niedziela, 15 maja 2016

Nowy dowód boskości mej...

Poszłam do urzędu miejskiego odebrać nowy dowód osobisty. Urzędniczka wręcza mi dokument, patrzę na zdjęcie i wyrywa mi się: o matko!

Na co pani:

- Wszyscy odbierający dowody osobiste mówią: o matko, albo o Boże lub też Jezu Chryste! - pociesza mnie urzędniczka.

No to mam nowy dowód... boskości mej :-)

ps.

Przypomniało mi się, że jestem nieodrodną córką mojej mamy. Kiedy odebrała swój nowy paszport bardzo ubolewała nad zdjęciem w tym dokumencie: że wygląda jakby piorun w rabarbar strzelił, a była przecież wcześniej u fryzjera, że fotograf miał to wyretuszować, ale zapomniał, bo zajęty był opowiadaniem koledze, jak to żona go przyłapała in flagranti,  i że ona za skarby całego świata nie pokaże celnikowi tego paszportu. Pocieszałam ją, żeby się wyluzowała - kto oprócz celników ogląda paszporty? A w ogóle to robi z igły widły, to w końcu tylko dokument a nie konkurs na najpiękniejszą.

Parę tygodni później jedziemy wczesnym rankiem na lotnisko. Senna atmosfera w taksówce, wszyscy pasażerowie podsypiają, pan taksówkarz też coraz bardziej apatyczny. Wpadam na pomysł, by podróżujący w ilości sztuk 4 sprawdzili, czy mają paszporty, bo jakby co, to zdążymy się po nie wrócić. Panie karnie wyciągają dokumenty z torebki, siedzę obok mamy, więc przypomina mi się sprawa ze zdjęciem sprzed tygodni, zatem biorę jej paszport i rzucam okiem. Natychmiast się budzę, bowiem czuję jak ogarnia mnie wielkie, głęboko=brzuszne trzęsienie trzewi: rechot. Za chwile rżę już tak, że taksówkarz otwiera szerzej zaspane oczy i dodaje gazu.

Pokazuję paszport mamy innym pasażerom. Po sekundzie to już jest tornado,  w samochodzie hula huragan takiego śmiechu, że gdy zajeżdżamy pod terminal, wytaczamy się z taksówki na zgiętych nogach, trzymając się za brzuchy i ryczymy jak ranne bawoły. Jest 4 rano. Cała hala odlotów patrzy na nas. Dałabym sobie głowę uciąć, że wystarczy pokazać tej zaspanej setce ludzi paszport mamy, a zawaliłby się strop hali. W odruchu obywatelskiej solidarności nie czynię tego, ale nabijamy się z mamy zdjęcia (z nią samą) do łez, stojąc w długiej kolejce do odprawy. Nie ma lepszego porannego ćwiczenia.

Nie umiem wam opisać, co jest w tym zdjęciu nie tak, ale mama wygląda na nim na mocno potarganą, wściekłą, jakby zdjęcie wykonano w chwili popełniania przez nią jakiegoś mordu. Jest tak inna na tej fotografii, że daje to efekt mega komiczny dla każdego, kto ją zna :-)



1435060145_by_Fudal_500

piątek, 29 kwietnia 2016

Jak kobiety czytają (google) mapy...

Ufność w przyjazne człowiekowi działanie różnych elektronicznych urządzeń może być bardzo zgubna...

Miałam wyznaczoną rozprawę w sądzie. Czekałam na nią 4 miesiące, kwestia była dla mnie istotna. Informację o dniu i godzinie rozprawy otrzymałam już w styczniu, oczywiście pięćset razy sprawdzałam te dane. W wyznaczonym dniu wyruszyłam wcześniej z domu, sprawdziwszy na google maps, gdzie może być lokalizacja Powstańców Sląskich 14. Google pokazały skrawek pustego pola przy skrzyżowaniu tej ulicy z ul. Swobodną, nie przejęłam się jednak, bo miałam w głowie, że jakiś urząd tam nieopodal otworzono niedawno - uznałam, że to mój cel - Sąd Pracy. Zaparkowałam samochód w galerii Arkady i raźnym krokiem, z zapasem czasu 20 minutowym, ruszyłam do budynku, znajdującego się, według googla, jakieś 100 metrów od galerii handlowej.

Podchodzę, z daleka jednak widzę numer 24, 26. Szukam 14. Na razie bez paniki, ale coś niepokojącego mnie ogarnia, jakieś dziwne uczucie, że to nie jest tu. Wokół mało budynków, mało numerów do odliczenia do 14. Zaczynam biec. Najpierw w lewo. Nieeee, bez sensu. To w prawo! Też głupio, bo tu nie ma nic. W telefonie nie mogę sprawdzić lokalizacji adresu, bo się zepsuło coś i nie pokazuje. Dzwonię do męża, niech sprawdzi mi na kompie, siedzi przed monitorem przecież. Nie odbiera telefonu.

Miotam się dalej, wsiadam do tramwaju. Dyszę, bo biegłam, w 9 cm szpilkach. Wszyscy na mnie patrzą, bo okna w tramwaju zaparowałam, co tam. Ujeżdżam jeden przystanek w stronę Capitolu. Wysiadam, bo mnie nosi, biegnę, trochę w prawo, potem biegnę trochę w lewo (to chyba nagły zespół niespokojnych nóg), szukam numerów, nic, pustynia numerologiczna i tyle. Zaczynam wpadać w panikę, jest za 5 minut dziesiąta, a ja nawet nie wiem, czy w dobrym kierunku galopuję tą Powstańców Śląskich, ulica ma chyba kilka kilometrów. Grzywa rozwiana, paszcza otwarta, zaschło mi w gardle, adrenalina - poziom tysiąc, mogłabym przejechać czołg i nic bym nie poczuła.

W nerwach wbiegam do baru Marche i pani, która akurat grzebie w sałatkach zadaję dramatyczne pytanie: niech mi pani powie, błagam, jaki jest tu numer... Powstańców Śląskich ile? "Pięćdziesiąt trzy" pada bezwzględna odpowiedź. "To niemożliwe!" - wykłócam się z panią, jakby chodziło o rachunek za pieczone udka w brokułach. Wypadam mamrocząc do siebie: pięćdziesiąt trzy????? (wiele znaków zapytania). Przechodzień mógłby pomyśleć, że klientka Marche musiała zjeść coś mocno niestrawnego.

Wpadam na genialny w swej prostocie pomysł: taksówka!!! O ironio losu, a moje osobiste auto stoi tuż przede mną, tyle że na 3 piętrze parkingu w galerii handlowej. Nie do wyjęcia w minutę. Złapię taksówkę! Na nieszczęście żadnej nie widzę. Rozważam zatrzymanie obywatelskie, ale jak ciołek w ferrari nie będzie wiedział, gdzie Powstańców Sląskich 14, to nic mi to nie da. Odpuszczam ferrari, dwa porszaki (z tych samych powodów), nawet forda nie zatrzymuję, tylko cały czas intensywnie galopuję w różne strony intensywnie myśląc i intensywnie myślę, intensywnie galopując, bo ustać spokojnie w miejscu nie mogę.

Dzwoni nagle telefon, to mąż, alleluja, co za ulga! Niestety, bełkoczę do telefonu wykrzykując coś w stylu: gdziedo...jest........ten..........ony..........ąd............uuuuuuuuuuuuu...................aaaaaaaaaaaa itp., że mój rozmówca uznaje to za zakłócenia na łączach i pyta grzecznie "słucham?". Nie mam czasu tłumaczyć baranowi, który nie pojmuje w lot bełkotu swojej kobiety, i rozłączam się.

W przebłysku jasnowidzenia dostrzegam postój taksówek. Lecę (dosłownie, bo w PUCHOWEJ kurtce wszak jestem) na przełaj 4-pasmowej (w sumie) ulicy. Dopadam pierwszego w kolejce auta (jakieś czarne), mało klamki nie wyrywam z drzwi, rzucam się na tylne siedzenie i krzyczę: jedź pan do sądu pracy, ale juuuuuuuuuuuuuużżżżż!

Nie zauważam, że nie ma kierowcy. Jestem oszalała ze strachu, bo jest trzy po 10-tej, a ja mam "obecność obowiązkową". Coś do mnie dociera, widzę jakieś zamieszanie przy aucie (kierowcy z nudów siedzieli wszyscy w taksówce za mną), już jednak wyskakuję z tej i pędzę do następnej uznając, że to szybszy manewr niż przesiadanie się na fotel kierowcy i próba porwania wozu. W drugiej też nie ma kierowcy, bo wszyscy zdążyli się rzucić do pierwszej taksówki widząc akcję desperatki. Znów nie mam z kim jechać...

Wreszcie udaje nam się uzgodnić: którym autem, kto pasażerem, kto kierowcą i ruszyć. Znów mam zespół niespokojnych nóg oraz gardła, więc hałasuję, miotam się na tylnej kanapie - totalna panika. Okazuje się, że sąd jest na Placu Powstańców Śląskich, nie na ULICY, a to robi wielką różnicę. Jakichś 2-3 kilometrów. Co gorsza, co kawałek zatrzymują nas światła (czerwone), mam ochotę kąsać kierowcę w kark (nawet przez zagłówek), żeby jechał, a on jeszcze bez refleksu, spóźnia się na zielonym nanosekundę! I doradza mi lekarza, który L-4 mi wystawi na dziś...

Nie poddam się, o nie, miałam szkolenia w Mary Kay! Mogę być już u celu, walczę dalej wbrew rozsądkowi. Próbuję, do upadłego (bardzo prawdopodobne zważywszy kondycję moich stóp po galopie w szpilkach). No wreszcie jestem. Do sądu dojechałam 20 minut po 10-tej, jeszcze na piętro musiałam wbiec. Cud jakiś, że jak maratończyk nie padłam pod drzwiami. Uratowała mnie nadzieja, że będzie poślizg, że rozprawa przed moją się przedłuży. Nie zauważono mojego spóźnienia, rozprawa się odbyła, wygrałam.

