posunąć się nawet do mordu dla jakiejś rzadkiej sztuki. O niektórych kolekcjonerach po muzeum krążyły legendy. Były też kochane panie sprzątaczki, które „robiły” za ochronę na wystawach, robiąc na drutach i pilnując, by zwiedzający za bardzo nie szurali butami po parkiecie, zdzierając go.
Z pewnością ta moja pierwsza praca oraz zaczytywanie się w przygodach Pana Samochodzika w młodości sprawiła, że do zawodu muzealnika mam kultowy szacunek, a muzea wręcz uwielbiam – miejsca te mają dla mnie nieodparty urok i magię.
Ale do czego zmierzają moje wspominki? Aaaaa - do zachwytu nad współczesnym muzeum. Pierwszy szok przeżyłam w Muzeum Polin w Warszawie. Ogromne, multimedialne, imponujące, intrygujące, niesamowite, prowadzące przez wieki obecności Żydów w Polsce. Ilość wiedzy i wrażeń zwaliła mnie z nóg wtedy.
Kolejny szok był moim udziałem po niedawnej wizycie we wrocławskim Hydropolis. Trudno je nazwać muzeum, ale wiele w nim eksponatów z przeszłości, które obsługuje technika teraźniejszości czy też przyszłości. Niezwykłość tego miejsca jest nie do opisania. Wita wszystkich drukarka wodna:

Potem wesoły, błękitny strumyk, który prowadzi zwiedzającego przez kolejne groty. Wielka makieta Ziemi – planety wody, replika batyskafu (jedyna na świecie kopia tego prawdziwego, który zanurkował w Rowie Mariańskim!), szum oceanu i leżaczki do wypoczynku pod rozgwieżdżonym, tropikalnym niebem, chmura schwytana w gablotkę z pleksi, starożytne urządzenia wodne (a były takie!)… Jednym słowem - baja! Nawet mnie nie złości, że wrocławskie przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne podniosło opłatę za wodę do niebotycznej kwoty 11 zł za m3, bo Hydropolis kosztowało ponad 50 milionów złotych i nie było dotowane ze środków unijnych. Z chęcią jednak za nie zapłacę, o wiele chętniej, niż za poprzednią inwestycję wodociągów - Klub Śląsk Wrocław.
Obecnie w ramach ESK w Muzeum Narodowym we Wrocławiu odbywają się niesamowite spektakle – Muzeum Marzeń, w czasie których zwiedzający maszerują po muzeum z mapą i składanym krzesełkiem, by w wyznaczonych miejscach, pod obrazami, obejrzeć sceny odgrywane przez żywych aktorów. Niestety, na żaden spektakl nie udało mi się jeszcze dostać biletów, ale nie ustaję w staraniach.
Polecam wszystkim te miejsca – zarówno starej, jak i nowej, cyfrowej daty. Znajdziecie w nich to, co nieuchwytne i nienamacalne.
Na usprawiedliwienie tej „miłości” mam też fakt, że moją pierwszą pracę po studiach podjęłam w muzeum właśnie – dziś już nieistniejącym samodzielnie Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu. Przepracowałam tam tylko rok, w dziale Orderów i Odznaczeń, ale pewnie dalej siedziałabym w uroczym otoczeniu kosztownych „broszek” (proszę, temat akurat na topie!), gdyby nie uczynny kolega, który namówił mnie na zmianę pracy.
Co to były za czasy, te muzealne! Charyzmatyczny dyrektor, ś.p. Pan Więcek, który wymagał od pracowników naukowych rycia w dokumentach, gdyż kilkadziesiąt obiektów w miesiącu musiało być opisanych w ramach „pensum”. Dzięki Niemu zainteresowałam się wolnomularstwem, bo w zbiorach mojego działu były nie opisane jeszcze odznaki masońskie. Nawiązałam nawet kontakt ze ś.p. prof. Ludwikiem Hassem – największym ekspertem w tym temacie w Polsce. Raz też zostałam wysłana w delegację do Muzeum Ruchu Robotniczego w Łodzi, któremu wiozłam pociągiem wypożyczoną przez to muzeum kolekcję orderów demoludów, z Orderem Lenina na czele (platyna i złoto), wycenionym wówczas na milion złotych (dla porównania moja pensja miesięczna wynosiła wówczas w muzeum 12 tysięcy). Ordery wiozłam w walizce, a ta nie była przyspawana do moich nadgarstków, nie miałam też towarzysza-ochroniarza.
Nasze muzeum miało wtedy skromną siedzibę z maleńkimi salami wystawienniczymi. Wielka była tylko wizja dyr. Więcka, który z falerystyki chciał uczynić dział sztuki godnej wielkich wystaw. Nigdy nie zapomnę, jak wydelegował mnie do Warszawy, do różnych egzotycznych ambasad (np. Laosu, Kambodży i Wietnamu) w celu pozyskania kompletu odznaczeń tych krajów. Tak więc stałam się bywalczynią różnych warszawskich pałacyków i pałaców, w których podejmowano mnie herbatką i ciasteczkami. Miło sobie gaworzyliśmy, wychodziłam a wkrótce potem docierały ze stolicy kartony z cenną zawartością. Na wszelki wypadek azjatyckie ambasady wysyłały po 3 egzemplarze każdego orderu, dzięki czemu ich zbiory szły u nas w setki!
Jako pracownik tego fascynującego działu mogłam sobie codziennie oglądać np. Order Podwiązki lub też Order Złotego Runa, nie mówiąc o Orderze Orła Białego, ha! W bibliotece muzealnej pracowała ekscentryczna Ania, skarbnica wiedzy wszelakiej i wielbicielka obcinania mężowi krawatów. W sekretariacie energiczna istota, która nawet dziecko urodziła w pędzie – między wanną a kuchnią, gdyż właśnie robiła pranie i mieszała bigos. Rzecznikiem prasowym muzeum był konserwatywny liberał, wielbiciel Korwina-Mikkego, który sprawił, że moja praca dyplomowa o Platonie ukazała się w podziemnej gazecie (był rok 1987) za honorarium w postaci butelki czerwonego węgierskiego wina. Pani kustosz, Halinka, emerytowany ekspert falerystyczny dwa razy w miesiącu przyjmowała na wizytach kolekcjonerów z miasta – szalonych zbieraczy, gotowych posunąć się nawet do mordu dla jakiejś rzadkiej sztuki. O niektórych kolekcjonerach po muzeum krążyły legendy. Były też kochane panie sprzątaczki, które „robiły” za ochronę na wystawach, robiąc na drutach i pilnując, by zwiedzający za bardzo nie szurali butami po parkiecie, zdzierając go.
Z pewnością ta moja pierwsza praca oraz zaczytywanie się w przygodach Pana Samochodzika w młodości sprawiła, że do zawodu muzealnika mam kultowy szacunek, a muzea wręcz uwielbiam – miejsca te mają dla mnie nieodparty urok i magię.
Ale do czego zmierzają moje wspominki? Aaaaa - do zachwytu nad współczesnym muzeum. Pierwszy szok przeżyłam w Muzeum Polin w Warszawie. Ogromne, multimedialne, imponujące, intrygujące, niesamowite, prowadzące przez wieki obecności Żydów w Polsce. Ilość wiedzy i wrażeń zwaliła mnie z nóg wtedy.
Kolejny szok był moim udziałem po niedawnej wizycie we wrocławskim Hydropolis. Trudno je nazwać muzeum, ale wiele w nim eksponatów z przeszłości, które obsługuje technika teraźniejszości czy też przyszłości. Niezwykłość tego miejsca jest nie do opisania. Wita wszystkich drukarka wodna:
Potem wesoły, błękitny strumyk, który prowadzi zwiedzającego przez kolejne groty. Wielka makieta Ziemi – planety wody, replika batyskafu (jedyna na świecie kopia tego prawdziwego, który zanurkował w Rowie Mariańskim!), szum oceanu i leżaczki do wypoczynku pod rozgwieżdżonym, tropikalnym niebem, chmura schwytana w gablotkę z pleksi, starożytne urządzenia wodne (a były takie!)… Jednym słowem - baja! Nawet mnie nie złości, że wrocławskie przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne podniosło opłatę za wodę do niebotycznej kwoty 11 zł za m3, bo Hydropolis kosztowało ponad 50 milionów złotych i nie było dotowane ze środków unijnych. Z chęcią jednak za nie zapłacę, o wiele chętniej, niż za poprzednią inwestycję wodociągów - Klub Śląsk Wrocław.
Obecnie w ramach ESK w Muzeum Narodowym we Wrocławiu odbywają się niesamowite spektakle – Muzeum Marzeń, w czasie których zwiedzający maszerują po muzeum z mapą i składanym krzesełkiem, by w wyznaczonych miejscach, pod obrazami, obejrzeć sceny odgrywane przez żywych aktorów. Niestety, na żaden spektakl nie udało mi się jeszcze dostać biletów, ale nie ustaję w staraniach.
Polecam wszystkim te miejsca – zarówno starej, jak i nowej, cyfrowej daty. Znajdziecie w nich to, co nieuchwytne i nienamacalne.
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Selfie? Co za nuda!
Wiecie, że nigdy w życiu nie zrobiłam sobie selfie? I nie jest to kwestia techniczna - smartfona posiadam. Problem w tym, że w ogóle nie lubię się fotografować, a już robić selfie - co za nuda!
Długi czas uważałam, że jestem jakaś inna. Jednak ostatnio wpadły mi w ręce opinie psychologów i kulturoznawców, którzy uważają selfie za przejaw egocentryzmu i nieuleczalnego narcyzmu. Odetchnęłam więc z ulgą - wszystko ze mną w porządku! Odkąd skończyłam 25 lat nie lubię ani robić sobie zdjęć, ani oglądać siebie na zdjęciach, bo w zasadzie na sto podoba mi się może jeden-dwa portrety. Zazwyczaj robi mi je mąż.
Ja z kolei bardzo lubię robić zdjęcia budowli, przyrody, zwierzętom, zjawiskom meteo. Z zapałem filmuję i fotografuję podczas licznych, bliższych czy dalszych podróży, ostatnio jednak i to mnie męczy. Zauważyłam, że oglądając świat przez wyświetlacz aparatu czy kamery - tracę 90% prawdziwego kadru i emocji, które towarzyszą mojemu zachwytowi. Coraz częściej po prostu szkoda mi energii na fotografowanie! Oczywiście, im jest piękniej, tym mocniej pragnę to utrwalić "na potem", ale tracę jednocześnie szansę na przeżycie danej chwili. A co dopiero gdybym miała wydziwiać z telefonem, szukać idealnego kadru, by ustawić się do selfie! Męczące i nudne.
Wielbiciele selfie powiedzą, że czasami są zmuszeni do autoportretu, bo akurat nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby zrobić zdjęcie, a wdrapali się właśnie na dach słynnego hotelu w Dubaju (albo chociaż na Sky Tower we Wrocławiu) i chcą uwiecznić się w nadzwyczajnym otoczeniu. Niestety i na ten argument jest szczera opinia psychologów: selfie jest dowodem samotności. No chyba, że jest to selfie pary! Dla psychologów nie ma też obronnego znaczenia to, że do selfie zapraszane są czasem inne osoby (tzw. selfie grupowe), bowiem czyni się to, według ekspertów po to, by pokazać jak fajnie na tle innych wypadamy: jesteśmy śliczni, fantastyczni i dynamiczni!
Kto raz złapie bakcyla „selfie’wania” będzie niewolnikiem pstrykania słit foci w każdym miejscu i o każdej porze – po to, by te arcydzieła publikować na portalach społecznościowych. Bowiem cel jest jasny: niech wszyscy oglądają moje ekscytujące przygody: w tramwaju (ale była jazda!!!), na moście (bo długi), w windzie (bo szybka), na szczycie lub w dolinie, pływanie w morzu albo picie drinka z parasolką, siedzenie na sedesie, albo nad urwiskiem, wpadanie do wodospadu, zdobycie dachu lub ruiny sprzed wieków. I jeszcze takie "wielkie przygody": przymierzam fajne ciuchy w przymierzalni, jem placki ziemniaczane ewentualnie kawior w restauracji, siedzę za kierownicą superwozu (niestety, nie widać marki), jestem z wizytą u cioci w szpitalu (ciocia wprawdzie umiera, ale jak JA się pięknie uśmiecham!), na karuzeli z dzieckiem albo na rybach (z rybim pyskiem przy twarzy – i kto przystojniejszy???).
Selfie to lansik, bo każdy z nas chce mieć swoje 5 minut. Przecież we współczesnych mediach bardzo łatwo zdobyć „sławę”, choćby na chwilę zabłysnąć w necie. Taka jest współczesna pop-kultura – każdy z nas może zostać KIMŚ, mamy równe szanse! To cudowne z jednej strony, ale i dość męczące dla otoczenia… Każdemu się zdaje, że on też ma COŚ do powiedzenia światu. Dlatego musimy oglądać cudze selfie. A jak nie musimy, to prędzej czy później sobie selfie zrobimy, by inni MUSIELI.
Autoportret – stary jak sztuka!
Na obronę selfie: własnoręczne wykonane portrety nie są wcale wynalazkiem XXI wieku. Istnieją w kulturze od dawna. Niepotrzebna jest cyfrowa technologia, przecież np. malarze w dawnych wiekach lubili się uwieczniać. Podobno pierwsze autoportrety pojawiały się już w średniowieczu (częściej jednak w formie rzeźby). Jest jedno "ale": w sztuce autoportret to „wprawki” twórcy i swoista konfrontacja z samym sobą – portreciście zależy na pokazaniu swego ego. Stąd moc oddziaływania i sława autoportretów (choćby np. Rafaela).
Różnica między selfie a autoportretem polega na tym, że większość malarskich dzieł przedstawia bardzo wiernie, werystycznie wręcz wizerunek artysty, bywa że z jakimiś defektami urody (Van Gogh). Nie upiększali się, szukali innych sposobów, by dotrzeć do odbiorcy, wywołać emocję, coś przekazać, jakąś prawdę o sobie, zakodować informację w namalowanym otoczeniu. A jaką prawdę przekazujemy komukolwiek fotografując się np. w superszybkiej windzie?
