Podobno jutro w całej Europie kończy się sezon szparagowy. Wiem od koleżanki, która przed laty zbierała szparagi w Niemczech, to się zna.
Na naszych podwrocławskich polach szparagowych, sezon również się kończy. Powiedziała mi to pani sprzedająca szparagi prosto z pola w budce za Wrocławiem, którą często w sezonie odwiedzam.
Pożegnaliśmy więc dziś bardzo serdecznie ulubioną potrawę maja i czerwca, także w wersji ogrodowej, z niezastąpionym (naszym zdaniem) winem do białych szparagów nabywanym w niezawodnym w tej materii Aldi’m. Machnęłam nawet kilka słoików szparagów w zalewie octowo-miodowej według przepisu pani, u której w Strzegomianach nabywaliśmy je drogą kupna, świeżuteńkie.
Adios sparagos, do zjedzenia za rok!
poniedziałek, 24 czerwca 2019
Zafisiowanie świętojańskie
Szczyt zafisiowania świętojańskiego: wybrać się o 20.00 na przełęcz w Tąpadłach, wejść na Ślężę po zachodzie słońca - i to bez wsparcia napojów fermentowanych, pożreć na szczycie przynajmniej kilogram czereśni zagryzając bułką z mortadelą, zejść nocą z latarkami licząc po drodze robaczki świętojańskie (baja, do zobaczenia tylko w tej okolicy) i upajać się wonią kwitnącego jeszcze jaśminu (nadal bez napojów fermentowanych).
Zakończyć aktywność o 2.00 w nocy. Noce de San Juan przed Noce de San Juan!
![]() |
| Ognisko bez ognia |
![]() |
| Trójca zdobywców |
![]() |
| Po zachodzie... |
![]() |
| Ślężański miś |
wtorek, 18 czerwca 2019
Szczyt zafisiowania motoryzacyjnego
Wjechać na rowerze do galerii handlowej wjazdem dla samochodów, pokonać dwa ślimaki w górę (Dominikańska) i ocknąć się przy szlabanie poboru biletu, bo szlaban uparcie nie chciał go wydać...
sobota, 15 czerwca 2019
Księżycowa twarz
Od 3 dni biorę lek (zewnętrzny), który w skutkach ubocznych ma wypisaną w ulotce "księżycową twarz". Domyślam się tylko, o co chodzi, bo gdy wpisałam hasło w googlach wypadała nienaturalnie opuchnięta twarz Ewy Minge...
Co rano z niepokojem przyglądam się więc sobie w lustrze. Oczywiście już na drugi dzień po przeczytaniu ulotki wydawało mi się, że moja twarz stała się okrąglejsza niż zwykle, no ale szukałam potwierdzenia u otoczenia.
Otoczenie nie widziało mnie 4 dni, więc było dobrym elementem porównawczym. Pytam więc z drżeniem serca Andrzeja, czy nie zauważył jakiejś zmiany na moim obliczu.
- Jakiej zmiany? - konkretyzuje.
- No, czy nie mam czasami księżycowej twarzy? - dociekam.
- Wyglądasz wprawdzie nie z tej ziemi, ale czy akurat z księżyca jesteś - to ja nie wiem!
Co rano z niepokojem przyglądam się więc sobie w lustrze. Oczywiście już na drugi dzień po przeczytaniu ulotki wydawało mi się, że moja twarz stała się okrąglejsza niż zwykle, no ale szukałam potwierdzenia u otoczenia.
Otoczenie nie widziało mnie 4 dni, więc było dobrym elementem porównawczym. Pytam więc z drżeniem serca Andrzeja, czy nie zauważył jakiejś zmiany na moim obliczu.
- Jakiej zmiany? - konkretyzuje.
- No, czy nie mam czasami księżycowej twarzy? - dociekam.
- Wyglądasz wprawdzie nie z tej ziemi, ale czy akurat z księżyca jesteś - to ja nie wiem!
piątek, 14 czerwca 2019
Pająkożerca
Wchodzę wieczorem do kuchni, a tam na ścianie pająk wielki jak hipopotam. Mam umiarkowaną arachnofobię - tzn. nie lubię tych stworzonek, zwłaszcza kiedy np. chcą ze mną wziąć kąpiel w wannie (kto by nie chciał?), ale nie wrzeszczę na ich widok i nie duszę się w ataku paniki. Po prostu wiem, że w moim 80-letnim domu mieszkają pająki, a nawet nietoperze, więc walczyć z tymi sublokatorami sensu żadnego nie ma.
Ponieważ mojego domowego spider bustera nie było w domu, musiałam sobie sama radzić. Spider buster zazwyczaj łapie pająki w dłoń i wyprowadza na spacer poza balkon lub uczy pływać w sedesie. Ponieważ nie mogłam skorzystać z tej pomocnej męskiej dłoni, przypomniałam sobie sposób koleżanki, wielkiej arachnofobki, która pająki łapie do słoika. Wzięłam pusty słoik po musztardzie francuskiej (zdarzenie będzie miało kulinarne konotacje), wdrapałam się na taboret i zapolowałam na bestię. Nie pytajcie, jak poluje się słoikiem po musztardzie na hipopotama, może po prostu on ma elastyczne ciało??? Albo jako astygmatyczka inaczej postrzegam rozmiary (co ma zaletę przed lustrem w łazience - sylfida jestem, chociaż waga łazienkowa twierdzi coś innego, kłamczuszka).
Pierwsze podejście było nieudane, bo to szczwany pająk był, i wystrzelił ze słoika zanim zdążyłam nałożyć pokrywkę. Proszę dzieci o niekontynuowanie lektury, bo opis dalszej walki będzie drastyczny. Udało się zamknąć go w słoiku przy drugim podejściu.
Obejrzałam bestię - jak na hipopotama miał dość zgrabne nogi w paski. Miotał się bidulek strasznie po tym słoiku, więc postanowiłam go wyprowadzić poza taras, ale przedtem udzieliłam pająkowi pouczenia. Głosem poważnym i surowym obiecałam mu wolność, pod warunkiem, że więcej go w domu nie zobaczę. Poinformowałam, że w kuchni nic smacznego dla niego i tak nie było i żeby poszukał sobie lepszego lokum. Po czym wyrzuciłam go ze słoika w księżycową noc, myślę, że się gdzieś zahaczył...
Dumna z siebie piszę przed północą sms do spider bustera, który szykuje się do snu 360 km ode
mnie: „ale złapałam w kuchni pająka do słoika. Wielki”. Na co błyskawicznie dostaję lakoniczną odpowiedź: „Ok. Zjemy jak przyjadę”.
Ponieważ mojego domowego spider bustera nie było w domu, musiałam sobie sama radzić. Spider buster zazwyczaj łapie pająki w dłoń i wyprowadza na spacer poza balkon lub uczy pływać w sedesie. Ponieważ nie mogłam skorzystać z tej pomocnej męskiej dłoni, przypomniałam sobie sposób koleżanki, wielkiej arachnofobki, która pająki łapie do słoika. Wzięłam pusty słoik po musztardzie francuskiej (zdarzenie będzie miało kulinarne konotacje), wdrapałam się na taboret i zapolowałam na bestię. Nie pytajcie, jak poluje się słoikiem po musztardzie na hipopotama, może po prostu on ma elastyczne ciało??? Albo jako astygmatyczka inaczej postrzegam rozmiary (co ma zaletę przed lustrem w łazience - sylfida jestem, chociaż waga łazienkowa twierdzi coś innego, kłamczuszka).
Pierwsze podejście było nieudane, bo to szczwany pająk był, i wystrzelił ze słoika zanim zdążyłam nałożyć pokrywkę. Proszę dzieci o niekontynuowanie lektury, bo opis dalszej walki będzie drastyczny. Udało się zamknąć go w słoiku przy drugim podejściu.
