czwartek, 25 marca 2021

Guz rozweselający

Tak, tak, dobrze przeczytaliście: guz nie gaz!

Dziś taka sytuacja w biurze: mam spotkanie biznesowe w szklanym pomieszczeniu, które nazywam "akwarium". Na grube ryby, oczywiście! Trwają negocjacje, zaaferowana nimi wychodzę poprawić coś w dokumentach. Wychodzę przez... zamknięte szklane drzwi, całą sobą. To oznacza, że walę w nie czołem, nosem z okularami na nich, oraz lewym kolanem. Naparłam na drzwi z prędkością przelotową ok. 2 m na sekundę. Huk, ból... 

Chwilę potem zaczęłam pękać... ze śmiechu. Im szybciej rósł guz, tym było mi śmieszniej. Cały czas w maseczce medycznej (mówiłam, że ja się przez nie kiedyś zabiję - okulary parują!), kwicząc ze śmiechu, popędziłam do łazienki, otrzeć łzy rozbawienia, potem popędziłam do kuchni po łyżkę stołową, którą usiłowałam zminimalizować guza na czole. Z łyżką wróciłam do "akwarium", a tam lekka konsternacja gości. Nie wiedzą, czy będę sprawna mentalnie, by dokończyć spotkanie. Nie jest łatwo, trochę splątana jestem, cały czas się śmieję, ten guz jest jakiś rozweselający! Muszę dwa razy poprawiać błędy, no ale się udaje zakończyć temat. Klientka rozładowuje sytuację stwierdzając: to były jednak twarde negocjacje! 

W trakcie całego zamieszania przybiegli jeszcze koledzy z drugiej części biura, bo "usłyszeli coś jakby TiR wjechał do biura przez szybę!". No ładnie, a to tylko TiRBetka!

W efekcie porannych wydarzeń biurowych mąż nałożył mi szlaban na Netflixa, na którym od 2 tygodni oglądam wyłącznie serial "Star Trek - Discovery". W każdym odcinku się tam "przesyłają" między pomieszczeniami (teleportują). Mąż twierdzi, że w trosce o moje zdrowie wyłącza Netflixa i zaleca mi teraz oglądanie serialu "Kozacka miłość", który mnie uziemi... Za wzór stawia mi moją mamę, która ów serial ogląda codziennie, a nie rwie się na koń, na wojnę, fryzury na Kozaka sobie nie robi, i nie chodzi w łapciach z łyka... Podziwia za to serwetki, ikony i wiejskiego policjanta. No to się już nie poteleportuję...





niedziela, 14 marca 2021

Miasto sukienników, Joannitów, Niemena i największego na świecie (kiedyś) pomnika Chrystusa...

Chyba się domyślacie, zwłaszcza po ostatniej tytułowej informacji, że opowiem o Świebodzinie - słynnym z pobożności (lub tylko aspiracji do niej) mieście w woj. lubuskim?

Zajrzałam do Świebodzina w grudniu ub. roku. Celem tej wycieczki bynajmniej nie było podziwianie figury Chrystusa, przez dwa lata (2010-2011) największej na świecie. Taka ciekawostka: miasto szybko zostało zdetronizowane przez miejscowość Cristo de la Concordia w... Boliwii! Do Świebodzina przywiódł mnie powód prozaiczny, choć też mocno energetycznej natury: zamówiona internetowo wizyta w Enei - dostawcy prądu do naszego domu letniskowego. Jedyny dogodny dla nas termin wypadł właśnie w Świebodzinie, więc tam się udaliśmy. Pierwszeństwo miały sprawy urzędowe, potem dopiero przyszła chwila na zwiedzanie Rynku. Do figury nie dotarliśmy, ale widać ją dobrze z daleka, i ta perspektywa całkowicie nam wystarczyła. Wspaniała okazja do mini-wycieczki dla seryjnej podróżniczki jaką jestem. Podjechaliśmy zatem do Rynku. Zaparkowaliśmy pod jakąś opuszczoną kamienicą, która mimo lekkiej dewastacji została bardzo kreatywnie ozdobiona:

Ruderka stała się galerią pod chmurką, pomyślałam więc, że ten Świebodzin musi mieć jeszcze inne atrakcje, oprócz religijnych. Następny obiekt, który rzucił się w oczy to ratusz. Budynek neorenesansowy, XVI w., po przejściach w XIX w., jednak nadal uroczy:

W XIX w. ratusz został przebudowany, zlikwidowano jedną z wież, a z tej ocalałej w południe rozlega się hejnał Świebodzina. Wieże były niegdyś połączone drewnianym mostkiem, a ratusz otoczony był jatkami. Obecnie zabytek, bardzo wdzięcznie górujący nad placykiem, siedziba władz miejskich i muzeum. Nie przygotowałam się z historii miasta wcześniej, jak to mam w zwyczaju, musiałam polegać wyłącznie na swoim entuzjazmie do wycieczek, oraz informacjach z wiki. Na pierwszym narożniku Rynku, który postanowiłam obiec, spotkałam budowlę tak majestatyczną, że natychmiast rzuciłam się w jej stronę. Kościół z czerwonej cegły, który wyglądał jak twierdza. Potężny, solidny, bezpieczny jak skrzydła Archanioła Michała. Pod tym wezwaniem tu trwa:

Niestety, był zamknięty, więc wnętrza nie widziałam. Ponoć ma też wieżę widokową. Poczytałam sobie o nim w wiki. Powstał w XIV w. jako świątynia Piotra i Pawła. Prezbiterium miało obejście (uwielbiam takie plany architektoniczne), a sklepienie nawy głównej to sieciowe. Miało ono imitować sieć apostoła-rybaka, cudo:

Autorstwa Kapitel - Praca własna
W nawach bocznych i kaplicach są sklepienia gwiaździste i kryształowe.
Ten sam pożar (1541), który zniszczył ratusz, dopadł też kościół. W XIX w. stan budowli był katastrofalny, ówczesny proboszcz zlecił odbudowę kościoła architektowi z Wrocławia - Alexisowi Langerowi. 
Bryła świątyni jest potężna, powiększa ją fakt, że fasada niewiele oddalona jest od szeregu kamienic, więc nie ma miejsca na "odejście" z aparatem. Przez to chyba robi jeszcze bardziej kolosalne wrażenie. Przynajmniej na mnie. Ołtarz autorstwa mistrza ołtarza z Gościszowic (XV/XVI w.), bardzo ładny sądząc po zdjęciach w necie.
Resztki ceglanych murów miejskich, które widziałam przy kościele, mają także ciekawą historię - mur oraz fosa opasały miasto od XV wieku. W system fortyfikacyjny zaliczany był także zamek, którym w latach 1438-1477 władali Joannici.
XVI w. był tragiczny dla miasta: w 1500 roku miał miejsce wielki pożar, podczas którego spaliła się niemal połowa miasta. Drugi  wybuchł w 1522 roku, Świebodzin uległ wtedy całkowitemu spaleniu. W 1533 roku miasto zostało częściowo zniszczone po trzęsieniu ziemi, przeżyło też epidemię dżumy. Kolejny pożar w 1541. Coś okropnego!
Z kościoła wróciłam do Rynku. Obchodząc kolejną pierzeję dotarłam do rzeźby sukiennika. Okazuje się, że miasto ma wielowiekową tradycję tego fachu. Stawało się ośrodkiem tkactwa i sukiennictwa już w XIV w., czemu sprzyjało położenie na obszarach nadających się do hodowli owiec. W 1395 r. książę Henryk VIII nadał tkaczom świebodzińskim najstarszy przywilej tkaczy. Od 1452 roku w mieście istniało bractwo sukienników, a sukno świebodzińskie stało się przedmiotem eksportu. "wystąpiło" także w dziełach polskiej literatury, co przypomina stosowna tabliczka na pomniku sukiennika:


Za pomnikiem sukiennika odkryłam miłą ławeczkę. Ktoś na niej siedział, zwrócony plecami do ratusza. Ktoś o znajomej sylwetce... Czesław Niemen???? Tutaj??? Okazuje się, że ławeczkę ustawiło tu lokalne stowarzyszenie miłośników Niemena. A ja nie wiedziałam, że Artysta był związany ze Świebodzinem, w którym dorastał po wyjeździe całej rodziny ze Starych Wasiliszek na wschodzie Polski...

Powłóczyłam się jeszcze trochę po Świebodzinie, podziwiając urocze kamieniczki, stylowe galeryjki artystyczne i odwiedzając fajny sklep z butami, w którym nabyłam cudowną parę zamszaków!







sobota, 13 marca 2021

Jack Daniels contra Vita-buerlecithin...

Piątkowy wieczór i taka domowa sytuacja: chcemy się "zdezynfekować" podczas oglądania filmu. Mąż proponuje ajerkoniak, ja kontrproponuję coś bardziej "męskiego".

Wybór pada na Gentleman Jack z barku. Pojawiają się dwie szklaneczki do whisky na stole, już-już mam nalewać... Jednak zanim zacznie się degustacja i film, dopytuję męża o nasz plan na sobotę. On na to:

- Jaki plan? 

- No, o której jedziemy na Bielany? - niecierpliwię się.

On coraz bardziej zdziwiony: - po co mamy jechać na Bielany??? 

- Meble oglądać, przecież ustaliliśmy!

Widzę jego oczy okrągłe ze zdziwienia i przekonana o niedostatkach pamięci szanownego małżonka,  do jego szklaneczki whisky wlewam solidną porcję Vita-buerlecithin - smakowitego likierku "na pamięć" z apteki, a sobie Jacka Danielsa...

A tak by the way, oto co robię z pustymi butelkami po Jacku Danielsie:





niedziela, 28 lutego 2021

Kubaneczka, czyli jak zrobić figurkę z butelki po winie?

Dokładnie rok temu wróciliśmy z wakacyjnej podróży po Kubie. To była ostatnia nasza zagraniczna wycieczka, bo jak wiadomo, w marcu 2020 wybuchła epidemia koronawirusa i świat zatrzasnął się szybko i dość mocno. Zatrzaśnięty jest w zasadzie do dzisiaj, ale nie o tych smutnych sprawach chciałam napisać...

W czasie pobytu w Varadero weszliśmy do galerii sztuki i tam ujrzałam fascynujące figurki wykonane z butelek po rumie (jakżeby inaczej!). Opisałam wszystko w poście tutaj

Teraz chcę opisać krok po kroku proces powstania Kubaneczki. 

1. Wybieracie butelkę, dość krągłą, by figurka  nie miała kanciastych kształtów. Moja była po winie. Najpierw malujecie szkło brązową matową farbą akrylową (kupioną w casto, firmy Luxens, malutka puszka za 9 zł). W I etapie stojącą butelkę, a po wyschnięciu, odwracacie do góry dnem i malujecie drugą część najlepiej na stojaku, który pojawił się w pierwszym poście powyżej.

2. Po wyschnięciu brązowej farby złota konturówką w tubce, do farb witrażowych rysujecie kontury sukni. Wypełniacie matowa farbą witrażową (tu w białym kolorze). Brązowa farbą tła malujecie na sukni ręce Kubaneczki.

3. Naklejacie kolię z samoprzylepnych dżetów, inne ozdoby (niektóre mogą wymagać użycia pistoletu z klejem na gorąco). Ozdabiacie sukienkę itp.

4. Flamastrem wodoodpornym malujecie włosy i twarz Kubaneczki.

5. Zawiązujecie fantazyjnie wstążkę na czubku szyjki butelki, która utworzy nakrycie głowy.

Voila! Gotowe!