Na koniec tych refleksji krótka lista malarskich selfie wszech czasów: autoportret Van Gogha z obciętym uchem z 1889 roku (poniżej, było ich więcej...), Pabla Picasso z 1907, Fridy Kahlo z naszyjnikiem z kolców i kolibrem (1940). Frida namalowała w sumie 52 swoje autoportrety - pewnie gdyby to były selfie, byłoby ich sto dziennie :-) No i najstarszy w tym zestawieniu, najszacowniejszy: graficzny autoportret Leonarda da Vinci z 1513 r.
(zdj. z Wikipedii)
Długi czas uważałam, że jestem jakaś inna. Jednak ostatnio wpadły mi w ręce opinie psychologów i kulturoznawców, którzy uważają selfie za przejaw egocentryzmu i nieuleczalnego narcyzmu. Odetchnęłam więc z ulgą - wszystko ze mną w porządku! Odkąd skończyłam 25 lat nie lubię ani robić sobie zdjęć, ani oglądać siebie na zdjęciach, bo w zasadzie na sto podoba mi się może jeden-dwa portrety. Zazwyczaj robi mi je mąż.
Ja z kolei bardzo lubię robić zdjęcia budowli, przyrody, zwierzętom, zjawiskom meteo. Z zapałem filmuję i fotografuję podczas licznych, bliższych czy dalszych podróży, ostatnio jednak i to mnie męczy. Zauważyłam, że oglądając świat przez wyświetlacz aparatu czy kamery - tracę 90% prawdziwego kadru i emocji, które towarzyszą mojemu zachwytowi. Coraz częściej po prostu szkoda mi energii na fotografowanie! Oczywiście, im jest piękniej, tym mocniej pragnę to utrwalić "na potem", ale tracę jednocześnie szansę na przeżycie danej chwili. A co dopiero gdybym miała wydziwiać z telefonem, szukać idealnego kadru, by ustawić się do selfie! Męczące i nudne.
Wielbiciele selfie powiedzą, że czasami są zmuszeni do autoportretu, bo akurat nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby zrobić zdjęcie, a wdrapali się właśnie na dach słynnego hotelu w Dubaju (albo chociaż na Sky Tower we Wrocławiu) i chcą uwiecznić się w nadzwyczajnym otoczeniu. Niestety i na ten argument jest szczera opinia psychologów: selfie jest dowodem samotności. No chyba, że jest to selfie pary! Dla psychologów nie ma też obronnego znaczenia to, że do selfie zapraszane są czasem inne osoby (tzw. selfie grupowe), bowiem czyni się to, według ekspertów po to, by pokazać jak fajnie na tle innych wypadamy: jesteśmy śliczni, fantastyczni i dynamiczni!
Kto raz złapie bakcyla „selfie’wania” będzie niewolnikiem pstrykania słit foci w każdym miejscu i o każdej porze – po to, by te arcydzieła publikować na portalach społecznościowych. Bowiem cel jest jasny: niech wszyscy oglądają moje ekscytujące przygody: w tramwaju (ale była jazda!!!), na moście (bo długi), w windzie (bo szybka), na szczycie lub w dolinie, pływanie w morzu albo picie drinka z parasolką, siedzenie na sedesie, albo nad urwiskiem, wpadanie do wodospadu, zdobycie dachu lub ruiny sprzed wieków. I jeszcze takie "wielkie przygody": przymierzam fajne ciuchy w przymierzalni, jem placki ziemniaczane ewentualnie kawior w restauracji, siedzę za kierownicą superwozu (niestety, nie widać marki), jestem z wizytą u cioci w szpitalu (ciocia wprawdzie umiera, ale jak JA się pięknie uśmiecham!), na karuzeli z dzieckiem albo na rybach (z rybim pyskiem przy twarzy – i kto przystojniejszy???).
Selfie to lansik, bo każdy z nas chce mieć swoje 5 minut. Przecież we współczesnych mediach bardzo łatwo zdobyć „sławę”, choćby na chwilę zabłysnąć w necie. Taka jest współczesna pop-kultura – każdy z nas może zostać KIMŚ, mamy równe szanse! To cudowne z jednej strony, ale i dość męczące dla otoczenia… Każdemu się zdaje, że on też ma COŚ do powiedzenia światu. Dlatego musimy oglądać cudze selfie. A jak nie musimy, to prędzej czy później sobie selfie zrobimy, by inni MUSIELI.
Autoportret – stary jak sztuka!
Na obronę selfie: własnoręczne wykonane portrety nie są wcale wynalazkiem XXI wieku. Istnieją w kulturze od dawna. Niepotrzebna jest cyfrowa technologia, przecież np. malarze w dawnych wiekach lubili się uwieczniać. Podobno pierwsze autoportrety pojawiały się już w średniowieczu (częściej jednak w formie rzeźby). Jest jedno "ale": w sztuce autoportret to „wprawki” twórcy i swoista konfrontacja z samym sobą – portreciście zależy na pokazaniu swego ego. Stąd moc oddziaływania i sława autoportretów (choćby np. Rafaela).
Różnica między selfie a autoportretem polega na tym, że większość malarskich dzieł przedstawia bardzo wiernie, werystycznie wręcz wizerunek artysty, bywa że z jakimiś defektami urody (Van Gogh). Nie upiększali się, szukali innych sposobów, by dotrzeć do odbiorcy, wywołać emocję, coś przekazać, jakąś prawdę o sobie, zakodować informację w namalowanym otoczeniu. A jaką prawdę przekazujemy komukolwiek fotografując się np. w superszybkiej windzie?
Na koniec tych refleksji krótka lista malarskich selfie wszech czasów: autoportret Van Gogha z obciętym uchem z 1889 roku (poniżej, było ich więcej...), Pabla Picasso z 1907, Fridy Kahlo z naszyjnikiem z kolców i kolibrem (1940). Frida namalowała w sumie 52 swoje autoportrety - pewnie gdyby to były selfie, byłoby ich sto dziennie :-) No i najstarszy w tym zestawieniu, najszacowniejszy: graficzny autoportret Leonarda da Vinci z 1513 r.
(zdj. z Wikipedii)
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Blue sunday
Nie wiem, co się ze mną wczoraj działo. Nawet jak na kobiecą naturę było tego za dużo i za intensywnie - fontanny łez przy byle okazji (a nawet hymnu akurat nigdzie nie grali!), spuchnięte oczy i nos, użalanie się nad sobą, planowanie skoku z tarasu. Po prostu blue sunday.
I to wszystko zdarzyło mi się pomimo:
- złotego od słońca niedzielnego poranka, a że okna sypialni mam od wschodu - było co podziwiać!
- obecności mojego weekendowego męża, co potwierdziło pierwsze otwarcie powiek,
- "kulturalnych" planów na resztę dnia (miało być przebudzenie Wrocławia jako stolicy Europy),
- perspektywy obiadu u mamy (zawsze pyszoty, na dziś zaplanowany gęsi pipek),
- miłego spędzenia czasu w sobotę, w Opolu, z dziewczynami, na szkoleniu z makijażu,
- kupienia w sobotnią noc biletów lotniczych na marcową podróż na Sri Lankę,
- dotyku supermiękkiego, jedwabistego futerka Loli i jej uspokajającej mruczanki numer dwa na tuzin wąsów, jeden pyszczek i jagnięcinę w sosie prowansalskim,
- budującej lektury Reginy Brett "Jesteś cudem".
Mimo tych cud-ownych zdarzeń mnie zdarzył się blue sunday. Trzeba mieć wiele determinacji, by zepsuć sobie dzień na przekór tylu oczywistym łaskom.
Jako że podobno jestem typem analitycznym, to swój stan ducha zaczęłam natychmiast rozkładać na czynniki pierwsze, drugie dno, czytanie między wierszami, szpiegowanie cienia. Skąd te łzy? Co takiego się stało? Przecież nie ma już we mnie hormonalnej burzy - dawno po zawodach jest, więc powinno być stabilniej - a nie jest... I wtem przypomniała mi się jakaś pseudonaukowa teoria dotycząca trzeciego, czy też czwartego poniedziałku stycznia - ten cały blue monday, smutny poniedziałek (na nasze), bo okazuje się, że wszystko wygląda nienajlepiej (kurcze, przydałby się jakiś "lepiej" Szymborskiej): począwszy od pogody, poprzez skonstatowanie, że trzeba zacząć spłacać kredyty zaciągnięte na Boże Narodzenie, i że z noworocznych postanowień zostały tylko litery na papierze...
Tu też mi się nic nie zgadzało: po pierwsze - była niedziela!!!!! Po drugie: pogoda jak marzenie! No i żadnych świątecznych kredytów nie zaciągnęłam, wręcz przeciwnie, w grudniu wpadło więcej kasy niż zwykle (stąd plany podróży do Azji).... No i najważniejsze: przecież nie podjęłam żadnych noworocznych zobowiązań. Za leniwa na to byłam...
Wiecie jaka to męczarnia dla analityka, gdy nic mu się nie bilansuje? Żadnej pointy, wniosku, wyniku? Łzy jak groch turlały się po moich policzkach, oczy szczypały (chyba jestem uczulona na własne łzy), chęci do życia było brak. Rzucić się z tarasu? Ale jest za nisko... Histeria! Szkoda, że mąż nie ma w zwyczaju walić mnie wałkiem po głowie - całkiem bezradny obserwował, co się ze mną dzieje. Nie poszliśmy do Rynku patrzeć, jak budzi się Wrocław. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że impreza zakończyła się dość spektakularną klapą.
Trochę poprawił mi nastrój smaczny obiad u mamy i to, że musiałam się trzymać (i tak Rodzicielka przyglądała mi się równie analitycznym wzrokiem, jak mój własny, bo nie dość, że mamy ten sam znak zodiaku, to i osobowość analityka).
Do wieczora jakoś dotrwałam przy życiu, a potem powtarzali Gwiezdne wojny. Dziś jest lepiej. Może za to u Was jest dziś ten właściwy blue dzień?
p.s.
Słuchajcie, a może to ten brak celów na nowy rok? Może tu jest pogrzebana ta smutna niedziela? Co miało mi się nie spełnić, skoro ja nawet nie wiem, jakie mam marzenia?????
(zdj. z indebanvan.nl)
I to wszystko zdarzyło mi się pomimo:
- złotego od słońca niedzielnego poranka, a że okna sypialni mam od wschodu - było co podziwiać!
- obecności mojego weekendowego męża, co potwierdziło pierwsze otwarcie powiek,
- "kulturalnych" planów na resztę dnia (miało być przebudzenie Wrocławia jako stolicy Europy),
- perspektywy obiadu u mamy (zawsze pyszoty, na dziś zaplanowany gęsi pipek),
- miłego spędzenia czasu w sobotę, w Opolu, z dziewczynami, na szkoleniu z makijażu,
- kupienia w sobotnią noc biletów lotniczych na marcową podróż na Sri Lankę,
- dotyku supermiękkiego, jedwabistego futerka Loli i jej uspokajającej mruczanki numer dwa na tuzin wąsów, jeden pyszczek i jagnięcinę w sosie prowansalskim,
- budującej lektury Reginy Brett "Jesteś cudem".
Mimo tych cud-ownych zdarzeń mnie zdarzył się blue sunday. Trzeba mieć wiele determinacji, by zepsuć sobie dzień na przekór tylu oczywistym łaskom.
Jako że podobno jestem typem analitycznym, to swój stan ducha zaczęłam natychmiast rozkładać na czynniki pierwsze, drugie dno, czytanie między wierszami, szpiegowanie cienia. Skąd te łzy? Co takiego się stało? Przecież nie ma już we mnie hormonalnej burzy - dawno po zawodach jest, więc powinno być stabilniej - a nie jest... I wtem przypomniała mi się jakaś pseudonaukowa teoria dotycząca trzeciego, czy też czwartego poniedziałku stycznia - ten cały blue monday, smutny poniedziałek (na nasze), bo okazuje się, że wszystko wygląda nienajlepiej (kurcze, przydałby się jakiś "lepiej" Szymborskiej): począwszy od pogody, poprzez skonstatowanie, że trzeba zacząć spłacać kredyty zaciągnięte na Boże Narodzenie, i że z noworocznych postanowień zostały tylko litery na papierze...
Tu też mi się nic nie zgadzało: po pierwsze - była niedziela!!!!! Po drugie: pogoda jak marzenie! No i żadnych świątecznych kredytów nie zaciągnęłam, wręcz przeciwnie, w grudniu wpadło więcej kasy niż zwykle (stąd plany podróży do Azji).... No i najważniejsze: przecież nie podjęłam żadnych noworocznych zobowiązań. Za leniwa na to byłam...
Wiecie jaka to męczarnia dla analityka, gdy nic mu się nie bilansuje? Żadnej pointy, wniosku, wyniku? Łzy jak groch turlały się po moich policzkach, oczy szczypały (chyba jestem uczulona na własne łzy), chęci do życia było brak. Rzucić się z tarasu? Ale jest za nisko... Histeria! Szkoda, że mąż nie ma w zwyczaju walić mnie wałkiem po głowie - całkiem bezradny obserwował, co się ze mną dzieje. Nie poszliśmy do Rynku patrzeć, jak budzi się Wrocław. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że impreza zakończyła się dość spektakularną klapą.
Trochę poprawił mi nastrój smaczny obiad u mamy i to, że musiałam się trzymać (i tak Rodzicielka przyglądała mi się równie analitycznym wzrokiem, jak mój własny, bo nie dość, że mamy ten sam znak zodiaku, to i osobowość analityka).
Do wieczora jakoś dotrwałam przy życiu, a potem powtarzali Gwiezdne wojny. Dziś jest lepiej. Może za to u Was jest dziś ten właściwy blue dzień?
p.s.
Słuchajcie, a może to ten brak celów na nowy rok? Może tu jest pogrzebana ta smutna niedziela? Co miało mi się nie spełnić, skoro ja nawet nie wiem, jakie mam marzenia?????
(zdj. z indebanvan.nl)
piątek, 1 stycznia 2016
Szczytowanie w Sylwestra, czyli jak wdrapałam się na górę wieczorową porą...
W sylwestrowy wieczór poniosło mnie... na górę Ślężę (718 m n.p.m.) Pomysł nie okazał się specjalnie oryginalny, gdyż na ten sam wpadło około... tysiąca osób, które zjechały tłumnie na Przełęcz Tąpadła, by stąd w świetle latarek i pochodni rozpocząć wspinaczkę na magiczną, owianą legendami i pełną Mocy, górę..