Obejrzałam bestię - jak na hipopotama miał dość zgrabne nogi w paski. Miotał się bidulek strasznie po tym słoiku, więc postanowiłam go wyprowadzić poza taras, ale przedtem udzieliłam pająkowi pouczenia. Głosem poważnym i surowym obiecałam mu wolność, pod warunkiem, że więcej go w domu nie zobaczę. Poinformowałam, że w kuchni nic smacznego dla niego i tak nie było i żeby poszukał sobie lepszego lokum. Po czym wyrzuciłam go ze słoika w księżycową noc, myślę, że się gdzieś zahaczył...
Dumna z siebie piszę przed północą sms do spider bustera, który szykuje się do snu 360 km ode
mnie: „ale złapałam w kuchni pająka do słoika. Wielki”. Na co błyskawicznie dostaję lakoniczną odpowiedź: „Ok. Zjemy jak przyjadę”.
środa, 12 czerwca 2019
Mark Twain - "tylko jedno cygaro dziennie"
To ciekawe, że pisarz, który przybrał pseudonim znaczący dosłownie: "oznacz dwa" - chciał ograniczyć się do jednego cygara dziennie...
Ale nie dajmy się zwieść. W książce o tematyce naszych zachowań dotyczących finansów, pieniędzy i domowej ekonomii znalazłam ciekawą anegdotkę o Marku Twainie i jego niepohamowanej miłości do cygar. Jak twierdzi Dan Ariely w książce "Grosz do grosza", Twain kreatywnie manipulował własnymi regułami. Kiedy bowiem postanowił ograniczyć się do tylko jednego cygara dziennie, to zaczął kupować je coraz większe. Aż pewnego dnia sprawił sobie tak wielkie cygaro, że "mógłby się nim podpierać jak laską"!
Wcale mnie to nie dziwi, bo gdzieś indziej znalazłam słynne powiedzenie pisarza:
"Jeśli w niebie nie będę mógł palić cygar, moja noga tam nie postanie."
No i jeszcze takie cygarowe perełki:
"Z zasady nigdy nie palę więcej niż jedno cygaro na raz." (Mark Twain w dniu swych 17. urodzin, na prośbę, by ograniczył ilość wypalanych cygar.)
I z czasów doroślejszych: "Palę z umiarem. Na daną okazję tylko jedno cygaro."
A oto jego refleksja, pomocna mi bardzo, odkąd jestem doradcą klienta w Old Havanie: "Wokół tytoniu narosło wiele przesądów. Pierwszym z nich jest przekonanie, że materią tą rządzą jakieś normy, podczas gdy nic podobnego nie istnieje. Dla palacza jedynym standardem są jego własne upodobania, i tylko im może się poddawać. Nawet kongres wszystkich miłośników tytoniu na świecie nie potrafiłby ustalić żadnych norm wiążących mnie lub ciebie, nie mógłby mieć na nas wpływu." Mark Twain „Concerning Tobacco”, 1893 r.
No i jak Wam się podoba ten cigar aficionado? Znalezienie zdjęcia z cygarem było dość trudne... Więcej Marka Twaina z fajką. Nie rozumiem...
Ale nie dajmy się zwieść. W książce o tematyce naszych zachowań dotyczących finansów, pieniędzy i domowej ekonomii znalazłam ciekawą anegdotkę o Marku Twainie i jego niepohamowanej miłości do cygar. Jak twierdzi Dan Ariely w książce "Grosz do grosza", Twain kreatywnie manipulował własnymi regułami. Kiedy bowiem postanowił ograniczyć się do tylko jednego cygara dziennie, to zaczął kupować je coraz większe. Aż pewnego dnia sprawił sobie tak wielkie cygaro, że "mógłby się nim podpierać jak laską"!
Wcale mnie to nie dziwi, bo gdzieś indziej znalazłam słynne powiedzenie pisarza:
"Jeśli w niebie nie będę mógł palić cygar, moja noga tam nie postanie."
No i jeszcze takie cygarowe perełki:
"Z zasady nigdy nie palę więcej niż jedno cygaro na raz." (Mark Twain w dniu swych 17. urodzin, na prośbę, by ograniczył ilość wypalanych cygar.)
I z czasów doroślejszych: "Palę z umiarem. Na daną okazję tylko jedno cygaro."
A oto jego refleksja, pomocna mi bardzo, odkąd jestem doradcą klienta w Old Havanie: "Wokół tytoniu narosło wiele przesądów. Pierwszym z nich jest przekonanie, że materią tą rządzą jakieś normy, podczas gdy nic podobnego nie istnieje. Dla palacza jedynym standardem są jego własne upodobania, i tylko im może się poddawać. Nawet kongres wszystkich miłośników tytoniu na świecie nie potrafiłby ustalić żadnych norm wiążących mnie lub ciebie, nie mógłby mieć na nas wpływu." Mark Twain „Concerning Tobacco”, 1893 r.
No i jak Wam się podoba ten cigar aficionado? Znalezienie zdjęcia z cygarem było dość trudne... Więcej Marka Twaina z fajką. Nie rozumiem...
poniedziałek, 10 czerwca 2019
A, jak aficionado - pułkownik Hannibal z Drużyny A!
Serial "Drużyna A" opowiada(ł) w komediowy sposób o niezbyt legalnych akcjach byłych amerykańskich komandosów w Wietnamie, oskarżonych o napad na bank w Hanoi i z ukrycia próbujących oczyścić się z zarzutów. Cała czwórka to niezły mix indywiduum, którymi dowodzi pułkownik o ksywce "Hannibal".
Amerykański serial z lat 80. XX wieku stał się absolutnie kultowy, ale jego wersja kinowa sprzed paru lat, z Liam'em Nessonem w roli Hannibala okazała się dużym niewypałem. Nic dziwnego, wszak drużyna A jest tylko jedna, pozostałe to wersje Beta...
Bardzo lubiłam ten serial, wyświetlany w Polsce po raz pierwszy w latach 90. Pomimo wartkiej akcji, pościgów, wybuchów i standardowych "efektów ubocznych" działań komandosów, krew się tu nie lała zbyt często, a członkowie drużyny wychodzili z wszelkich akcji bez szwanku. Serial szybko zdobył popularność, a muzyczna czołówka weszła na stałe do kanonu - najbardziej rozpoznawalnych. Podobnie jak samochody drużyny - Corvetta Buźki czy czarny Van GMC.
No i te osobowości! Kultowe były sprzeczki między neurotycznym i całkowicie stukniętym pilotem, kapitanem Murdockiem, a sierżantem Baracusem - obwieszonym biżuterią atletą z irokezem na głowie, który... bał się latać. Buźka, najprzystojniejszy z nich działał tam, gdy trzeba było uwieść kobietę, przemieszczał się piękną Corvettą i miał zniewalający moje serce - uśmiech.
Wszelkie plany, strategie drużyny obmyślał natomiast pułkownik Hannibal (w tej roli George Peppard jr, znany wcześniej ze "Śniadania u Tiffanyego") - mózg wszystkich akcji, aczkolwiek nie zawsze realizowanych przez krnąbrnych podwładnych tak, jak zaplanował. Jego główna broń, oprócz mózgu skrywanego pod siwą czupryną, to skórzane rękawiczki i... potężne cygaro w rozciągniętych w uśmiechu ustach. Często przebierał się za kogoś innego - to też był element jego strategii. Dużo starszy od swoich podwładnych, patrzy na nich z ojcowską pobłażliwością. Niestety, nie wiem, jakie palił cygara...
Amerykański serial z lat 80. XX wieku stał się absolutnie kultowy, ale jego wersja kinowa sprzed paru lat, z Liam'em Nessonem w roli Hannibala okazała się dużym niewypałem. Nic dziwnego, wszak drużyna A jest tylko jedna, pozostałe to wersje Beta...
Bardzo lubiłam ten serial, wyświetlany w Polsce po raz pierwszy w latach 90. Pomimo wartkiej akcji, pościgów, wybuchów i standardowych "efektów ubocznych" działań komandosów, krew się tu nie lała zbyt często, a członkowie drużyny wychodzili z wszelkich akcji bez szwanku. Serial szybko zdobył popularność, a muzyczna czołówka weszła na stałe do kanonu - najbardziej rozpoznawalnych. Podobnie jak samochody drużyny - Corvetta Buźki czy czarny Van GMC.
