piątek, 3 października 2014

Feralne szóstki Wrocławia

Od kilku dni bulwersują nas we Wrocławiu dwie, warte miliony sprawy.

Pierwszą jest tajemnicza kolekcja zdjęć Marylin Monroe, zakupiona przez Halę Stulecia (należącą do miasta) za ponad 6 milionów złotych. Od początku zakup budził wątpliwości - w dobie  doskonałych kopii wszystkiego (przecież nawet Wenus z Milo można sobie wydrukować na drukarce 3 albo i 4D) czy jest sens wydawać tyle milionów na stare fotografie, choćby gwiazdy tego formatu, i w takiej ilości (3 tysiące zdjęć)? I jaki jest tu związek tych zdjęć z Wrocławiem? Hala planowała stworzyć muzeum gwiazdy, w którym fotografie byłyby eksponowane. Usiłuję się doszukać w tym jakiejś logiki i wpadłam na pomysł, że ma to związek z remontem budynków Wytwórni Filmów Fabularnych, obiektów równie starych jak Hala Stulecia, położonych tuż obok. Pokazanie Marylin tam właśnie to byłaby mocna rzecz.

Tymczasem nie wiadomo, co się ze zdjęciami dzieje. To znaczy, wiedzą to urzędnicy miasta, którzy nabrali teraz wody w usta. Zdjęcia miały być na dniach prezentowane (zakupu dokonano kilka miesięcy temu), natomiast dopiero teraz mówi się o poddawaniu ich ekspertyzie i konserwacji. Media przypuszczają, że miasto zakupiło "kota w worku" - zapłaciło miliony nie widząc "towaru"...  Są też przesłanki do podejrzeń, że zdjęć w ogóle jeszcze w mieście nie ma... W dodatku pojawiły się nowe, humorystyczne tezy: że kolekcję trzyma prezydent Dutkiewicz w swojej szufladzie, albo że zamiast zdjęć w pudełku są... pocięte gazety. No to teraz patrzcie, mamy pierwszą feralną szóstkę:

 6


Kolejne szóstki to 66 milionów wydanych przez miasto na wykonanie portalu e-Dolny Śląsk, który miał ruszyć za 2,5 miesiąca, a prace nad którym znajdują się w niemowlęcych powijakach. I znów urzędnicy miejscy zapewniają, że będą monitorować, ba! - naliczać kary. Już zagrozili tajemniczemu wykonawcy (dlaczego tak ochrania się nazwę firmy, która miała ten portal zrobić i dostała tak sowitą zapłatę? Nie rozumiem...), że zapłaci on... 60 tysięcy. Czy widzicie, jak ja, ten popłoch w firmie zleceniobiorcy?  60 tysięcy do zwrotu z 66 milionów? Napiszę to tak: 60 000 z 66 000 000 000.

Myślę, że szef tej firmy tyle własnie wydaje miesięcznie na szampana, by nieustająco opijać taki fajny kontrakt. I że stać go na takie kary - co miesiąc przez 10 lat...

Teraz uważajcie - szóstka Marylin połączona z szóstką portalową daje takie oto feralne szóstki Wrocławia:

 

666


Gdybym była bardziej mistyczno-ezoteryczna, to doszukiwałabym się tu jakiegoś szyfru, kodu... Czyżby urząd miasta ogarnęła Bestia? 

Mam nawet pewność - i podejrzenia, która to. Ta, co stała w Rynku 1 października, gdy studenci śpiewali Gaudeamus - w za dużym (jak zawsze) garniturze...

czwartek, 2 października 2014

Kociokwik i jeżokwik


Lola, nasza dochodząca koteczka przeczytała chyba książkę R. Cialdiniego "Wywieranie wpływu na ludzi", bo co ona z nami teraz wyprawia!

Od jakiegoś czasu mój mąż znikał na długie godziny w piwnicy. Dochodziły z niej różne dziwaczne i czasem niepokojące odgłosy. Nie odważyłam się jednak tam zaglądać, ani choćby pytać o powód takiego zaambarasowania piwnicznego. Wiem bowiem, że jeśli COŚ tworzy to nie lubi, by mu patrzeć przez ramię. Trzeba cierpliwie czekać, aż sam pokaże DZIEŁO. Ponadto wiedziałam, że wszystkie produkowane przez nas wyskokowe napoje (wina, nalewki) - po pierwsze: stoją w drugiej piwnicy, a po wtóre,  Andrzej nie jest jakimś szczególnie  oddanym ich degustatorem. Nie mogły zatem być powodem jego znikania w piwnicznych czeluściach i porzucania ulubionych programów telewizyjnych!

Po wielu spędzonych w piwnicy godzinach światu została zaprezentowana... willa dla Lolki! Ocieplona styropianem, z otwieranym dachem, markowanym okienkiem i kominem - po prostu coś pięknego (i niedrogo, jak to mówią).



Rezydencja została ustawiona w ogrodzie na wysokościach drewnianych półek na tyłach naszego Domku Toskańskiego. Wyścielona od wewnątrz płytą meblową oraz cieplutkim polarkiem na podłodze na początku nie wzbudzała specjalnego entuzjazmu właścicielki. Jednak po wielokrotnym spryskaniu wnętrza kocimiętką, Lola łaskawie zaczęła do niej zaglądać, a teraz - podglądamy ją przez lornetkę z domu - normalnie w niej rezyduje. 

Ja natomiast zrobiłam portret Loli w glince. Wygląda tak:


 No i proszę, jaki kreatywny wpływ ma na nas Lola!

ps. Njus z ostatniej chwili: To co Andrzej wykonał to mały pikuś wobec konstrukcji naszego znajomego, zresztą imiennika przy okazji (czy wszystkie Andrzeje kochają tak czynnie?). Otóż rok temu, we wrześniu znajomi znaleźli w ogrodzie parę młodziutkich jeży. Po researchingu na temat pielęgnacji i karmienia, Jędrek zbudował terrarium dla jeżyków z... podgrzewaną podłogą, bo jeże muszą mieć ciepło!!!