Mimo że pojawiliśmy się na przełęczy dość późno (albo właśnie dlatego) porzucenie samochodu było wyczynem - parkingi pełne po brzegi, samochody stały także na poboczach, w rowach i okolicznych dróżkach. Udało nam się znaleźć dziurkę w odległości chyba 200 metrów od szlaku. Uff, robiło się późno, trzeba było się spieszyć. Zaopatrzeni w butelkę szampana, termos z gorącą herbatą i 24 winogrona rozpoczęliśmy wspinaczkę ok. 23.00, planując dotarcie na szczyt przed północą. Ruch był jak na Marszałkowskiej - tłumy dosłownie szły razem z nami, wszędzie migotały światła latarek i pochodni, tworząc wesołe ogniki w zupełnych ciemnościach. Było minus 4,5 stopnia, pogodnie, widać było miliony gwiazd i nadgryziony Księżyc.
No to idziemy. W międzyczasie Wam opowiem, skąd pomysł zabrania ze sobą winogron i dlaczego akurat dwudziestu czterech?
Po co te winogrona?
Wszystko przez portugalską stronę, która zapraszała na sylwestra do Lizbony i wspominała o zwyczaju jedzenia 12-tu winogron. No więc Portugalczycy o północy piją szampana i jedzą dokładnie tyle owoców – po jednym na każdy miesiąc nowego roku. Trzeba też wypowiedzieć życzenie.. Ale nie wiem, kto był pierwszy z tymi 12 winogronami, bo u Hiszpanów jest identyczny zwyczaj, datowany na początek XX w. W dodatku Hiszpanie jeszcze bardziej skomplikowali całą procedurę - nie jedzą winogron z szampanem, bo muszą spożyć jedno winogrono z każdym wybiciem zegara (jest to transmitowana w TV "las 12 campanadas" spod madryckiego Puerta del Sol), więc jednocześnie obu smakowitości degustować się nie da. Podobno miliony Hiszpanów czekają do północy, by w skupieniu schrupać winogrona – obrane i odpestkowane, grono po gronie, po każdym uderzeniu dzwonu. Można nawet kupić paczuszki sylwestrowe ze spreparowanymi owocami. Dopiero po skonsumowaniu winogron Hiszpanie otwierają szampana i składają sobie życzenia, idą spać lub się bawią. Jeśli piją szampana (czy raczej chyba cavę) to często wrzucają do kieliszka złoty pierścionek jako „czarowanie” finansowej prosperity na cały nowy rok. Jeśli komuś bardziej zależy na miłości niż na pieniądzach, zamiast pierścionka wrzuca do kieliszka truskawkę lub inny czerwony owoc.
Ten miły rytuał też skopiowaliśmy w czasie sylwestrowej kolacji, jeszcze w domu - wypiliśmy bowiem z naszymi gośćmi po kieliszku szampana, w którym było kilkanaście ziaren granatu. No to już wiecie, na czym nam najbardziej zależy!
A propos, znalazłam kilka innych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych, które można kopiować! Choćby… tłuczenie talerzy. To sylwestrowe pochodzi z Danii. Duńczycy, uzbrojeni w talerze rozbijają je na wycieraczkach swoich sąsiadów. Podobno im więcej odłamków pod drzwiami, tym lepiej, bo to znak, że właściciele wycieraczki mają wielu lojalnych przyjaciół. Włoskie zwyczaje sylwestrowe są też ciekawe. Musi być dobre jedzenie, a na obrusie rozsypana soczewica - symbol szczęścia i pieniędzy. Warto też w Sylwestra założyć czerwoną bieliznę – na szczęście! Ziarna soczewicy też więc rozsypałam na obrusie w czasie kolacji. Bardzo malowniczo wyglądały... Są też nasze rodzime zwyczaje, np. sylwestrowe pobrzękiwanie monetami w kieszeniach, które zapewnia zdrowie, urodę i urodzaj.
Szczytowanie
Kiedy czytaliście o sylwestrowych zwyczajach, my zdążyliśmy już wejść na szczyt. Nie było łatwo, bo poświąteczna kondycja bliska zeru i miałam mordercze myśli pod adresem osoby, która to wpadła na taki głupi pomysł. Jednak przed szczytem oddech się uspokoił, księżyc świecił dziwnie blisko i zaczęło być miło. Docierały do nas odgłosy jakiejś niezłej imprezy. Po wejściu na czubek okazało się, że: wrzaski to... kościelny rap, dochodzący z megafonów kościółka na szczycie, do północy brakuje kwadransa, wokół jest mnóstwo ludzi, którzy palili chyba ze 30 ognisk, w małych grupkach stojąc przy ogniu, piekąc kiełbaski i pijąc szampana. Wiedzieliśmy, że nie mamy co szukać znajomych, z którymi byliśmy tu teoretycznie umówieni, bo coś im wypadło i nie mogli się pojawić. Dym z ognisk natychmiast gryzł mnie w oczy i wsnuwał się w odzież, tak że nasze kurtki do teraz pachną jak z wędzarni, co jest efektem ubocznym sylwestrowej nocy.
Rozejrzeliśmy się za fajnym miejscem i znaleźliśmy takie na schodach prowadzących do kościoła, skąd widać było panoramę wsi i miasteczek (a także Wrocławia) w oddali. Zaczęło się odliczanie, co niecierpliwsi odpalali fajerwerki, dzięki czemu piękny spektakl trwał przed i grubo po północy.
Fajerwerki na szczycie Ślęży
O północy otworzyliśmy szampana, wyjęliśmy prawdziwe kieliszki, winogrona (po 12 sztuk na usta) i wzięliśmy się do dzieła czarowania i planowania szczęśliwej przyszłości na 2016 rok.
Po jednym winogronku na życzenie...
Wspaniale było widać fajerwerki w miejscowościach w dole - połyskiwały na nocnym niebie jak diamenty.
W międzyczasie okazało się, że znajomi zmobilizowani naszym wyczynem jednak postanowili do nas dołączyć. Nie zdążą wprawdzie na północ, ale polecili nam czekać do około pierwszej. Zatem czekaliśmy, razem z nami pół butelki szampana. Dotarli przed pierwszą, z kolejną butelką. Tak więc zabraliśmy się za degustację, ludzi ubywało szybko, większość zaczęła schodzić ze szczytu tuż po północy. My czekaliśmy jeszcze aż kościółek się opróżni z ryczących (bo nie śpiewających...) rap wiernych, bo Agnieszka chciała nam pokazać miejsce mocy w podziemiach. W tym kościele bowiem odkopano XII-wieczne fundamenty wcześniejszej świątyni i jest tam punkt, zaznaczony przez radiestetów i nauczycieli reiki jako wysokoenergetyczny. Udało nam się tam dotrzeć i stanąć w oznaczonym miejscu. Nie wiedzieć czemu łydki mi drżały ;-)
Agnieszka koniecznie chciała się wdrapać na wieżę widokową, na szczęście była w remoncie (wieża, nie Agnieszka). Zaczęliśmy więc schodzić ze szczytu, a za nami niedobitki imprezowiczów. Na kolejnym przystanku, na którym postanowiliśmy dokończyć szampana, dołączyła do nas para - mężczyzna wyjął butelkę whisky, chcąc nas poczęstować. Niestety, dałyśmy mu kosza - mężowie w ogóle nie mogli pić, bo prowadzili auta, a my po wytrąbieniu 1,5 butelki we dwie nie miałyśmy mocy przerobowych na wypicie z nim tego trunku. Chyba że w planie byłoby nocowanie na szlaku...
Do samochodu wsiedliśmy po trzeciej. Ta noc była bardzo oryginalna. Jedna z oryginalniej spędzonych nocy sylwestrowych w moim życiu...
Mimo że pojawiliśmy się na przełęczy dość późno (albo właśnie dlatego) porzucenie samochodu było wyczynem - parkingi pełne po brzegi, samochody stały także na poboczach, w rowach i okolicznych dróżkach. Udało nam się znaleźć dziurkę w odległości chyba 200 metrów od szlaku. Uff, robiło się późno, trzeba było się spieszyć. Zaopatrzeni w butelkę szampana, termos z gorącą herbatą i 24 winogrona rozpoczęliśmy wspinaczkę ok. 23.00, planując dotarcie na szczyt przed północą. Ruch był jak na Marszałkowskiej - tłumy dosłownie szły razem z nami, wszędzie migotały światła latarek i pochodni, tworząc wesołe ogniki w zupełnych ciemnościach. Było minus 4,5 stopnia, pogodnie, widać było miliony gwiazd i nadgryziony Księżyc.
No to idziemy. W międzyczasie Wam opowiem, skąd pomysł zabrania ze sobą winogron i dlaczego akurat dwudziestu czterech?
Po co te winogrona?
Wszystko przez portugalską stronę, która zapraszała na sylwestra do Lizbony i wspominała o zwyczaju jedzenia 12-tu winogron. No więc Portugalczycy o północy piją szampana i jedzą dokładnie tyle owoców – po jednym na każdy miesiąc nowego roku. Trzeba też wypowiedzieć życzenie.. Ale nie wiem, kto był pierwszy z tymi 12 winogronami, bo u Hiszpanów jest identyczny zwyczaj, datowany na początek XX w. W dodatku Hiszpanie jeszcze bardziej skomplikowali całą procedurę - nie jedzą winogron z szampanem, bo muszą spożyć jedno winogrono z każdym wybiciem zegara (jest to transmitowana w TV "las 12 campanadas" spod madryckiego Puerta del Sol), więc jednocześnie obu smakowitości degustować się nie da. Podobno miliony Hiszpanów czekają do północy, by w skupieniu schrupać winogrona – obrane i odpestkowane, grono po gronie, po każdym uderzeniu dzwonu. Można nawet kupić paczuszki sylwestrowe ze spreparowanymi owocami. Dopiero po skonsumowaniu winogron Hiszpanie otwierają szampana i składają sobie życzenia, idą spać lub się bawią. Jeśli piją szampana (czy raczej chyba cavę) to często wrzucają do kieliszka złoty pierścionek jako „czarowanie” finansowej prosperity na cały nowy rok. Jeśli komuś bardziej zależy na miłości niż na pieniądzach, zamiast pierścionka wrzuca do kieliszka truskawkę lub inny czerwony owoc.
Ten miły rytuał też skopiowaliśmy w czasie sylwestrowej kolacji, jeszcze w domu - wypiliśmy bowiem z naszymi gośćmi po kieliszku szampana, w którym było kilkanaście ziaren granatu. No to już wiecie, na czym nam najbardziej zależy!
A propos, znalazłam kilka innych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych, które można kopiować! Choćby… tłuczenie talerzy. To sylwestrowe pochodzi z Danii. Duńczycy, uzbrojeni w talerze rozbijają je na wycieraczkach swoich sąsiadów. Podobno im więcej odłamków pod drzwiami, tym lepiej, bo to znak, że właściciele wycieraczki mają wielu lojalnych przyjaciół. Włoskie zwyczaje sylwestrowe są też ciekawe. Musi być dobre jedzenie, a na obrusie rozsypana soczewica - symbol szczęścia i pieniędzy. Warto też w Sylwestra założyć czerwoną bieliznę – na szczęście! Ziarna soczewicy też więc rozsypałam na obrusie w czasie kolacji. Bardzo malowniczo wyglądały... Są też nasze rodzime zwyczaje, np. sylwestrowe pobrzękiwanie monetami w kieszeniach, które zapewnia zdrowie, urodę i urodzaj.
Szczytowanie
Kiedy czytaliście o sylwestrowych zwyczajach, my zdążyliśmy już wejść na szczyt. Nie było łatwo, bo poświąteczna kondycja bliska zeru i miałam mordercze myśli pod adresem osoby, która to wpadła na taki głupi pomysł. Jednak przed szczytem oddech się uspokoił, księżyc świecił dziwnie blisko i zaczęło być miło. Docierały do nas odgłosy jakiejś niezłej imprezy. Po wejściu na czubek okazało się, że: wrzaski to... kościelny rap, dochodzący z megafonów kościółka na szczycie, do północy brakuje kwadransa, wokół jest mnóstwo ludzi, którzy palili chyba ze 30 ognisk, w małych grupkach stojąc przy ogniu, piekąc kiełbaski i pijąc szampana. Wiedzieliśmy, że nie mamy co szukać znajomych, z którymi byliśmy tu teoretycznie umówieni, bo coś im wypadło i nie mogli się pojawić. Dym z ognisk natychmiast gryzł mnie w oczy i wsnuwał się w odzież, tak że nasze kurtki do teraz pachną jak z wędzarni, co jest efektem ubocznym sylwestrowej nocy.
Rozejrzeliśmy się za fajnym miejscem i znaleźliśmy takie na schodach prowadzących do kościoła, skąd widać było panoramę wsi i miasteczek (a także Wrocławia) w oddali. Zaczęło się odliczanie, co niecierpliwsi odpalali fajerwerki, dzięki czemu piękny spektakl trwał przed i grubo po północy.
Fajerwerki na szczycie Ślęży
O północy otworzyliśmy szampana, wyjęliśmy prawdziwe kieliszki, winogrona (po 12 sztuk na usta) i wzięliśmy się do dzieła czarowania i planowania szczęśliwej przyszłości na 2016 rok.
Wspaniale było widać fajerwerki w miejscowościach w dole - połyskiwały na nocnym niebie jak diamenty.
W międzyczasie okazało się, że znajomi zmobilizowani naszym wyczynem jednak postanowili do nas dołączyć. Nie zdążą wprawdzie na północ, ale polecili nam czekać do około pierwszej. Zatem czekaliśmy, razem z nami pół butelki szampana. Dotarli przed pierwszą, z kolejną butelką. Tak więc zabraliśmy się za degustację, ludzi ubywało szybko, większość zaczęła schodzić ze szczytu tuż po północy. My czekaliśmy jeszcze aż kościółek się opróżni z ryczących (bo nie śpiewających...) rap wiernych, bo Agnieszka chciała nam pokazać miejsce mocy w podziemiach. W tym kościele bowiem odkopano XII-wieczne fundamenty wcześniejszej świątyni i jest tam punkt, zaznaczony przez radiestetów i nauczycieli reiki jako wysokoenergetyczny. Udało nam się tam dotrzeć i stanąć w oznaczonym miejscu. Nie wiedzieć czemu łydki mi drżały ;-)
Agnieszka koniecznie chciała się wdrapać na wieżę widokową, na szczęście była w remoncie (wieża, nie Agnieszka). Zaczęliśmy więc schodzić ze szczytu, a za nami niedobitki imprezowiczów. Na kolejnym przystanku, na którym postanowiliśmy dokończyć szampana, dołączyła do nas para - mężczyzna wyjął butelkę whisky, chcąc nas poczęstować. Niestety, dałyśmy mu kosza - mężowie w ogóle nie mogli pić, bo prowadzili auta, a my po wytrąbieniu 1,5 butelki we dwie nie miałyśmy mocy przerobowych na wypicie z nim tego trunku. Chyba że w planie byłoby nocowanie na szlaku...