No i te osobowości! Kultowe były sprzeczki między neurotycznym i całkowicie stukniętym pilotem, kapitanem Murdockiem, a sierżantem Baracusem - obwieszonym biżuterią atletą z irokezem na głowie, który... bał się latać. Buźka, najprzystojniejszy z nich działał tam, gdy trzeba było uwieść kobietę, przemieszczał się piękną Corvettą i miał zniewalający moje serce - uśmiech.
Wszelkie plany, strategie drużyny obmyślał natomiast pułkownik Hannibal (w tej roli George Peppard jr, znany wcześniej ze "Śniadania u Tiffanyego") - mózg wszystkich akcji, aczkolwiek nie zawsze realizowanych przez krnąbrnych podwładnych tak, jak zaplanował. Jego główna broń, oprócz mózgu skrywanego pod siwą czupryną, to skórzane rękawiczki i... potężne cygaro w rozciągniętych w uśmiechu ustach. Często przebierał się za kogoś innego - to też był element jego strategii. Dużo starszy od swoich podwładnych, patrzy na nich z ojcowską pobłażliwością. Niestety, nie wiem, jakie palił cygara...
piątek, 7 czerwca 2019
Na tropie aficionado 3 - roztargniony Columbo
Kiedyś to były seriale! Oglądałam głównie kryminalne: „Świętego” z Rogerem Moore, Arsena Lupin, Randalla i ducha Hopkirka (ktoś to jeszcze pamięta oprócz mnie?), Remingtona Steel, no i, oczywiście, Columbo.
To kolejny aficionado, aczkolwiek postać serialowa, nierzeczywista, za to stworzona przez scenarzystów w sposób soczysty, konsekwentny, z nawykami i innymi detalami. Przede wszystkim genialnie odtwarzana przez Petera Falka.
Columbo to serial z gatunku „odwróconego kryminału”, czyli o tym, kto zabił, dowiadujemy się na początku odcinka. Potem obserwujemy jak porucznik dochodzi do rozwikłania zagadki i kibicujemy jego, hm, niestandardowym metodom. Morderstwa dzieją się zazwyczaj w wyższych sferach - finansowych, politycznych, celebryckich. Porucznik Columbo, ubrany w straszliwie pomięty prochowiec, uzbrojony jedynie w tanie cygaro (nie nosi broni) budzi w tym środowisku zazwyczaj politowanie. Jego sposób bycia usypia czujność mordercy - wydaje się tak nieporadny, że nie traktują go jak godnego siebie przeciwnika i zazwyczaj z tego powodu popełniają błędy.
Columbo zawsze podkreśla swoją niższość - np. że nie stać go na dobre cygara i dlatego nigdy nie przepuszcza okazji, by poczęstować się habanosem u jakiegoś milionera lub polityka. Aficionado z niego najgorliwszy. Cygaro zdecydowanie pomaga mu zebrać myśli, zaplanować podstęp i odkryć zabójcę...
PS z dn. 12 XI 2019
Wczoraj wpadłam na jakiś odcinek serialu. Przez cały - porucznik palił to samo cygaro. Zadziwił mnie jego kolor: było jasnozielone... Hmmm. Z czego to mogło wynikać? Nie widziałam zielonych cygar! Czy to podkręcenie kolorów do współczesnej emisji, czy też w latach kręcenia serialu cygara (te podłe, bo habanosów wszak chyba nie palił?) miały faktycznie taki kolor?
To kolejny aficionado, aczkolwiek postać serialowa, nierzeczywista, za to stworzona przez scenarzystów w sposób soczysty, konsekwentny, z nawykami i innymi detalami. Przede wszystkim genialnie odtwarzana przez Petera Falka.
Columbo to serial z gatunku „odwróconego kryminału”, czyli o tym, kto zabił, dowiadujemy się na początku odcinka. Potem obserwujemy jak porucznik dochodzi do rozwikłania zagadki i kibicujemy jego, hm, niestandardowym metodom. Morderstwa dzieją się zazwyczaj w wyższych sferach - finansowych, politycznych, celebryckich. Porucznik Columbo, ubrany w straszliwie pomięty prochowiec, uzbrojony jedynie w tanie cygaro (nie nosi broni) budzi w tym środowisku zazwyczaj politowanie. Jego sposób bycia usypia czujność mordercy - wydaje się tak nieporadny, że nie traktują go jak godnego siebie przeciwnika i zazwyczaj z tego powodu popełniają błędy.
Columbo zawsze podkreśla swoją niższość - np. że nie stać go na dobre cygara i dlatego nigdy nie przepuszcza okazji, by poczęstować się habanosem u jakiegoś milionera lub polityka. Aficionado z niego najgorliwszy. Cygaro zdecydowanie pomaga mu zebrać myśli, zaplanować podstęp i odkryć zabójcę...
PS z dn. 12 XI 2019
Wczoraj wpadłam na jakiś odcinek serialu. Przez cały - porucznik palił to samo cygaro. Zadziwił mnie jego kolor: było jasnozielone... Hmmm. Z czego to mogło wynikać? Nie widziałam zielonych cygar! Czy to podkręcenie kolorów do współczesnej emisji, czy też w latach kręcenia serialu cygara (te podłe, bo habanosów wszak chyba nie palił?) miały faktycznie taki kolor?
Żaby w ogrodzie, kalosze na nodze...
Maj nas nawadnia dość intensywnie. W ogrodzie spotkałam śliczności żabę. Nadal nie wiem, czy to nie jest reprezentantka kolejnego pokolenia żab, które parę lat temu przywiozłam w butelce po napoju tymbark pod postacią kijanek, złapanych do tejże butelki w ogrodzie botanicznym niedaleko Przesieki. Zostały wpuszczone do naszego oczka wodnego (nazwa adekwatna, bo nie jest to oko, tylko oczko :-). A ponoć żaby wracają do miejsca, w którym się rozkijankowały, żeby złożyć skrzek. No to może to jakaś powrócona była...
Kolejny dowód na nadmiar wody to kalosze....
wtorek, 4 czerwca 2019
Na tropie aficionado 2 - Straszący Fred
Aficionado to wielbiciel (i oczywiście - palacz) cygar. W poście o Brunerze ze „Stawki większej niż życie” zapowiedziałam Wam wytropienie innych aficionado. No i znalazłam - nie można wszak pominąć reżysera horrorów czy też thrillerów (swoją drogą - co za różnica?) - mistrza suspensu, Alfreda Hitchcocka!
Pamiętam z dzieciństwa taki serial telewizyjny pod wspólnym tytułem „Alfred Hitchcock przedstawia”. Były w nim prezentowane kryminały innych reżyserów, które polecał mistrz i je nawet komentował. Sam pojawiał się w czołówce bodaj - jako tajemniczy generator dymu wydobywającego się zza odwróconego tyłem fotela, lub jako profil w meloniku i z cygarem w zębach.
No i parę dni temu trafiłam w tv na film współczesny, biograficzny, zatytułowany „Hitchcock”. W rolę Alfreda wcielił się znakomity Anthony Hopkins. Film opowiadał jak wielka była determinacja Alfreda, który nakręcił „Psychozę” wbrew wszystkim (oprócz żony) i wszystkiemu; jak dla tego filmu zastawił swój dom, jak konsekwentnie realizował swoją wizję i jak wielkim wsparciem była dla niego żona - świetna scenarzystka, która większą część życia spędziła w jego cieniu...
Hitchcock zewnętrznie oraz w nawykach trochę przypomina mi Winstona Churchilla, innego aficionado - przez tuszę i skłonność do cygar oraz szkockiej.
Znalazłam natomiast informację, że ulubioną marką Hitchcocka było Montecristo. To kolejna (o innych jeszcze napiszę) ikona kultury stymulowana twórczo przez dym cygara...
Cudna focia, nieprawdaż? Z www.scriptmag.com
Pamiętam z dzieciństwa taki serial telewizyjny pod wspólnym tytułem „Alfred Hitchcock przedstawia”. Były w nim prezentowane kryminały innych reżyserów, które polecał mistrz i je nawet komentował. Sam pojawiał się w czołówce bodaj - jako tajemniczy generator dymu wydobywającego się zza odwróconego tyłem fotela, lub jako profil w meloniku i z cygarem w zębach.