Przez całą zimę miały opiekę (potem tylko jeden, bo brat zdechł z powodu rozedmy płucek), rezydencję w ogrodzie. Były karmione najpierw mlekiem zastępczym dla kociąt (za pomocą pipetki), potem polędwiczką i... robalami. To znaczy robale były kupowane hurtowo w sklepie wędkarskim, wsypywane do wielkiego słoja i dokarmiane przez koleżankę, żeby jeżyki się porządnie najadły takimi tłustymi, utuczonymi robalkami! Wieczorami siadywali przed TV i każde z nich trzymało w dłoni swojego jeżyka. Ponoć cudownie się je głaskało. Jez w zdrowiu przetrwał do wiosny, został wypuszczony, wracał ze dwa razy, w końcu sobie poszedł. 

Teraz znajomi rozglądają się za nową porcją porzuconych jeżyków - terrarium, czy też jeżarium już przecież mają!





wtorek, 30 września 2014

Domowy fitness

Koło mojego domu otwarto nowy "salon fitnessu". Dwie przecznice do przejścia mam, więc wstyd było nie skorzystać...

Pierwsze zajęcia fat burnera przeżyłam, mimo że byłam jedyną ćwiczącą. Wiecie, jak się trzeba wtedy starać? Nic się nie ukryje, żadne maleńkie nawet oszustwo, półprzysiadzik albo co drugi podskok... Instruktorka wszystko widziała, niestety dobry wzrok ma szelma. Młoda jest, jeszcze się jej zepsuje, spoko. Po godzinie zwlokłam się z parkietu szukając osoby, która by mnie zrolowała i zaniosła na ramieniu jak dywan - do domu. Niestety, nie było chętnych, sama musiałam poczłapać do szatni i poczołgać się (dwie przecznice) do domu.
Potem poszłam sprawdzić, jak wygląda zumba w nowym salonie fitnessu. Fajnie wyglądała - znów byłam tylko ja i instruktorka, w dodatku po wypadku samochodowym - przyszła w gorsecie na szyi, bo nie mogła znaleźć zastępstwa. Uradowałam się wielce - będzie luzik!!! Co więcej - przecież  ja kolanko muszę oszczędzać, tak sobie sofcikowo poćwiczymy - ona w gorsecie, ja z racji wieku kolanka...
I zaczęłyśmy zajęcia. Pani Monika zmieniała tylko płyty, jak rasowy DJ - po 15 minutach  była cała mokra, a ja jeszcze mokrzejsza (jeśli się tak stopniuje ten przymiotnik). Co gorsza, układ choreograficzny do rock and rolla tak mi się spodobał, że poprosiłam panią Monikę o bis, dzięki temu zatańczyłyśmy Goldeneyes z Bonda w rokendrolowym tempie, był nawet passus imitacji gry na gitarze, rzucania się na kolana na wyimaginowanej scenie itd. Po półgodzinnych wymachach kończynami wszelakimi, jakie tylko znalazłam w pobliżu, uznałam że nawet do "Mam talent" byśmy się nadawały - instruktorka w gorsecie ortopedycznym i klientka z kontuzją kolana, która robi figury różne, zwłaszcza nożne niczym członkini irlandzkiego zespołu Gaelforce Dance...
W efekcie piątkowych popisów do dziś jestem dość sztywna w kolanku, które nieco spuchło. Nie wiem, jak się czuje pani Monika. Musiałam sobie dzisiejsze zajęcia odpuścić. W ramach rekompensaty zamknęłam się w gabinecie (tylko tam jest sztywna podłoga...) i zrobiłam trzy rundy do takiego fajnego remixu, który mnie porywa nie tylko fitnessowo, ale dance'owo w ogóle...

Po prostu lubię sobie zatańczyć! Byle gdzie, byle jak...

poniedziałek, 29 września 2014

W kulinarnym amoku

W sobotę ogarnął mnie kulinarny amok. Na ogól ogarnia mnie on przed różnymi imprezami, gdy spraszam gości: urodziny, imieniny (moje lub Andrzejka), spotkanie Klubu Tatarkowego, spotkanie Klubu 6 Talerzy (gdy wypada u mnie), więc w zasadzie szał ogarnia mnie okolicznościowo. W tę sobotę szał się pojawił, mimo że okoliczność była zamiejscowa: wieczorem szliśmy na urodziny do koleżanki, u której stół się zawsze ugina.

Niezrozumiałe więc było (z logistycznego punktu widzenia) pojawienie się szału. Po co tyle jeść, skoro wieczorem się opchniemy jak zwykle? Jednak gdy bestia wpada w amok, trzeba galopować razem z nią, więc moja nadmierna aktywność kulinarna skończyła się wyprodukowaniem: 

1. CARPACCIO Z BURAKÓW

2. FOCCACII

3. KURCZAKA PIERDOLONEGO (pisownia oryginalna) po szwedzku, ale przekleństwa  polskie!

4. TORTU PTYSIOWEGO Z MALINAMI. 

Teraz zaprezentuję i objaśnię, czym charakteryzowały się poszczególne potrawy:

ad. 1.

Moje carpaccio z ugotowanych buraków posypane było serem korycińskim wędzonym, popieprzone i polane oliwą z ryżu oraz octem balsamicznym.

ad.2

Foccacia była prosta jak drut: nabyłam drogą kupna gotową Heinleina, wystarczyło posmarować placek oliwą, posypać solą morską z truflami (przywieziona z  Asyżu), rozmarynem - i zapiec w piecu przez 15 minut. na rumiano. Kluczowy w foccacii jest rozmaryn, nie da się go zastąpić innym ziołem...

ad. 3

Przepis na kurczaka znalazłam w sieci - na You Tube, pewnie wszyscy go znają, ja oglądałam filmik pierwszy raz w zeszłym tygodniu i strasznie się uśmiałam. Pomimo stylu prowadzącego (nota bene chwilami przypominał mi głos Makłowicza - ponieważ nie widać nigdy kucharza, kto tam wie, czy to nie jest jakieś alter ego mistrza...) przepis wyglądał smakowicie, więc spróbowałam. Oto wzór przepisu:

http://www.youtube.com/watch?v=WNIKZJjrtBo

Muszę jednak przyznać, że smakowo kurczak mnie rozczarował: piwa w ogóle nie ubyło, a rezultat był nawet gorszy, niż po upieczeniu na rożnie, tak więc niewypał. Więcej nie zrobię...

ad. 4

Znaleziony w sieci przepis na tort ptysiowy z malinami wydawał się strasznie łatwy, mimo że do tortów to ja ręki za nic nie mam. Podlewając piekącego się kurczaka co jakiś czas winem (a, taka drobna modyfikacja przepisu), wolną ręką zamieszałam więc to łatwe ciasto na blaty ptysiowe i... poszło!!!!!!!