Najgorsze, że ten niezaplanowany fitness na skrzyżowaniu znów uszkodził mi kolano. A już tak dobrze się miało! No i biję się w piersi: google maps jednak nie kłamało - a takie rzeczy wykrzykiwałam taksówkarzowi pod adresem tej aplikacji, że powinna przestać działać. Nota bene, gdzie jest numer 14 na ulicy Powst. Śl. - nie wiem i pewnie nie będę chciała wiedzieć... 

Jedno jest pewne - trochę zaspałam rano sprawę z tą mapą:



piątek, 11 marca 2016

Pi-tolenie o liczbie pi

W najbliższy poniedziałek wypada święto liczby pi. Dlaczego akurat 14 marca? Bo to dokładnie jej data (w amerykańskim sposobie zapisu): 3.14.

Zabawne święto, głównie środowisk akademickich w USA. Zainteresowałam się pi przypadkiem, a że plącze się przy niej paru mądrych facetów ze Starożytności, to poczytałam zaciekawiona. Czytałam też dlatego, że matematyka mnie fascynuje, chociaż głąb matematyczny jestem i nigdy nie pojmę na przykład takich „liczb pierwszych”. Ma jednak dla mnie owa „królowa nauk” powab alchemii i filozofii, wiele z uroku astronomii, wielką magię. Jest jak sztuczka iluzjonisty w oczach naiwnego dziecka. Jestem takim dzieckiem, np. gdy widzę moje ulubione równanie (zauważcie obecność liczby pi!):
Wiecie, co to? Ha, to jest matematyczna postać zasady nieoznaczoności Heisenberga. Zasada dotyczy niemierzalności cząstek, ale dla mnie to czysta… psychologia. Z nią łączy się inna fascynująca teoria: o kocie Schroedingera, czyli tym, który jest jednocześnie martwy i żywy w pudełku z trucizną.  Dopiero otwarcie pudła powoduje tzw. załamanie funkcji falowej (no jaka radocha dla głąba matematycznego – funkcja falowa!!!) i kot jednoznacznie przyjmuje jeden stan. Który? Który chce.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tego nie można zaobserwować w świecie,  w którym żyjemy. Ale w skali kwantowej takie koty to normalna sprawa. Zatem nasz świat zbudowany jest z cząstek działających nielogicznie? Włos się jeży na mej głowie. Z ekscytacji. To wszystko jest jednak mega absurdalne.

Wróćmy jednak do liczby pi, nie mniej intrygującej jak kot i niemierzalne cząstki. W piramidzie Cheopsa stosunek sumy dwóch boków podstawy do wysokości wynosi 3,1416, czyli pi z dokładnością do czterech miejsc po przecinku! Dziś trudno oceniać, czy był to przypadek, czy budowniczowie piramid znali liczbę pi tak dokładnie, bo żyjący duuuuuuuuuuużo później Archimedes (III w. p.n.e.) wyznaczył jej wartość z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku: 3,14.

I znów minęły wieki, holenderski matematyk Ludolf van Ceulen w 1610 roku obliczył wartość pi z dokładnością do 35 cyfr po przecinku. Zapis ten wyryto nawet na jego nagrobku, a na jego cześć liczbę pi nazywa się często ludolfiną (ładnie, nie?).
Współcześnie komputery wyznaczają już milion miejsc po przecinku i dalej pracują pełną parą. Czy to nie mega dziwne, że liczba, która wyznacza stosunek obwodu koła do jego średnicy wydaje się nie mieć końca???? Poetki piszą więc o niej filozoficzne wiersze:

Liczba Pi [Wiersz Wisławy Szymborskiej]

Podziwu godna liczba Pi
trzy koma jeden cztery jeden.
Wszystkie jej dalsze cyfry też są początkowe,
pięć dziewięć dwa ponieważ nigdy się nie kończy.
Nie pozwala się objąć sześć pięć trzy pięć spojrzeniem
osiem dziewięć obliczeniem
siedem dziewięć wyobraźnią,
a nawet trzy dwa trzy osiem żartem, czyli porównaniem
cztery sześć do czegokolwiek
dwa sześć cztery trzy na  świecie.
Najdłuższy ziemski wąż po kilkunastu metrach się urywa
podobnie, choć trochę później, czynią węże bajeczne.
Korowód cyfr składających się na liczbę Pi
nie zatrzymuje się na brzegu kartki,
potrafi ciągnąć się po stole, przez powietrze,
przez mur, liść, gniazdo ptasie, chmury, prosto w niebo,
przez całą nieba wzdętość i bezdenność.
O, jak krótki, wprost mysi, jest warkocz komety!
Jak wątły promień gwiazdy, że zakrzywia się w lada przestrzeni!
A tu dwa trzy piętnaście trzysta dziewiętnaście
mój numer telefonu twój numer koszuli
rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty trzeci szóste piętro
ilość mieszkańców sześćdziesiąt pięć groszy
obwód w biodrach dwa palce szarada i szyfr,
w którym słowiczku mój a leć, a piej
oraz uprasza się zachować spokój,
a także ziemia i niebo przeminą,
ale nie liczba Pi, co to to nie,
ona wciąż swoje niezłe jeszcze pięć,
nie byle jakie osiem,
nieostatnie siedem,
przynaglając, ach, przynaglając gnuśną wieczność
do trwania.

A naukowcy wysyłają ją w kosmos (liczbę, znaczy się). Szukając kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi wysłali drogą radiową informację o wartości tej liczby. Wierzą, że inteligentne istoty spoza naszego układu znają tę liczbę, więc rozpoznają komunikat.

No to sobie o pi popitoliłam. Inspirująco? Napiszcie...

wtorek, 16 lutego 2016

Kryminogenna filologia, czyli łacina, Hannibal i zbrodnie

Najbardziej poszukiwany ostatnio psychopata wykonywał zawód bibliotekarza. Co więcej, zna biegle starożytny, uważany za martwy, język (łacinę), pisze wiersze, lubi wyprawy do lasu, gotowanie i ziołolecznictwo, filozofuje i... ćwiartuje swoje ofiary.

Kajetan Poznański, ścigany międzynarodowym listem gończym, jest nader skomplikowaną osobowością (może nawet mnogą?), która przypomina fikcyjną postać literacką - Hannibala Lectera. Media zresztą dotarły już do źródeł potwierdzających fascynację Kajetana tym bohaterem thrillerów T. Harrisa. 

Jeden i drugi psychopata znają biegle kilka języków. Prasa podała, że Kajetan jest filologiem klasycznym z wykształcenia (jak wiadomo to mój klub), popełnił nawet wiersz po łacinie, zatytułowany nomen omen "Uczta Hannibala Lectera". Wiersz jest gniotem, ale został opublikowany w fachowym czasopiśmie filologiczno-antycznym "Meander", wydawanym pod auspicjami szacownej instytucji naukowej jaką jest PAN. Ktoś te wypociny puścił do druku.

Dziś sprostowano, że filologii klasycznej wcale nie ukończył, skądś jednak łacinę znał. W bibliotece pracował, odbywał wcześniej staże dziennikarskie w różnych wydawnictwach. Próbował opublikować teksty o historii kannibalizmu. Wygłaszał prelekcje na różne tematy związane z antykiem czy wczesnym chrześcijaństwem, tłumaczył teksty religijne. Uczył się pilnie języka włoskiego, nauczycielkę tegoż zabił. Południowej jest urody więc może odkrył w sobie włoskie, jak Hannibal, korzenie (matka Hannibala Lectera pochodziła z rodu Sforza, a powieściowy morderca we Włoszech żył kilka lat w ukryciu, pracując w jakimś muzeum). Czyżby Kajetan chciał pójść w jego ślady? Mam więc sugestie dla Europolu, gdzie go szukać: w Italii! Teraz jednak wielki mętlik mam w głowie: mężczyzna tak wykształcony, erudyta, humanista popełnia czyny potworne - czy ma tu znaczenie jego wykształcenie? 


Skojarzyło mi się, że inny filolog klasyczny jest wybitnym twórcą kryminałów, w których zbrodnie nie są też jakieś zwyczajne. Myślę tu o Marku Krajewskim i jego cyklu o Eberhardzie Mocku działającym w Breslau... Mock to jednak policjant jest, chociaż dość psychopatyczny: pełen wad alkoholik i bon vivant, klient lupanarów, mason i oczywiście... filolog klasyczny!
Czy więc ja też powinnam, z racji wykształcenia kryminogennie filologicznego, zająć się jakimś spektakularnym działaniem: np. pisać "zbrodnicze"powieści? 
Oto najbardziej zbrodnicze moje opowiadanie (ma mało oryginalny tytuł "Zbrodnia i kara"):

Karolina nie wyjechała nigdzie na wakacje. Stara się zorganizować sobie ciekawe lato w mieście. Postanowiła napisać  powieść kryminalną. Czy uda jej się zakasować Agatę Christie? 

„Kolejny dzień lata wstał słoneczny i radosny niczym truskawka po ucieczce  z salaterki” – przemknęło mi przez głowę, gdy tylko otworzyłam rano oczy. Koniecznie muszę zanotować to zdanie! Przyda mi się w mojej powieści kryminalnej, może nawet w pierwszym rozdziale, gdzie zawiążę całą akcję? Wprawdzie przyznam, że nie wiem jeszcze, czym ją zawiążę i o czym w ogóle będzie moja powieść, ale przynajmniej będą notatki. Nie mówiąc już o tym, że nie miałam w tej chwili zielonego pojęcia, jaką zbrodnię popełni główny bohater. Ale zgrabne zdania, które wpadają mi do głowy tuż po obudzeniu, trzeba notować. Założyłam już sobie specjalny notesik, w którym jest miejsce na różne takie perełki...