Do samochodu wsiedliśmy po trzeciej. Ta noc była bardzo oryginalna. Jedna z oryginalniej spędzonych nocy sylwestrowych w moim życiu...
środa, 30 grudnia 2015
Niedzielna wycieczka z romantyczną ruiną w tle...
W trzeci dzień świąt, w niedzielę, wybraliśmy się na wycieczkę do Kobylej Góry. Chodziło o uprzejmość - podwiezienie rodzinki, a przy okazji - przewietrzenie się.
Szary, lecz w różnych odcieniach, granit w połączeniu z czerwonym piaskowcem... Duże okna, w których pewnie kiedyś były witraże, ozdobniki. Krągłe kształty budowli przywołują romański styl, domyślałam się jednak, że obiekt nie jest aż tak stary. Przez moment przyszło mi nawet do głowy, że to niedokończona budowa domu jakiegoś ekstrawaganckiego nowobogackiego, który chciał sobie sprawić rodową siedzibę, jednak rzut oka w górę wyprowadził mnie z błędu - ujrzałam herb nie taki znów współczesny:
Ogromnie intrygował mnie ten obiekt, jednak w pobliżu nie było żadnej tablicy informacyjnej. Pokonawszy więc ogrodzenie z drutu kolczastego (dość mizerne, bez obaw) weszliśmy do środka. Przestałam mieć wątpliwości - jest to zdecydowanie budowla sakralna, mimo że tak zgrabna, zwiewna, filigranowa, z przestrzeniami, w których chce się... zatańczyć. Plan ma prosty: nawa główna i balkon, nad wejściem chór (pewnie stały w nim organy). Kolumny z piaskowca mają bogato zdobione kapitele. Widoczne są resztki polichromii na stropach, oraz napis: „Sei getreu bis an den Tod, so will ich dir die Krone des Lebens geben” Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia. Porzucona kamienna chrzcielnica (?), szczątki drewnianego parkietu, kamień ołtarzowy i ziejąca jama jakby krypty - to wszystko tworzy tak niesamowity nastrój, że trudno mi go Wam opisać. I jeszcze te piękne, nagie okna, blask przez nie wpadający mimo szarości grudniowego przedpołudnia.... Spójrzcie na balustradę balkonu - jaka zdobna!
Kobyla Góra leży nieopodal Sycowa, jakieś 60 km od Wrocławia. Bladym świtem (czyli około ósmej rano) w poświąteczną niedzielę na drodze nie było żywego (ani tym bardziej martwego...) ducha. Jechaliśmy więc szybko pustą S8, w słońcu i pod błękitnym niebem. Prawie przed samą Kobylą Górą musieliśmy zjechać z S-ki i z polecenia GPS wjechaliśmy na jakąś wąską i kiepską drogę boczną. Nagle dosłownie stanęliśmy jak wryci. To znaczy samochód wrył się w dziurawy asfalt wszystkimi kopytami swoich 150 koni (czyli będzie ich ze szeset :-), gdyż z boku, na lekkim pagórku wyrosło zjawisko architektoniczne niezwykłej urody... Zamek? Nie, kościół... Nie, jednak zamek! Ależ skąd, kościół! - wykrzykiwałam siedząc w aucie. I gdzie my w ogóle jesteśmy??? Ponieważ rodzinka się spieszyła (musiała być u celu punktualnie o dziewiątej), ruszyliśmy dalej, mijając tablicę z nazwą miejscowości: Pisarzowice. Obiecaliśmy sobie jednak eksplorację zjawiska w drodze powrotnej już we dwójkę, co też uczyniliśmy. Budowla dość okaleczona, ale mimo to piękna. Popatrzcie sami:
Ogromnie intrygował mnie ten obiekt, jednak w pobliżu nie było żadnej tablicy informacyjnej. Pokonawszy więc ogrodzenie z drutu kolczastego (dość mizerne, bez obaw) weszliśmy do środka. Przestałam mieć wątpliwości - jest to zdecydowanie budowla sakralna, mimo że tak zgrabna, zwiewna, filigranowa, z przestrzeniami, w których chce się... zatańczyć. Plan ma prosty: nawa główna i balkon, nad wejściem chór (pewnie stały w nim organy). Kolumny z piaskowca mają bogato zdobione kapitele. Widoczne są resztki polichromii na stropach, oraz napis: „Sei getreu bis an den Tod, so will ich dir die Krone des Lebens geben” Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia. Porzucona kamienna chrzcielnica (?), szczątki drewnianego parkietu, kamień ołtarzowy i ziejąca jama jakby krypty - to wszystko tworzy tak niesamowity nastrój, że trudno mi go Wam opisać. I jeszcze te piękne, nagie okna, blask przez nie wpadający mimo szarości grudniowego przedpołudnia.... Spójrzcie na balustradę balkonu - jaka zdobna!
Obeszliśmy kościół dookoła, zajrzeliśmy do niewielkich podziemi, w których było mnóstwo gruzu. Nad głównym wejściem widoczna jest data 1902 r, co potwierdziło moje podejrzenia, że budowla tylko nawiązuje do stylu romańskiego, jest neoromańska.
Z żalem opuszczaliśmy to miejsce, mijając tabliczki "wstęp wzbroniony". Przysięgam, że od strony, z której do obiektu wchodziliśmy nie było ich widać! :-) Już w drodze powrotnej zajrzałam do netu. I oto, co o tym cudzie znalazłam: zbudowany w latach 1900-1902 według projektu architekta Arnolda Hartmana, Berlińczyka, który zostawił po sobie wiele budynków m.in. w Zabrzu i Szczecinie. Fundatorem był książę Gustaw Biron von Curland (1859-1941), pan Sycowa. Chciał on uczcić pamięć zmarłego w 1899 r. syna Wilhelma, który ponoć w tym właśnie miejscu spadł z konia, co zakończyło się jego śmiercią. Chłopiec miał 13 lat, a zbolały ojciec postawił budowlę pamiątkową - kościół nie ma wezwania żadnego świętego, był kościołem ewangelickim - Prinz Wilhelm Gedachtniskirche. Zdobienie wnętrza przetrwało do 1912 r., wymienia się m.in. wysadzaną szlachetnymi kamieniami kazalnicę. Rodzina Bironów była panami Sycowa od 1734 r., kiedy to Ernst Johann Biron (1690-1782) zakupił Wolne Państwo Stanowe Syców od rodziny Dohna. Bironowie bardzo trwale związani są z Sycowem, a ich współcześnie żyjący potomek - Książę Ernst Johann Biron von Curland jest honorowym obywatelem miasta. Ciekawe, czy serce mu się nie kroi, gdy patrzy na to, co pozostało z kościoła? Budowla nie ma już dachu, wieża jest w opłakanym stanie. Dewastują kościół wandale, ale za to podziwiają pary młode i fotografowie. Malowniczość budowli dostrzegli też producenci teledysku zespołu Behemot. Przydałby się jednak jakiś sponsor, który wziąłby budowlę w ochronę. Ja bym tam zrobiła Dom Weselny - w tych pięknych wnętrzach jest magia i radość, nie smutek, mimo że to pamiątka śmierci. Nie wiem dlaczego tak go odbieram...
Pozostaje mi zatem zagrać w lotto - ostatnio było 30 milionów do wzięcia... Ja to już bym wiedziała, na co wydać taka potężną kasę (a jeszcze niedawno miałam problem z zagospodarowaniem takiej sumy :-) Może ktoś zechce do mnie dołączyć? W podziemiach zrobimy kuchnię, w nawie głównej - część taneczną... Plany już mam, z rozmachem!
sobota, 26 grudnia 2015
Bez ofiar :-)
Świąteczny bilans na razie wygląda całkiem pomyślnie:
1) biesiadnicy wyszli o tej samej porze co rok temu - o 1.30, dzięki czemu mogłam pójść spać już o 3.00,
2) obudziłam się rano pomimo nadużycia maku (w kutii i makowcu),
3) w obwodzie pasa przybyło jedynie 4 cm, ale zwalczę to siłą woli i głodówką,
4) nie wiozłam mamy na ostry dyżur laryngologiczny z powodu utkwienia ości karpia w jej gardle, co zdarzyło nam się już dwa razy :-)
5) nie usłyszałam żadnego przykrego słowa od zwierzaków. Zresztą, od ludzi też nie...
6) prezenty pod choinką były wyjątkowej urody i obfitości,
7) mój eksperyment kulinarny pod tytułem "karp pieczony w maśle i czosnku" okazał się wyborny w smaku.
Przede mną jeszcze jeden świąteczny dzień i na pewno zacznę go szampanem do śniadania, bo mamy z Andrzejkiem 28 rocznicę ślubu.
No i jest pełnia, trzeba wzmacniać magię tego czasu, czarować. Wysyłam Wam dużo ciepła i miłości!
[caption id="attachment_2976" align="aligncenter" width="254"]
Hmmmmmmmmmm[/caption]
zdj. z www.eska.pl
1) biesiadnicy wyszli o tej samej porze co rok temu - o 1.30, dzięki czemu mogłam pójść spać już o 3.00,
2) obudziłam się rano pomimo nadużycia maku (w kutii i makowcu),
3) w obwodzie pasa przybyło jedynie 4 cm, ale zwalczę to siłą woli i głodówką,
4) nie wiozłam mamy na ostry dyżur laryngologiczny z powodu utkwienia ości karpia w jej gardle, co zdarzyło nam się już dwa razy :-)
5) nie usłyszałam żadnego przykrego słowa od zwierzaków. Zresztą, od ludzi też nie...
6) prezenty pod choinką były wyjątkowej urody i obfitości,
7) mój eksperyment kulinarny pod tytułem "karp pieczony w maśle i czosnku" okazał się wyborny w smaku.
Przede mną jeszcze jeden świąteczny dzień i na pewno zacznę go szampanem do śniadania, bo mamy z Andrzejkiem 28 rocznicę ślubu.
No i jest pełnia, trzeba wzmacniać magię tego czasu, czarować. Wysyłam Wam dużo ciepła i miłości!
[caption id="attachment_2976" align="aligncenter" width="254"]
zdj. z www.eska.pl
niedziela, 8 listopada 2015
Sushi jak facebook...
Podobnie jak facebookowi, przez równie wiele lat opierałam się sushi. Raz czy dwa z ciekawości kupiłam jakieś pudełko z zawijankami (chyba w Piotrze i Pawle), ale pomemłałam ryż w algach, stwierdziłam, że to nie są klimaty dla moich kubków smakowych - i na tym moja japońska przygoda się skończyła.
Do wczoraj. Znajomi zaprosili nas na kolację gdzieś w mieście. Padła propozycja pójścia do jakiejś "suszarni". OK, chociaż entuzjastami nie jesteśmy, ale właściwie chętnie spróbujemy, bo trudno mieć swoje zdanie na temat sushi po tej jednej czy dwóch próbach z gotowcami z supersklepu. Wchodzimy na "Szajnochy 11" we Wrocławiu. Klimatyczny lokal, wysoki bar ze strumieniem i "łódeczkami", siadamy jednak przy normalnych stolikach. Na blatach papierowe menu-obrusy. Przy wyborze dań zdajemy się na znajomych, bo nie mamy pojęcia co oznaczają te nazwy: sashimi, hosomaki, nigiri itp. I jak, na Boga, może smakować duszona wołowina w bulionie z palonych kości i kiszoną pieczarką????
Znajomi z kolei postanawiają zdać się na kucharza. Określają tylko, ile sztuk na głowę i żeby ryba była surowa, ale broń Boże maślana etc. Po kilku minutach kelnerka przynosi dwie podłużne miseczki z czekadełkami: są to sałatki z wodorostów - jedna z sezamem, druga z ogórkami. Znajomi łapią z blatu pałeczki. My też musimy ich użyć... Dramat. Kiedy udaje mi się wreszcie donieść do ust jasnozielone sznureczki posypane obficie sezamem, chrupiące i delikatne - rozpływam się z rozkoszy. Przy sałatce z ogórkami przyjemność się powtarza.
Po pół godzinie pojawia się bardzo duży talerz z czarnego łupka, wypełniony bardzo eleganckimi zawijańcami różnego smaku i koloru. To chyba futomaki i uramaki (o ile dobrze zapamiętałam nazwę tych arcydziełek). Wszystko wypieszczone ręką kucharza. Na brzegach talerza ozdoby z białego i różowego imbiru. Rewelacja! Bardzo nam to wszystko i każdy z osobna smakuje, w zawijańcach jest bardzo mało ryżu, za to mnóstwo ciekawych składników.
Po uczcie, jakże lekkiej mimo późnej pory, myślimy jeszcze o deserze. Może pampuchy z zieloną herbatą, lodami jogurtowymi i marynowaną gruszką? Nie, tu już mamy trochę bardziej europejską potrzebę - włoskie lody. Zdobędziemy więc La Scalę.
Wreszcie jednak zrozumiałam, dlaczego sushi było tak często zamawiane przez koleżanki w pracy (ja jakoś nigdy się nie skusiłam)... Tak więc wczoraj urodziła się nowa fanka sushi!
Do wczoraj. Znajomi zaprosili nas na kolację gdzieś w mieście. Padła propozycja pójścia do jakiejś "suszarni". OK, chociaż entuzjastami nie jesteśmy, ale właściwie chętnie spróbujemy, bo trudno mieć swoje zdanie na temat sushi po tej jednej czy dwóch próbach z gotowcami z supersklepu. Wchodzimy na "Szajnochy 11" we Wrocławiu. Klimatyczny lokal, wysoki bar ze strumieniem i "łódeczkami", siadamy jednak przy normalnych stolikach. Na blatach papierowe menu-obrusy. Przy wyborze dań zdajemy się na znajomych, bo nie mamy pojęcia co oznaczają te nazwy: sashimi, hosomaki, nigiri itp. I jak, na Boga, może smakować duszona wołowina w bulionie z palonych kości i kiszoną pieczarką????