No i parę dni temu trafiłam w tv na film współczesny, biograficzny, zatytułowany „Hitchcock”. W rolę Alfreda wcielił się znakomity Anthony Hopkins. Film opowiadał jak wielka była determinacja Alfreda, który nakręcił „Psychozę” wbrew wszystkim (oprócz żony) i wszystkiemu; jak dla tego filmu zastawił swój dom, jak konsekwentnie realizował swoją wizję i jak wielkim wsparciem była dla niego żona - świetna scenarzystka, która większą część życia spędziła w jego cieniu...
Hitchcock zewnętrznie oraz w nawykach trochę przypomina mi Winstona Churchilla, innego aficionado - przez tuszę i skłonność do cygar oraz szkockiej.
Znalazłam natomiast informację, że ulubioną marką Hitchcocka było Montecristo. To kolejna (o innych jeszcze napiszę) ikona kultury stymulowana twórczo przez dym cygara...
Cudna focia, nieprawdaż? Z www.scriptmag.com
środa, 22 maja 2019
Szczecin - miasto dźwigozaurów, kwitnących wiśni japońskich i śledzi w bułce
Co powiecie na city-break w Szczecinie? Polecam. Pomysł wypadu narodził się u mnie nagle, gdy wizja majowego Amsterdamu w tulipanach, z przyczyn różnych oddaliła się i musiałam skorygować plany długiego weekendu na bardziej krajowe. I przypomniałam sobie, że jest takie miasto, w którym jeszcze nigdy nie byłam! To Szczecin - miasto uprzejmych kierowców.
Słowo daję, w żadnym innym polskim mieście nie byliśmy zmuszani przez kierowców do uruchomienia nóg i przechodzenia przez jezdnię, jak w Szczecinie. Może to morskie powietrze, albo inny nieznany faktor sprawiał, że ledwie przystanęliśmy, by zrobić zdjęcie lub podziwiać bardziej udatną budowlę lub kwiaty na drzewie, a natychmiast zatrzymywał się przy nas samochód i czekał, aż raczymy postawić krok w stronę jezdni, chociaż nie mieliśmy takiego zamiaru. Na początku wydawało nam się to bardzo szarmanckie, ale za dwudziestym razem w ciągu jednego dnia zwiedzania zaczynało nas to wkurzać. Co z tymi kierowcami, są w ukrytej kamerze, grają o milion za uprzejmość dla pieszych? Nie dowiedzieliśmy się.
Szczecin, teoretycznie, jest bardzo podobny do mojego rodzinnego Wrocławia - zagmatwana, pruska przeszłość, twierdza, podziemia, tajemnice i poplątane losy oraz sporo wody tej samej rzeki - Odry.
A jednak okazał się całkiem inny. Wjazd do centrum, w którym wynajęliśmy mieszkanko, imponujący - kiedy Wały Chrobrego wynurzyły się zza zakrętu Trasy Królewskiej, zatkało nas z wrażenia. Monumentalne budowle zwrócone ku rzece - przez chwilę poczułam się jak w Dreźnie:
Wieczorem wypuściliśmy się na Szczecin by night i było też pięknie: odkryliśmy knajpkę na Wałach w kształcie okrętu, cała z drewna i z wypchanymi rekinami w środku, z płonącym paleniskiem na zewnątrz. Podświetlone gmachy muzeum, teatru robiły wielkomiejskie wrażenie. Zachwycił mnie port, który jest przecież morski. Wieczorami rozświetlają go dźwigozaury - sympatyczne stwory wyczarowane z portowych urządzeń:
Przez następne parę dni zwiedzania zobaczyliśmy, że jest tu mnóstwo parków, zieleni z kwitnącymi o tej porze... japońskimi wiśniami! Okazuje się, a zdradził mi to Szczecinianin spotkany w parku pod takim pysznie kwitnącym drzewem, że klimat Szczecina zbliżony jest do klimatu Japonii, stąd te wiśnie... Botaniczne cuda.
Powierzchniowo Szczecin jest na 3. miejscu w Polsce pod względem wielkości, ale te obszary to woda (w granicach miasta jest wielkie jezioro), kanały, międzyodrze, parki, zieleń, pagórki i jeszcze dwie rzeki poza Odrą - tak więc dla ludzi jest miejsca nieco mniej więc pod względem liczby mieszkańców Szczecin zajmuje dopiero 7 miejsce.
Odkryliśmy też miejscowy przysmak: kanapki ze śledziem, które sprawiły, że wstąpiłam do klubu śledziożerców. Najprawdziwszą śledziową ucztę sprawiliśmy sobie na szczecińskim zamku w kultowej restauracji, w której było wielu celebrytów (można tam mazać na ścianach):
Bardziej zajmujące od graffiti i odkrywania kto tu sławny (poza nami!) był i co jadł, były jednak śledzie na osiem sposobów przyrządzone:
Poza budowlami z końca XIX w. są tu na wskroś nowoczesne budynki, które zdobyły nawet międzynarodowe nagrody za projekt, np. Filharmonia Szczecińska, która wygląda trochę jak kartonowy akordeon. Włosi projektowali, ba!
Z dwóch ekstra atrakcji, które proponowano nam w Szczecinie zdobyliśmy jedną: zwiedziliśmy ponoć największy w Polsce cmentarz, założony w połowie XIX w. na planie skarabeusza, bo projektował go ktoś, kto chciał wpleść w całość symbolikę masońską. Cmentarz jest tak wielki, że dopiero pod koniec zwiedzania dotarliśmy do najbardziej intrygujących starych grobowców:
Drugim polecanym miejscem była podziemna trasa pod dworcem kolejowym. Jednak godzina zwiedzania poniemieckich schronów sprzed wojny i z czasów II wojny światowej jakoś nas nie zachęciła i w końcu nie skorzystaliśmy z oferty, która pojawia się tylko sezonowo. Może szkoda - trudno to teraz ocenić.
Szczecin to wspaniałe miejsce wypadowe - blisko Świnoujście i kurorty po niemieckiej stronie, nie mówiąc o wyspie Wolin i kurortach nadmorskich w rodzaju Międzyzdrojów. Ale samo miasto dostarcza wrażeń na weekendowy city-break.
Słowo daję, w żadnym innym polskim mieście nie byliśmy zmuszani przez kierowców do uruchomienia nóg i przechodzenia przez jezdnię, jak w Szczecinie. Może to morskie powietrze, albo inny nieznany faktor sprawiał, że ledwie przystanęliśmy, by zrobić zdjęcie lub podziwiać bardziej udatną budowlę lub kwiaty na drzewie, a natychmiast zatrzymywał się przy nas samochód i czekał, aż raczymy postawić krok w stronę jezdni, chociaż nie mieliśmy takiego zamiaru. Na początku wydawało nam się to bardzo szarmanckie, ale za dwudziestym razem w ciągu jednego dnia zwiedzania zaczynało nas to wkurzać. Co z tymi kierowcami, są w ukrytej kamerze, grają o milion za uprzejmość dla pieszych? Nie dowiedzieliśmy się.
Szczecin, teoretycznie, jest bardzo podobny do mojego rodzinnego Wrocławia - zagmatwana, pruska przeszłość, twierdza, podziemia, tajemnice i poplątane losy oraz sporo wody tej samej rzeki - Odry.