[caption id="attachment_2341" align="alignleft" width="150"]tort, a raczej nędzne jego resztki... tort, a raczej nędzne jego resztki...[/caption]

Co prawda okazało się, że już musimy wychodzić na te urodziny (spóźniliśmy się jedyne 40 minut...), więc stygnące blaty zostawiłam w kuchni, a kremy do tortu robiłam około drugiej w nocy, gdy wróciłam z imprezy. Jeden był ajerkoniakowy z rodzynkami, na drugim piętrze bita śmietana z malinami.

No bo jak już wspomniałam na początku - w wielkim kulinarnym amoku byłam. Wtedy gotować muszę, bo inaczej się uduszę!

wtorek, 23 września 2014

Odkrywczy weekend w mieście

Od tygodni nie spędzałam czasu w centrum mojego pięknego miasta. Podczas weekendów na ogół albo imprezuję w domowym zaciszu (własnym lub znajomych z dzielnicy czy też na peryferiach miasta, gdzie znajomi pobudowali sobie domy), albo wyjeżdżam całkiem poza Wrocław. Ten weekend był więc wyjątkowy...

W piątkowy wieczór postanowiliśmy wreszcie zobaczyć, czym tętni Rynek wielkiego miasta i wybraliśmy się tam na rowerach (mamy "tylko" albo "aż" 5 km z Wielkiej Wyspy). Przyjemnie było pedałować ścieżkami rowerowymi omijając piątkową krzątaninę na ulicach. Przejeżdżając przez park koło Panoramy Racławickiej dojechaliśmy pod Muzeum Architektury i nagle koła nam wbiło w trotuar.


Na skraju parku, przed wejściem do muzeum zatrzymała nas niezwykła instalacja architektoniczna w plenerze, do publicznego użytku: POLEGIWACZ. Wśród drzew rozgościł się bowiem rodzaj mini amfiteatru zrobionego z płyt OSB (trochę badziewiarskich, ale co tam) tworzący kameralną widownię na kilku poziomach, do półleżącego słuchania muzyki (na żywo, miksowało dwóch DJ-ów!). Natychmiast odstawiliśmy rowery pod drzewo i zalegliśmy na podusiach. Rozejrzałam się ciekawie, przytupując nogą do świetnej, klubowej muzy, którą z uniesieniem w... uszach prezentowali dwaj, a w porywach trzej DJe. Wokół kilkoro młodych ludzi polegiwało, byliśmy jednak najstarsi... Uwielbiam się wyróżniać. 

W mini kafejce polegiwacza serwowane były ciekawe napoje (wybraliśmy coś z oferty  Lwówka - jaki aromat i smak!). Degustując piwo i muzę mieliśmy widok na zaparkowany niezwykły pojazd: ciężarówkę, która miała przeszkloną pakę, a w niej... piec do pizzy, przy którym uwijało się dwóch młodzieńców. Co parę minut wyjmowali drewnianą łopatą gorące placki margerity i roznosili zamówienia publiczności na polegiwaczu.




Polegiwaliśmy tak z dobrą godzinę, w sumie można było zostać tu do rana (dobra muza, miejsce do leżenia, jadło i napitki, sucho i ciepło), ale przecież inny mieliśmy plan...

Z żalem opuściliśmy Polegiwacza i udaliśmy się do Rynku. Tu ruch jak w ulu: szansoniści z różnych  stron wielkiej europejskiej rodziny prezentowali swoje kontrowersyjne umiejętności. Objechaliśmy wszystkich szybko i poniosło nas sprawdzić, co się dzieje nad fosą. Nic się nie działo. No to skierowaliśmy koła na Ostrów Tumski - w nocnym oświetleniu miejsce to nabiera przecież jeszcze większej (o ile to możliwe) magii.  Po drodze mijaliśmy młodzież udającą się z butelkami piwa w dłoniach na Wyspę Słodową - miejsce wszelkich plenerowych imprez - to taka wrocławska Ibiza... Swoją drogą, z czym iść na Wyspę Słodową, jeśli nie z piwem?
Tym razem nie podążyliśmy za nimi na lewo, lecz pojechaliśmy  prosto przez Most Piaskowy w stronę Pl. Bema, gdzie rekordy popularności od kilku tygodni bije lodziarnia, założona przez dwóch studentów. Długie kolejki o każdej porze dnia i tygodnia - aż na ulicę. W ofercie lody o ograniczonym wyborze smaków, mimo to najwyraźniej kultowe. Stanęliśmy więc karnie po gałki o smaku jeżynowym i ricotty z malinami (nasz pierwszy raz), gdy podeszła sympatyczna dziewczyna z "Inicjatywy rowerowej", która przedstawiła nam projekty obywatelskie dotyczące ścieżek rowerowych we Wrocławiu i zachęciła do głosowania, bo "zauważyłam, że przyjechali państwo na rowerach". 
No to się podpisaliśmy, mimo że ja cholernie rozdarta jestem. Uważam, że cykliści za bardzo rozpychają się w mieście, a rowerowe lobby działa zbyt prężnie, gdyż bez ładu i składu tworzone są ścieżki rowerowe wyodrębniane z jezdni. Niech mi ktoś wytłumaczy, jaki jest sens robienia ścieżki dla rowerów na jezdni jednokierunkowej - ale pod prąd? Albo tworzenia na skrzyżowaniach czerwonych miejsc przed samochodami, na całą szerokość pasa dla rowerzystów? Te działania irytują mnie, ilekroć prowadzę auto. Podobnie irytują mnie rowerzyści jadący z dużą szybkością po chodnikach, mostach, gdy ja jestem akurat pieszą. Jestem rowerzystką rekreacyjną, więc jeśli już jeżdżę, to dla przyjemności - unikam jak ognia jezdni i skrzyżowań. Wiem, że wielu rowerzystów traktuje rower jako podstawowy środek lokomocji po mieście. I dla nich są te zmiany, przez które cierpi więcej (w tysiącach) użytkowników dróg. Paranoja. 
No więc podpisałam się wbrew sobie, pod tą inicjatywą utworzenia 10 kilometrów ścieżek rowerowych. Trudno się będzie wycofać, musiałabym odnaleźć tę dziewczynę (znów pod lodziarnią), skraść jej formularz  i go zjeść. Nie uczynię tego, bo lody były takie sobie, nie ma po co wracać. Na pewno drugi raz nie będę stała w kolejce!