Znajomi z kolei postanawiają zdać się na kucharza. Określają tylko, ile sztuk na głowę i żeby ryba była surowa, ale broń Boże maślana etc. Po kilku minutach kelnerka przynosi dwie podłużne miseczki z czekadełkami: są to sałatki z wodorostów - jedna z sezamem, druga z ogórkami. Znajomi łapią z blatu pałeczki. My też musimy ich użyć... Dramat. Kiedy udaje mi się wreszcie donieść do ust jasnozielone sznureczki posypane obficie sezamem, chrupiące i delikatne - rozpływam się z rozkoszy. Przy sałatce z ogórkami przyjemność się powtarza.
Po pół godzinie pojawia się bardzo duży talerz z czarnego łupka, wypełniony bardzo eleganckimi zawijańcami różnego smaku i koloru. To chyba futomaki i uramaki (o ile dobrze zapamiętałam nazwę tych arcydziełek). Wszystko wypieszczone ręką kucharza. Na brzegach talerza ozdoby z białego i różowego imbiru. Rewelacja! Bardzo nam to wszystko i każdy z osobna smakuje, w zawijańcach jest bardzo mało ryżu, za to mnóstwo ciekawych składników.
Po uczcie, jakże lekkiej mimo późnej pory, myślimy jeszcze o deserze. Może pampuchy z zieloną herbatą, lodami jogurtowymi i marynowaną gruszką? Nie, tu już mamy trochę bardziej europejską potrzebę - włoskie lody. Zdobędziemy więc La Scalę.
Wreszcie jednak zrozumiałam, dlaczego sushi było tak często zamawiane przez koleżanki w pracy (ja jakoś nigdy się nie skusiłam)... Tak więc wczoraj urodziła się nowa fanka sushi!
środa, 4 listopada 2015
Piję tanie wino - świętuję...
Nie mam pojęcia, dlaczego tanie wino ma "swój" dzień 4 listopada… Może to przemyślana opozycja do listopadowego święta wina, gdy w trzeci czwartek pojawia się młode beaujolais? Poza tym w listopadzie też są np. Dni Otwartych Piwnic na Słowacji, której to imprezy jestem wielką fanką...
Siedzę więc wieczorową porą i popijam dość tanie wino, przywiezione ze Słowacji w zeszłym roku - Dievcie Hrozno 2013 z winnicy w Modrej - centrum słowackiego winiarstwa. Butelka kosztowała 5, albo góra 7 euro - tanie więc jest, czy nie? Przymiotnik „tanie” to dla każdego inna cena. Dla jednych – poniżej 10 złotych, dla innych poniżej 50 zł, a dla nielicznych, dla których prawdziwe wina zaczynają się od 100 zł za butelkę, te wszystkie tańsze są właśnie "tanie".
W trakcie moich licznych podróży po krajach tradycyjnie uważanych za winiarskie (Francja, Hiszpania, Włochy) odkryłam, robiąc codzienne zakupy napoju, bez którego nie wyobrażam sobie głównego posiłku, że tylko w Polsce importowane z tych obszarów wina kosztują kilkadziesiąt złotych. W starej, poczciwej, winiarskiej Europie można nabyć bardzo poprawne wino już za 2-3 euro, co plasuje je w okolicach naszych „jaboli”. Istnieje też tam duży wybór win w kartonach litrowych czy też w plastikowych butelkach, kojarzonych u nas z niską jakością. Dochodzę więc do wniosku, że jedynym kryterium taniości jest to, że „tanie wino” nie jest w ogóle… winem. To produkt „winopodobny” pozyskiwany dzięki cudowi fermentacji, ale z innych, niż winogrona, owoców. Tanie wino nie ma zatem nic wspólnego z winoroślą, winobraniem i innymi śródziemnomorskimi rytuałami, które zawartośc smukłej butelki czynią tak rozkoszną…
Mało tego, często te napoje nie mają nic wspólnego z żadnymi owocami. Jak mawiał mój przyjaciel-chemik: wino można zrobić nawet z dżinsów. Skoro tak, to może te wina "patykiem pisane" produkowane są z lumpexowej garderoby??? Wina tej proweniencji (tzn. nie winogronowej), pija się bardzo młode (aha, to prawie beaujolais noveau!), bo starsze są dość, hm, wybuchowe. Z tych oraz wielu innych powodów tanie wina mają wieloznaczne i raczej pejoratywne synonimy: jabol, mamrot, sikacz, bełt, château de jabol, mordokwas, siara, wiśniówka, wino rocznika bieżącego, wino patykiem pisane i in.
Siedzę więc wieczorową porą i popijam dość tanie wino, przywiezione ze Słowacji w zeszłym roku - Dievcie Hrozno 2013 z winnicy w Modrej - centrum słowackiego winiarstwa. Butelka kosztowała 5, albo góra 7 euro - tanie więc jest, czy nie? Przymiotnik „tanie” to dla każdego inna cena. Dla jednych – poniżej 10 złotych, dla innych poniżej 50 zł, a dla nielicznych, dla których prawdziwe wina zaczynają się od 100 zł za butelkę, te wszystkie tańsze są właśnie "tanie".
W trakcie moich licznych podróży po krajach tradycyjnie uważanych za winiarskie (Francja, Hiszpania, Włochy) odkryłam, robiąc codzienne zakupy napoju, bez którego nie wyobrażam sobie głównego posiłku, że tylko w Polsce importowane z tych obszarów wina kosztują kilkadziesiąt złotych. W starej, poczciwej, winiarskiej Europie można nabyć bardzo poprawne wino już za 2-3 euro, co plasuje je w okolicach naszych „jaboli”. Istnieje też tam duży wybór win w kartonach litrowych czy też w plastikowych butelkach, kojarzonych u nas z niską jakością. Dochodzę więc do wniosku, że jedynym kryterium taniości jest to, że „tanie wino” nie jest w ogóle… winem. To produkt „winopodobny” pozyskiwany dzięki cudowi fermentacji, ale z innych, niż winogrona, owoców. Tanie wino nie ma zatem nic wspólnego z winoroślą, winobraniem i innymi śródziemnomorskimi rytuałami, które zawartośc smukłej butelki czynią tak rozkoszną…
![]() |
| zdj. dietetycy.org.pl |
Mało tego, często te napoje nie mają nic wspólnego z żadnymi owocami. Jak mawiał mój przyjaciel-chemik: wino można zrobić nawet z dżinsów. Skoro tak, to może te wina "patykiem pisane" produkowane są z lumpexowej garderoby??? Wina tej proweniencji (tzn. nie winogronowej), pija się bardzo młode (aha, to prawie beaujolais noveau!), bo starsze są dość, hm, wybuchowe. Z tych oraz wielu innych powodów tanie wina mają wieloznaczne i raczej pejoratywne synonimy: jabol, mamrot, sikacz, bełt, château de jabol, mordokwas, siara, wiśniówka, wino rocznika bieżącego, wino patykiem pisane i in.
Ok, ale gdzie w takim razie plasuje się uważany za arystokratyczny - cydr? Ten francuski musujący napój z jabłek, nominalnie rzecz biorąc, jest jabolem! Tyle że ma lepszy PR...
Po co świętować Dzień Taniego Wina?
Też nie mam pojęcia. Dla osób niewprawionych może się to zakończyć fatalnie: tupotem białych mew, nagłą podróżą do Rygi, skłonnością do zalegania na parkowych ławkach w pozycji horyzontalnej, nawet jeśli nigdy wcześniej takiej nie przejawialiśmy, oraz wielkimi kłopotami z grawitacją. Lepszym pomysłem jest jednak znalezienie „prawdziwego” (a więc winogronowego) i niedrogiego wina - i np. zrobienie z niego grzańca. Nadaje się do tego czerwone wino z gatunku merlot czy cabernet, w cenie poniżej 20 złotych. Jak nie grzaniec - to sangria. Wersja ta sama - merlot, cabernet plus dużo drobno pokrojonych owoców (głównie cytrusowych). Dzięki temu wybiegowi świętujemy Dzień Taniego Wina nie narażając organizmu (i wątroby) na katusze jego spożycia i późniejsze mamrotanie, które może nam wejść w krew ku zdumieniu i rozpaczy bliskich.
Inny sposób świętowania to spa z zabiegiem winoterapii. Może to być: peeling, masaż, kąpiele winne, body wrapping. Peeling to ścieranie skóry moszczem winnym lub pestkami winogron i miodem. Masaż ciała olejem z pestek winogron nawilża skórę i łagodzi podrażnienia. Relaksująca kąpiel winna (z dodatkiem taniego wina do wody w wannie), oraz z lampką droższego wina w ręce - to zabieg spa dostępny w domowej łazience. Według mnie to najmilszy i najbardziej pobudzający sposób świętowania Dnia Taniego Wina!
I ostatnia podpowiedź, być może najbardziej kulturalna: warto w tym dniu wyskoczyć do Szklarskiej Poręby, do Muzeum Tanich Win, zwanego też Muzeum Jabola, istniejącego od 2003 roku. Zawsze to muzeum... W Starej Chacie Walońskiej (ul. Kołłątaja 12) zgromadzono butelki tanich win i ich etykiety. Można pooglądać, podumać, powspominać (stare czasy PRL-u) i napić się potem… dievcie hrozno z 2013!
Po co świętować Dzień Taniego Wina?
Też nie mam pojęcia. Dla osób niewprawionych może się to zakończyć fatalnie: tupotem białych mew, nagłą podróżą do Rygi, skłonnością do zalegania na parkowych ławkach w pozycji horyzontalnej, nawet jeśli nigdy wcześniej takiej nie przejawialiśmy, oraz wielkimi kłopotami z grawitacją. Lepszym pomysłem jest jednak znalezienie „prawdziwego” (a więc winogronowego) i niedrogiego wina - i np. zrobienie z niego grzańca. Nadaje się do tego czerwone wino z gatunku merlot czy cabernet, w cenie poniżej 20 złotych. Jak nie grzaniec - to sangria. Wersja ta sama - merlot, cabernet plus dużo drobno pokrojonych owoców (głównie cytrusowych). Dzięki temu wybiegowi świętujemy Dzień Taniego Wina nie narażając organizmu (i wątroby) na katusze jego spożycia i późniejsze mamrotanie, które może nam wejść w krew ku zdumieniu i rozpaczy bliskich.
Inny sposób świętowania to spa z zabiegiem winoterapii. Może to być: peeling, masaż, kąpiele winne, body wrapping. Peeling to ścieranie skóry moszczem winnym lub pestkami winogron i miodem. Masaż ciała olejem z pestek winogron nawilża skórę i łagodzi podrażnienia. Relaksująca kąpiel winna (z dodatkiem taniego wina do wody w wannie), oraz z lampką droższego wina w ręce - to zabieg spa dostępny w domowej łazience. Według mnie to najmilszy i najbardziej pobudzający sposób świętowania Dnia Taniego Wina!
I ostatnia podpowiedź, być może najbardziej kulturalna: warto w tym dniu wyskoczyć do Szklarskiej Poręby, do Muzeum Tanich Win, zwanego też Muzeum Jabola, istniejącego od 2003 roku. Zawsze to muzeum... W Starej Chacie Walońskiej (ul. Kołłątaja 12) zgromadzono butelki tanich win i ich etykiety. Można pooglądać, podumać, powspominać (stare czasy PRL-u) i napić się potem… dievcie hrozno z 2013!
środa, 28 października 2015
Cypr - wyspa Łazarza
Wpisując się w halloweenowy klimat końca października chciałam opowiedzieć Wam o wyspie, na której naprawdę dokonał żywota zmarły, a potem wskrzeszony przez Chrystusa - Łazarz...
Cypr to wyspa niezwykła, bogata w atrakcje każdego typu, cel przyjazny podróżnikom przez okrągły rok – za sprawą słonecznych dni i wysokiej temperatury powietrza nawet zimą. Dziś jednak zajmę się Cyprem w kontekście bardziej na czasie: zmarłych... Mało kto bowiem wie, że tutaj właśnie żył, mieszkał przez 40 lat, a potem naprawdę (po raz drugi) umarł Łazarz - najsłynniejszy wskrzeszeniec, znany ze spektakularnego epizodu ożywienia przez Jezusa...
Był bratem Marii Magdaleny i Marty. Rodzeństwo mieszkało w Betanii, często zapraszało do swego domu Nauczyciela. Gdy Łazarz zachorował, siostry słały wieści do mistrza, by przybył jak najszybciej, ale z jakichś dość niejasnych powodów Jezus zwlekał z odwiedzinami i pojawił się dopiero 4 dni po śmierci Łazarza. Od razu kazał prowadzić się na miejsce spoczynku – do skalnej groty, zatrzaśniętej zwyczajem Żydów wielkim kamieniem. W niej spoczywało ciało spowite w całun i bandaże. Wizytę odradzała siostra zmarłego, opłakująca go Marta, sugerując, że brat "już trochę cuchnie”. Nie zraziło to Jezusa, który przed grobowcem, w towarzystwie uczniów i obserwatorów dokonał cudu – nakazał Łazarzowi wyjść z pieczary...
Musiało to wyglądać trochę strasznie i trochę śmiesznie, a więc bardzo halloweenowo: wyobrażam sobie bowiem skrępowane bandażami ciało, w dodatku przykro woniejące, wyłaniające się niczym groteskowa mumia w klasycznym filmie pod tym samym tytułem…
Cud wskrzeszenia zaszkodził niestety zarówno samemu Jezusowi jak i Łazarzowi, skoro pierwszego ukrzyżowano, a drugiego wygnano z Betanii. Ozdrowieniec dopłynął jakimś cudem na wyspę Cypr i zamieszkał na południu, w mieście Kition (tu, gdzie urodził się 300 lat wcześniej Zenon, twórca filozofii stoickiej). Został jednym z pierwszych biskupów chrześcijańskich, przewodząc gminie wyznaniowej. Umarł po raz drugi po 40 latach. W miejscu, gdzie odkryto (w IX wieku dopiero) jego sarkofag, postawiono cerkiew Agiou Lazarou. Miasto zmieniło nazwę z Kition na Larnaka (po grecku słowo to oznacza właśnie grób lub sarkofag). Łazarz jest do dzisiaj patronem rzeźników, grabarzy, żebraków i trędowatych.
Agiou Lazarou w Larnace jest budowlą niezwykłą, może dlatego, że była wielokrotnie przebudowana: bizantyjska świątynia zyskała gotyckie sklepienia krzyżowe, gargulce. W XVI w. cerkiew została zamieniona na meczet, jednak wspólnota prawosławna wykupiła ją od Turków i ponownie urządziła w niej cerkiew.