Duma mnie rozpiera, no to się jeszcze pochwalę innym dziełem sztuki: Rybką zwaną Wandą. Wanda jest z drewna, nabyłam ja na pchlim targu pod Młynem za 1 zł. Wszystkie klejnoty zostały dodane przeze mnie, takoż ozdoby z brokatu i inne detale:


Nowe miejsce pobytu rybki, w środowisku jej bardziej sprzyjającym:




niedziela, 21 lutego 2021

O kocie, który nie umie czytać

Ostatnio pałęta się po naszym ogrodzie (czyli terytorium Loli) nowy absztyfikant. Jęczący jak zwykle (nie pierwszy to i pewnie nie ostatni) - czarny jak smoła - kocur...

Najszybciej to go poczułam, ponieważ ostrzykał Loli willę i koteczka natychmiast przestała nocować w swoim domku. W te największe mrozy wyprowadziła się dokądś, przychodząc sporadycznie na posiłki. Potem poczułam kocie siuśki w innych miejscach: np. na drzwiach garażu, drzwiach wejściowych do domu, jednym słowem: wszędzie. Wydawało mi się, że cała posesja jest oznaczona takim ostrym zapachem kocurowego moczu. Potem wielokrotnie  słyszałam jakieś rozdzierające jęki. Zakochany gaduła? Aż pewnego dnia, myśląc że Lola śpi w swoim domku, ale z jakiegoś powodu nie wychodzi do mnie na karmienie, zajrzałam za firanki u wejścia (zasłona antymrozowa). Wtedy niczym jakaś czarna pantera, albo czarna błyskawica wyskoczył z domku czarny kot. Był równie mocno przestraszony jak ja... Nie wiem, czy Lola go lubi, czy przeciwnie - kompletnie nie toleruje. Podejrzewam, że się razem szlajają, ale jak są przy mnie, to ona na niego prycha i udaje niedostępną. On wpatrzony w nią jak w Madonnę. Przystojny jest jak cholera - czarny, puszysty, muskularny, bez jednej białej kropki. Złote oczy. Trochę nieokrzesany, bo jeść z miseczki nie potrafi.

Trzymając jednak stronę mojej koteczki zapytałam intruza, czy umie czytać? Wszak napisane na domu wolimi literami: Villa della gatta bianca, co znaczy: dom pod białym kotem. Czy rozumie: pod BIAŁYM! Jakby nie umiał czytać, to jeszcze stosowna figurka tam jest:

Niestety, wygląda na to, że ów pan nie umie czytać. Albo nie rozumie włoskiego, tak też może być...No i ma w nosie białe koteczki, wybrał buraskę Lolę. Za te zasługi dostał imię Nero i ciekawe, na jak długo z nami zostanie...

niedziela, 7 lutego 2021

Klucznicy, czyli dwie anegdoty o tym, co nam się przydarzyło z kluczami...

Klucznicy to "trzymający klucze"... Przydarzyły nam się ostatnio dwie przygody z kluczami w roli głównej. Andrzejowi w grudniu, a ostatniego dnia stycznia ja się z kolei popisałam kluczowym tematem...

W grudniu, jeszcze przed świętami pojechaliśmy do mamy na niedzielny obiad. Wychodzimy pod wieczór, a tu nasz samochód dętka totalna. Akumulator padł. Nie dostaniemy się do środka, o wyjechaniu z wewnętrznego dziedzińca nie ma mowy. No nic, w drogę powrotną do domu udaliśmy się piechotą, z zamiarem wymiany w poniedziałek akumulatora na nowy i uruchomieniem samochodu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności sklep z akumulatorami jest oddalony jakieś 100 m od miejsca zgonu naszego akumulatora. Zatem w poniedziałkowe przedpołudnie Andrzej wybrał się piechotą na męską wyprawę naprawczą. W ostatniej chwili poradziłam, żeby wziął drugi komplet kluczyków, bo może muszą się oba "uzbroić " czy cuś tam. Nie wiedziałam dokładnie, o co mi chodziło, ale mąż kluczyk zapasowy wziął, aczkolwiek niechętnie.

Po jakieś godzinie mam telefon. Ucieszona, że może to informacja o zakończonej naprawie samodzielnej akumulatora (wymianie właściwie) odbieram, a tu wieści co najmniej elektryzujące... włosy na głowie. Dzwoni Andrzej z telefonu stacjonarnego mamy z informacją, że zatrzasnął sobie wszystko w samochodzie: obie pary kluczyków, torbę, portfel, dokumenty, kurtkę nawet. Po zainstalowaniu nowego akumulatora, wszystkie drzwi się zablokowały. A w aucie, w środku, została kurtka, którą mąż zdjął bo mu było gorąco, z kluczykiem auta w kieszeni. Zapasowy kluczyk był w torbie. W bagażniku. W tej samej torbie były dokumenty, portfel i telefon. Pat totalny, a mąż pyta mnie, czy nie pomógłby nasz nadworny mechanik?

No to dzwonię do niego. Mówi, że nic na gorąco prócz wybicia szyby nie wymyśli, ale jakby mu podstawić auto do warsztatu (na lawecie, ok. 10 km), to kto wie? Tyle że żadnym sposobem laweta auta nam nie wyprowadzi z wewnętrznego dziedzińca, w dodatku pilot do bramy wjazdowej też jest w środku, w aucie. Za chwilę mechanik ma nowy pomysł: może przez reflektor przedni spróbować dojść do kabli, zrobić zwarcie i drzwi się otworzą. Te narady trwają trochę długo, dobrze, że mama dała mężowi szalik i polar, bo on stoi w bramie, mając na oku samochód, pilnuje torby i dokumentów, widocznych przez szybę w środku. W końcu mama dopytuje, czy naprawdę nie ma sposobu dostania się do auta bez rozwalania szyby? Przecież musi ktoś mieć jakiś wytrych, do domu jak się zamek zepsuje też się woła specjalistę. No to olśnienie na nas spadło! Szukam w necie, jest! Awaryjne otwieranie zamków. Wszelakich, samochodowych też! Przyjeżdża dżentelmen-włamywacz, kasuje 250 zł i po 3 minutach samochód jest znów oswojony.... Alleluja! Oczywiście wyszło na to, że wszystko to moja wina. Po co dawałam drugi kluczyk? Tak by sobie wisiał w domku, mogłabym przyjechać  i jak ten rycerz na zielonym koniu wybawić księżniczkę z opresji...