A jednak okazał się całkiem inny. Wjazd do centrum, w którym wynajęliśmy mieszkanko, imponujący - kiedy Wały Chrobrego wynurzyły się zza zakrętu Trasy Królewskiej, zatkało nas z wrażenia. Monumentalne budowle zwrócone ku rzece - przez chwilę poczułam się jak w Dreźnie:
![]() |
| Monumentalna fontanna przy Tarasach Hakena, jak po niemiecku nazywały się Wały Chrobrego |
![]() |
| Schody, schody, schody... |
Wieczorem wypuściliśmy się na Szczecin by night i było też pięknie: odkryliśmy knajpkę na Wałach w kształcie okrętu, cała z drewna i z wypchanymi rekinami w środku, z płonącym paleniskiem na zewnątrz. Podświetlone gmachy muzeum, teatru robiły wielkomiejskie wrażenie. Zachwycił mnie port, który jest przecież morski. Wieczorami rozświetlają go dźwigozaury - sympatyczne stwory wyczarowane z portowych urządzeń:
Przez następne parę dni zwiedzania zobaczyliśmy, że jest tu mnóstwo parków, zieleni z kwitnącymi o tej porze... japońskimi wiśniami! Okazuje się, a zdradził mi to Szczecinianin spotkany w parku pod takim pysznie kwitnącym drzewem, że klimat Szczecina zbliżony jest do klimatu Japonii, stąd te wiśnie... Botaniczne cuda.
![]() |
| Wiśnie japońskie |
Powierzchniowo Szczecin jest na 3. miejscu w Polsce pod względem wielkości, ale te obszary to woda (w granicach miasta jest wielkie jezioro), kanały, międzyodrze, parki, zieleń, pagórki i jeszcze dwie rzeki poza Odrą - tak więc dla ludzi jest miejsca nieco mniej więc pod względem liczby mieszkańców Szczecin zajmuje dopiero 7 miejsce.
Bardziej zajmujące od graffiti i odkrywania kto tu sławny (poza nami!) był i co jadł, były jednak śledzie na osiem sposobów przyrządzone:
Poza budowlami z końca XIX w. są tu na wskroś nowoczesne budynki, które zdobyły nawet międzynarodowe nagrody za projekt, np. Filharmonia Szczecińska, która wygląda trochę jak kartonowy akordeon. Włosi projektowali, ba!
Z dwóch ekstra atrakcji, które proponowano nam w Szczecinie zdobyliśmy jedną: zwiedziliśmy ponoć największy w Polsce cmentarz, założony w połowie XIX w. na planie skarabeusza, bo projektował go ktoś, kto chciał wpleść w całość symbolikę masońską. Cmentarz jest tak wielki, że dopiero pod koniec zwiedzania dotarliśmy do najbardziej intrygujących starych grobowców:
Drugim polecanym miejscem była podziemna trasa pod dworcem kolejowym. Jednak godzina zwiedzania poniemieckich schronów sprzed wojny i z czasów II wojny światowej jakoś nas nie zachęciła i w końcu nie skorzystaliśmy z oferty, która pojawia się tylko sezonowo. Może szkoda - trudno to teraz ocenić.
Szczecin to wspaniałe miejsce wypadowe - blisko Świnoujście i kurorty po niemieckiej stronie, nie mówiąc o wyspie Wolin i kurortach nadmorskich w rodzaju Międzyzdrojów. Ale samo miasto dostarcza wrażeń na weekendowy city-break.
wtorek, 7 maja 2019
Szpaczy żywot
Podglądam szpaczki, które założyły gniazdo (kolejny rok z rzędu) w dziupli po uschniętej gałęzi orzecha włoskiego na moim ogrodzie. Na własnej więc prawie piersi hodujemy sobie gang, który potem obrabia nam czereśnię...
Ostatnio ratowałam je przed kotem Lolką, bo pisklęta dość głośne są rano (wiadomo, głodne) i widocznie darły dzioby tak bardzo, że Lolka je usłyszała. Ujrzałam przez okno w łazience, że jednym susem wskoczyła na drzewo i zmierza w stronę dziupelki. Wyleciałam więc w szlafroku na taras i wydarłam się: Lola, Lola!!!!! - odwracając jej uwagę wołaniem na śniadanie. Pomogło, bo kilerka zeskoczyła z gałęzi tuż na wprost gniazda i zaudała się na zaoferowane jej śniadanie, porzucając świeżą przystawkę z dziczyzny.
Jak długo jednak będę mogła chronić maleństwa? Nie wiem, liczę na kocią sklerozę, że zapomni co słyszała, widziała, bo tak czasem ma, że zapomina, co lubi, gdzie ma swój domek itp.
Żal mi ptaków, zwłaszcza rodziców, którzy z takim poświęceniem, pewnie zaniedbując własne potrzeby szukają jedzenia dla małych, wynoszą woreczki z nieczystościami z gniazda, uganiają się cały boży dzień... I po co? By kotek, aczkolwiek kochany, miał przystawkę????
Lubię szpaki, bo są niezwykle kreatywnymi śpiewakami, wydają takie dźwięki różne, czasem wręcz komiczne, jakby naśladowały alarm samochodowy, mlaskały, kląskały, gwizdały.
Niedawno znalazłam śliczną skorupkę w zielono-niebieskim kolorze, właśnie pod orzechem. To właśnie jajo szpacze, wyklute.
Podobno też wyrzucają całe jajka, bo wiedzą, które są niezapłodnione, więc zbędne, zajmujące tylko miejsce w ciasnym gniazdku.
Wiem też od Wajraka, że szpaczy tato podsłuchuje różne miejskie odgłosy, np. hamulce tramwaju, auta, pip alarmu, dzwonek telefonu i następnie wplata je w swoje piosenki, improwizując. Zwiększa w ten sposób swoją samczą atrakcyjność dla pani szpak. A ja mam koncerty w ogrodzie. Maj to ptasia rozgłośnia, wszystkie ptaki śpiewają teraz najwięcej, najpiękniej i na wyścigi.
Ostatnio ratowałam je przed kotem Lolką, bo pisklęta dość głośne są rano (wiadomo, głodne) i widocznie darły dzioby tak bardzo, że Lolka je usłyszała. Ujrzałam przez okno w łazience, że jednym susem wskoczyła na drzewo i zmierza w stronę dziupelki. Wyleciałam więc w szlafroku na taras i wydarłam się: Lola, Lola!!!!! - odwracając jej uwagę wołaniem na śniadanie. Pomogło, bo kilerka zeskoczyła z gałęzi tuż na wprost gniazda i zaudała się na zaoferowane jej śniadanie, porzucając świeżą przystawkę z dziczyzny.
Jak długo jednak będę mogła chronić maleństwa? Nie wiem, liczę na kocią sklerozę, że zapomni co słyszała, widziała, bo tak czasem ma, że zapomina, co lubi, gdzie ma swój domek itp.
Żal mi ptaków, zwłaszcza rodziców, którzy z takim poświęceniem, pewnie zaniedbując własne potrzeby szukają jedzenia dla małych, wynoszą woreczki z nieczystościami z gniazda, uganiają się cały boży dzień... I po co? By kotek, aczkolwiek kochany, miał przystawkę????
Lubię szpaki, bo są niezwykle kreatywnymi śpiewakami, wydają takie dźwięki różne, czasem wręcz komiczne, jakby naśladowały alarm samochodowy, mlaskały, kląskały, gwizdały.
Niedawno znalazłam śliczną skorupkę w zielono-niebieskim kolorze, właśnie pod orzechem. To właśnie jajo szpacze, wyklute.
Podobno też wyrzucają całe jajka, bo wiedzą, które są niezapłodnione, więc zbędne, zajmujące tylko miejsce w ciasnym gniazdku.
Wiem też od Wajraka, że szpaczy tato podsłuchuje różne miejskie odgłosy, np. hamulce tramwaju, auta, pip alarmu, dzwonek telefonu i następnie wplata je w swoje piosenki, improwizując. Zwiększa w ten sposób swoją samczą atrakcyjność dla pani szpak. A ja mam koncerty w ogrodzie. Maj to ptasia rozgłośnia, wszystkie ptaki śpiewają teraz najwięcej, najpiękniej i na wyścigi.
poniedziałek, 6 maja 2019
Cygara w filmie
Nie wiadomo dlaczego ;-) ostatnio zaczęłam zwracać uwagę na cygara, zwłaszcza te "grające" w filmach. Na którymś programie w ub. tygodniu mignął mi 8. odcinek "Stawki większej niż życie". Ponieważ przygody polskiego 007 mogę oglądać bez końca (ach, Stanisław Mikulski w mundurze Abwehry jest dwa razy przystojniejszy od Pierca Brosnana, Tomothy Daltona czy nawet Davida Craiga), przysiadłam przed ekranem na dłużej.