[caption id="" align="aligncenter" width="583"]
Mój zachwyt wzbudza XIX-wieczna dzwonnica z koronkowymi zdobieniami, znacznie odbiegająca stylem od bryły świątyni z 3 kopułami. Przyjrzyjcie się sami – architektonicznie rzecz biorąc Agiou Lazariou jest dosyć dziwaczna, ale mimo wszystko harmonijna i urocza...
Wewnątrz same skarby: barokowy ikonostas rzeźbiony w drewnie i złocony, oszałamiający kolorami starych ikon, całowana namiętnie przez wiernych ikona Łazarza z XVII w., z rzadko spotykanym na innych obrazach przedstawieniem sceny wskrzeszenia, gdyż niektóre postaci zatykają sobie nos…
[caption id="" align="aligncenter" width="302"]
Jakość trochę kiepska, bo odbił się flesz.
Można wejść do podziemnej krypty z prawej strony ołtarza i dotknąć kamiennego sarkofagu ze szczątkami świętego (aczkolwiek losy relikwii są zagmatwane jak jego życie doczesne: przewiezione do Konstantynopola w 1204 r., zostały stamtąd zrabowane przez krzyżowców i przewiezione ponoć do Marsylii). W krypcie z sarkofagiem Łazarza stoi również kilkanaście innych, starych, kamiennych anonimowych sarkofagów, niektóre są otwarte i puste. Średniowieczny halloween!
Pozostając w temacie święta zmarłych nadmienię, że na Cyprze jest wiele starożytnych nekropolii, z różnych okresów. Ponieważ takie obiekty niezmiernie mnie ciekawią, pokażę Wam jeszcze kilka zdjęć "na deser" :-):
[caption id="" align="aligncenter" width="583"]
[caption id="" align="aligncenter" width="583"]
[caption id="" align="aligncenter" width="583"]
wtorek, 27 października 2015
Szpilki kontra wrotki
Pędzę wieczorową porą na spotkanie, a właściwie bankiet. Musiałam się wyfiokować, więc na nogach szpilki mam - wielkie jak szable tygrysa szablozębnego, zatem krok mój dość niepewny. Usiłuję się nie spóźnić, wystukuję tempo karabinu maszynowego - dziurkuję chodnik i chodziarstwo figurowe uprawiam. Co gorsza bruk okolic Rynku to drobna kostka, nierówna, żadnej szpilkostrady w zasięgu nóg. Mijam akurat dwóch sztajmesów siedzących wprost na chodniku, którzy zagadują do mnie, obserwując moje wyczyny i wielką aktywność nożną:
- Dzień dobry!
- Dobry wieczór! - poprawiam, bo ciemno już.
Na co oni z wyraźnym zatroskaniem w głosie:
- Może wrotki?
W sumie - czemu nie?
- Dzień dobry!
- Dobry wieczór! - poprawiam, bo ciemno już.
Na co oni z wyraźnym zatroskaniem w głosie:
- Może wrotki?
W sumie - czemu nie?
piątek, 9 października 2015
Coś optymistycznego
Hooooooooophoooooooooooooooooooop, jest tu kto???????? Wiem, wiem, sama sobie jestem winna. Wieki mnie tu nie było. Opadł mi bardzo zapał do blogowania, bo na bieżąco nie jestem w stanie relacjonować, co się wydarzyło, a z kilkudniowym poślizgiem sprawa nawet dla mnie staje się nieciekawa (pozdrawiam jednak czytelników, którzy tu jeszcze mimo wszystko zaglądają, dzięki piękne!)
Nie będę opisywać moich wrześniowych wypadów do stolicy i co tam ciekawego widziałam, jadłam, albo jak się zabawiłam. Cały wrzesień mnóstwo rzeczy działo się u mnie, baaaaaardzo ciekawych, ale głównie w Warszawie. Październik też się zaczął z przytupem, ale już prawie dekada tego miesiąca minęła i jestem mocno spóźniona z blogowym sprawozdaniem. Ponieważ nie były to zdarzenia wyłącznie zabawne, postanowiłam je zignorować. Poszłam nawet krok dalej - będę spisywać tylko dobre wiadomości: miłe zdarzenia, uśmiechy Losu, komplementy i kształty obłoków. W końcu jest to blog zabawna literaturka, a to zobowiązuje! Oto relacja z wczoraj:
PORANEK:
1. Dzięki Aniołowi Stróżowi o wdzięcznym (choć krótkim) imieniu ABS, w drodze do pracy uniknęłam wjechania w bagażnik samochodu straży miejskiej. Myślę, że czuwał głównie anioł Belli, ale mój osobisty o imieniu Niespieszsietakgłuptasie musiał mu pomagać!
2. Moja zamówiona na Zalando sukienka, w którą rano się ubrałam z wahaniem (czy jej jednak nie odesłać?) zdobyła 2 komplementy i ocaliła swój trudny związek ze mną.
POPOŁUDNIE
3. Dostałam niespodziewanie prezent od przyjaciółki - żel pod prysznic o zapachu frangipiani. Czy to nie cudowne, że ktoś pamiętał, iż uwielbiam ten zapach i napotkawszy w sklepie taki produkt bez wahania go dla mnie nabył?
4. Otrzymałam telefon od znajomej z propozycją pójścia nazajutrz na kawę, a jest to osoba, za którą się bardzo stęskniłam. Rozmowa wprawiła mnie w cudowny nastrój.
5. Byłam u koleżanki i spotkałam tam jej syna, młodego, atrakcyjnego mężczyznę, który z uznaniem wyraził się o moim wyglądzie. Komplement (od 30-latka) to coś co tygryski (po 50-tce) lubią najbardziej...
Nanizałam więc tych 5 perełek na sznureczek i będę produkować kolię. Ciąg dalszy na pewno nastąpi. A na dobry początek każdego dnia moja najnowsza muzyczna miłość, Lianne La Havas, swoim niesamowitym głosem śpiewa, że: we are unstoppable....
https://www.youtube.com/watch?v=YFic-xaLsPs
Nie będę opisywać moich wrześniowych wypadów do stolicy i co tam ciekawego widziałam, jadłam, albo jak się zabawiłam. Cały wrzesień mnóstwo rzeczy działo się u mnie, baaaaaardzo ciekawych, ale głównie w Warszawie. Październik też się zaczął z przytupem, ale już prawie dekada tego miesiąca minęła i jestem mocno spóźniona z blogowym sprawozdaniem. Ponieważ nie były to zdarzenia wyłącznie zabawne, postanowiłam je zignorować. Poszłam nawet krok dalej - będę spisywać tylko dobre wiadomości: miłe zdarzenia, uśmiechy Losu, komplementy i kształty obłoków. W końcu jest to blog zabawna literaturka, a to zobowiązuje! Oto relacja z wczoraj:
PORANEK:
1. Dzięki Aniołowi Stróżowi o wdzięcznym (choć krótkim) imieniu ABS, w drodze do pracy uniknęłam wjechania w bagażnik samochodu straży miejskiej. Myślę, że czuwał głównie anioł Belli, ale mój osobisty o imieniu Niespieszsietakgłuptasie musiał mu pomagać!
2. Moja zamówiona na Zalando sukienka, w którą rano się ubrałam z wahaniem (czy jej jednak nie odesłać?) zdobyła 2 komplementy i ocaliła swój trudny związek ze mną.
POPOŁUDNIE
3. Dostałam niespodziewanie prezent od przyjaciółki - żel pod prysznic o zapachu frangipiani. Czy to nie cudowne, że ktoś pamiętał, iż uwielbiam ten zapach i napotkawszy w sklepie taki produkt bez wahania go dla mnie nabył?
4. Otrzymałam telefon od znajomej z propozycją pójścia nazajutrz na kawę, a jest to osoba, za którą się bardzo stęskniłam. Rozmowa wprawiła mnie w cudowny nastrój.
5. Byłam u koleżanki i spotkałam tam jej syna, młodego, atrakcyjnego mężczyznę, który z uznaniem wyraził się o moim wyglądzie. Komplement (od 30-latka) to coś co tygryski (po 50-tce) lubią najbardziej...
Nanizałam więc tych 5 perełek na sznureczek i będę produkować kolię. Ciąg dalszy na pewno nastąpi. A na dobry początek każdego dnia moja najnowsza muzyczna miłość, Lianne La Havas, swoim niesamowitym głosem śpiewa, że: we are unstoppable....
https://www.youtube.com/watch?v=YFic-xaLsPs
środa, 9 września 2015
Palmyra – już tylko na moich zdjęciach…
Niedawno dowiedziałam się, że islamscy terroryści z ISIS najpierw (w maju) opanowali Palmyrę – starożytne miasto, które było muzeum pod gołym niebem i bezcennym stanowiskiem archeologicznym. Napisałam w czasie przeszłym, bo kilka dni temu Palmyra została wysadzona w powietrze przez pastuchów, którzy uważają się za panów tej (i całej) ziemi.
Wyszukałam więc znowu swoje zdjęcia z podróży sprzed dokładnie 10 laty. Wprawdzie pisałam już raz na blogu tutaj o Syrii, ale skupiłam się bardziej na grobowcach. Teraz do mnie dotarło, co się naprawdę stało w Palmyrze...
A przecież byłam tam, głaskałam słońcem malowane, piaskowo-złote dwutysiącletnie kamienie, widziałam na własne oczy świątynię Baala - tę, która najbardziej zdenerwowała terrorystów ISIS i drugą, też zniszczoną przez nich, dużo większą świątynię fenickiego boga - Bela.
Pamiętam, że do Palmyry przyjechaliśmy z Damaszku, mijając po drodze Bagdad cafe – uroczą kawiarenkę w samym sercu oceanu piasku. Potem podążyliśmy do ruin, które przetrwały w pustynnej oazie.
Od wieków podążali tędy kupcy ze Wschodu na Zachód. Przewożono niewolników, sól i przyprawy korzenne, jedwab, purpurę (ceniona w Rzymie), kadzidła, muślin, mahoń, perły z Zatoki Perskiej, kość słoniową oraz drogocenne kamienie. Palmyra więc znajdowała się na Jedwabnym Szlaku, a to, co z niej do współczesności przetrwało było przeważnie dziełem Rzymian. W I w. n.e. była już wielkim miastem (sic!) na samej granicy Imperium Rzymskiego i państwa Persów. To Palmyra własnie odebrała znaczenie Petrze – innej słynnej i pięknej osadzie na kupieckim szlaku. Cesarz Hadrian nadał Palmyrze w II w. n.e. status wolnego miasta, natomiast na początku III w. stała się ona kolonią rzymską, co skutkowało niebywałym jej rozwojem. Taki status zrównywał bowiem prawa mieszkańców Palmyry z obywatelami Imperium: zwalniał z płacenia podatków.
Z tych czasów można było podziwiać dobrze zachowane obiekty publiczne: agorę (rynek), termy, teatr, pasaż handlowy, świątynię. Mieszkały tutaj w przeszłości różne ludy: Syryjczycy, Persowie, Aramejczycy, Arabowie, Żydzi, Grecy i Rzymianie. W takim kulturowym tyglu mieszało się i łączyło ze sobą wszystko: obyczaje, religie - w Palmyrze czczono ok. 60 bóstw, których pochodzenie sięga Babilonu, Persji, Fenicji, Hellady i Rzymu.
Najciekawsze i najstraszniejsze dla miasta wydarzenia miały miejsce już dawno – pierwszy raz w drugiej połowie III w. kiedy Palmyra była stolicą królestwa. Odenat, wódz wojsk rzymskich na wschodzie zaczął prowadzić samodzielną politykę i utworzył własne królestwo nie obawiając się interwencji słabego w tym czasie Imperium Rzymskiego. Po śmierci Odenata do władzy dorwała się jego żona Zenobia – kobietka ambitna i silna, podobno niebywałej urody i inteligencji. Jej armia dokonywała podbojów na Bliskim Wschodzie, władczyni biła też własną monetę i na koniec tych "ekscesów" ogłosiła się cesarzową. Tego było Rzymowi za wiele! W 272 r. wojska cesarza Aureliana przybyły, pokonały Zenobię na jej własnym terenie i zdobyły Palmyrę, łupiąc ją straszliwie i niszcząc. Zanobia została pojmana i dokonała żywota w luksusowej willi w Tivoli pod Rzymem. Cesarz Aurelian okazał się złotym nie tylko z imienia - to jeden z najwspanialszych cesarzy rzymskich.
Jednak kwitnące do tej pory miasto w oazie nigdy się z tego upadku już nie podniosło, chociaż w następnym wieku miało tu swą siedzibę biskupstwo. Przez kolejne wieki przechodziło z rąk do rąk, a w 744 r. po raz pierwszy zostało zniszczone przez Arabów, potem trzęsienie ziemi.
Od czasów odkrycia ruin miasta (XVII w.) było niezmiennie interesującym zjawiskiem archeologiczno-kulturowym. Od początku XX w. pracowały tu liczne misje badaczy z całej Europy, a od 1959 r. także polscy archeolodzy. Palmyra stanowiła jeden z największych na świecie kompleksów wykopalisk (o powierzchni około 50 ha).
Historia jak zwykle lubi się powtarzać - po wkroczeniu do Palmyry w maju b.r. islamscy bojownicy dokonali w ruinach rzymskiego amfiteatru pokazowej egzekucji żołnierzy syryjskich. W sierpniu natomiast zamordowali kustosza stanowiska, a zwłoki ś.p. Chalida al-Asada, archeologa i strażnika tych skarbów wywiesili na jednej z kolumn. Przed straceniem naukowiec był torturowany, gdyż zmuszano go do wyjawienia miejsc ukrycia starożytnych artefaktów. Handel antycznymi reliktami jest przecież jedną z metod pozyskiwania przez ISIS funduszy na broń. Czego nie uda się sprzedać - trzeba wysadzić, to może Zachód sypnie groszem, by przerwac ten proceder. I tak ISIS szantażuje Zachód.
W nastepnej kolejności terroryści wysadzili ruiny świątyni Baalszamina (Pan Niebios) z II w. p.n.e., kilka dni później – również świątynię Bela z początku I wieku:
Co ciekawe, ruiny świątyni Baalszamina były wykorzystywane przez Arabów jako meczet jeszcze w początkach XX w. Niestety, fakt ten nie zdołał ich ocalić. Niewielkich rozmiarów budowla nigdy nie miała dachu, otwierając się po prostu na bezkres przestrzeni, którą władał Baalszamin… Nie mam jej zdjęcia, niestety.