Kluczowa sytuacja numer dwa: w ramach aktywności fizycznej postanawiamy iść na piechotę do centrum, załatwić to i owo, przy okazji przejść pięć kilometrów razy dwa, w świeżo spadłym w mieście śniegu. Biorę wygodną niewielką torebkę, w której mam telefon, klucze, chusteczki do nosa, maseczki, portfel, małe smoothie. Andrzej nie bierze kluczy ani portfela. 

Robimy 5 kilometrów pieszo, kupując w drodze powrotnej kilka artykułów spożywczych, damską piżamę - wszystko niesiemy w reklamówkach. Tak dziwacznie obarczeni postanawiamy wrócić do domu środkiem komunikacji miejskiej. Gdy wysiadamy z autobusu pod domem Andrzej sprawdza liczbę zrobionych kroków i martwi się, że nie ma 10 000. To proponuję żartobliwie jeszcze rundę po osiedlu, ale ostatecznie podchodzimy pod dom i... zaczynam grzebać w torebce, by znaleźć klucze. Nie ma. Nie ma w kieszeni. Mam tylko pilota do garażu, bo zawsze pamiętam, by nakarmić przy nim kotkę, pakujemy się więc tam z tobołami i znów przeszukujemy moją torebkę. Klucze zapadły się pod ziemię. A raczej, mam podejrzenie, że zapadły się w śnieg, kiedy sięgałam po coś do torebki. Teoretycznie możemy zadzwonić do sąsiadów, by wpuścili nas na klatkę, ale co to da? Trzeba i tak iść do mamy, bo ona dysponuje 3. parą kluczy do naszego mieszkania. Andrzej postanawia iść kolejne 2 km piechotą, dorabiając kroki do dziennego dystansu, a ja rozgaszczam się w garażu. Dzwonię do mamy z informacją, że Andrzej idzie do niej po klucze, mama zmartwiona, radzi mi jeszcze przeszukać torebkę. To na nic, mówię, i zajmuję się oglądaniem filmu na telefonie. Obliczam, że czekać będę na męża ok. 45 minut. Po półgodzinie dzwonię do mamy, mówi, że Andrzej już jest w drodze powrotnej, ale naprawdę nie ma tych kluczy? No nie ma.

Postanawiam jednak zebrać pakunki, biorę reklamówki z zakupami i zaczynam porządkować zawartość. Przełożyłam do nich wyjęte wcześniej w trakcie poszukiwań manele, w tym woreczek strunowy z maseczkami. Zaraz.... Coś on dziwnie ciężki jest... Cholera, klucze się w nim ukryły! Są, niezgubione, całe i zdrowe! Wychodzę z garażu, idę na spotkanie męża, dosłownie na rogu ulicy już go widzę, uśmiecham się szeroko, strasznie chce mi się śmiać. Naprawdę to nie złośliwość, odkryłam klucze zaledwie 5 minut wcześniej. Nawet nie jest na mnie zły. Przeszedł się, dodatkowy dystans, ha!

W kluczach jesteśmy 1:1 zatem...



poniedziałek, 1 lutego 2021

Zwierzenia...

Nie warto rozmawiać z mężczyznami o wadze ciała, odchudzaniu. Oto dowód...

Od paru dni jestem na diecie pudełkowej. Osiągnęłam dwa miesiące temu wagę superekstrapółciężką, z którą nijak nie mogę się uładzić, stąd moja determinacja i decyzja o skorzystaniu z fitness cateringu. Zadowolona wymieniam z mężem uwagi na temat efektów diety:

- Wiesz, małymi kroczkami, powoli, ale moja waga się zmniejsza. Super! Jestem bardzo zadowolona. Chciałabym osiągnąć pułap jeszcze tak nieodległy w czasie: 66 kilogramów. Kiedyś ważyłam około 61-62 kilo - ciągnę zwierzenia. - A na studiach, to nawet dokładnie nie pamiętam, jakieś 56-58?

- A Ty wiesz, że ja kiedyś ważyłem 15 kilogramów????

Szuja, no nie?

zdj. z dietandmore.pl

niedziela, 24 stycznia 2021

Z cyklu cigar aficionada: tytoń jest zdrowy!

Do tezy postawionej w tytule doszłam po lekturze niezwykłej książki Davida Hawkins'a "Siła czy moc".

Autor, dr nauk medycznych, psychiatra, ale w większym stopniu nauczyciel duchowy i badacz ludzkiej świadomości przedstawia w tej książce bardzo prosta metodę testowania prawdziwości każdego twierdzenia. Chodzi o wykorzystanie tzw. testu kinezjologicznego, opracowanego przez fizjoterapeutę, doktora Goodhearta, w latach 70. ub. wieku. To prosty test, całkowicie wiarygodny i niezawodny, bo wyniki standaryzowane są przez wiele testów z ludźmi różnych ras, w różnym wieku, każdej płci, niezależnie od ich wiedzy, inteligencji, poziomu życia, przekonań itd. Narzędzie, które w prosty sposób rozwiąże każdy nasz osobisty czy naukowy, społeczny, albo jeszcze innej natury - dylemat.