Całe szczęście, że Ostrów Tumski nas nie zawiódł. Klimacik był, że ho ho! Jakiś gitarzysta pod Nepomucenem fajnie grał "toboły", czyli melodię "To były piękne dni...", poza tym odkryliśmy kilka ciekawych detali na wieżach katedry i zieloną latarenkę na kościółku Św. Idziego. Można więc śmiało powiedzieć, że wieczór w rodzinnym mieście był bardzo odkrywczy...




wtorek, 16 września 2014

Trzy razy K: karpie, krasnoludki i kanie, czyli Milicz

W minioną niedzielę wybraliśmy się na Dni Karpia do Milicza. Ta wspaniała impreza plenerowa trwa przez kilka tygodni i odbywa się w różnych miejscach (nawet we Wrocławiu). Promuje stawy milickie (cud cysterskiej techniki sprzed 700 laty), hodowanego w nich królewskiego karpia (najsmaczniejszy w Polsce i na świecie) oraz produkty regionalne całej Doliny Baryczy. 

Dolina Baryczy  to utworzony w 1996 r. park krajobrazowy o powierzchni 87 040 ha. Zawiera stawy rybne, podmokłe łąki oraz lasy, Europejską Ostoję Ptaków. Sercem doliny jest Milicz - miasto o bogatej historii. 
Milickie stawy, których początki sięgają XIII wieku, zbudowali Cystersi z dość oddalonego, słynnego na Dolnym Śląsku klasztoru w Lubiążu. Obecnie stawy są największym w Polsce i Europie ośrodkiem hodowli karpi. Co więcej - wyglądają jak jeziora. Po porośniętych drzewami groblach można wędrować, jeździć rowerem, bryczką, spędzać czas w tzw. czatowniach, w których podgląda się... ptaki i dzika zwierzynę. Wrażenia są niezapomniane. 
W ub. weekend Dni Karpia zakotwiczyły akurat w samym Miliczu-Zamku. Mieliśmy trochę kłopotów, żeby tam trafić, gdyż ubzduraliśmy sobie, że są to tereny szkoły leśnej, rezydującej w wielkim Pałacu Maltzanów. Pomimo więc tego, że koszmarny jarmark ujrzeliśmy tuż przy drodze wjazdowej do Milicza, popruliśmy dalej, w nadziei, że jednak prawdziwe Dni Karpia odbywają się w miejscu bardziej urokliwym i magicznym, związanym z miastem od wieków i dysponującym 50 hektarowym angielskim parkiem. Niestety, okazało się, że nic się koło pałacu nie dzieje. Ale był pretekst, by tu zajrzeć i uczyniliśmy to zaraz na początku naszej niedzielnej wyprawy. 
Przy pałacowej bramie powitał nas "wyleniały" kamienny lew z uszami jak trąbki. Taki był śmieszny i niepasujący do okazałego wejścia, że nawet go nie sfotografowaliśmy. Tymczasem lwisko siedziało sobie niegdyś (tzn. początku XIX wieku...) na tzw. Łuku Triumfalnym, który właściciel pałacu (i całego Milicza) ufundował, by uczcić wizytę cara Aleksandra I oraz cesarza pruskiego Fryderyka Wilhelma III w tej właśnie rezydencji, podczas której to wizyty zawiązała się liga antynapoleońska! (Nota bene czy to nie ten sam cesarz, który odkupił od Sissi rezydencję na Korfu, o której pisałam wcześniej w kategorii światowa dziewczyna, czyli podróże.....?)
Podeszliśmy pod pałac (od 1963 r. mieści się tu Technikum Leśne) i szczęki nam opadły. Budynek jest okazały, wręcz imponujący - i coś mi przypominał, niestety zasłonięty rusztowaniem (trwa tu bowiem jego modernizacja) nie od razu zdradził swe pokrewieństwo do... Sans-Souci! 
Architektem budynku powstałego pod koniec XVIII w. był znany mistrz, autor wielu okazałych budowli m.in. we Wrocławiu (pałacu biskupa) - Karl G. Geissler. Wybudował pałac na zamówienie rodu Maltzanów, który miał Milicz w posiadaniu od XVI wieku. Była to niemiecka arystokracja, mieszkająca przez tyle wieków tutaj, w milickim pałacu - aż do 1945 roku. Wpływowa rodzina II i III Rzeszy, o prohitlerowskich sympatiach. Jedynie Maria się wyrodziła... Ta ostatnia urodzona w Miliczu, najmłodsza Maltzanówna, Maria Graefin von Maltzan zmarła całkiem niedawno - w 1997 r., w Berlinie. Była niezwykłą osobowością, uhonorowaną orderem Sprawiedliwy wśród narodów świata (za uratowanie 60 Żydów, zresztą za jednego z nich wyszła za mąż...) - wyróżnienia tego jednak nie przyjęła, bo wtedy akurat Izrael napadł na Palestynę. O historii milickiego pałacu opowiada w swojej autobiografii, wydanej również w Polsce ("Bij w werbel i nie lękaj się").
Z powodu remontu nie weszliśmy do środka pałacu-szkoły (poza tym była niedziela, więc szkoła i tak zamknięta).  Z opisów wiem jednak, że we wnętrzach zachowała się sala balowa i piękne marmurowe portale (są zdjęcia w internecie). Jest też eliptyczny, zdobiony japońskimi kolumnami salon. 
Częściowo przebudowano ten XVIII wieczny pałac w XX wieku (dokładnie w 1910), a modernizowano w latach 1959–1960 - nie była to już jednak robota właścicieli. Jest to budowla dwupiętrowa w kształcie litery C, z częścią centralną nakrytą cynowym cylindrem-kopułą z latarnią, w klasycznym stylu pruskim (nie wiem dlaczego tak mi się skojarzył).
Przed II wojną światową pałac oraz jego wyposażenie, gdyż mieścił liczne kolekcje (malarską - np. dzieła Cranacha, instrumentów - m.in. Stradivariusy, oraz kolekcję zegarów) wyceniano na ok. 14 milionów marek niemieckich. Przedwojennych, licho wie, ile to teraz byłoby warte, ale myślę, że razy 100 albo 1000....
W 50 hektarowym angielskim parku (największe i najstarsze takie założenie na Dolnym Śląsku) ze starodrzewiem (ach, jakie piękne i potężne tulipanowce tu rosną!) wije się sztuczny kanał, zasilający pałacowe stawy. Milicz słynie właśnie ze stawów i całego systemu wodnego założonego przez Cystersów... siedem wieków temu! 
To stąd, dzięki Maltzanom, pochodziły karpie, lądujące na stołach dworu królewskiego w Berlinie. 
No dobra, ale gdzie tytułowe krasnoludki??? Z pałacem wiąże się urocza rodowa legenda. Jedna z matron rodu, ciężarna Eva-Popelia miała sen: pojawił się jej krasnolud. Prosił o przesunięcie stojącej w jej komnacie lampy, bo kapiąca z niej oliwa przeszkadza ciężarnej księżniczce królestwa krasnoludków, mieszczącego się pod pałacem. Eva-Popelia prośbę zignorowała, ale następnej nocy sen się powtórzył. Lampę więc przestawiono, a karzeł w podzięce podarował sznur pereł ze skrzaciego królestwa. Oznajmił, że dopóki perły będą w pałacu - nic mu  się nie stanie... Te perły nosiły wszystkie kolejne dziedziczki Milicza. Klejnoty miały niezwykłą właściwość - ilekroć umierał członek rodu Maltzanów, jedna perła ciemniała, by po kilku dniach wrócić do właściwego koloru. Maria Maltzan opowiada w swojej książce, jak to  jej ojciec, ujrzawszy pewnego dnia czarną perłę na sznurze zaczął rozpytywać w rodzinie - kto umarł? Okazało się po wielu tygodniach, że informowała ona o śmierci pewnego zubożałego krewnego w... Nowym Jorku! Maria von Maltzan była pewna, że perły nadal znajdują się w  Miliczu, ponieważ pałac nie uległ zniszczeniu, tak jak obiecywał krasnolud. 
Nad wejściem, mimo rusztowań, udało mi się zrobić zdjęcie fragmentu herbu. To godło Maltzanów, które w kolorach wygląda tak jak poniżej, tyle że tutaj dopatrzyłam się jeszcze jakiegoś tajemniczego klucza:

Według mnie w tarczy herbowej z lewej jest... głowa osiołka - w heraldyce oznacza umiarkowanie, cierpliwość i pokorę wobec przeciwności losu. Po prawej widać winorośl i kiść owoców. Ale dlaczego nie ma karpia???
Po pobieżnym obejrzeniu pałacu z zewnątrz, oraz parku, wróciliśmy na tę wielką łąkę, gdzie trwały w najlepsze Dni Karpia. Na stoiskach gastronomicznych można było degustować różne karpiowe i rybne potrawy: np. pierogi z karpiem, karpia po milicku, zupę karpiową po serbsku z kociołka. Smaczne, jadłam. Byłam tu kolejny raz, ale najmniej mi się to miejsce w Miliczu podoba: ogromne pole, wielka estrada, spiekota i jarmarczne budki, wesołe miasteczko, balony i toy-toyki. Miejsce całkowicie  pozbawione klimatu, w przeciwieństwie do tego nad stawem. Ale tam obchody przenoszą się później, w październiku.
Kupiłam słoiczek musztardy z gruszką i postanowiliśmy wracać do Wrocławia. Po drodze i przy niej kręciło się mnóstwo grzybiarzy, jakiś chyba wysyp kani był, bo zatrzęsienie tych właśnie grzybów w koszykach. Zatrzymaliśmy się najpierw na przystanku, gdzie stało kilka osób z grzybami, ale  - jaka heca - oni czekali na autobus...  W końcu kupiliśmy od jakiejś kobieciny całą skrzyneczkę  wielkich kapeluszy za całe 10 zł i pojechaliśmy do domu smażyć kanie ala schabowe.
Po degustacji we czwórkę tego leśnego "urobku" nasi goście poszli do domu - a my postanowiliśmy wybrać się jeszcze na rower, do Parku Szczytnickiego. Jedziemy sobie, a tu pod starymi iglakami - kanie rosną! Ktoś nazbierał nieopodal, ale wyrzucił - może się wystraszył, że to muchomory? Kawałek dalej było całe stadko niezerwanych...

I po co myśmy je spod Milicza taszczyli????

piątek, 12 września 2014

Seksowna zabójczyni w białych rękawiczkach

I kto by pomyślał, że ta seksowna futrzana istotka, w białym śliniaczku, w takich samych rękawiczkach i podkolanówkach, uroczo prężąca się do sesji fotograficznej - to morderczyni, bezwzględny killer?