No więc dzień wstał słoneczny, nie zamierzałam więc spędzić przedpołudnia w czterech ścianach. Konkretnych planów nie miałam, obowiązków także. Są wakacje, mogę się bez przeszkód oddać jedynemu hobby – pisaniu! Na razie jednak postanowiłam zrobić sobie śniadanko. Powieściopisarki muszą przecież coś zjeść od czasu do czasu i niekoniecznie musi to być wieczne pióro... Gdy gotowało mi się jajko na miękko, miałam chwilkę by pozaglądać do okien sąsiadom. Zawsze to robię, gdy jestem w  kuchni. To nie jest czysta ciekawość. To ciekawość z domieszką obowiązkowości. Robię to dla wprawy w trudnej sztuce obserwacji. Obserwacja zaś to podstawowe ćwiczenie pisarskie. Muszę mieć materiał badawczy, by wymyślać charaktery i intrygi!

Mój materiał badawczy w postaci Władka przemieszczał się właśnie chwiejnym krokiem w stronę sklepiku z piwem. „Aha, musi być już po ósmej” – pomyślałam sobie, nie patrząc na zegarek. Znałam obyczaje podwórkowego „sztajmesa”. Tuż za nim wyskoczył z pobliskiej bramy niski, kulistej postury facecik w szortach (te krótkie spodenki nosi nawet zimą), prowadząc na smyczy dwa wilczury. Z niewiadomych powodów zwracał się zawsze tylko do jednego z nich, nazywając go Rex. Chyba, że się mylę i po prostu oba psy mają tak samo na imię? Wielkość tego odkrycia sprawiła, że moje jajko ugotowało się na twardo. Przegapiłam czas. Gdy ponownie spojrzałam przez okno, paniusia z drugiego piętra, w gustownych papilocikach na głowie, z premedytacją płatnego zabójcy wyrzucała obierki ziemniaków i inne śmiecie przez okno, wprost na parkujący niżej samochód sąsiada. Wiedziałam, że w tym samym momencie z okna pod nią wychyli się głowa mężczyzny, który w niewybredny sposób będzie opowiadał kobiecie, co jej zrobi, gdy ją złapie. Z grubsza chodziło o sprawne i bolesne usunięcie dolnych kończyn. Kobieta jak zwykle zignorowała go zupełnie. Nie wiem, na czym polega ta ich gra, ale grają już dość długo i trudno mi powiedzieć, kto jest górą. Wreszcie wytoczył się z bramy nabombany jak autobus Tadeusz i zaczął miauczeć jak kot. W tym momencie zaczęły uciekać wszystkie podwórkowe koty, wylegujące się akurat na maskach samochodów w porannym, lipcowym słoneczku. Nie znosiły chyba miauczenia Tadeusza. Trudno być uznanym przez wszystkich artystą...

Wiedziałam, że dochodzi dziewiąta. Według spragnionych piwa mieszkańców mojego podwórka można było regulować zegarek! Wyjście z domu zajęło mi jeszcze godzinę. Postanowiłam pojechać do parku na peryferiach miasta, by poczytać i trochę podumać nad moją powieścią. Świeże powietrze, mimo upału, lepiej mi zrobi, niż to bezsensowne duszenie się w domu. Gdy zamykałam drzwi na klucz, usłyszałam nieznane dźwięki. Zeszłam piętro niżej i zobaczyłam, że na półpiętrze, u drzwi sąsiadów znanych mi z widzenia i nazwiska stoi tyłem nieznajomy (chyba?) mężczyzna i grzebie przy zamku. Zeszłam do niego, tupiąc odważnie, ale on ani drgnął, zajęty bardzo otwieraniem nieswoich (byłam pewna) drzwi!

Nie namyślając się wiele, zdzieliłam go torebką, zanim zdążył się obejrzeć. Przyznaję, że był to niemały ciężar. Miałam w niej (oprócz typowo damskich drobiazgów) jeszcze termos z zimną herbatą z cytryną (wybierałam się do parku na literacki piknik, a herbata jest najlepsza na upały!) i kanapeczki. Niewiele głów mogło przetrzymać takie uderzenie. Głowa włamywacza widocznie do nich nie należała, bo jej właściciel osunął się nagle po ścianie i usiadł półprzytomny. Wreszcie mogłam mu się przyjrzeć. Jak na przestępcę był cholernie przystojny! Zamknięte z bólu oczy ujawniały kosmiczną długość czarnych rzęs. Nos nieduży, szlachetny, usta pełne. Zmysłowa bródka. Porządnie ubrany, żaden tam obdarciuch. Mój wzrok ześliznął się niżej i dojrzałam w jego dłoni pęk kluczy na breloku. „Klucze? Z brelokiem? Nie żaden wytrych? E, pewnie wchodził na pasówkę!” – pomyślałam, mając w pamięci ostrzeżenia policji przed sezonem wakacyjnym. Schyliłam się, by lepiej widzieć klucze. Wyglądały całkiem normalnie. Na breloku odkryłam w dodatku logo firmy, w której pracował sąsiad, właściciel mieszkania. Nagle poczułam się nieswojo. Wszystko wskazywało na to, że facet miał udostępnione klucze do mieszkania sąsiadów, a ja go chyba zabiłam torebką z termosem! I to za co? Za opiekę nad opuszczonym chwilowo lokum?Przestraszyłam się nie na żarty. Facet nie dawał znaku życia.

- Proszę pana, proszę się obudzić! – powiedziałam stanowczo, szarpiąc go za ramię. Jeszcze zapadnie mi tu w śpiączkę! – Bardzo pana proszę, obiecuję, że już nigdy nie zaatakuje nawet myszy torebką! – byłam gotowa składać solenne obietnice.

- Gdzie... gdzie ja... gdzie ja jestem? – wyjąkał wreszcie poszkodowany, otwierając swoje śliczne oczęta.

- Tutaj pan jest.

- Czy to już raj? A gdzie pani skrzydła? – albo facet oszalał, albo wracała mu uwodzicielska forma.

- Właśnie jednym pana zahaczyłam, stąd mamy problem...

- Mamy problem? – powtórzył jak echo, a było to miłe memu uchu echo, dzięki przyjemnemu tonowi jego głosu.

- Czy pan tu chwilowo mieszka?

- Na to wygląda.

- Ale, tylko bez żartów! Uderzyłam pana torebką, bo myślałam, że jest pan włamywaczem! – przyznałam się odważnie do winy.

- A może jestem włamywaczem, skąd mam wiedzieć? Niczego nie pamiętam. – „No pięknie, jeszcze sprawiłam, że stracił pamięć. Do końca życia się z tej historii nie wygrzebię!”

- Błagam pana, niech pan sobie przypomni, jak to było. Grzebał pan tu w drzwiach, ja myślałam, że jest pan złodziejem, więc uderzyłam pana torebką. Pan teraz, w wyniku tego nieprzemyślanego ataku, traci pamięć. Co z tym wszystkim zrobić??!

- Nadal nie wiem, co tu robię, czy co miałem zrobić. Może gdyby mnie pani zaprosiła do siebie na zimną colę albo sok, wiedziałbym w jakim celu tu przyszedłem?

- Przecież ja pana nie znam!

- No to już się poznajemy, mam na imię... zaraz, jak ja mam na imię?? – przerażenie w jego oczach wyglądało na autentyczne...

- Ja, jaa... nie wiem! – odpowiedziałam bezradnie. – Wiem, że moje imię to Karolina... Może ma pan przy sobie jakiś dokument? – Chłopak zaczął przeszukiwać kieszenie dżinsów, co było nieco utrudnione, zważywszy, że nadal siedział na podłodze korytarza, oparty plecami o ścianę. W tylnej znalazł dowód osobisty. Z ogromnym zainteresowaniem zaczął go studiować.

- Sebastian Wolniewicz? Ja się tak nazywam? Masz może lusterko? Muszę to sprawdzić! – byłam tak przerażona, że gdyby poprosił mnie o mechaniczną piłę, podałabym mu ją bez mrugnięcia powieką. Chłopak spojrzał w lustro, raz jeszcze w swój dowód. – Wygląda na to, że ja to ja...

Co za ulga! Wizja pasiastego ubranka w rozmiarze XXXL i więzienia za próbę morderstwa zaczęła się szybko ode mnie oddalać.

- Jak dobrze, że wróciłeś do siebie!

- No właśnie, jeszcze nie wróciłem! Przecież nadal siedzimy tak głupio pod drzwiami. Skoro boisz się zaryzykować zaproszenia na zimny napój, ja to za ciebie zrobię – podniósł się ostrożnie, trzymając się jeszcze za głowę i zaczął otwierać drzwi państwa Brzozowskich. – Proszę bardzo, Karolino, zaraz poszukamy czegoś zimnego do picia. Stanął w progu w zapraszającym geście. A we mnie miotało się trochę wątpliwości. „Wejść, czy nie wejść? Skoro ma klucz, nie jest włamywaczem. Ale czy będę bezpieczna z nieznajomym facetem w obcym mieszkaniu?” – przyznam, że wcale nie chodziło mi o ewentualność, że gospodarz spotkania mógł mieć powiązania ze światem przestępczym. Bardziej obawiałam się o swoje bezpieczeństwo, bo jego ładnie wykrojone usta i spojrzenia szykowały jakiś zamach na moje serce...

- A państwo Brzozowscy nie będą mieli nic przeciwko temu? – wyszukałam kolejnego pretekstu.

- Nie sądzę. Wyjechali na urlop, a ja pilnuję ich mieszkania. Jestem spokrewniony z gospodarzami. Mam nadzieje, że mieszkasz w tej samej bramie i nie jesteś krążącą w poszukiwaniu urlopowych okazji, włamywaczką?

- Co to, to nie! Jedyne moje powiązania ze światem przestępczym to literatura!

- Aha, czytasz kryminały?

- Nie. Ja je piszę, Sebastianie, ja je piszę!

Cóż, cola w towarzystwie Sebastiana była gorąca jak kakao. Zainteresował się moimi literackimi planami i powiedział, że chętnie pouczestniczy w jakimś twórczym wydarzeniu. Może to być nawet grzmocenie torebką, byle już nie jego głowy. Przez to całe zamieszanie miałam przynajmniej pierwszy rozdział! Co z tego, że romansu, a nie kryminału? Zawsze przecież mogę tam jeszcze wpleść jaki złodziejski wątek: kradzież serca, na przykład...