Zniszczono także rzeźbę, pochodzącą ze świątyni Allat – bogini pokoju, arabskiej w dodatku proweniencji! Był to lew ochraniający gazelę. Posąg, odkryty w 1977 roku przez polskich archeologów znajdował się przed budynkiem muzeum w Palmyrze. Wymowne jest to wysadzenie symbolu pokoju…
Teraz zobaczycie lwa tylko u mnie na półce - przywiozłam bowiem gipsowy odlew. Oto on:
Nota bene ta elegantka obok też pochodzi z Palmyry...
Przeglądałam swoje stare zdjęcia z pięknej podróży do świata, którego już nie ma i... płakałam. Żal mi jako wielbicielce starożytności, i jako Europejce, że pozostałości wspaniałej cywilizacji przepadły w sekundzie, chociaż udało im się przetrwać tysiące lat zmiennych kolei losu.
Zastanawia mnie, czy to, co przetrwało do naszych czasów z epok jeszcze bardziej odległych - np. piramidy, sfinks - nie jest kamyczkiem po wielkiej cywilizacji, która też wdała się w religijną wojnę?
Wyszukałam więc znowu swoje zdjęcia z podróży sprzed dokładnie 10 laty. Wprawdzie pisałam już raz na blogu tutaj o Syrii, ale skupiłam się bardziej na grobowcach. Teraz do mnie dotarło, co się naprawdę stało w Palmyrze...
Pamiętam, że do Palmyry przyjechaliśmy z Damaszku, mijając po drodze Bagdad cafe – uroczą kawiarenkę w samym sercu oceanu piasku. Potem podążyliśmy do ruin, które przetrwały w pustynnej oazie.
Od wieków podążali tędy kupcy ze Wschodu na Zachód. Przewożono niewolników, sól i przyprawy korzenne, jedwab, purpurę (ceniona w Rzymie), kadzidła, muślin, mahoń, perły z Zatoki Perskiej, kość słoniową oraz drogocenne kamienie. Palmyra więc znajdowała się na Jedwabnym Szlaku, a to, co z niej do współczesności przetrwało było przeważnie dziełem Rzymian. W I w. n.e. była już wielkim miastem (sic!) na samej granicy Imperium Rzymskiego i państwa Persów. To Palmyra własnie odebrała znaczenie Petrze – innej słynnej i pięknej osadzie na kupieckim szlaku. Cesarz Hadrian nadał Palmyrze w II w. n.e. status wolnego miasta, natomiast na początku III w. stała się ona kolonią rzymską, co skutkowało niebywałym jej rozwojem. Taki status zrównywał bowiem prawa mieszkańców Palmyry z obywatelami Imperium: zwalniał z płacenia podatków.
Z tych czasów można było podziwiać dobrze zachowane obiekty publiczne: agorę (rynek), termy, teatr, pasaż handlowy, świątynię. Mieszkały tutaj w przeszłości różne ludy: Syryjczycy, Persowie, Aramejczycy, Arabowie, Żydzi, Grecy i Rzymianie. W takim kulturowym tyglu mieszało się i łączyło ze sobą wszystko: obyczaje, religie - w Palmyrze czczono ok. 60 bóstw, których pochodzenie sięga Babilonu, Persji, Fenicji, Hellady i Rzymu.
Najciekawsze i najstraszniejsze dla miasta wydarzenia miały miejsce już dawno – pierwszy raz w drugiej połowie III w. kiedy Palmyra była stolicą królestwa. Odenat, wódz wojsk rzymskich na wschodzie zaczął prowadzić samodzielną politykę i utworzył własne królestwo nie obawiając się interwencji słabego w tym czasie Imperium Rzymskiego. Po śmierci Odenata do władzy dorwała się jego żona Zenobia – kobietka ambitna i silna, podobno niebywałej urody i inteligencji. Jej armia dokonywała podbojów na Bliskim Wschodzie, władczyni biła też własną monetę i na koniec tych "ekscesów" ogłosiła się cesarzową. Tego było Rzymowi za wiele! W 272 r. wojska cesarza Aureliana przybyły, pokonały Zenobię na jej własnym terenie i zdobyły Palmyrę, łupiąc ją straszliwie i niszcząc. Zanobia została pojmana i dokonała żywota w luksusowej willi w Tivoli pod Rzymem. Cesarz Aurelian okazał się złotym nie tylko z imienia - to jeden z najwspanialszych cesarzy rzymskich.
Jednak kwitnące do tej pory miasto w oazie nigdy się z tego upadku już nie podniosło, chociaż w następnym wieku miało tu swą siedzibę biskupstwo. Przez kolejne wieki przechodziło z rąk do rąk, a w 744 r. po raz pierwszy zostało zniszczone przez Arabów, potem trzęsienie ziemi.
Od czasów odkrycia ruin miasta (XVII w.) było niezmiennie interesującym zjawiskiem archeologiczno-kulturowym. Od początku XX w. pracowały tu liczne misje badaczy z całej Europy, a od 1959 r. także polscy archeolodzy. Palmyra stanowiła jeden z największych na świecie kompleksów wykopalisk (o powierzchni około 50 ha).
Historia jak zwykle lubi się powtarzać - po wkroczeniu do Palmyry w maju b.r. islamscy bojownicy dokonali w ruinach rzymskiego amfiteatru pokazowej egzekucji żołnierzy syryjskich. W sierpniu natomiast zamordowali kustosza stanowiska, a zwłoki ś.p. Chalida al-Asada, archeologa i strażnika tych skarbów wywiesili na jednej z kolumn. Przed straceniem naukowiec był torturowany, gdyż zmuszano go do wyjawienia miejsc ukrycia starożytnych artefaktów. Handel antycznymi reliktami jest przecież jedną z metod pozyskiwania przez ISIS funduszy na broń. Czego nie uda się sprzedać - trzeba wysadzić, to może Zachód sypnie groszem, by przerwac ten proceder. I tak ISIS szantażuje Zachód.
W nastepnej kolejności terroryści wysadzili ruiny świątyni Baalszamina (Pan Niebios) z II w. p.n.e., kilka dni później – również świątynię Bela z początku I wieku:
Co ciekawe, ruiny świątyni Baalszamina były wykorzystywane przez Arabów jako meczet jeszcze w początkach XX w. Niestety, fakt ten nie zdołał ich ocalić. Niewielkich rozmiarów budowla nigdy nie miała dachu, otwierając się po prostu na bezkres przestrzeni, którą władał Baalszamin… Nie mam jej zdjęcia, niestety.
Zniszczono także rzeźbę, pochodzącą ze świątyni Allat – bogini pokoju, arabskiej w dodatku proweniencji! Był to lew ochraniający gazelę. Posąg, odkryty w 1977 roku przez polskich archeologów znajdował się przed budynkiem muzeum w Palmyrze. Wymowne jest to wysadzenie symbolu pokoju…
Teraz zobaczycie lwa tylko u mnie na półce - przywiozłam bowiem gipsowy odlew. Oto on:
Nota bene ta elegantka obok też pochodzi z Palmyry...
Przeglądałam swoje stare zdjęcia z pięknej podróży do świata, którego już nie ma i... płakałam. Żal mi jako wielbicielce starożytności, i jako Europejce, że pozostałości wspaniałej cywilizacji przepadły w sekundzie, chociaż udało im się przetrwać tysiące lat zmiennych kolei losu.
Zastanawia mnie, czy to, co przetrwało do naszych czasów z epok jeszcze bardziej odległych - np. piramidy, sfinks - nie jest kamyczkiem po wielkiej cywilizacji, która też wdała się w religijną wojnę?
czwartek, 3 września 2015
Teoria pudełek, czyli mózg damski a mózg męski
Byłam wczoraj na imprezie towarzyskiej. I po raz kolejny obecny tam mężczyzna (rodzynek kontra 7 babek) przypomniał mi pewną zabawną teorię, o której już raz usłyszałam, ale ją zapomniałam: o pudełkach. A właściwie o tezie wyjaśniającej wszelkie różnice mentalne między kobietami a mężczyznami.
I poszukałam w necie dziś, i znalazłam nawet jej autora: otóż teorię pudełek wykłada na swoich spotkaniach Mark Gungor. W skrócie ją przytoczę, chociaż oryginalne wystąpienie znajdziecie na końcu mojego posta.
Otóż, męski mózg jest bardzo uporządkowany - zawiera wiele pojedynczych pudełek z napisem: żona, praca, samochód, finanse, dzieci, matka, kumple, sport itd. Kiedy mężczyzna "wyjmuje" pudełko, ogląda tylko tę jego zawartość, rozmawia tylko o tym, co ono zawiera, bo pudełka nie są ze sobą w żaden sposób połączone. Najbardziej ulubionym pudełkiem każdego mężczyzny jest jednak to z napisem NIC. Kiedy jest w tym pudełku, po prostu zajmuje się NICZYM, robi NIC, myśli o NICZYM. Większość kobiet nie wie o istnieniu tego pudełka, mało tego - objawy zajmowania się tym konkretnym pudełkiem, występujące u mężczyzny, od wieków wpędzają kobiety w prawdziwą wściekłość.
Kobiecy mózg natomiast, to system pudełek bardzo ściśle i wielokierunkowo ze sobą połączonych. Dlatego dla kobiety pudełko "dzieci" połączone jest ze: szkoła, finanse, a "samochód" z pudełkiem: mąż, zakupy itd. Między nimi trwa cały czas komunikacja, a energią napędzającą ją są emocje.To powód, dla którego kobiety WSZYSTKO pamiętają. Każde bowiem zdarzenie emocjonalnie przeżyte utrwala je w pamięci. Mężczyznom zdarza się to generalnie rzadziej, bo tak naprawdę emocje nie są ich siłą napędową...
Teoria pudełek tłumaczy też, dlaczego obie płcie inaczej radzą sobie ze stresem. I tak mężczyzna w stresie podąża do ulubionego pudełka z napisem NIC i w nim siedzi, bo inaczej by oszalał. Kobieta w stresie musi rozmawiać, emocjonuje się, rozważa, bo gdyby NIC nie robiła, jej mózg by eksplodował. Dlatego niewiele kobiet rozumie, że gdy mężczyzna np. straci pracę zapada w bezruch. Tymczasem on jest po prostu w swoim pudełku z napisem NIC. Podczas wędkowania prawdopodobnie jest także w pudełku z Nicością, jak i wtedy, gdy ogląda TV, ale zapytany o tytuł filmu lub jego akcję (gdy kobieta nie oglądała od początku) - wyświetla streszczenie na ekranie, albo mówi: nie wiem. To nie jest złośliwość, on naprawdę nie wie...
Mark Gungor to mówca i doradca relacji damsko-męskich. Prowadzi audycje radiowe, występuje w programach telewizyjnych, jest pastorem i pisarzem (w USA). Jego wykłady cieszą się ogromnym powodzeniem ze względu na talent aktorski i jego ogromne poczucie humoru. Jego wystapienie znajdziecie tutaj:
Dwa mózgi
zdj. główne z: nika-blue.blog.onet.pl
Ciekawe p.s. z dzisiaj: niemieckie media donoszą, że Artjoms Rudnevs, piłkarz Hamburger SV wylądował w szpitalu z niecodziennym urazem. W trakcie kłótni małżeńskiej żona niemal odgryzła mu język... To znaczy - kłócili sie na ulicy Hamburga i ona ugryzła go w język tak, że kawałek został jejw zębach.
I tu zagadka techniczna: jak dostała się do jego języka, kłócąc się z nim? Chyba że... on go jej wystawił! No to sam sobie jest winien! :-)
I poszukałam w necie dziś, i znalazłam nawet jej autora: otóż teorię pudełek wykłada na swoich spotkaniach Mark Gungor. W skrócie ją przytoczę, chociaż oryginalne wystąpienie znajdziecie na końcu mojego posta.
Otóż, męski mózg jest bardzo uporządkowany - zawiera wiele pojedynczych pudełek z napisem: żona, praca, samochód, finanse, dzieci, matka, kumple, sport itd. Kiedy mężczyzna "wyjmuje" pudełko, ogląda tylko tę jego zawartość, rozmawia tylko o tym, co ono zawiera, bo pudełka nie są ze sobą w żaden sposób połączone. Najbardziej ulubionym pudełkiem każdego mężczyzny jest jednak to z napisem NIC. Kiedy jest w tym pudełku, po prostu zajmuje się NICZYM, robi NIC, myśli o NICZYM. Większość kobiet nie wie o istnieniu tego pudełka, mało tego - objawy zajmowania się tym konkretnym pudełkiem, występujące u mężczyzny, od wieków wpędzają kobiety w prawdziwą wściekłość.
Kobiecy mózg natomiast, to system pudełek bardzo ściśle i wielokierunkowo ze sobą połączonych. Dlatego dla kobiety pudełko "dzieci" połączone jest ze: szkoła, finanse, a "samochód" z pudełkiem: mąż, zakupy itd. Między nimi trwa cały czas komunikacja, a energią napędzającą ją są emocje.To powód, dla którego kobiety WSZYSTKO pamiętają. Każde bowiem zdarzenie emocjonalnie przeżyte utrwala je w pamięci. Mężczyznom zdarza się to generalnie rzadziej, bo tak naprawdę emocje nie są ich siłą napędową...
Teoria pudełek tłumaczy też, dlaczego obie płcie inaczej radzą sobie ze stresem. I tak mężczyzna w stresie podąża do ulubionego pudełka z napisem NIC i w nim siedzi, bo inaczej by oszalał. Kobieta w stresie musi rozmawiać, emocjonuje się, rozważa, bo gdyby NIC nie robiła, jej mózg by eksplodował. Dlatego niewiele kobiet rozumie, że gdy mężczyzna np. straci pracę zapada w bezruch. Tymczasem on jest po prostu w swoim pudełku z napisem NIC. Podczas wędkowania prawdopodobnie jest także w pudełku z Nicością, jak i wtedy, gdy ogląda TV, ale zapytany o tytuł filmu lub jego akcję (gdy kobieta nie oglądała od początku) - wyświetla streszczenie na ekranie, albo mówi: nie wiem. To nie jest złośliwość, on naprawdę nie wie...