Test zakłada, na podstawie wielu badań naukowych, że nasze ciało wie więcej, niż sądzimy, niż nasza świadomość. Jesteśmy wszak podłączeni do panświadomości - niczym superkomputer do Internetu. Każdy z nas. Mięśnie słabną, gdy ciało zostanie wystawione na działanie jakiegokolwiek szkodliwego dla niego bodźca. Tę wiedzę wykorzystuje test jako narzędzie do udzielania odpowiedzi. W filmiku poniżej, na którym dr Hawkins pokazuje, jak wykonać test, testowana dziewczynka analizuje "ciałem" paczkę papierosów i suszone liście tytoniu, używane do ręcznej produkcji cygar. Wynik jest jednoznaczny. To, co wiedziałam od czasu mojej pracy w cygarni: palenie cygar jest zdrowsze od palenia papierosów, znalazło właśnie swoje potwierdzenie.

Jednakowoż poza tym cygarowym tematem, jak najgoręcej polecam książkę Siła czy moc. Potężna pozycja dla samorozwoju i samoświadomości.

Talenty inżynierskie mojego męża

Oto szybki wgląd w inżyniersko-konstrukcyjny geniusz mojej osobistej połowy. 

Przed świętami coś (tzn. po zbadaniu organoleptycznym stwierdziłam, że to woda o posmaku żelaza) wyciekło na podłogę w łazience. Przy wejściu, spod zabudowanej drewnianej szafki.

Zaczęłam śledztwo hydrauliczne i dotarłam wewnątrz szafki do ścianki z dwoma otworami wizyjnymi, ukrytymi za rzędem kosmetyków. Po otwarciu w/w otworów ukazała się końcówka jakiegoś układu hydraulicznego z przeciekiem. To on sprawiał, że na podłodze pojawiła się kałuża wody.

Mąż próbował sam zlikwidować przeciek, ale zardzewiała końcówka rury groziła urwaniem, a nie miał lepszych narzędzi do tego. Postanowiliśmy zatem skorzystać z pomocy fachowca, wezwaliśmy hydraulika. Niestety, trzeba było poczekać do następnego dnia. 

Cóż więc wymyślił mój geniusz konstrukcyjny? Tymczasowe odprowadzenie przecieku za pomocą opakowania po sushi i łyżki do butów. Wyglądało to tak:


Genialne? I skuteczne!

środa, 6 stycznia 2021

Proroczy Sylwester...

Pozostając w kręgu zabawnych i miłych wspomnień - dzięki zdjęciom od przyjaciół przypomniał mi się fantastyczny przebierany Sylwester sprzed, prawie, 20 laty. Wręcz proroczy "Szpital na peryferiach"...

Była to tzw. domówka u Wiatrówki, jak nazywamy mieszkającą w sąsiedztwie na Zalesiu przyjaciółkę. Temat był zaczerpnięty z czeskiego serialu "Szpital na peryferiach". Wszyscy goście mieli się obowiązkowo przebrać za personel medyczny. Pomysłowość wszystkich znajomych do dziś mnie zadziwia, a najlepiej przygotowani byli gospodarze imprezy. Przy wejściu do mieszkania znajdowała się REJESTRACJA, w której każdy musiał okazać dokument i pobrać szczepionkę. Zmrożoną cudnie. Wielu gości przyszło w maseczkach, mieli jednorazowe fartuchy, rękawiczki, plastikowe akcesoria. Najzabawniejsze przebranie miała Mama gospodyni, pani Janeczka (wtedy w wieku 70+), przebrana za Siostrę Wielokrotnie Przełożoną, która chodziła wśród nas z wielką strzykawą, robiąc nam zastrzyki. Miała stresująco zakrwawiony fartuch i czepek pielęgniarski w kolorach polskiej flagi. Mąż innej koleżanki przyszedł w jedwabnej piżamie, z obwiązaną głową, odgrywając pacjenta po ciężkim urazie. Była para artystów ceramików, udających kontrolę z Sanepidu. No i ja, ze stetoskopem, jako Doktor Beta, bo miałam wtedy fazę na leczenie wszystkich znajomych, z racji pracy w wydawnictwie farmaceutyczno-medycznym i zgłębiania tematów leków OTC.

Całe mieszkanie Wiatrówki było zawieszone plakatami pożyczonymi z przychodni. Mieliśmy też tableu, czy jak to się nazywa - taką ilustrację do zdjęć - wystarczyło włożyć swoją twarz w otwory:


Tak to się bawiliśmy. I kto by wtedy pomyślał, że nasza fantazja urzeczywistni się w tegorocznym, covidowym Sylwestrze?

niedziela, 27 grudnia 2020

Między Perłową a Koralową rocznicą cz.II

Minął ponad tydzień od mojej poprzedniej relacji, czas zatem na ciąg dalszy wspomnień o ślubie w odcinkach... Znów cofam się w czasie o 33 lata...

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1987 roku to termin naszego ślubu w kościele i czas prawdziwej zabawy - wesela! Zacznę od sukni, bo "cywilną" relację też zaczęłam od sukienki. Nie chciałam bombki, bezy, tiulu, jednak na życzenie mojego Taty nabyłam (drogą kupna zresztą), suknię z welonem, na obręczy u dołu:

Moja ślubna kreacja kosztowała 12000 zł, czyli moją ówczesną miesięczną pensję muzealniczki. Pracowałam bowiem (jeszcze do połowy listopada '87) w Muzeum Sztuki Medalierskiej jako asystentka w Dziale Orderów i Odznaczeń. (W drugiej połowie listopada zamieniłam tę pracę na rolę nauczycielki łaciny w IX LO we Wrocławiu, z kolosalną pensją 16000 zł, 18-godzinnym tygodniem pracy, wakacjami, feriami - słowem zawodowa baja!).