Tekst: Beata Łukasiewicz©

poniedziałek, 1 lutego 2016

Pociąg do muzeum

Uwielbiam chodzić do muzeum. Czynność ta niezmiennie od lat bawi mnie i ekscytuje, a nazwa przybytku nie brzmi bynajmniej stęchle. Jako znawca martwych języków rozumiem ją i umieszczam w czasoprzestrzeni urokliwych, pełnych blasku dawnych wieków.

Na usprawiedliwienie tej „miłości” mam też fakt, że moją pierwszą pracę po studiach podjęłam w muzeum właśnie – dziś już nieistniejącym samodzielnie Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu. Przepracowałam tam tylko rok, w dziale Orderów i Odznaczeń, ale pewnie dalej siedziałabym w uroczym otoczeniu kosztownych „broszek” (proszę, temat akurat na topie!), gdyby nie uczynny kolega, który namówił mnie na zmianę pracy.

Co to były za czasy, te muzealne! Charyzmatyczny dyrektor, ś.p. Pan Więcek, który wymagał od pracowników naukowych rycia w dokumentach, gdyż kilkadziesiąt obiektów w miesiącu musiało być opisanych w ramach „pensum”. Dzięki Niemu zainteresowałam się wolnomularstwem, bo w zbiorach mojego działu były nie opisane jeszcze odznaki masońskie. Nawiązałam nawet kontakt ze ś.p. prof. Ludwikiem Hassem – największym ekspertem w tym temacie w Polsce. Raz też zostałam wysłana w delegację do Muzeum Ruchu Robotniczego w Łodzi, któremu wiozłam pociągiem wypożyczoną przez to muzeum kolekcję orderów demoludów, z Orderem Lenina na czele (platyna i złoto), wycenionym wówczas na milion złotych (dla porównania moja pensja miesięczna wynosiła wówczas w muzeum 12 tysięcy). Ordery wiozłam w walizce, a ta nie była przyspawana do moich nadgarstków, nie miałam też towarzysza-ochroniarza.

Nasze muzeum miało wtedy skromną siedzibę z maleńkimi salami wystawienniczymi. Wielka była tylko wizja dyr. Więcka, który z falerystyki chciał uczynić dział sztuki godnej wielkich wystaw.  Nigdy nie zapomnę, jak wydelegował mnie do Warszawy, do różnych egzotycznych ambasad (np. Laosu, Kambodży i Wietnamu) w celu pozyskania kompletu odznaczeń tych krajów. Tak więc stałam się bywalczynią różnych warszawskich pałacyków i pałaców, w których podejmowano mnie herbatką i ciasteczkami. Miło sobie gaworzyliśmy, wychodziłam a wkrótce potem docierały ze stolicy kartony z cenną zawartością. Na wszelki wypadek azjatyckie ambasady wysyłały po 3 egzemplarze każdego orderu, dzięki czemu ich zbiory szły u nas w setki!

Jako pracownik tego fascynującego działu mogłam sobie codziennie oglądać np. Order Podwiązki lub też Order Złotego Runa, nie mówiąc o Orderze Orła Białego, ha! W bibliotece muzealnej pracowała ekscentryczna Ania, skarbnica wiedzy wszelakiej i wielbicielka obcinania mężowi krawatów. W sekretariacie energiczna istota, która nawet dziecko urodziła w pędzie – między wanną a kuchnią, gdyż właśnie robiła pranie i mieszała bigos. Rzecznikiem prasowym muzeum był konserwatywny liberał, wielbiciel Korwina-Mikkego, który sprawił, że moja praca dyplomowa o Platonie ukazała się w podziemnej gazecie (był rok 1987) za honorarium w postaci butelki czerwonego węgierskiego wina. Pani kustosz, Halinka, emerytowany ekspert falerystyczny dwa razy w miesiącu przyjmowała na wizytach kolekcjonerów z miasta – szalonych zbieraczy, gotowych posunąć się nawet do mordu dla jakiejś rzadkiej sztuki. O niektórych kolekcjonerach po muzeum krążyły legendy. Były też kochane panie sprzątaczki, które „robiły” za ochronę na wystawach, robiąc na drutach i pilnując, by zwiedzający za bardzo nie szurali butami po parkiecie, zdzierając go.

Z pewnością ta moja pierwsza praca oraz zaczytywanie się w przygodach Pana Samochodzika w młodości sprawiła, że do zawodu muzealnika mam kultowy szacunek, a muzea wręcz uwielbiam – miejsca te mają dla mnie nieodparty urok i magię.

Ale do czego zmierzają moje wspominki? Aaaaa - do zachwytu nad współczesnym muzeum. Pierwszy szok przeżyłam w Muzeum Polin w Warszawie. Ogromne, multimedialne, imponujące, intrygujące, niesamowite, prowadzące przez wieki obecności Żydów w Polsce. Ilość wiedzy i wrażeń zwaliła mnie z nóg wtedy.

Kolejny szok był moim udziałem po niedawnej wizycie we wrocławskim Hydropolis. Trudno je nazwać muzeum, ale wiele w nim eksponatów z przeszłości, które obsługuje technika teraźniejszości czy też przyszłości. Niezwykłość tego miejsca jest nie do opisania. Wita wszystkich drukarka wodna:

drukarka wodna, czyli ciana kolorowego deszczu z napisami

 

Potem wesoły, błękitny strumyk, który prowadzi zwiedzającego przez kolejne groty. Wielka makieta Ziemi – planety wody, replika batyskafu (jedyna na świecie kopia tego prawdziwego, który zanurkował w Rowie Mariańskim!), szum oceanu i leżaczki do wypoczynku pod rozgwieżdżonym, tropikalnym niebem, chmura schwytana w gablotkę z pleksi, starożytne urządzenia wodne (a były takie!)… Jednym słowem - baja!  Nawet mnie nie złości, że wrocławskie przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne podniosło opłatę za wodę do niebotycznej kwoty 11 zł za m3, bo Hydropolis kosztowało ponad 50 milionów złotych i nie było dotowane ze środków unijnych. Z chęcią jednak za nie zapłacę, o wiele chętniej, niż za poprzednią inwestycję wodociągów - Klub Śląsk Wrocław.

Obecnie w ramach ESK w Muzeum Narodowym we Wrocławiu odbywają się niesamowite spektakle – Muzeum Marzeń, w czasie których zwiedzający maszerują po muzeum z mapą i składanym krzesełkiem, by w wyznaczonych miejscach, pod obrazami, obejrzeć sceny odgrywane przez żywych aktorów. Niestety, na żaden spektakl nie udało mi się jeszcze dostać biletów, ale nie ustaję w staraniach.

Polecam wszystkim te miejsca – zarówno starej, jak i nowej, cyfrowej daty. Znajdziecie w nich to, co nieuchwytne i nienamacalne.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Selfie? Co za nuda!

Wiecie, że nigdy w życiu nie zrobiłam sobie selfie? I nie jest to kwestia techniczna - smartfona posiadam. Problem w tym, że w ogóle nie lubię się fotografować, a już robić selfie - co za nuda!

Długi czas uważałam, że jestem jakaś inna. Jednak ostatnio wpadły mi w ręce opinie psychologów i kulturoznawców, którzy uważają selfie za przejaw egocentryzmu i nieuleczalnego narcyzmu. Odetchnęłam więc z ulgą - wszystko ze mną w porządku! Odkąd skończyłam 25 lat nie lubię ani robić sobie zdjęć, ani oglądać siebie na zdjęciach, bo w zasadzie na sto podoba mi się może jeden-dwa portrety. Zazwyczaj robi mi je mąż.

Ja z kolei bardzo lubię robić zdjęcia budowli, przyrody, zwierzętom, zjawiskom meteo. Z zapałem filmuję i fotografuję podczas licznych, bliższych czy dalszych podróży, ostatnio jednak i to mnie męczy. Zauważyłam, że oglądając świat przez wyświetlacz aparatu czy kamery - tracę 90% prawdziwego kadru i emocji, które towarzyszą mojemu zachwytowi. Coraz częściej po prostu szkoda mi energii na fotografowanie! Oczywiście, im jest piękniej, tym mocniej pragnę to utrwalić "na potem", ale tracę jednocześnie szansę na przeżycie danej chwili. A co dopiero gdybym miała wydziwiać z telefonem, szukać idealnego kadru, by ustawić się do selfie! Męczące i nudne.

Wielbiciele selfie powiedzą, że czasami są zmuszeni do autoportretu, bo akurat nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby zrobić zdjęcie, a wdrapali się właśnie na dach słynnego hotelu w Dubaju (albo chociaż na Sky Tower we Wrocławiu) i chcą uwiecznić się w nadzwyczajnym otoczeniu. Niestety i na ten argument jest szczera opinia psychologów: selfie jest dowodem samotności. No chyba, że jest to selfie pary! Dla psychologów nie ma też obronnego znaczenia to, że do selfie zapraszane są czasem inne osoby (tzw. selfie grupowe), bowiem czyni się to, według ekspertów po to, by pokazać jak fajnie na tle innych wypadamy: jesteśmy śliczni, fantastyczni i dynamiczni!

Kto raz złapie bakcyla „selfie’wania” będzie niewolnikiem pstrykania słit foci w każdym miejscu i o każdej porze – po to, by te arcydzieła publikować na portalach społecznościowych. Bowiem cel jest jasny: niech wszyscy oglądają moje ekscytujące przygody: w tramwaju (ale była jazda!!!), na moście (bo długi), w windzie (bo szybka), na szczycie lub w dolinie, pływanie w morzu albo picie drinka z parasolką, siedzenie na sedesie, albo nad urwiskiem, wpadanie do wodospadu, zdobycie dachu lub ruiny sprzed wieków. I jeszcze takie "wielkie przygody": przymierzam fajne ciuchy w przymierzalni, jem placki ziemniaczane ewentualnie kawior w restauracji, siedzę za kierownicą superwozu (niestety, nie widać marki), jestem z wizytą u cioci w szpitalu (ciocia wprawdzie umiera, ale jak JA się pięknie uśmiecham!), na karuzeli z dzieckiem albo na rybach (z rybim pyskiem przy twarzy – i kto przystojniejszy???).