Mark Gungor to mówca i doradca relacji damsko-męskich. Prowadzi audycje radiowe, występuje w programach telewizyjnych, jest pastorem i pisarzem (w USA). Jego wykłady cieszą się ogromnym powodzeniem ze względu na talent aktorski i jego ogromne poczucie humoru. Jego wystapienie znajdziecie tutaj:
Dwa mózgi
zdj. główne z: nika-blue.blog.onet.pl
Ciekawe p.s. z dzisiaj: niemieckie media donoszą, że Artjoms Rudnevs, piłkarz Hamburger SV wylądował w szpitalu z niecodziennym urazem. W trakcie kłótni małżeńskiej żona niemal odgryzła mu język... To znaczy - kłócili sie na ulicy Hamburga i ona ugryzła go w język tak, że kawałek został jejw zębach.
I tu zagadka techniczna: jak dostała się do jego języka, kłócąc się z nim? Chyba że... on go jej wystawił! No to sam sobie jest winien! :-)
środa, 26 sierpnia 2015
Świeżość Świerzawy, czyli romańskie freski, jednorożec i złoty szampan
Nie przepadam za fejs-zbukiem, ale muszę jedno przyznać: to dzięki niemu dowiedziałam się o istnieniu niejakiego Hannibala Smoke. To pseudonim dziennikarza i pisarza, który popularyzuje region Dolnego Śląska.
I to jak skutecznie - o Świerzawie przeczytałam u Hannibala bodajże we czwartek, a w niedzielę już tam byłam! Do ciekawych wypraw NIGDY mnie nie trzeba namawiać. Poza tym pojawił się inny powód: domownik miał urodziny i to symetrycznie okrągłe, więc na jubileuszową wyprawę pojechaliśmy, zabierając przyjaciół i szampana z 22-karatowym złotem...
W kruchcie leży trochę ślicznych, potrzaskanych XVI-wiecznych epitafiów z piaskowca, wyciągniętych z podziemi kościoła - wszak od 1713 r. był to kościół cmentarny (dobudowano mu nawet takąż kaplicę). To oznacza również, że służył za miejsce pochówku znamienitych osób.
Wnętrze jest jednonawowe, pokryte na ścianach freskami. Badacze odkryli nawet kilka warstw malowideł, te najwcześniejsze są monochromatyczne i przedstawiają zwierzęta (prezbiterium). Urocze są dwie splecione długimi szyjami żyrafki. Są boćki, ryby, ssaki (w tym dziwny kot), ptaki - nawet z zakręconymi dziobami i pazurami.
Z kolei na ścianie nawy malowidło przedstawia historię życia (i męczeństwa ) św. Katarzyny z Aleksandrii, świętej z początków chrześcijaństwa, dziewczyny młodej, pięknej i mądrej, która broniła wiary w dyspucie teologicznej. Pokonała 50 uczonych mężów, ale i tak stracono ją przez łamanie kołem. Teraz to właśnie atrybut Katarzyny. Jakoś jednak bardziej niż freski zaintrygowała mnie (a właściwie Andrzejka, który zwrócił na nią moją uwagę) płyta nagrobna z herbem rodowym w postaci jednorożca z rybim ogonem.
Okazało się, że to herb von Nimptschów - kolejnej znamienitej rodziny śląskiej. Płyta świetnie się wpasowała w to surowe wnętrze ozdobione bajkowymi zwierzakami na malowidłach i na tym piaskowcu. Nie udało mi się dociec, skąd taka oryginalność w przedstawieniu herbowym najbardziej mitycznego zwierzęcia - jednorożca właśnie. Na pewno geneza takiego zniekształcenia mu tułowia musi być fascynująca. Ja już pogalopowałam na ogoniastym niczym syrena jednorożcu w historię, szperam w ezoterycznych księgach z symbolami.
Wracając jednak do kościoła: przy wejściu od strony południowej strop nawy wspierają dwie jodłowe kolumny pokryte malowidłami. Jest tam twarz Chrystusa, chociaż bardziej prawdopodobne dla mnie, że to Jan Chrzciciel (wszak pod tym wezwaniem jest kościół). Bogato zdobiona jest empora, z czasów gdy kościół był ewangelicki, gdyż wykorzystano do jej budowy deski stropowe, pokryte wcześniej polichromią. Znów pojawia się tam postać Katarzyny.
I to jak skutecznie - o Świerzawie przeczytałam u Hannibala bodajże we czwartek, a w niedzielę już tam byłam! Do ciekawych wypraw NIGDY mnie nie trzeba namawiać. Poza tym pojawił się inny powód: domownik miał urodziny i to symetrycznie okrągłe, więc na jubileuszową wyprawę pojechaliśmy, zabierając przyjaciół i szampana z 22-karatowym złotem...
Dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałam o Świerzawie i jej romańskim kościele z freskami? Nie mam pojęcia, a przecież uważam się za aktywną tropicielkę historycznych atrakcji. W dodatku wiele razy kręciłam się w pobliżu, także tematycznie turystycznie -wszak o freskach w wieży mieszkalnej w Siedlęcinie pisałam nawet na tym blogu (tutaj). Ale nigdy wcześniej nie natknęłam się na choćby małą wzmiankę o najlepiej zachowanym romańskim kościele w Polsce i jego niezwykłych malowidłach. Co więcej - niektóre są prawdopodobnie autorstwa tego samego artysty, który w Siedlęcinie zabarwił ściany "komiksem" o sir Lancelocie!
Kościół cmentarny św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej pochodzi z drugiej połowy XIII w. Z zewnątrz wygląda trochę jak zamek (bynajmniej ja odniosłam takie wrażenie):
Masywny, zbudowany z kamiennych łupków, solidnie trwający w środku niewielkiego wzniesienia, otoczony murem, z wysoką wieżą - sprawia wrażenie posiadłości jakiegoś rycerza-rozbójnika, a nie kościoła. Moje skojarzenie może nie do końca jest przypadkowe, wszak był czas (w XIV w.), gdy Świerzawę posiadali von Zedlitzowie. To stary, arystokratyczny ród śląskich rycerzy, których niektórzy krewni trudnili się łupieniem kupców i rozbójnictwem :-) Kościół nie był nigdy oczywiście siedzibą rodu, ale pełnił - obok sakralnych - także funkcje obronne - w czasach husyckich a potem reformacyjnych zawieruch schronienie mogło tu znaleźć 1000 i więcej mieszkańców. Od połowy XVI w. był kościołem ewangelickim (reformacja była na tych terenach bardzo silnym ruchem).
Budowla jest orientowana - prezbiterium znajduje się na wschodzie, a wejście przez dobudowaną kilka wieków później wieżę ( w 1506 r.) - na zachodzie. Budowla zbudowana jest więc na osi wschód–zachód, co ma znaczenie sakralne i magiczne.
Do wnętrza wchodzi się obecnie od południa, ale najpiękniejszy portal znajduje się właśnie w kruchcie. Zasłonięty obecnie wieżą, kiepsko dopasowaną do budowli - z jakiegoś powodu architekt usytuował ją tak, że zasłania z lewej strony u góry przepiękny ornament portalu - drzewo życia.
Budowniczy zniszczył widok na okazałe wejście, a w dodatku podpisał się pod tym konstrukcyjnym bublem - na zworniku w sklepieniu wieży widać wyraźnie węgielnicę i jakiś inny przyrząd (klucz francuski???). Oczywiście pierwsze skojarzenie to znak wolnomularski - a może raczej stempel członka elitarnego cechu budowniczych katedr? Jaki jednak elitarny, skoro bubel wyprodukował???
Kościół cmentarny św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej pochodzi z drugiej połowy XIII w. Z zewnątrz wygląda trochę jak zamek (bynajmniej ja odniosłam takie wrażenie):
Masywny, zbudowany z kamiennych łupków, solidnie trwający w środku niewielkiego wzniesienia, otoczony murem, z wysoką wieżą - sprawia wrażenie posiadłości jakiegoś rycerza-rozbójnika, a nie kościoła. Moje skojarzenie może nie do końca jest przypadkowe, wszak był czas (w XIV w.), gdy Świerzawę posiadali von Zedlitzowie. To stary, arystokratyczny ród śląskich rycerzy, których niektórzy krewni trudnili się łupieniem kupców i rozbójnictwem :-) Kościół nie był nigdy oczywiście siedzibą rodu, ale pełnił - obok sakralnych - także funkcje obronne - w czasach husyckich a potem reformacyjnych zawieruch schronienie mogło tu znaleźć 1000 i więcej mieszkańców. Od połowy XVI w. był kościołem ewangelickim (reformacja była na tych terenach bardzo silnym ruchem).
Budowla jest orientowana - prezbiterium znajduje się na wschodzie, a wejście przez dobudowaną kilka wieków później wieżę ( w 1506 r.) - na zachodzie. Budowla zbudowana jest więc na osi wschód–zachód, co ma znaczenie sakralne i magiczne.
Do wnętrza wchodzi się obecnie od południa, ale najpiękniejszy portal znajduje się właśnie w kruchcie. Zasłonięty obecnie wieżą, kiepsko dopasowaną do budowli - z jakiegoś powodu architekt usytuował ją tak, że zasłania z lewej strony u góry przepiękny ornament portalu - drzewo życia.
W kruchcie leży trochę ślicznych, potrzaskanych XVI-wiecznych epitafiów z piaskowca, wyciągniętych z podziemi kościoła - wszak od 1713 r. był to kościół cmentarny (dobudowano mu nawet takąż kaplicę). To oznacza również, że służył za miejsce pochówku znamienitych osób.
Wnętrze jest jednonawowe, pokryte na ścianach freskami. Badacze odkryli nawet kilka warstw malowideł, te najwcześniejsze są monochromatyczne i przedstawiają zwierzęta (prezbiterium). Urocze są dwie splecione długimi szyjami żyrafki. Są boćki, ryby, ssaki (w tym dziwny kot), ptaki - nawet z zakręconymi dziobami i pazurami.
Z kolei na ścianie nawy malowidło przedstawia historię życia (i męczeństwa ) św. Katarzyny z Aleksandrii, świętej z początków chrześcijaństwa, dziewczyny młodej, pięknej i mądrej, która broniła wiary w dyspucie teologicznej. Pokonała 50 uczonych mężów, ale i tak stracono ją przez łamanie kołem. Teraz to właśnie atrybut Katarzyny. Jakoś jednak bardziej niż freski zaintrygowała mnie (a właściwie Andrzejka, który zwrócił na nią moją uwagę) płyta nagrobna z herbem rodowym w postaci jednorożca z rybim ogonem.
Okazało się, że to herb von Nimptschów - kolejnej znamienitej rodziny śląskiej. Płyta świetnie się wpasowała w to surowe wnętrze ozdobione bajkowymi zwierzakami na malowidłach i na tym piaskowcu. Nie udało mi się dociec, skąd taka oryginalność w przedstawieniu herbowym najbardziej mitycznego zwierzęcia - jednorożca właśnie. Na pewno geneza takiego zniekształcenia mu tułowia musi być fascynująca. Ja już pogalopowałam na ogoniastym niczym syrena jednorożcu w historię, szperam w ezoterycznych księgach z symbolami.
Wracając jednak do kościoła: przy wejściu od strony południowej strop nawy wspierają dwie jodłowe kolumny pokryte malowidłami. Jest tam twarz Chrystusa, chociaż bardziej prawdopodobne dla mnie, że to Jan Chrzciciel (wszak pod tym wezwaniem jest kościół). Bogato zdobiona jest empora, z czasów gdy kościół był ewangelicki, gdyż wykorzystano do jej budowy deski stropowe, pokryte wcześniej polichromią. Znów pojawia się tam postać Katarzyny.
Wnętrze kościoła jest przyjazne światłu, mimo małych okien wpadło nieco słońca do środka, tworząc nastrój tajemniczej radości.
Nastrój ten podtrzymywaliśmy zwiedzając otoczenie kościoła. Odkryliśmy parę miłych miejsc do piknikowania, przygotowanych zapewne przez fundację opiekującą się zabytkiem. Najbardziej jednak spodobała nam się drewniana zadaszona altanka przed murem po lewej stronie wejścia na cmentarz, w której to postanowiliśmy wypić urodzinowego szampana, wiezionego z domu w futerale po Veuve Clicquot, żeby się nie ogrzał. Zabrałam dla wszystkich szklane kieliszki do szampana, tak więc nie było lipy.
A sam napój - wino musujące marki Blue Nun (błękitna zakonnica) z płatkami 22-karatowego złota doskonale dopasowało się do romańskiego otoczenia - w końcu piliśmy wino pod kościołem. Jubilat miał potem złoto na ustach, ale że to złoty chłopak jest ogólnie - to nikogo nie zdziwiło. Nasz dzień atrakcji na tym się nie skończył, bowiem zwiedziliśmy jeszcze samą Świerzawę (opisywany kościół jest poza jej centrum), która okazała się miłym i interesującym miasteczkiem, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do Złotego Lasu (uhhh, nie polecam!). Po deser musieliśmy wyprawić się do jeszcze ciekawszej Złotoryi. Ale to temat na inny wpis!
Nastrój ten podtrzymywaliśmy zwiedzając otoczenie kościoła. Odkryliśmy parę miłych miejsc do piknikowania, przygotowanych zapewne przez fundację opiekującą się zabytkiem. Najbardziej jednak spodobała nam się drewniana zadaszona altanka przed murem po lewej stronie wejścia na cmentarz, w której to postanowiliśmy wypić urodzinowego szampana, wiezionego z domu w futerale po Veuve Clicquot, żeby się nie ogrzał. Zabrałam dla wszystkich szklane kieliszki do szampana, tak więc nie było lipy.
A sam napój - wino musujące marki Blue Nun (błękitna zakonnica) z płatkami 22-karatowego złota doskonale dopasowało się do romańskiego otoczenia - w końcu piliśmy wino pod kościołem. Jubilat miał potem złoto na ustach, ale że to złoty chłopak jest ogólnie - to nikogo nie zdziwiło. Nasz dzień atrakcji na tym się nie skończył, bowiem zwiedziliśmy jeszcze samą Świerzawę (opisywany kościół jest poza jej centrum), która okazała się miłym i interesującym miasteczkiem, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do Złotego Lasu (uhhh, nie polecam!). Po deser musieliśmy wyprawić się do jeszcze ciekawszej Złotoryi. Ale to temat na inny wpis!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