Pamiętam, że w 1987 r. tylko jedna sobota w miesiącu była wolna od pracy. W pozostałe pracowało się, wprawdzie nieco krócej, np. do 13-tej, ale całej soboty nie mieliśmy wtedy dla siebie. Ponadto Andrzej też zmienił pracę, od czerwca '87 zaczął pracować w Gazoprojekcie. Zarabiał  25000 zł, więc dwa razy więcej niż ja na tej muzealnej pensji. Niestety, nikt z nas nie pamięta, ile kosztował jego ślubny garnitur!

W drugi dzień świąt było dość zimno, śnieg leżał na ulicach. Przed wyjściem do kościoła (w mojej parafii na Krzykach) powstało lekkie zamieszanie. Jakoś się wszyscy zakręciliśmy, część rodziny pojechała autobusem, zorganizowanym, aby zawieźć gości do kościoła, a potem na wesele. Nagle wszyscy gdzieś zniknęli, zostaliśmy z Andrzejkiem w mieszkaniu moich rodziców sami, nie było żadnego wolnego auta, kierowcy, nasi świadkowie też się zawieruszyli, więc... poszliśmy do kościoła na piechotę. Nie było daleko, to zaledwie 5-10 minut marszu, ale w tych pantofelkach (białych), i w tej bezie na obręczy, z płaszczem zarzuconym na ramiona śmiesznie było.

Jak wspomniałam poprzednio, jako narzeczeni przed ślubem nie mieliśmy wielu rzeczy materialnych. Ciuchy i buty nas obojga zmieściłyby się zaledwie w jednej walizce (obecnie jedną walizkę to ja mam tylko na kosmetyki, gdy wyjeżdżamy...). Najcenniejszym i największym z posiadanych dóbr był chyba komputer Andrzeja - ZX Spectrum. Nawet zakup obrączek czy wcześniej pierścionka zaręczynowego nie był prosty. Złoto się szmuglowało z Rosji, u jubilerów ograniczony był wybór. Pierścionek  zaręczynowy odkupiłam od koleżanki z muzeum, Ani Orzepowskiej, która planowała wtedy emigrację do Włoch i wyprzedawała swoją biżuterię, by uzbierać na podróż ze swoim mężem. Nasze obrączki robiliśmy z jednej grubej, kupionej lata wcześniej przez moją babcię Helenę jako lokata kapitału :-)

Ja miałam jeszcze tzw. książeczkę mieszkaniową. Andrzej także miał taką książeczkę, oraz książeczkę samochodową. Z obu książeczek mieszkaniowych 5 lat po ślubie odbierzemy nasze pierwsze mieszkanie spółdzielcze, a z książeczki samochodowej urodzi się już po 3 czy 4 latach nasz fiat 126 p zwany Pikusiem. Moją ślubną suknię odsprzedałam koleżance ze studiów, Violetcie (nota bene bardzo fajna para do dziś). Zdaje mi się, że młodsza siostra Violetty, Marysia także pofalowała w niej do swego ślubu...

To były te dziwne czasy, kiedy w prezencie ślubnym dostawało się od rodziców, dziadków, chrzestnych itd. nie pieniądze (wszyscy je mieli), lecz bezcenne a prze-praktyczne sprzęty domowe: pralkę, telewizor, żelazko, lodówkę. Wszystko oczywiście wystane w kilkutygodniowych kolejkach, załatwiane na lewo i prawo... Dostaliśmy także m.in. serwis obiadowy, serwis kawowy, komplet garnków emaliowanych (wszystko mocno zdobyczne). Te z prezentów, które można było unieść, goście przytargali do kościoła. Po ceremonii kolejka gratulujących obciążona była wielkimi paczkami i naprawdę wyzwaniem było wywiezienie tego z kościoła :-)

No, ale wróćmy do ślubu. Kiedy udało się wszystko ogarnąć, pojawiliśmy się w restauracji hotelu "Monopol", w którym zarezerwowane było wesele. To nadal najstarszy i najpiękniejszy hotel we Wrocławiu, obecnie 5-gwiazdkowy, z niesamowitą historią (z jednego z balkonów przemawiał chyba w 1936 r taki wstrętny facet z wąsikiem o inicjałach A.H, ale nocował tu też Pablo Picasso w 1949 r.).

W 1987 Monopol był opanowany przez półświatek - ekskluzywne panie, panowie handlujący dolarami itd. - no i my, skromni weselnicy. Gości było mniej niż 50 osób, tak więc wg dzisiejszych kryteriów to było zaledwie weselne party :-) Do tańca przygrywał dansingowy zespół monopolowy, a wesele trwało tylko do 1-szej nad ranem. Jak widać, nawet tort był taki zwyczajny, wcale nie piętrowy:

Przez wiele lat mieliśmy zwyczaj chodzenia w rocznicę ślubu cywilnego do "Monopolu" na tatara. Potem do innych restauracji, a kiedy Monopol był przez długi czas w remoncie, wróciliśmy po nim do "matecznika". Całkiem odmieniony wewnątrz jest w tej chwili ekskluzywnym miejscem na miarę swojej wspaniałej legendy.

Po weselu nie pojechaliśmy w podróż poślubną, jako nauczycielka miałam ferie świąteczne do Sylwestra, a Andrzej chyba sobie tylko urlop okolicznościowy wziął w wymiarze jednego dnia, dwóch? Nie pamiętam tez, jak spędziliśmy pierwszego małżeńskiego Sylwestra, który przecież miał miejsce 5 dni po ślubie. Pamięć mocno zawodzi, nie było wtedy smartfonów, którymi utrwala się teraz prawie każdą chwilę dnia codziennego. Dobrze, że wpadłam na pomysł, by po 33 latach wreszcie coś opisać z tamtych wydarzeń. I tak powstał ten post.

Jak mi się jeszcze coś ciekawego przypomni, to uzupełnię.



niedziela, 20 grudnia 2020

Między Perłową a Koralową rocznicą ślubu...