W pewnej scenie tego odcinka Brunner częstuje cygarem swojego szefa - przez chwilę mignął mi ring... Montecristo??? Panowie szybko pozbywają się pierścieni, więc pewności nie mam, pada jeszcze tylko pytanie do Brunnera, skąd ma na 5-cio markowe cygara, ale ów odpowiada wymijająco...
Wojna i luksus z Kuby? Ha!
Teraz muszę jeszcze dotrzeć do serialu o poruczniku Columbo, który też lubił pomiętolić w zębach cygarko. Sprawdzę, jakie, chociaż szanse na Havanosa są znikome - wiadomo, embargo na cygara w USA trwa do dziś...
W pewnej scenie tego odcinka Brunner częstuje cygarem swojego szefa - przez chwilę mignął mi ring... Montecristo??? Panowie szybko pozbywają się pierścieni, więc pewności nie mam, pada jeszcze tylko pytanie do Brunnera, skąd ma na 5-cio markowe cygara, ale ów odpowiada wymijająco...
Wojna i luksus z Kuby? Ha!
Teraz muszę jeszcze dotrzeć do serialu o poruczniku Columbo, który też lubił pomiętolić w zębach cygarko. Sprawdzę, jakie, chociaż szanse na Havanosa są znikome - wiadomo, embargo na cygara w USA trwa do dziś...
środa, 17 kwietnia 2019
Mistyczny gotyk w ogniu
Paryska
Notre-Dame (bo jest więcej Notre-Dame we Francji) jest najsłynniejszą katedrą
gotycką Europy – i świata. Z przerażenia nie mogłam patrzeć jak płonie. Cudem udało się wiele uratować, chociaż przywrócenie stanu sprzed pożaru będzie dużo kosztować – pieniędzy i czasu…
![]() |
| Wyglądała jak okręt? |
Może nie
jest najpiękniejsza, nie jest też najstarsza. Jednak niewątpliwie jest to wyjątkowa budowla-symbol, nie tylko Paryża. Jedna z
pierwszych gotyckich katedr. Pełna tajemnic i symboliki. Powstała w czasach ciekawych, niesłusznie nazywanych
„ciemnymi". Gotyk pojawił się w Europie dość nagle – i od razu w formie
doskonałej.
Nazwa stylu wywodzi się od Gotów – nieokrzesanych najeźdźców Rzymu. Termin wymyślono w renesansie. Gotyckie budowle sakralne nie były jednak nawet w centymetrze sześciennym prymitywne - wręcz przeciwnie, to architektoniczna rewolucja! Rozwój cywilizacyjny, jaki dokonał się dzięki nim można porównać do rewolucji
przemysłowej. Budowniczowie wykorzystywali nowe techniki – skąd mieli dane, wzory, metody, narzędzia? Ha! Znacznie udoskonalono wtedy m.in. dźwig, wynaleziono kafar. Dzięki
odciążeniu ścian można było wpuścić przez rozetę do wnętrza mistyczny element
– boskie światło, pięknie przefiltrowane przez witraże. Zaczęto wznosić prawdziwe
drapacze chmur, a zajmowali się tym wędrowni murarze – masoni. Związkowcy, pilnie strzegący sekretów swego zawodu, dobrze opłacani
fachowcy. Podobnie genialnymi i zamkniętymi w swym „klanie” twórcami byli
witrażyści, którzy wieńczyli dzieło architektoniczne.
Templariusze
i katedry
Jest teoria, którą uwielbiam, że sekrety gotyckich sklepień, przypór przywieźli z Bliskiego Wschodu do Europy
Templariusze. Mają być prawdziwymi autorami katedr. Niezwykły, nagły i pełen
pasji trend wznoszenia strzelistych kościołów, który opanował średniowieczną
Europę jak dżuma, rozpoczął się w połowie 1144. Wtedy to opat Suger z podparyskiego
Saint-Denis podjął zamiar przebudowania tego opactwa. W efekcie powstał
pierwszy gotycki kościół. Dla przypomnienia - Zakon Templariuszy istniał od
1118.
W ciągu
300 lat „gotyckiej dżumy” w samej Francji powstało 80 katedr i 500
dużych kościołów gotyckich. Każda z tych budowli to efekt ogromnego wysiłku... developerskiego,
jak byśmy dzisiaj powiedzieli.
Ok 1165
ruszyła budowa katedry Notre Dame na paryskiej wyspie Ile de la
Cite. Co ciekawe – na tej samej wyspie, przed katedrą Notre Dame, tyle że w XIV w.
został spalony na stosie ostatni Wielki Mistrz Templariuszy – Jakub de Molay…
Nie była, jak wspomniałam, pierwszym gotyckim kościołem, ale jednym z pierwszych. Budowano ją przez 200
lat i to w miejscu pogańskich świątyń, w których wcześniej czczono boginie, żeńską Moc.
Wybór patronki też nie był przypadkowy. Notre Dame to dosłownie „nasza pani”,
której szczególny hołd oddawali Templariusze. To synonim Matki Boskiej, Maryi –
albo szerzej – żeńskiego pierwiastka w religii.
Maryja w
czasach budowy gotyckich katedr była całkiem młodą świętą. Wcześniej Kościół
traktował kobiety przedmiotowo, represjonował je, uważał za nieczyste, grzesznice itp., tworząc religię skupioną na męskim pierwiastku. Wiadomo: Bóg
Ojciec, Chrystus, Duch Święty. Nie było tam miejsca nawet dla matki boga.
Dopiero w XI w. pojawił się (i znów zbieżność: z Templariuszami?) kult
żeńskiego pierwiastka w osobie Maryi - symbolu czystości. Za nią do katedr
trafiły posągi innych kobiet (Marii Magdaleny, Czarnych Madonn, świętych). Zmienił
się stosunek Kościoła do kobiet w ogóle.
Notre Dame to patronka także innych
francuskich katedr – np. w Reims, Chartres. To był bardzo silny średniowieczny
trend – to zwrócenie się do kobiecego pierwiastka, czczenie życia. A święty Graal - nie jest to czasem czara życia, czyli kobieta właśnie?
Burzliwe
dzieje paryskiej katedry
Wracając
jednak do samej Notre-Dame - to spod tej paryskiej w średniowieczu wyruszały
wyprawy krzyżowe. Przetrwała trudny czas Rewolucji Francuskiej, kiedy najpierw
chciano ją zburzyć, potem zrobiono z niej Świątynię Rozumu, magazyn wina,
broni. Dopiero Napoleon, koronując się w niej na cesarza (w
1804) przywrócił jej splendor. Tylko powierzchownie, bo stan budowli był
opłakany, sam Victor Hugo wzywał do renowacji katedry. W XIX w. budowla wróciła
do dawnej świetności. Wówczas też na fasadzie pojawiły się gargulce, chimery – rzeźby
maszkaronów, dodane przez architekta, który zajął się restauracją katedry.
Katedrę
zdobią dwie masywne, ale nierówne wieże (ocalone!), cała budowla jest
wczesnogotycka – jeszcze dość przysadzista i asymetryczna. Fasadę zdobi
koronkowa rozeta (też ocalała), symbolizująca wieczność. Trzy portale
(czyli wejścia) zdobione są scenami biblijnymi, nad którymi ciągnie się korowód
28 królów z uszkodzonymi w czasie Rewolucji Francuskiej obliczami...
Pół świata
mobilizuje siły i pieniądze, by odbudować katedrę. Druga połowa medytuje, co
może ten pożar oznaczać? Mistycy doszukują się symboli, prześmiewcy kpią,
miłośnicy zabytków (ja!ja!) - płaczą. Dokonała się kolejna katastrofa. Aż dziw, że wobec
jej skali – nikt nie ucierpiał.