Selfie to lansik, bo każdy z nas chce mieć swoje 5 minut. Przecież we współczesnych mediach bardzo łatwo zdobyć „sławę”, choćby na chwilę zabłysnąć w necie. Taka jest współczesna pop-kultura – każdy z nas może zostać KIMŚ, mamy równe szanse! To cudowne z jednej strony, ale i dość męczące dla otoczenia… Każdemu się zdaje, że on też ma COŚ do powiedzenia światu. Dlatego musimy oglądać cudze selfie. A jak nie musimy, to prędzej czy później sobie selfie zrobimy, by inni MUSIELI.

Autoportret – stary jak sztuka!

Na obronę selfie: własnoręczne wykonane portrety nie są wcale wynalazkiem XXI wieku. Istnieją w kulturze od dawna. Niepotrzebna jest cyfrowa technologia, przecież np. malarze w dawnych wiekach lubili się uwieczniać. Podobno pierwsze autoportrety pojawiały się już w średniowieczu (częściej jednak w formie rzeźby). Jest jedno "ale": w sztuce autoportret to „wprawki” twórcy i swoista konfrontacja z samym sobą – portreciście zależy na pokazaniu swego ego. Stąd moc oddziaływania i sława autoportretów (choćby np. Rafaela).

Różnica między selfie a autoportretem polega na tym, że większość malarskich dzieł przedstawia bardzo wiernie, werystycznie wręcz wizerunek artysty, bywa że z jakimiś defektami urody (Van Gogh). Nie upiększali się, szukali innych sposobów, by dotrzeć do odbiorcy, wywołać emocję, coś przekazać, jakąś prawdę o sobie, zakodować informację w namalowanym otoczeniu. A jaką  prawdę przekazujemy komukolwiek fotografując się np. w superszybkiej windzie?

Na koniec tych refleksji krótka lista malarskich selfie wszech czasów: autoportret Van Gogha z obciętym uchem z 1889 roku (poniżej, było ich więcej...), Pabla Picasso z 1907, Fridy Kahlo z naszyjnikiem z kolców i kolibrem (1940). Frida namalowała w sumie 52 swoje autoportrety - pewnie gdyby to były selfie, byłoby ich sto dziennie :-) No i najstarszy w tym zestawieniu, najszacowniejszy: graficzny autoportret Leonarda da Vinci z 1513 r.













(zdj. z Wikipedii)

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue sunday

Nie wiem, co się ze mną wczoraj działo. Nawet jak na kobiecą naturę było tego za dużo i za intensywnie - fontanny łez przy byle okazji (a nawet hymnu akurat nigdzie nie grali!), spuchnięte oczy i nos, użalanie się nad sobą, planowanie skoku z tarasu. Po prostu blue sunday.


I to wszystko zdarzyło mi się pomimo:

- złotego od słońca niedzielnego poranka, a że okna sypialni mam od wschodu - było co podziwiać!

- obecności mojego weekendowego męża, co potwierdziło pierwsze otwarcie powiek,

- "kulturalnych" planów na resztę dnia (miało być przebudzenie Wrocławia jako stolicy Europy),

- perspektywy obiadu u mamy (zawsze pyszoty, na dziś zaplanowany gęsi pipek),

- miłego spędzenia czasu w sobotę, w Opolu, z dziewczynami, na szkoleniu  z makijażu,

- kupienia w sobotnią noc biletów lotniczych na marcową podróż na Sri Lankę,

- dotyku supermiękkiego, jedwabistego futerka Loli i jej uspokajającej mruczanki numer dwa na tuzin wąsów, jeden pyszczek i jagnięcinę w sosie prowansalskim,

- budującej lektury Reginy Brett "Jesteś cudem".

Mimo tych cud-ownych zdarzeń mnie zdarzył się blue sunday. Trzeba mieć wiele determinacji, by zepsuć sobie dzień na przekór tylu oczywistym łaskom.

Jako że podobno jestem typem analitycznym, to swój stan ducha zaczęłam natychmiast rozkładać na czynniki pierwsze, drugie dno, czytanie między wierszami, szpiegowanie cienia. Skąd te łzy? Co takiego się stało? Przecież nie ma już we mnie hormonalnej burzy - dawno po zawodach jest, więc powinno być stabilniej - a nie jest... I wtem przypomniała mi się jakaś pseudonaukowa teoria dotycząca trzeciego, czy też czwartego poniedziałku stycznia - ten cały blue monday, smutny poniedziałek (na nasze), bo okazuje się, że wszystko wygląda nienajlepiej (kurcze, przydałby się jakiś "lepiej" Szymborskiej): począwszy od pogody, poprzez skonstatowanie, że trzeba zacząć spłacać kredyty zaciągnięte na Boże Narodzenie, i że z noworocznych postanowień zostały tylko litery na papierze...

Tu też mi się nic nie zgadzało: po pierwsze - była niedziela!!!!! Po drugie: pogoda jak marzenie! No i żadnych świątecznych kredytów nie zaciągnęłam, wręcz przeciwnie, w grudniu wpadło więcej kasy niż zwykle (stąd plany podróży do Azji).... No i najważniejsze: przecież nie podjęłam żadnych noworocznych zobowiązań. Za leniwa na to byłam... 

Wiecie jaka to męczarnia dla analityka, gdy nic mu się nie bilansuje? Żadnej pointy, wniosku, wyniku? Łzy jak groch turlały się po moich policzkach, oczy szczypały (chyba jestem uczulona na własne łzy), chęci do życia było brak. Rzucić się z tarasu? Ale jest za nisko... Histeria! Szkoda, że mąż nie ma w zwyczaju walić mnie wałkiem po głowie - całkiem bezradny obserwował, co się ze mną dzieje. Nie poszliśmy do Rynku patrzeć, jak budzi się Wrocław. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że impreza zakończyła się dość spektakularną klapą.

Trochę poprawił mi nastrój smaczny obiad u mamy i to, że musiałam się trzymać (i tak Rodzicielka przyglądała mi się równie analitycznym wzrokiem, jak mój własny, bo nie dość, że mamy ten sam znak zodiaku, to i osobowość analityka).

Do wieczora jakoś dotrwałam przy życiu, a potem powtarzali Gwiezdne wojny. Dziś jest lepiej. Może za to u Was jest dziś ten właściwy blue dzień? 

p.s.

Słuchajcie, a może to ten brak celów na nowy rok? Może tu jest pogrzebana ta smutna niedziela? Co miało mi się nie spełnić, skoro ja nawet nie wiem, jakie mam marzenia?????

(zdj. z indebanvan.nl)

 

piątek, 1 stycznia 2016

Szczytowanie w Sylwestra, czyli jak wdrapałam się na górę wieczorową porą...

W sylwestrowy wieczór poniosło mnie... na górę Ślężę (718 m n.p.m.) Pomysł nie okazał się specjalnie oryginalny, gdyż na ten sam wpadło około... tysiąca osób, które zjechały tłumnie na Przełęcz Tąpadła, by stąd w świetle latarek i pochodni rozpocząć wspinaczkę na magiczną, owianą legendami i pełną Mocy, górę..

Mimo że pojawiliśmy się na przełęczy dość późno (albo właśnie dlatego) porzucenie samochodu było wyczynem - parkingi pełne po brzegi, samochody stały także na poboczach, w rowach i okolicznych dróżkach. Udało nam się znaleźć dziurkę w odległości chyba 200 metrów od szlaku. Uff, robiło się późno, trzeba było się spieszyć. Zaopatrzeni w butelkę szampana, termos z gorącą herbatą i 24 winogrona rozpoczęliśmy wspinaczkę ok. 23.00, planując dotarcie na szczyt przed północą. Ruch był jak na Marszałkowskiej - tłumy dosłownie szły razem z nami, wszędzie migotały światła latarek i pochodni, tworząc wesołe ogniki w zupełnych ciemnościach. Było minus 4,5 stopnia, pogodnie, widać było miliony gwiazd i nadgryziony Księżyc.
No to idziemy. W międzyczasie Wam opowiem, skąd pomysł zabrania ze sobą winogron i dlaczego akurat dwudziestu czterech?

Po co te winogrona?

Wszystko przez portugalską stronę, która zapraszała na sylwestra do Lizbony i wspominała o zwyczaju jedzenia 12-tu winogron. No więc Portugalczycy o północy piją szampana i jedzą dokładnie tyle owoców – po jednym na każdy miesiąc nowego roku. Trzeba też wypowiedzieć życzenie.. Ale nie wiem, kto był pierwszy z tymi 12 winogronami, bo u Hiszpanów jest identyczny zwyczaj, datowany na początek XX w. W dodatku Hiszpanie jeszcze bardziej skomplikowali całą procedurę - nie jedzą winogron z szampanem, bo muszą spożyć jedno winogrono z każdym wybiciem zegara (jest to transmitowana w TV "las 12 campanadas" spod madryckiego Puerta del Sol), więc jednocześnie obu smakowitości degustować się nie da. Podobno miliony Hiszpanów czekają do północy,  by w skupieniu schrupać winogrona – obrane i odpestkowane, grono po gronie, po każdym uderzeniu dzwonu. Można nawet kupić paczuszki sylwestrowe ze spreparowanymi owocami. Dopiero po skonsumowaniu winogron Hiszpanie otwierają szampana i składają sobie życzenia, idą spać lub się bawią. Jeśli piją szampana (czy raczej chyba cavę) to często wrzucają do kieliszka  złoty pierścionek jako „czarowanie” finansowej prosperity na cały nowy rok. Jeśli komuś bardziej zależy na miłości niż na pieniądzach, zamiast pierścionka wrzuca do kieliszka truskawkę lub inny czerwony owoc.

Ten miły rytuał też skopiowaliśmy w czasie sylwestrowej kolacji, jeszcze w domu - wypiliśmy bowiem z naszymi gośćmi po kieliszku szampana, w którym było kilkanaście ziaren granatu. No to już wiecie, na czym nam najbardziej zależy!