Dawno, dawno temu, 33 lata wstecz, w bardzo odległej galaktyce wzięłam ślub, w odcinkach... Niestety w żadnych mądrych wykazach rocznic ślubu nie ma nazwy dla podwójnej trójki. Jest Perłowa na 30-tą i Koralowa na tę za dwa lata. Natomiast numerologicznie rzecz biorąc, powinna to być liczba mistrzowska. I tej wersji będę się trzymać!

Nie udało się nam zgrać terminów, więc ślub cywilny odbył się 19. grudnia, a kościelny (i wesele) - 26. grudnia 1987 r. Co więcej, ślub odbył się jakieś 3 miesiące od podjęcia decyzji (zaręczyn/oświadczyn we wrześniu). Tyle wystarczyło, by zorganizować wszystko zarówno w Urzędzie Stanu Cywilnego, jak i w Kościele. Dziwnie, prawda?

Niewiele z rzeczy materialnych wtedy posiadaliśmy, w zasadzie nic, za to wspaniałe relacje z bliskimi i przyjaciółmi, oraz przydarzały się nam szczęśliwe tzw. zbiegi okoliczności. Do ślubu w USC poszłam w białej garsonce, pożyczonej od kuzynki Bernadetty, która cudem (1987 rok) przywiozła ją wtedy aż z Wow-Wiednia. I jakimś cudem pasowała na mnie, mimo że Bernadetta była (i jest) ode mnie duuuużo niższa.

Po uroczystości zaprosiliśmy przyjaciół na przyjątko w wynajmowanym mieszkaniu. Jak udało się je znaleźć? Znów szczęśliwy zbieg okoliczności. Akurat rodzice-teściowie znajomej pary szukali kogoś zaufanego do przypilnowania ich mieszkania. Jechali w odwiedziny do dzieci, którzy wyemigrowali wtedy do Australii. Pamiętam, że Andrzej wziął pożyczkę z nowego "zakładu pracy", by opłacić mieszkanie za pół roku z góry. Pracował tam dopiero od czerwca. A ta para to znajoma para to nasi przyjaciele do dziś. Czasy były śmieszne, siermiężne, ale jakie miłe! Np. świeżo upieczona żonka bez skrępowania wystąpiła w roli gospodyni, w ślubnej garsonce dorabiając jajeczka w majonezie, pożarte przez gości.

Na jednym ze zdjęć są przyjaciele, którzy brali ślub 11 miesięcy przed nami, a ja byłam na nim świadkiem i nawet jeszcze wtedy Andrzeja nie znałam (zdjęcie poniżej, ta para z miotełką do kurzu):


A u nas świadkami byli: moja cioteczka Bietka ( z prawej) i przyjaciel Andrzejka z podstawówki, Marek (po lewej, z brodą).

czwartek, 17 grudnia 2020

Choinka kładziona

Moja mama zapragnęła w tym roku prawdziwej choinki. Ma od lat sztuczną, ale zachciało jej się żywej, małej, najlepiej w doniczce, bo sobie ją później gdzieś posadzi.

Odradziłam doniczkową, że i tak  nic z nich nie wychodzi później i przekonałam, by nabyć ciętą. Jechaliśmy po choinkę dla nas, więc i maminą zakupiliśmy. Trochę mniejszą od naszej, taki metr dwadzieścia,  i od tej sztucznej, którą mama ma. Niższą, szczuplejszą w pasie, śliczną, zieloną jodłę kaukaską. Mimo wszystko przeczuwałam, że nie o taką jej chodziło, że chciała zaoszczędzić miejsca w pokoju i myślała o mini-choince. Mówię do męża:

- Zobaczysz, mama nas wyrzuci z tą choinką!

- To sobie ubierzemy dwie...

Przywieźliśmy jej wczoraj, zapakowaną w siatkę i położyliśmy na balkonie, na podłodze. Mama nie zdążyła się jej dokładnie przyjrzeć. Dzwoni do mnie dzisiaj rano i stwierdza:

- Ale ta choinka to duża jest! Ja myślałam, że będzie tak 30-40 cm miała...

- No co ty, mamuś, takie to mikrusy! Kupiłam ci taką w sam raz, mniejszą od tej twojej sztucznej.

- No nie wiem, nie wiem, kiedy się tak koło niej kładę, to ona jest mojego wzrostu!

- Jak to: kładziesz się koło niej??? Przecież ona leży na podłodze, na balkonie?

- Noooo, w myślach się kładę...




środa, 16 grudnia 2020

Paranormal creativity

Uwielbiam grudzień, to dla mnie miesiąc magii. Nawet w 2020 roku, gdy pandemia przykryła wszystko czarnym kirem smutków, lęków o zdrowie i życie, zabiła radość spotkań towarzyskich, radość życia, ucięła możliwość podróżowania, zabawy w każdej formie, czerpania przyjemności z obcowania ze sztuką w realu. Nic tylko się modlić o ratunek i drżeć o siebie i bliskich.

Mam to w nosie. Kocham grudzień i wyciskam każdy dzień tego miesiąca do cna. Uwielbiam! I nic tego nie zmieni. Ten rok był dla mnie i Andrzejka wyjątkowy pod wieloma względami: rozpoczął się wymarzoną podróżą na Kubę. Potem, gdy przybył covid, wymyśliliśmy sobie nabycie nieruchomości nad jeziorem - co udało się zrealizować w lipcu. I wreszcie 60-te urodziny Andrzejka, potem rezygnacja z wynajmowania mieszkania w Warszawie, jego stały pobyt w domu (kocham za to pandemię!). A teraz przyszedł grudzień - mój ulubiony miesiąc (chociaż przyznam, że ulubionych miesięcy w roku mam 12!). Jest inny od pozostałych pod tym względem, że jestem teraz nadaktywna "artystycznie", twórcza (nazywam to tfu-rczością).