Ucierpiały natomiast bezcenne przedmioty: skarby, artefakty,
relikwie, obrazy, konstrukcja budowli. Długo będziemy czekać na powrót magii - każdy kto był w Notre Dame twierdzi, że panuje w niej wyjątkowa
atmosfera.
czwartek, 11 kwietnia 2019
Podróże w czasie: z Herodotem i Kapuścińskim
Wpadły mi w ręce „Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałam tę książkę, może nie, bo ona „późna” jest. I może z tego właśnie powodu jest genialna!
Jako filologowi klasycznemu Herodot jak i jego „Dzieje” są mi bliscy. Nigdy jednak nie patrzyłam na to dzieło w sposób, w jaki czyni to Kapuściński. To niesamowite, jak On pojmuje ten starodawny przekaz, i jak szybko, już od pierwszych stron lektury księgi Herodot staje się przyjacielem, mentorem, nauczycielem zawodu, wzorem do naśladowania. I to pomimo dystansu czasu oraz geograficznego, mentalnego, kulturowego i cywilizacyjnego.
Mniej w "Podróżach z Herodotem" podróży samego Kapuścińskiego. Są za to obszerne cytaty z dzieła Herodota, które w zamiarze reportera mają być może ułatwić zrozumienie wydarzeń XX wieku. Te paralele, przykłady pychy i szaleństwa, które od wieków pchają ludzi do czynów niegodnych, złych, absurdalnych - są niezmiennie pouczające? Pocieszające? Trudno powiedzieć, nie wiemy wszak jak współcześni Herodotowi odbierali jego dzieło, czy pomagało im ono zrozumieć otaczający ich świat, tamten, sprzed ponad 2000 lat? I co z tego dla nich wynikało, że poznali surrealistyczne losy, decyzje - np. perskich władców, z których najbardziej spektakularnym było biczowanie wzburzonego morza, by je ukarać za wstrzymanie armii w dotarciu na grecki ląd...
A co dla nas wynika z książki Kapuścińskiego? Czy odkrył on, z pomocą Herodota, gdzie rodzi się zło? Czy trafił na mechanizm, części tej machiny, która kręci dziejami? Padają jakieś hipotezy, ale trop często się gubi. W gąszczu zdarzeń równoległych, bo i tych sprzed tysięcy lat i tych, które dotyczą bezpośrednio Kapuścińskiego wyłaniają się jakieś odłamki wiedzy, ale powodów takich czy innych poczynań bohaterów zrozumieć się nie da. Kapuściński wspomina o jakiejś pokoleniowej odpowiedzialności za jeden zły czyn, za który karę ponoszą potomkowie nawet kilkaset lat później. Za Herodotem cytuje trzy reguły, które organizują ludziom życie: Pierwsza to odwieczne i święte prawo zemsty za niegodne czyny, druga twierdzi, że szczęście ludzkie nigdy nie jest trwałe. A trzecie prawo to delficka wyrocznia: Przeznaczenia nawet bóg nie może uniknąć... Herodot skupia się na działaniach jednostki, która wpływa na losy tysięcy. Kserkses, Dariusz, Zopyros i dziesiątki innych królów, władców, satrapów. Kierowani głupotą, butą, nienawiścią zawsze okazują się narzędziem w rękach Mojry. Taki perski satrapa i arystokrata -Zopyros - to już przeszedł sam siebie. Poczuł się osobiście urażony, że obrońcy Babilonu tańczyli na murach niezwyciężonego, warownego miasta, wyśmiewając niemoc oblegających ich Persów. Z tej obrazy obciął sobie uszy i nos, tak samookaleczony podstępem zdobył zaufanie Babilończyków, by wprowadzić Persów do niezwyciężonego dotąd miasta, grzebiąc w gruzach jego piękno, biblioteki, uczelnie, dostatek. Kiedy opowiadałam o tym mężowi - po męsku wziął stronę Zopyrosa, mówiąc że Babilończycy sami sobie winni, bo po co drażnili wrogów szydząc z nich? A ja nie rozumiem, jak można poczuć się tak osobiście dotkniętym w tłumie kilkuset tysięcy ludzi????
Wracając do Kapuścińskiego - tu nie pojawia się żadne konkretne imię, człowiek odpowiedzialny za postawy tysięcy ludzi. Nieruchome twarze Chińczyków, spotykanych na ulicy, w pociągu, sklepie, na targu, którzy boją się zdradzić choćby małą emocję, myśl. Kto ich tak okaleczył? Śledzące wszędzie reportera w Kairze egipskie oczy: portierów, przechodni,ów, zamiataczy ulic - skryta armia systemu, który nawet nie musi płacić ani centa tym samozwańczym strażnikom za ich gorliwość i gotowość do pracy... Dla kogo i czego się tak trudzą?
Herodot nie ma poczucia alienacji w podróżach. Nawet kiedy opisuje obyczaje tak dziwaczne, że aż nieprawdopodobne - nie ma w nim strachu przed innością, poczucia wyobcowania, próby choćby oceniania. Kapuściński natomiast czuje się obco przez cały czas - nie znając języka nie może dotrzeć do emocji i myśli drugiego człowieka. Czuje się osamotniony z powodu odmienności, ale chce zrozumieć, poznać, zgłębić, zapisać to, co determinuje myślenie, zachowanie, poglądy jednostki w danym miejscu i czasie.
Może dlatego, że jestem, jak oni obaj, podróżnikiem, książka Kapuścińskiego poruszyła mnie. Od dawna kieruje mną ciekawość i otwartość, chociaż odnoszę podobne wrażenie, że nie można poznać danego kraju, ludzi inaczej jak poprzez język. Otwartość nie zawsze się dobrze kończy. Kapuściński opisuje przygodę w Kairze, gdy zamiatacz ulic pod jego hotelem, znany mu z widzenia, po kilku dniach jego pobytu zaprosił go w miejsce, w którym zobaczy wspaniały widok miasta. Jechali najpierw długo autobusem, potem weszli w zakamarki mediny, wreszcie przez jakąś bramę z kodem (lata 60. ub. wieku!) weszli na teren mocno opuszczony, gdzie stał minaret. Przewodnik zaczął go popychać do wejścia na górę, minaret był wysoki, a schody wąskie i zmurszałe ze starości. Odwrotu jednak nie było, reporter musiał iść w górę, mimo osłabienia upałem i wysiłkiem, bo jedyną drogę odwrotu zastawiał Egipcjanin. Kiedy dotarli na szczyt platformy dla muezzina, która nie miała żadnej barierki, został wypchnięty prawie na skraj, do pozycji w której bał się otrzeć pot z czoła, bo groziło to runięciem w dół z kilkunastu metrów. I wtedy Egipcjanin zażądał portfela. Była to prośba, której nie sposób odmówić. Reporter wrócił pół żywy do hotelu taksówką. Przez następne tygodnie nadal spotykał tego grabieżcę, obojętnie patrzącego mu prosto w oczy...
Przypomniałam sobie swoją przygodę w Tunezji, na początku lat 90. To był nasz z mężem pierwszy tropikalny wyjazd. Udaliśmy się samodzielnie z hotelu pod Sousse do Tunisu - by pozwiedzać leżący nieopodal niego kompleks starożytnej Kartaginy.
W którymś miejscu na szczycie wzgórza złapała nas burza, a my bez parasola. Podjechała jakaś półciężarówka i miły Tunezyjczyk zaproponował nam podwózkę do Tunisu, skąd mieliśmy powrotny pociąg do Sousse. Skorzystaliśmy z uprzejmości, ja usiadłam obok kierowcy, Andrzej na tylnym siedzeniu. Kierowca jak każdy muzułmanin wypytał skąd jesteśmy, poprosił o wpis do kajetu z adresami turystów z całego świata - na pamiątkę. Coś mu tam naskrobałam, ale obserwowałam jednocześnie drogę i zauważyłam, że kierowca ignoruje drogowskazy do Tunisu, kierując się w kierunku przeciwnym, mimo że mówiliśmy o Tunisie i stacji kolejowej. Na najbliższych światłach po prostu uciekliśmy z tego auta. Wtedy uznałam, ze to nic nie znaczący epizod, dopiero po lekturze książki Kapuścińskiego przyszło mi do głowy, że mógł próbować nas okraść - wywożąc gdzieś i żądając pieniędzy.