Wracam sobie wczoraj z pracy z zakupami, gmeram kluczem w drzwiach a tu pojawia się Lola z prezentem w pyszczku - na wpół zagryzionym młodym szczurkiem. Trzymanie go w zębach nie przeszkadza jej w powitalnym: „miau, co dla ciebie mam!”
Nie jestem gryzoniofobem, rozczulają mnie myszki, szczurki, chomiki – ale ten widok mnie ciut przeraził, bo gdyby się szczurek wyrwał, to zwieje i będzie mi się kręcił po tzw. posesji! Lubię szczurki, ale domowe, hodowane w terrarium, a nie takie łażące po mojej piwnicy itp. Nakazałam więc Loli: załatw go! – i weszłam do domu po saszetkę dla koteczki. Po namyśle jednak (jak ona dostanie teraz saszetkę, to porzuci szczura) postanawiam nie schodzić od razu. Przetrzymam ją.
Dałam radę tylko kwadrans. Zeszłam z kocim żarciem, Lola nadal czatowała z półżywym prezentem pod drzwiami domu. Na mój widok („hurra, dwunożna stołówka przyszła!”) wypuściła z pyszczka zdobycz i zaczęła ocierać się o moje nogi. Ja tymczasem pilnie obserwowałam szczurzy stan zdrowia.
Gryzoń leżał na plecach i teatralnie oddychał, łapczywie łapiąc powietrze. Ruszał też ogonem. „Lolka, no nie, załatw go! Przecież nie możemy go tak zostawić, bo umknie!” – perswadowałam  koteczce, ale ta nie była już szczurkiem zainteresowana.
Szturchnęłam go parasolem, zaczął ruszać tylnymi nogami, jakby się odpychał, ale nie miał siły przewrócić się na łapy, wciąż leżał na pleckach. Jasny gwint! Co robić? Dobić go?
Przypomniała mi się scena sprzed kilku dni, gdy podczas biesiady w ogrodzie kuzynka wyławiała muszkę-owocówke z wina, bo żal jej się zrobiło, przecież takie stworzonko też chce żyć. Proponowałam je nawet żartobliwie zrobienie muszce sztucznego oddychania, ale wystarczył widelec – i muszka odzyskała siły. Obcując na co dzień z takimi dżinistami, jak mogłam zacząć planować, to, co zrobiłam?????????
Tymczasem Lolka ani myślała mi pomóc. Zamknęłam więc oczy i końcówką mojego pomarańczowego parasola „na kiju” (strasznie lało) walnęłam go ze trzy razy w brzuch. Znieruchomiał wreszcie. Lola przyglądała się kaźni obojętnie.
Zostawiłyśmy go na trawie i oddaliłyśmy się celem konsumpcji pysznej galaretki z drobiu. Wracając do domu – zerknęłam na TO miejsce, ale szczurek twardo leżał i się nie ruszał.
Po godzinie znów zeszłam do Loli, bo należy jej się jeszcze deser przed nocą – chrupeczki pyszne. Znów przechodziłam koło TEGO miejsca, ale szczurka już nie było…
I nie wiem, czy Lola go sprzątnęła (wszak sprawą  killera jest usunąć ciało?), czy się chłopak jednak otrzepał… Jeśli się wykaraskał, to nie będę miała na sumieniu zabójstwa. Co z tego, że pomarańczowym parasolem...





wtorek, 9 września 2014

Kreatywni goście na imieninach, a wszystko przez dyrektora lodówki!

Obchodziłam ekhm, ekhm, imieniny w miniony weekend.

Akurat krótko przed tym wielkopojnym wydarzeniem czytałam bloga dyrektora lodówki (http://dyrektorloduwki.bloog.pl/id,342253504,title,Sluchajac-radia,index.html), który to postem o jabłkowej zemście na Putinie mało nie pozbawił mnie życia, wywołując niebezpieczne i nieodwracalne pęknięcie przepony ze śmiechu.

Pomimo znacznego uszczerbku na zdrowiu (wspomniane pęknięcie) nie zamierzam pana dyrektora pociągać do tzw. odpowiedzialności, bo jego wpis szalenie mnie zainspirował.

W pierwszym odruchu chciałam własnoręcznie wykonać kilka imprezowych naczyń jabłkowych, posiłkując się wzorem z Sevres, czyli zdjęciami z bloga dyrektora. Jednak szybko uznałam dyrektorską wyższość - osiągnięcie takiej sprawności manualnej, mimo wielu ćwiczeń na materii nie- i ożywionej (lepienie aniołów z glinki, mizianie Loli), jest po prostu niemożliwe. Zatem porzuciłam ponadgryzane w ilości hurtowej jabłka (w dziełach pana dyrektora dużą rolę pełnią bowiem ogryzki), a troskę o część artystyczną wieczoru beztrosko zrzuciłam na gości. No i się nie zawiodłam, bo goście okazali się szalenie kreatywni.

P1170520 (300x400)

Dostałam np. zestaw do samodzielnego spreparowania raju, który zawierał:

- drzewo wiadomości dobrego i złego (w doniczce),

- zakazany owoc (na pierwszym planie), 

- węża kusiciela (gumowy, wielokrotnego użytku...),

- Adama (Hoffmana) z aktualnym numerem telefonu.

 

Z tematem jabłka i raju nierozerwalnie wiąże się oczywiście... kuszenie, otrzymałam więc stosowneP1170488 (245x400) narzędzie: koronkowe stringi koniakowskie w kolorze czarnym - i nie zawaham się ich użyć!

Rozmiar wprawdzie mnie trochę przeraził, bo dopasowanie się do prezentu zajmie mi jakieś trzy lata i tony wylanego na fitnessach potu, ale przecież darowanym stringom nie zagląda się w rozmiar!

P1170516 (300x400)

 

Innym rajskim prezentem, aczkolwiek nierodzącym jabłek, jest hibiskus o kwiatach średnicy 20 centymetrów. Ciekawe, ile czasu zajmie mi wykończenie drzewka...

 

 

 

 

 

 

środa, 3 września 2014

Błogo-niezdrowy domowy smalec po galicyjsku - z grzybami

Sezon na grzyby w rozkwicie. Naród ruszył w lasy, gdzie z zapałem uprawia nasz wyczynowy sport narodowy - grzybobranie. Co tam mistrzostwa świata w siatkówce - kapelusze (nie tyle z głów, co...) z trzonków! Czas przecież kosić!

Nie powiem,  bywam w lesie, bo sezon polowań trwa, a i ja ten rodzaj sportu szalenie lubię, aczkolwiek go uprawiam z dość mizernym skutkiem. Ponieważ jednak dostałam w prezencie mnóstwo prawdziwków i kozaków, które teraz przetwarzam w tę i z powrotem, przypomniało mi się danie grzybowe, które degustowałam... 7 lat temu: domowy smalec z grzybami. Pamięć mam jak słoń - wielką, ale powolną i trzeba na niej zawiązywać supełki, jak na trąbie słonia. Zanim więc dojdę do smalcowego sedna, pomęczę Was jeszcze trochę wspomnieniami.

7 lat temu, akurat wiosną pojechaliśmy na autokarową wycieczkę do krainy Drakuli - Transylwanii. Chodziło nam o to, by przećwiczyć dłuuuugie, męczące przejazdy, bo w grudniu tego samego roku wybieraliśmy się w naszą pierwszą azjatycką podróż i trzeba było przygotować się do 13-godzinnego lotu. Wybraliśmy więc kierunek autokarowego wyjazdu i jakieś nieznane nam biuro podróży, które organizowało iście hardcorową wyprawę - przejazd do Transylwanii w Rumunii trwał ponad dobę, a wyjazd (dla ułatwienia) był z Krakowa, nie z Wrocławia. 