Ta nadaktywność to dzieła rąk moich w różnych kategoriach. Zaczęło się przed Mikołajem, kulinarnie -  zrobieniem dziwnej bezy z czekoladą i kawą:

Najpierw spód

A potem cała smakowita "góra"...











Aktywność była chyba zaraźliwa, bo Andrzej, który nigdy się do kuchni szczególnie nie pchał, zajął się masowym wypiekiem chleba domowego (z politycznym komentarzem błyskawicy):

W Mikołajki poszliśmy do przyjaciół mieszkających w sąsiedztwie z osobliwym gościńcem: zrobionym w kilka minut (przeze mnie) świecznikiem. Kawałek drewienka (jakieś drzewo w ogrodzie Andrzejek kiedyś ścinał), jakieś przerwane korale, klejnoty samoprzylepne i... voila! Dobrze, że zdążyłam sfotografować to dzieło, zanim z oczu mi zniknęło...

Potem przyszedł czas na klimatyczną schizofrenię: rozkwitającego hiacynta umieściłam w świątecznej, bożonarodzeniowej dekoracji stołu...

Ale największe i najprawdziwsze szaleństwo ogarnęło nas oboje w połowie grudnia. Pojechaliśmy do naszego nowego domu letniskowego nad jeziorem - i tam się dopiero rozpędziliśmy! Najpierw Andrzejek zaprojektował świetlną choinkę wewnętrzną (po co nam w 3D, skoro las wokół, a i przy domu mamy iglaki, szkoda miejsca):

Ja się wzięłam za dekorację ganku i drzwi wejściowych:

Zauważcie, proszę, białą dynię - pomalowaną przeze mnie i ozdobioną brokatem...


Tu wianek, własnoręcznie krzywo upleciony...
A tu dynia w turkusach i elegancki anioł w satynie zrobiony z lampy (która była chwilowo bez klosza)....

Bezspornie jednak, najpiękniejszym dziełem było zrobienie oświetlenia domu. To już wyłącznie Andrzejkowa nadaktywność... Lampki kupował wiosną, jeszcze wtedy nawet w planach nie mieliśmy tego domu...



Dziś 16. grudnia. Ciekawe, czego jeszcze dokonamy przez te dwa tygodnie :-)




poniedziałek, 7 grudnia 2020

Kiedy kot czyta posty na fujsbuku...

Od jakiegoś czasu podejrzewam, że moja kotka, Lola, czyta posty na fejsie. Jest to tym dziwniejsze, że nie mieszka ze mną w domu, jest "koteczką z wolnego wybiegu". Rezyduje na zewnątrz, na posesji, w swoim drewnianym domku, a nie w mieszkaniu...

Lola jest z nami ponad 6 lat, trzyma się nas, a my jej. Karmienie, tulenie, pieszczotki, leczenie w razie potrzeby (tylko na początku, gdy się pojawiła, była taka konieczność). Lola przybyła na nasz ogród 6 lat temu jako koteczka wysterylizowana i około 1,5 letnia. Tyle powiedziała weterynarka.

Tak sobie mieszkamy razem, czerpiąc ze swej obecności mnóstwo radości. Kiedy my, człowieki musimy gdzieś wyjechać, zostawiamy jedzenie dla Loli. Najczęściej sąsiadom, którzy bawią się w niańczenie naszej posesyjnej koteczki (w domu mieszkają 3 rodziny), albo przyjaciołom, którzy mieszkają w pobliżu i mogą zajrzeć przynajmniej 2 razy dziennie, by dać Loli jeść.

Jakiś czas temu zostawiłam sąsiadom większą porcję żarełka w specjalnym kartoniku z wypisanymi godzinami karmienia, i wyliczonymi saszetkami. Oczywiście, kupuje zawsze dania, które Lola lubi i chętnie zjada. Wyglądało to całkiem jak dieta pudełkowa lub catering:

Zrobiłam zdjęcie pudełku, bo wyglądało to dość zabawnie. A sąsiedzi starsi wiekiem, cenią sobie dokładne instrukcje.

Zdjęcie wrzuciłam jakiś czas potem na fejsa, w grupie KOTY OPANOWUJĄ POSLKĘ, której jestem członkiem. Z komentarzem, że taki catering zostawiam dla mojej koteczki, gdy wyjeżdżam. Uznałam, że to humorystyczne i tyle, a przeważnie wrzucam tam zabawne memy czy filmiki dotyczące kotów. Post się pojawił i... zaczęło się. Najpierw niewinnie. Jakaś dziewczyna zapytała, co to za karma, bo nie widać nazwy. Pytanie nie miało związku z moim postem, ale udzieliłam odpowiedzi, że to Sheba. (Nota bene Lola ją uwielbiała). Ta sama dziewczyna zaczęła z miejsca krytykować tę karmę i pouczać mnie w kwestii zdrowego żywienia kotów. Sprawdziłam - nie był to profil weterynarz czy dietetyka, choćby człowieczego. Jakaś młoda dziunia i tyle. 

Mój post zaczął szybko żyć własnym życiem, pojawiły się inne głosy krytyczne, innych osób, ta pierwsza doradzała, odpowiadała, prostowała, pouczała, krytykowała. Ponad sto komentarzy na temat Sheby, że to świństwo itp. W zasadzie oprócz jednego głosu w mojej obronie, wszyscy uczestnicy tej dyskusji na mnie wsiedli, że truję kota! Czekałam, kiedy dojdą do wniosku, że należy do mnie przysłać Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami na interwencję. I nie byłoby może w tym nic innego oprócz prawdziwej troski o zdrowie kotów, gdyby nie nachalne powtarzanie tej pierwszej dziuni, że "najlepszą karmę kupicie w Biedronce". Olałam sprawę, nawet tych komentarzy wszystkich nie czytałam, nie odpisywałam na nie - totalny luz. Gdyby nie jedna kwestia. Lola przestała jeść Shebę... Kiedy ona przeczytała te komentarze na fejsie???