A propos, znalazłam kilka innych zwyczajów sylwestrowo-noworocznych, które można kopiować! Choćby… tłuczenie talerzy. To sylwestrowe pochodzi z Danii. Duńczycy, uzbrojeni w talerze rozbijają je na wycieraczkach swoich sąsiadów. Podobno im więcej odłamków pod drzwiami, tym lepiej, bo to znak, że właściciele wycieraczki mają wielu lojalnych przyjaciół. Włoskie zwyczaje sylwestrowe są też ciekawe. Musi być dobre jedzenie, a na obrusie rozsypana soczewica - symbol szczęścia i pieniędzy. Warto też w Sylwestra założyć czerwoną bieliznę – na szczęście! Ziarna soczewicy też więc rozsypałam na obrusie w czasie kolacji. Bardzo malowniczo wyglądały... Są też nasze rodzime zwyczaje, np. sylwestrowe pobrzękiwanie monetami w kieszeniach, które zapewnia zdrowie, urodę i urodzaj.

Szczytowanie

Kiedy czytaliście o sylwestrowych zwyczajach, my zdążyliśmy już wejść na szczyt. Nie było łatwo, bo poświąteczna kondycja bliska zeru i miałam mordercze myśli pod adresem osoby, która to wpadła na taki głupi pomysł. Jednak przed szczytem oddech się uspokoił, księżyc świecił dziwnie blisko i zaczęło być miło. Docierały do nas odgłosy jakiejś niezłej imprezy. Po wejściu na czubek okazało się, że: wrzaski to... kościelny rap, dochodzący z megafonów kościółka na szczycie, do północy brakuje kwadransa, wokół jest mnóstwo ludzi, którzy palili chyba ze 30 ognisk, w małych grupkach stojąc przy ogniu, piekąc kiełbaski i pijąc szampana. Wiedzieliśmy, że nie mamy co szukać znajomych, z którymi byliśmy tu teoretycznie umówieni, bo coś im wypadło i nie mogli się pojawić. Dym z ognisk natychmiast gryzł mnie w oczy i wsnuwał się w odzież, tak że nasze kurtki do teraz pachną jak z wędzarni, co jest efektem ubocznym sylwestrowej nocy.

Rozejrzeliśmy się za fajnym miejscem i znaleźliśmy takie na schodach prowadzących do kościoła, skąd widać było panoramę wsi i miasteczek (a także Wrocławia) w oddali. Zaczęło się odliczanie, co niecierpliwsi odpalali fajerwerki, dzięki czemu piękny spektakl trwał przed i grubo po północy.


                                                             Fajerwerki na szczycie Ślęży
O północy otworzyliśmy szampana, wyjęliśmy prawdziwe kieliszki, winogrona (po 12 sztuk na usta) i wzięliśmy się do dzieła czarowania i planowania szczęśliwej przyszłości na 2016 rok.

                                                     Po jednym winogronku na życzenie...

Wspaniale było widać fajerwerki w miejscowościach w dole - połyskiwały na nocnym niebie jak diamenty.
W międzyczasie okazało się, że znajomi zmobilizowani naszym wyczynem jednak postanowili do nas dołączyć. Nie zdążą wprawdzie na północ, ale polecili nam czekać do około pierwszej. Zatem czekaliśmy, razem z nami pół butelki szampana. Dotarli przed pierwszą, z kolejną butelką. Tak więc zabraliśmy się za degustację, ludzi ubywało szybko, większość zaczęła schodzić ze szczytu tuż po północy. My czekaliśmy jeszcze aż kościółek się opróżni z ryczących (bo nie śpiewających...) rap wiernych, bo Agnieszka chciała nam pokazać miejsce mocy w podziemiach. W tym kościele bowiem odkopano XII-wieczne fundamenty wcześniejszej świątyni i jest tam punkt, zaznaczony przez radiestetów i nauczycieli reiki jako wysokoenergetyczny. Udało nam się tam dotrzeć i stanąć w oznaczonym miejscu. Nie wiedzieć czemu łydki mi  drżały ;-)

Agnieszka koniecznie chciała się wdrapać na wieżę widokową, na szczęście była w remoncie (wieża, nie Agnieszka). Zaczęliśmy więc schodzić ze szczytu, a za nami niedobitki imprezowiczów. Na kolejnym przystanku, na którym postanowiliśmy dokończyć szampana, dołączyła do nas para - mężczyzna wyjął butelkę whisky, chcąc nas poczęstować. Niestety, dałyśmy mu kosza - mężowie w ogóle nie mogli pić, bo prowadzili auta, a my po wytrąbieniu 1,5 butelki we dwie nie miałyśmy mocy przerobowych na wypicie z nim tego trunku. Chyba że w planie byłoby nocowanie na szlaku...

Do samochodu wsiedliśmy po trzeciej. Ta noc była bardzo oryginalna. Jedna z oryginalniej spędzonych nocy sylwestrowych w moim życiu...





środa, 30 grudnia 2015

Niedzielna wycieczka z romantyczną ruiną w tle...

W trzeci dzień świąt, w niedzielę, wybraliśmy się na wycieczkę do Kobylej Góry. Chodziło o uprzejmość - podwiezienie rodzinki, a przy okazji - przewietrzenie się.

Kobyla Góra leży nieopodal Sycowa, jakieś 60 km od Wrocławia. Bladym świtem (czyli około ósmej rano) w poświąteczną niedzielę na drodze nie było żywego (ani tym bardziej martwego...) ducha. Jechaliśmy więc szybko pustą S8, w słońcu i pod błękitnym niebem. Prawie przed samą Kobylą Górą musieliśmy zjechać z S-ki i z polecenia GPS wjechaliśmy na jakąś wąską i kiepską drogę boczną. Nagle dosłownie stanęliśmy jak wryci. To znaczy samochód wrył się w dziurawy asfalt wszystkimi kopytami swoich 150 koni (czyli będzie ich ze szeset :-), gdyż z boku, na lekkim pagórku wyrosło zjawisko architektoniczne niezwykłej urody... Zamek? Nie, kościół... Nie, jednak zamek! Ależ skąd, kościół! - wykrzykiwałam siedząc w aucie. I gdzie my w ogóle jesteśmy??? Ponieważ rodzinka się spieszyła (musiała być u celu punktualnie o dziewiątej), ruszyliśmy dalej, mijając tablicę z nazwą miejscowości: Pisarzowice. Obiecaliśmy sobie jednak eksplorację zjawiska w drodze powrotnej już we dwójkę, co też uczyniliśmy. Budowla dość okaleczona, ale mimo to piękna. Popatrzcie sami:




Szary, lecz w różnych odcieniach, granit w połączeniu z czerwonym piaskowcem... Duże okna, w których pewnie kiedyś były witraże, ozdobniki. Krągłe kształty budowli przywołują romański styl, domyślałam się jednak, że obiekt nie jest aż tak stary. Przez moment przyszło mi nawet do głowy, że to niedokończona budowa domu jakiegoś ekstrawaganckiego nowobogackiego, który chciał sobie sprawić rodową siedzibę, jednak rzut oka w górę wyprowadził mnie z błędu - ujrzałam herb nie taki znów współczesny:

Ogromnie intrygował mnie ten obiekt, jednak w pobliżu nie było żadnej tablicy informacyjnej. Pokonawszy więc ogrodzenie z drutu kolczastego (dość mizerne, bez obaw) weszliśmy do środka. Przestałam mieć wątpliwości - jest to zdecydowanie budowla sakralna, mimo że tak zgrabna, zwiewna, filigranowa, z przestrzeniami, w których chce się... zatańczyć. Plan ma prosty: nawa główna i balkon, nad wejściem chór (pewnie stały w nim organy). Kolumny z piaskowca mają bogato zdobione kapitele. Widoczne są resztki polichromii na stropach, oraz napis: „Sei getreu bis an den Tod, so will ich dir die Krone des Lebens geben” Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia. Porzucona kamienna chrzcielnica (?), szczątki drewnianego parkietu, kamień ołtarzowy i ziejąca jama jakby krypty - to wszystko tworzy tak niesamowity nastrój, że trudno mi go Wam opisać. I jeszcze te piękne, nagie okna, blask przez nie wpadający mimo szarości grudniowego przedpołudnia.... Spójrzcie na balustradę balkonu - jaka zdobna!



Obeszliśmy kościół dookoła, zajrzeliśmy do niewielkich podziemi, w których było mnóstwo gruzu. Nad głównym wejściem widoczna jest data 1902 r, co potwierdziło moje podejrzenia, że budowla tylko nawiązuje do stylu romańskiego, jest neoromańska. 
Z żalem opuszczaliśmy to miejsce, mijając tabliczki "wstęp wzbroniony". Przysięgam, że od strony, z której do obiektu wchodziliśmy nie było ich widać! :-) Już w drodze powrotnej zajrzałam do netu. I oto, co o tym cudzie znalazłam: zbudowany w latach 1900-1902 według projektu architekta Arnolda Hartmana, Berlińczyka, który zostawił po sobie wiele budynków m.in. w Zabrzu i Szczecinie. Fundatorem był książę Gustaw Biron von Curland (1859-1941), pan Sycowa. Chciał on uczcić pamięć zmarłego w 1899 r. syna Wilhelma, który ponoć w tym właśnie miejscu spadł z konia, co zakończyło się jego śmiercią. Chłopiec miał 13 lat, a zbolały ojciec postawił budowlę pamiątkową - kościół nie ma wezwania żadnego świętego, był kościołem ewangelickim - Prinz Wilhelm Gedachtniskirche. Zdobienie wnętrza przetrwało do 1912 r., wymienia się m.in. wysadzaną szlachetnymi kamieniami kazalnicę. Rodzina Bironów była panami Sycowa od 1734 r., kiedy to Ernst Johann Biron (1690-1782) zakupił Wolne Państwo Stanowe Syców od rodziny Dohna. Bironowie bardzo trwale związani są z Sycowem, a ich współcześnie żyjący potomek - Książę Ernst Johann Biron von Curland jest honorowym obywatelem miasta. Ciekawe, czy serce mu się nie kroi, gdy patrzy na to, co  pozostało z kościoła? Budowla nie ma już dachu, wieża jest w opłakanym stanie. Dewastują kościół wandale, ale za to podziwiają pary młode i fotografowie. Malowniczość budowli dostrzegli też producenci teledysku zespołu Behemot. Przydałby się jednak jakiś sponsor, który wziąłby budowlę w ochronę. Ja bym tam zrobiła Dom Weselny - w tych pięknych wnętrzach jest magia i radość, nie smutek, mimo że to pamiątka śmierci. Nie wiem dlaczego tak go odbieram...