Podobnie było w Maroku, w Taroudant pojawił się samozwańczy przewodnik, który się do nas przykleił, niczego nie pokazał (oprócz kwiatów pomarańczy, które ślepy by wyczuł, bo pachniały jak perfumy), a potem zażądał horrendalnej opłaty. I wykłócał się w miejscu, gdzie zaparkowaliśmy samochód, a który natychmiast otoczyło kilkunastu jego ziomków, groźnie na nas spoglądających i wykrzykujących coś po arabsku... Ledwie się wywinęliśmy jakąś kwotą - taką pomiędzy naszym planowanym datkiem (bo wyglądał biednie), a jego żądaniem.
Podróże uczą, kształcą i wzbogacają. Duchowo. A zwłaszcza podróże z Herodotem...
![]() |
| Herodot pod wiedeńskim Parlamentem. Szacun dla Austriaków za wybór patrona! |
Mniej w "Podróżach z Herodotem" podróży samego Kapuścińskiego. Są za to obszerne cytaty z dzieła Herodota, które w zamiarze reportera mają być może ułatwić zrozumienie wydarzeń XX wieku. Te paralele, przykłady pychy i szaleństwa, które od wieków pchają ludzi do czynów niegodnych, złych, absurdalnych - są niezmiennie pouczające? Pocieszające? Trudno powiedzieć, nie wiemy wszak jak współcześni Herodotowi odbierali jego dzieło, czy pomagało im ono zrozumieć otaczający ich świat, tamten, sprzed ponad 2000 lat? I co z tego dla nich wynikało, że poznali surrealistyczne losy, decyzje - np. perskich władców, z których najbardziej spektakularnym było biczowanie wzburzonego morza, by je ukarać za wstrzymanie armii w dotarciu na grecki ląd...
A co dla nas wynika z książki Kapuścińskiego? Czy odkrył on, z pomocą Herodota, gdzie rodzi się zło? Czy trafił na mechanizm, części tej machiny, która kręci dziejami? Padają jakieś hipotezy, ale trop często się gubi. W gąszczu zdarzeń równoległych, bo i tych sprzed tysięcy lat i tych, które dotyczą bezpośrednio Kapuścińskiego wyłaniają się jakieś odłamki wiedzy, ale powodów takich czy innych poczynań bohaterów zrozumieć się nie da. Kapuściński wspomina o jakiejś pokoleniowej odpowiedzialności za jeden zły czyn, za który karę ponoszą potomkowie nawet kilkaset lat później. Za Herodotem cytuje trzy reguły, które organizują ludziom życie: Pierwsza to odwieczne i święte prawo zemsty za niegodne czyny, druga twierdzi, że szczęście ludzkie nigdy nie jest trwałe. A trzecie prawo to delficka wyrocznia: Przeznaczenia nawet bóg nie może uniknąć... Herodot skupia się na działaniach jednostki, która wpływa na losy tysięcy. Kserkses, Dariusz, Zopyros i dziesiątki innych królów, władców, satrapów. Kierowani głupotą, butą, nienawiścią zawsze okazują się narzędziem w rękach Mojry. Taki perski satrapa i arystokrata -Zopyros - to już przeszedł sam siebie. Poczuł się osobiście urażony, że obrońcy Babilonu tańczyli na murach niezwyciężonego, warownego miasta, wyśmiewając niemoc oblegających ich Persów. Z tej obrazy obciął sobie uszy i nos, tak samookaleczony podstępem zdobył zaufanie Babilończyków, by wprowadzić Persów do niezwyciężonego dotąd miasta, grzebiąc w gruzach jego piękno, biblioteki, uczelnie, dostatek. Kiedy opowiadałam o tym mężowi - po męsku wziął stronę Zopyrosa, mówiąc że Babilończycy sami sobie winni, bo po co drażnili wrogów szydząc z nich? A ja nie rozumiem, jak można poczuć się tak osobiście dotkniętym w tłumie kilkuset tysięcy ludzi????
Wracając do Kapuścińskiego - tu nie pojawia się żadne konkretne imię, człowiek odpowiedzialny za postawy tysięcy ludzi. Nieruchome twarze Chińczyków, spotykanych na ulicy, w pociągu, sklepie, na targu, którzy boją się zdradzić choćby małą emocję, myśl. Kto ich tak okaleczył? Śledzące wszędzie reportera w Kairze egipskie oczy: portierów, przechodni,ów, zamiataczy ulic - skryta armia systemu, który nawet nie musi płacić ani centa tym samozwańczym strażnikom za ich gorliwość i gotowość do pracy... Dla kogo i czego się tak trudzą?
Herodot nie ma poczucia alienacji w podróżach. Nawet kiedy opisuje obyczaje tak dziwaczne, że aż nieprawdopodobne - nie ma w nim strachu przed innością, poczucia wyobcowania, próby choćby oceniania. Kapuściński natomiast czuje się obco przez cały czas - nie znając języka nie może dotrzeć do emocji i myśli drugiego człowieka. Czuje się osamotniony z powodu odmienności, ale chce zrozumieć, poznać, zgłębić, zapisać to, co determinuje myślenie, zachowanie, poglądy jednostki w danym miejscu i czasie.
Może dlatego, że jestem, jak oni obaj, podróżnikiem, książka Kapuścińskiego poruszyła mnie. Od dawna kieruje mną ciekawość i otwartość, chociaż odnoszę podobne wrażenie, że nie można poznać danego kraju, ludzi inaczej jak poprzez język. Otwartość nie zawsze się dobrze kończy. Kapuściński opisuje przygodę w Kairze, gdy zamiatacz ulic pod jego hotelem, znany mu z widzenia, po kilku dniach jego pobytu zaprosił go w miejsce, w którym zobaczy wspaniały widok miasta. Jechali najpierw długo autobusem, potem weszli w zakamarki mediny, wreszcie przez jakąś bramę z kodem (lata 60. ub. wieku!) weszli na teren mocno opuszczony, gdzie stał minaret. Przewodnik zaczął go popychać do wejścia na górę, minaret był wysoki, a schody wąskie i zmurszałe ze starości. Odwrotu jednak nie było, reporter musiał iść w górę, mimo osłabienia upałem i wysiłkiem, bo jedyną drogę odwrotu zastawiał Egipcjanin. Kiedy dotarli na szczyt platformy dla muezzina, która nie miała żadnej barierki, został wypchnięty prawie na skraj, do pozycji w której bał się otrzeć pot z czoła, bo groziło to runięciem w dół z kilkunastu metrów. I wtedy Egipcjanin zażądał portfela. Była to prośba, której nie sposób odmówić. Reporter wrócił pół żywy do hotelu taksówką. Przez następne tygodnie nadal spotykał tego grabieżcę, obojętnie patrzącego mu prosto w oczy...
Przypomniałam sobie swoją przygodę w Tunezji, na początku lat 90. To był nasz z mężem pierwszy tropikalny wyjazd. Udaliśmy się samodzielnie z hotelu pod Sousse do Tunisu - by pozwiedzać leżący nieopodal niego kompleks starożytnej Kartaginy.
![]() |
| Widok ruin Kartaginy w Tunezji |
| samozwańczy przewodnik w Maroku czaruje przyjaciółkę i jej mamę - towarzyszki mej podróży |
Podobnie było w Maroku, w Taroudant pojawił się samozwańczy przewodnik, który się do nas przykleił, niczego nie pokazał (oprócz kwiatów pomarańczy, które ślepy by wyczuł, bo pachniały jak perfumy), a potem zażądał horrendalnej opłaty. I wykłócał się w miejscu, gdzie zaparkowaliśmy samochód, a który natychmiast otoczyło kilkunastu jego ziomków, groźnie na nas spoglądających i wykrzykujących coś po arabsku... Ledwie się wywinęliśmy jakąś kwotą - taką pomiędzy naszym planowanym datkiem (bo wyglądał biednie), a jego żądaniem.
Podróże uczą, kształcą i wzbogacają. Duchowo. A zwłaszcza podróże z Herodotem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)