Po zajęciu miejsc w autobusie okazało się, że jest to jakiś przedpotopowy San, siedzenia mają niskie oparcia (to znaczy - nie było podpórek dla głowy), jakoś w nim ciasno tak i siermiężnie. Nie było też toalety, video, a stewardessy nie roznosiły kawy. Ponieważ usiedliśmy przy końcu pojazdu, cały tył za nami zajęła szalenie sympatyczna (jak się wkrótce okazało) ekipa - chyba z 5 dziewcząt, z jednym chłopakiem z gitarą. Wszyscy byli z Krakowa, ponad 10 lat od nas młodsi, ale szybko znaleźliśmy kod międzypokoleniowego porozumienia.

Podróż mijała nam upojnie: to znaczy najpierw każdy pił swoje, ale wkrótce wszyscy pili wszystkich. Komuna normalnie. Śpiewaliśmy i graliśmy na gitarze, wkrótce dołączyły do nas jeszcze ze dwie pary z tyłu autokaru, tak że wesoły autobus był, chociaż tylko w połowie. Przód, bardzo serio serio, aż za często dawał nam do zrozumienia wzrokiem ciskającym gromy, że nie akceptuje naszych niestosownych zachowań.

A my postanowiliśmy się dobrze bawić, bo nuda i niewygoda tej podróży by nas zjadła. Zatem grupowo powyciągaliśmy swoje zapasy żywnościowe, by posilać się wspólnie. I właśnie w bagażu jednej z Krakowianek, zwanej przez pozostałych "cioteczką", znalazł się magiczny słoiczek smalcu domowego z grzybami. Dlatego nazwałam go galicyjskim w tytule, bo nigdy wcześniej takiego nie jadłam. U mnie w domu robiło się dawniej smalec, ale z cebulą i ewentualnie jabłkiem. A ten krakowski smakował genialnie!

A jeszcze jak on wchodził do wódeczki (a potem innych mocnych trunków, które gdy wjechaliśmy na teren Rumunii, młodzież jakimś psim węchem znajdowała na postojach w okolicznych spelunach, gdzie bimber pod nazwą śliwowicy lano z beczek jak wino w Chorwacji - wprost do plastikowych butelek po coli...)

Smakując te rumuńskie wspomnienia wzięłam się zatem za grzybowy smalec. Nie miałam przepisu, mętnie pamiętałam to, co "cioteczka" jako recepturę podawała. Poszperałam w necie, ale tam większość receptur opiera się na grzybach suszonych. Phi! Tymczasem pamiętam, że w tamtym galicyjskim smalcu były takie mięsiste duże kawałki grzybów, więc wzięłam sprawę na rozum (czy "zdrowy" to już mocno dyskusyjne) i zrobiłam galicyjski smalec po wrocławsku:
Składniki:
słonina świeża - 0,5 kg,
2 średnie cebule,
0,3 kg świeżych grzybów leśnych (podgrzybki, prawdziwki, kozaki),
pieprz, majeranek, szczypta soli

Słoninę pokroiłam w kostkę i zaczęłam topić w rozgrzanej, głębokiej patelni. Cebule pokroiłam w kostkę, odłożyłam.
Grzyby po oczyszczeniu wrzuciłam na wrzątek i gotowałam przez ok. 5 minut, odcedziłam, pokroiłam w kostkę.
Gdy słonina mocno się wytopiła, ale jeszcze pływały małe jasne skwarki, dorzuciłam cebulę i grzyby, smażąc dalej razem przez ok. 15 minut.
Gotowy smalec trzeba następnie przelać do szklanych słoiczków, wybierając łyżką na dno najpierw "farsz" a potem dolewając płynu (stopionego tłuszczu), by przykrył grzyby i cebulę w pojemniku.


Potrawa to okropnie niezdrowa, sama smalcu nie jadam i nie używam w kuchni od lat, ale tym razem złamałam reguły. Trudno. Jem go ze świeżym, chrupiącym chlebem i wywracam oczy z rozkoszy. Po konsumpcji dręczę się wyrzutami zdrowotnego sumienia przez jakąś minutę, ale co tam! To prawdziwa smalcowa nirwana! 

środa, 27 sierpnia 2014

Żelazkowe opętanie

Od lat jestem opętana... żelazkową manią prześladowczą, co implikuje wiele różnych, czasem niebezpiecznych dla zdrowia (również moich bliskich) sytuacji.


Nie należę do kobiet, które planują z dobowym wyprzedzeniem, co będą jadły, robiły, albo jak będą wyglądały następnego dnia. To znaczy, jeśli jest to dzień powszedni jedynym pewnikiem jest to, że pójdę do pracy. Ale już to - w czym - wyjaśnia się rankiem każdego dnia, gdy miotam się przed szafą próbując wyłowić z niej coś sensownego. Gdy uda mi się namierzyć tekstylną ofiarę, pędzę z nią do prasowalni - i korzystam z żelazka.

Mimo wdrażania wielu technik  zapamiętywania, po wyjściu z domu zawsze dręczy mnie pytanie, kierowane do inteligentniejszego "ja", które o poranku jeszcze smacznie śpi: czy wyłączyłaś żelazko? Skutek jest przeważnie jeden: wracam się (czasem jakieś 2-3 km, zależy jak daleko ujadę), otwieram drzwi, sprawdzam stan podłączenia żelazka, siadam na taborecie, liczę do 10-ciu (taki rytuał odczarowujący złą wróżbę wracania się), wychodzę, zamykam drzwi, jadę. Mniej więcej po tym samym dystansie znów opadają mnie wątpliwości, ale przekonując siebie: nie, idiotko, wracałaś się już - docieram wreszcie  do pracy. Zawsze spóźniona. Często też wydzwaniam do męża prowadząc śledztwo, czy np. on przed wyjściem z domu sprawdzał wyłączenie żelazka. I nie ma dla mnie znaczenia to, że wyszedł godzinę przede mną... 