Pozostaje mi zatem zagrać w lotto - ostatnio było 30 milionów do wzięcia... Ja to już bym wiedziała, na co wydać taka potężną kasę (a jeszcze niedawno miałam problem z zagospodarowaniem takiej sumy :-) Może ktoś zechce do mnie dołączyć? W podziemiach zrobimy kuchnię, w nawie głównej - część taneczną... Plany już mam, z rozmachem!

sobota, 26 grudnia 2015

Bez ofiar :-)

Świąteczny bilans na razie wygląda całkiem pomyślnie:

1) biesiadnicy wyszli o tej samej porze co rok temu - o 1.30, dzięki czemu mogłam pójść spać już o 3.00,

2) obudziłam się rano pomimo nadużycia maku (w kutii i makowcu),

3) w obwodzie pasa przybyło jedynie 4 cm, ale zwalczę to siłą woli i głodówką,

4) nie wiozłam mamy na ostry dyżur laryngologiczny z powodu utkwienia ości karpia w jej gardle, co zdarzyło nam się już dwa razy :-)

5) nie usłyszałam żadnego przykrego słowa od zwierzaków. Zresztą, od ludzi też nie...

6) prezenty pod choinką były wyjątkowej urody i obfitości,

7) mój eksperyment kulinarny pod tytułem "karp pieczony w maśle i czosnku" okazał się wyborny w smaku.

Przede mną jeszcze jeden świąteczny dzień i na pewno zacznę go szampanem do śniadania, bo mamy z Andrzejkiem 28 rocznicę ślubu.

No i jest pełnia, trzeba wzmacniać magię tego czasu, czarować. Wysyłam Wam dużo ciepła i miłości!

 

[caption id="attachment_2976" align="aligncenter" width="254"]Hmmmmmmmmmm Hmmmmmmmmmm[/caption]

zdj. z www.eska.pl

niedziela, 8 listopada 2015

Sushi jak facebook...

Podobnie jak facebookowi, przez równie wiele lat opierałam się sushi. Raz czy dwa z ciekawości kupiłam jakieś pudełko z zawijankami (chyba w Piotrze i Pawle), ale pomemłałam ryż w algach, stwierdziłam, że to nie są klimaty dla moich kubków smakowych - i na tym moja japońska przygoda się skończyła.

Do wczoraj. Znajomi zaprosili nas na kolację gdzieś w mieście. Padła propozycja pójścia do jakiejś "suszarni". OK, chociaż entuzjastami nie jesteśmy, ale właściwie chętnie spróbujemy, bo trudno mieć swoje zdanie na temat sushi po tej jednej czy dwóch próbach z gotowcami z supersklepu. Wchodzimy na "Szajnochy 11" we Wrocławiu. Klimatyczny lokal, wysoki bar ze strumieniem i "łódeczkami", siadamy jednak przy normalnych stolikach. Na blatach papierowe menu-obrusy. Przy wyborze dań zdajemy się na znajomych, bo nie mamy pojęcia co oznaczają te nazwy: sashimi, hosomaki, nigiri itp. I jak, na Boga, może smakować duszona wołowina w bulionie z palonych kości i kiszoną pieczarką????
Znajomi z kolei postanawiają zdać się na kucharza. Określają tylko, ile sztuk na głowę i żeby ryba była surowa, ale broń Boże maślana etc. Po kilku minutach kelnerka przynosi dwie podłużne miseczki z czekadełkami: są to sałatki z wodorostów - jedna z sezamem, druga z ogórkami. Znajomi łapią z blatu pałeczki. My też musimy ich użyć... Dramat. Kiedy udaje mi się wreszcie donieść do ust jasnozielone sznureczki posypane obficie sezamem, chrupiące i delikatne - rozpływam się z rozkoszy. Przy sałatce z ogórkami  przyjemność się powtarza.
Po pół godzinie pojawia się bardzo duży talerz z czarnego łupka, wypełniony bardzo eleganckimi zawijańcami różnego smaku i koloru. To chyba futomaki i uramaki (o ile dobrze zapamiętałam nazwę tych arcydziełek). Wszystko wypieszczone ręką kucharza. Na brzegach talerza ozdoby z białego i różowego imbiru. Rewelacja! Bardzo nam to wszystko i każdy z osobna smakuje, w zawijańcach jest bardzo mało ryżu, za to mnóstwo ciekawych składników. 
Po uczcie, jakże lekkiej mimo późnej pory, myślimy jeszcze o deserze. Może pampuchy z zieloną herbatą, lodami jogurtowymi i marynowaną gruszką? Nie, tu już mamy trochę bardziej europejską potrzebę - włoskie lody. Zdobędziemy więc La Scalę.
Wreszcie jednak zrozumiałam, dlaczego sushi było tak często zamawiane przez koleżanki w pracy (ja jakoś nigdy się nie skusiłam)... Tak więc wczoraj urodziła się nowa fanka sushi!







środa, 4 listopada 2015

Piję tanie wino - świętuję...

Nie mam pojęcia, dlaczego tanie wino ma "swój" dzień 4 listopada… Może to przemyślana opozycja do listopadowego święta wina, gdy w trzeci czwartek pojawia się młode beaujolais? Poza tym w listopadzie też są np. Dni Otwartych Piwnic na Słowacji, której to imprezy jestem wielką fanką...

Siedzę więc wieczorową porą i popijam dość tanie wino, przywiezione ze Słowacji w zeszłym roku - Dievcie Hrozno 2013 z winnicy w Modrej - centrum słowackiego winiarstwa. Butelka kosztowała 5, albo góra 7 euro - tanie więc jest, czy nie? Przymiotnik „tanie” to dla każdego inna cena. Dla jednych – poniżej 10 złotych, dla innych poniżej 50 zł, a dla nielicznych, dla których prawdziwe wina zaczynają się od 100 zł za butelkę, te wszystkie tańsze są właśnie "tanie". 

W trakcie moich licznych podróży po krajach tradycyjnie uważanych  za winiarskie (Francja, Hiszpania, Włochy) odkryłam, robiąc codzienne zakupy napoju, bez którego nie wyobrażam sobie głównego posiłku, że tylko w Polsce importowane z tych obszarów wina kosztują kilkadziesiąt złotych. W starej, poczciwej, winiarskiej Europie można nabyć bardzo poprawne wino już za 2-3 euro, co plasuje je w okolicach naszych „jaboli”. Istnieje też tam duży wybór win w kartonach litrowych czy też w plastikowych butelkach, kojarzonych u nas z niską jakością. Dochodzę więc do wniosku, że jedynym kryterium taniości jest to, że „tanie wino” nie jest w ogóle… winem. To produkt „winopodobny” pozyskiwany dzięki cudowi fermentacji, ale z innych, niż winogrona, owoców. Tanie wino nie ma zatem nic wspólnego z winoroślą, winobraniem i innymi śródziemnomorskimi rytuałami, które zawartośc smukłej butelki czynią tak rozkoszną… 
zdj. dietetycy.org.pl


Mało tego, często te napoje nie mają nic wspólnego z żadnymi owocami. Jak mawiał mój przyjaciel-chemik: wino można zrobić nawet z dżinsów. Skoro tak, to może te wina "patykiem pisane" produkowane są z lumpexowej garderoby??? Wina tej proweniencji (tzn. nie winogronowej), pija się bardzo młode (aha, to prawie beaujolais noveau!), bo starsze są dość, hm, wybuchowe. Z tych oraz wielu innych powodów tanie wina mają wieloznaczne i raczej pejoratywne synonimy: jabol, mamrot, sikacz, bełt, château de jabol, mordokwas, siara, wiśniówka, wino rocznika bieżącego, wino patykiem pisane i in. 
Ok, ale gdzie w takim razie plasuje się uważany za arystokratyczny - cydr? Ten francuski musujący napój z jabłek, nominalnie rzecz biorąc, jest  jabolem! Tyle że ma lepszy PR...

Po co świętować Dzień Taniego Wina?
Też nie mam pojęcia. Dla osób niewprawionych może się to zakończyć fatalnie: tupotem białych mew, nagłą podróżą do Rygi, skłonnością do zalegania na parkowych ławkach w pozycji horyzontalnej, nawet jeśli nigdy wcześniej takiej nie przejawialiśmy, oraz wielkimi kłopotami z grawitacją. Lepszym pomysłem jest jednak znalezienie „prawdziwego” (a więc winogronowego) i niedrogiego wina - i np. zrobienie z niego grzańca. Nadaje się do tego czerwone wino z gatunku merlot czy cabernet, w cenie poniżej 20 złotych. Jak nie grzaniec - to sangria. Wersja ta sama - merlot, cabernet plus dużo drobno pokrojonych owoców (głównie cytrusowych). Dzięki temu wybiegowi świętujemy Dzień Taniego Wina nie narażając organizmu (i wątroby) na katusze jego spożycia i późniejsze mamrotanie, które może nam wejść w krew ku zdumieniu i rozpaczy bliskich.
Inny sposób świętowania to spa z zabiegiem winoterapii. Może to być: peeling, masaż, kąpiele winne, body wrapping. Peeling to ścieranie skóry moszczem winnym lub pestkami winogron i miodem. Masaż ciała olejem z pestek winogron nawilża skórę i łagodzi podrażnienia. Relaksująca kąpiel winna (z dodatkiem taniego wina do wody w wannie), oraz z lampką droższego wina w ręce - to zabieg spa dostępny w domowej łazience. Według mnie to najmilszy i najbardziej pobudzający sposób świętowania Dnia Taniego Wina!
I ostatnia podpowiedź, być może najbardziej kulturalna: warto w tym dniu wyskoczyć do Szklarskiej Poręby, do Muzeum Tanich Win, zwanego też Muzeum Jabola, istniejącego od 2003 roku. Zawsze to muzeum... W Starej Chacie Walońskiej (ul. Kołłątaja 12) zgromadzono butelki tanich win i ich etykiety. Można pooglądać, podumać, powspominać (stare czasy PRL-u) i napić się potem… dievcie hrozno z 2013!

środa, 28 października 2015

Cypr - wyspa Łazarza

Wpisując się w halloweenowy klimat końca października chciałam opowiedzieć Wam o wyspie, na której naprawdę dokonał żywota zmarły, a potem wskrzeszony przez Chrystusa - Łazarz...


Cypr to wyspa niezwykła, bogata w atrakcje każdego typu, cel przyjazny podróżnikom przez okrągły rok – za sprawą słonecznych dni i wysokiej temperatury powietrza nawet zimą. Dziś jednak zajmę się Cyprem w kontekście bardziej na czasie: zmarłych... Mało kto bowiem wie, że tutaj właśnie żył, mieszkał przez 40 lat, a potem naprawdę (po raz drugi) umarł Łazarz - najsłynniejszy wskrzeszeniec, znany ze spektakularnego epizodu ożywienia przez Jezusa...

Był bratem Marii Magdaleny i Marty. Rodzeństwo mieszkało w Betanii, często zapraszało do swego domu Nauczyciela. Gdy Łazarz zachorował, siostry słały wieści do mistrza, by przybył jak najszybciej, ale z jakichś dość niejasnych powodów Jezus zwlekał z odwiedzinami i pojawił się dopiero 4 dni po śmierci Łazarza. Od razu kazał prowadzić się na miejsce spoczynku – do skalnej groty, zatrzaśniętej zwyczajem Żydów wielkim kamieniem. W niej spoczywało ciało spowite w całun i bandaże. Wizytę odradzała siostra zmarłego, opłakująca go Marta, sugerując, że brat "już trochę cuchnie”. Nie zraziło to Jezusa, który przed grobowcem, w towarzystwie uczniów i obserwatorów dokonał cudu – nakazał Łazarzowi wyjść z pieczary...

Musiało to wyglądać trochę strasznie i trochę śmiesznie, a więc bardzo halloweenowo: wyobrażam sobie bowiem skrępowane bandażami ciało, w dodatku przykro woniejące, wyłaniające się niczym groteskowa mumia w klasycznym filmie pod tym samym tytułem… 

Cud wskrzeszenia zaszkodził niestety zarówno samemu Jezusowi jak i Łazarzowi, skoro pierwszego ukrzyżowano, a drugiego wygnano z Betanii. Ozdrowieniec dopłynął jakimś cudem na wyspę Cypr i zamieszkał na południu, w mieście Kition (tu, gdzie urodził się 300 lat wcześniej Zenon, twórca filozofii stoickiej). Został jednym z pierwszych biskupów chrześcijańskich, przewodząc gminie wyznaniowej. Umarł po raz drugi po 40 latach. W miejscu, gdzie odkryto (w IX wieku dopiero) jego sarkofag, postawiono cerkiew Agiou Lazarou. Miasto zmieniło nazwę z Kition na Larnaka (po grecku słowo to oznacza właśnie grób lub sarkofag). Łazarz jest do dzisiaj patronem rzeźników, grabarzy, żebraków i trędowatych. 

Agiou Lazarou w Larnace jest budowlą niezwykłą, może dlatego, że była wielokrotnie przebudowana: bizantyjska świątynia zyskała gotyckie sklepienia krzyżowe, gargulce. W XVI w. cerkiew została zamieniona na meczet, jednak wspólnota prawosławna wykupiła ją od Turków i ponownie urządziła w niej cerkiew. 

[caption id="" align="aligncenter" width="583"] cerkiew Łazarza w Larnace[/caption]

Mój zachwyt wzbudza XIX-wieczna dzwonnica z koronkowymi zdobieniami, znacznie odbiegająca stylem od bryły świątyni z 3 kopułami. Przyjrzyjcie się sami – architektonicznie rzecz biorąc Agiou Lazariou jest dosyć dziwaczna, ale mimo wszystko harmonijna i urocza...

Wewnątrz same skarby: barokowy ikonostas rzeźbiony w drewnie i złocony, oszałamiający kolorami starych ikon, całowana namiętnie przez wiernych ikona Łazarza z XVII w., z rzadko spotykanym na innych obrazach przedstawieniem sceny wskrzeszenia, gdyż niektóre postaci zatykają sobie nos…

[caption id="" align="aligncenter" width="302"] ikona[/caption]

Jakość trochę kiepska, bo odbił się flesz.

Można wejść do podziemnej krypty z prawej strony ołtarza i dotknąć kamiennego sarkofagu ze szczątkami świętego (aczkolwiek losy relikwii są zagmatwane jak jego życie doczesne: przewiezione do Konstantynopola w 1204 r., zostały stamtąd zrabowane przez krzyżowców i przewiezione ponoć do Marsylii). W krypcie z sarkofagiem Łazarza stoi również kilkanaście innych, starych, kamiennych anonimowych sarkofagów, niektóre są otwarte i puste. Średniowieczny halloween!

Pozostając w temacie święta zmarłych nadmienię, że na Cyprze jest wiele starożytnych nekropolii, z różnych okresów. Ponieważ takie obiekty niezmiernie mnie ciekawią, pokażę Wam jeszcze kilka zdjęć "na deser" :-):

[caption id="" align="aligncenter" width="583"] Piękny grobowiec podziemny z kolumnami[/caption]

[caption id="" align="aligncenter" width="583"] Mała Petrunia cypryjska, jak ją nazwałam[/caption]

[caption id="" align="aligncenter" width="583"] Inne skalne grobowce, już nawet nie pamiętam, gdzie na Cyprze... To focie sprzed 4 lat...[/caption]

wtorek, 27 października 2015

Szpilki kontra wrotki

Pędzę wieczorową porą na spotkanie, a właściwie bankiet. Musiałam się wyfiokować, więc na nogach szpilki mam - wielkie jak szable tygrysa szablozębnego, zatem krok mój dość niepewny.  Usiłuję się nie spóźnić, wystukuję tempo karabinu maszynowego - dziurkuję chodnik i chodziarstwo figurowe uprawiam. Co gorsza bruk okolic Rynku to drobna kostka, nierówna, żadnej szpilkostrady w zasięgu nóg.  Mijam akurat dwóch sztajmesów siedzących wprost na chodniku, którzy zagadują do mnie, obserwując moje wyczyny i wielką aktywność nożną:

- Dzień dobry!

- Dobry wieczór! - poprawiam, bo ciemno już.

Na co oni z wyraźnym zatroskaniem w głosie:

- Może wrotki?



W sumie - czemu nie?

piątek, 9 października 2015

Coś optymistycznego

Hooooooooophoooooooooooooooooooop, jest tu kto???????? Wiem, wiem, sama sobie jestem winna. Wieki mnie tu nie było. Opadł mi bardzo zapał do blogowania, bo na bieżąco nie jestem w stanie relacjonować, co się wydarzyło, a z kilkudniowym poślizgiem sprawa nawet dla mnie staje się nieciekawa (pozdrawiam jednak czytelników, którzy tu jeszcze mimo wszystko zaglądają, dzięki piękne!)

Nie będę opisywać moich wrześniowych wypadów do stolicy i co tam ciekawego widziałam, jadłam, albo jak się zabawiłam. Cały wrzesień mnóstwo rzeczy działo się u mnie, baaaaaardzo ciekawych, ale głównie w Warszawie. Październik też się zaczął z przytupem, ale już prawie dekada tego miesiąca minęła i jestem mocno spóźniona z blogowym sprawozdaniem. Ponieważ nie były to zdarzenia wyłącznie zabawne, postanowiłam je zignorować. Poszłam nawet krok dalej - będę spisywać tylko dobre wiadomości: miłe zdarzenia, uśmiechy Losu, komplementy i kształty obłoków. W końcu jest to blog zabawna literaturka, a to zobowiązuje! Oto relacja z wczoraj:

PORANEK:
1. Dzięki Aniołowi Stróżowi o wdzięcznym (choć krótkim) imieniu ABS, w drodze do pracy uniknęłam wjechania w bagażnik samochodu straży miejskiej. Myślę, że czuwał głównie anioł Belli, ale mój osobisty o imieniu Niespieszsietakgłuptasie musiał mu pomagać!
2. Moja zamówiona na Zalando sukienka, w którą rano się ubrałam z wahaniem (czy jej jednak nie odesłać?) zdobyła 2 komplementy i ocaliła swój trudny związek ze mną.
POPOŁUDNIE
3. Dostałam niespodziewanie prezent od przyjaciółki - żel pod prysznic o zapachu frangipiani. Czy to nie cudowne, że ktoś pamiętał, iż uwielbiam ten zapach i napotkawszy w sklepie taki produkt bez wahania go dla mnie nabył?
4. Otrzymałam telefon od znajomej z propozycją pójścia nazajutrz na kawę, a jest to osoba, za którą się bardzo stęskniłam. Rozmowa wprawiła mnie w cudowny nastrój.
5. Byłam u koleżanki i spotkałam tam jej syna, młodego, atrakcyjnego mężczyznę, który z uznaniem wyraził się o moim wyglądzie. Komplement (od 30-latka) to coś co tygryski (po 50-tce) lubią najbardziej...

Nanizałam więc tych 5 perełek na sznureczek i będę produkować kolię. Ciąg dalszy na pewno nastąpi. A na dobry początek każdego dnia moja najnowsza muzyczna miłość, Lianne La Havas, swoim niesamowitym głosem śpiewa, że: we are unstoppable....

https://www.youtube.com/watch?v=YFic-xaLsPs