Ponieważ Andrzej jest moim regularnym dostawcą dobrych rad, za jego namową kupiłam sobie telefon komórkowy z aparatem foto. Bo rada męża wyglądała tak: gdy coś prasuję i wyłączam wtyczkę, powinnam zrobić sobie zdjęcie telefonem. I wtedy gdy ogarną mnie jakiekolwiek wątpliwości, sprawdzę sobie stan bieżący na zdjęciu.

Pomysł był super, zakupiłam więc sprzęt ale... pojawiły się trudności. Np. zrobię zdjęcie, ale potem coś doprasowuję i zapominam zrobić zdjęcie numer dwa.  I kicha, wracać się znów trzeba.  Z czasem było coraz gorzej - w pośpiechu w ogóle zapominałam użyć aparatu, więc wszystko wróciło do normy - czyli schematu opisanego powyżej.

Kolejnym mądrym posunięciem było zakupienie żelazka z tzw. strażakiem. To bardzo pożyteczne i zmyślne ustrojstwo wyłącza grzałkę (czy co tam ono ma), gdy żelazko stoi w bezruchu. Eureka! Ale nie myślcie sobie, że odtąd mam spokój! Bo niby jest Ok - jest strażak, ale... Zawsze pojawiają się jakieś "ale": czy on działa poprawnie? A może własnie tym razem nie wyłączył żelazka? Te i podobne wątpliwości znów mnie ogarniają, więc wracam się, sprawdzam itd. Mimo zatem posiadania "strażaka" jestem w punkcie wyjścia, a żelazkowa mania prześladowcza ma się świetnie!

Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy wybraliśmy się  daleko na urlop samochodem - do Chorwacji. Klucze do mieszkania zostawiliśmy przyjaciołom, którzy mieli podlewać kwiaty i karmić dochodzącego kota, Ryśka. Wyruszyliśmy rano, a przyjaciele mieli zajrzeć do mieszkania dopiero następnego dnia. Mnie, jak zwykle już po 2 km jazdy, więc jeszcze nieopodal domu ogarnęły liczne żelazkowe wątpliwości. Oliwy do ognia dolał Andrzej, gdyż stwierdził, że tego akurat nie sprawdzał, bo to  ja miałam sprawdzić wszystkie wyłączenia w domu, on zajęty był przecież pakowaniem bagażnika.

No to pat, bo ja ufam tylko mężowi - jak mówi, że sprawdził, to nie ma  problemu, bo mu wierzę bardziej niż sobie.... Chciałam więc wracać, ale reszta podróżnych zaprotestowała, że to zła wróżba. No to się nie wróciliśmy, ale robak niepewności (lub moje opętanie) zaczął drążyć mą duszę. I drążył przez jakieś 200 km, gdy wreszcie pękłam: w tajemnicy przed resztą wysłałam sms do przyjaciół z kluczami, z prośbą by podjechali natychmiast do naszego mieszkania i sprawdzili żelazko, bo mimo że ma funkcje strażaka jestem zaniepokojona jego ewentualnym niewyłączeniem. 

Przez następne 200 km nic się nie działo, miałam już, jak to opętana - różne wizje: pożaru, płonącej deski do prasowania, ewakuacji sąsiadów i Ryśka itp. Siedziałam więc dziwnie smutna i milcząca w aucie, aż wreszcie za  Wiedniem otrzymałam upragnioną informację, zwrotnego sms: "Żelazko było wyłączone. Czy włączyć? Teraz karmię kota."

Nota bene autorem tego sms był mąż przyjaciółki, który kiedyś, podczas wycieczki po Kaanie Galilejskiej (w której nie uczestniczył) wysłał żonie takiego smsa: Gosia, nie kupuj wody, kup wino! Cud może się już nie powtórzyć...

 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Podróż niespełnionych życzeń, czyli szczytowanie na Zadziernej i przegapienie niezwykłego grobowca w smoczym mieście…

Moje ostatnie wyprawy są dowodem na to, że nie warto wyjeżdżać  bez przygotowania. Dotyczy to, niestety, każdego wyjazdu - nawet takiego malutkiego, weekendowego, niedalekiego…



Przyjaciele zaprosili nas do wsi Bukówka koło Lubawki, gdzie spędzali dość samotnicze wczasy przy pięknym zbiorniku wodnym. Samotnicze, bo dwóch towarzyszących im nastolatków praktycznie nie opuszczało swego pokoju, w którym do bladego świtu przesiadywali przyspawani do kompa, tableta, smartfona itp. Na posiłkach młodzieńcy pojawiali się chmurnie milczący, mrużąc oczy od słonecznego blasku i wpychając sobie do ust kęsy jedzenia w takim tempie, jakby bili rekord swego pasażu jelitowego. Na wszelkie próby nawiązania kontaktu międzygalaktycznego odpowiadali monosylabami nie podnosząc nawet wzroku. Co to za nieszczęście ta młodość!

Zatem przybyliśmy jako weekendowa atrakcja i towarzyskie wsparcie dla pary, której połowica na dodatek właśnie złamała nogę, nosząc wędki za mężem…

Zanim jednak dotarliśmy do Bukówki zatrzymaliśmy się na uroczym ryneczku w

                                             Podcienia Ryneczku w Lubawce

Lubawce. Prostokątny, ze zgrabnym ratuszem pośrodku i arkadami na jednej ścianie miał w sobie jakąś nostalgię dawnych czasów, słodkich lat 60-tych. Pod jedną z arkad wypatrzyłam „Fryzjera męskiego” i żartobliwie zaproponowałam Andrzejkowi wizytę, na co ów bardzo się ucieszył, i z oświadczeniem, że miał to właśnie w planie - pomknął pod jedną z arkad.  Zajrzałam do maciupeńkiego wnętrza ”salonu”, a tam czarno-białe postery na ścianach, dwaj mistrzowie w białych kitlach, dwa stare fotele, białe fartuchy pod brodą klientów – świetne klimaty! (I muszę przyznać, że fryzura mężowska, mimo że już w tej chwili mało bujna, rzekłabym – z przewagą skóry, wygląda teraz bardzo rasowo! Może to był „przedwojenny mistrz”?).

W czasie gdy Jędrek się fryzował oglądałyśmy miasteczko, kręcąc się po Rynku. Nie trafiłyśmy więc do kościoła p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o wybitnie barokowym charakterze, wykazującym duże powinowactwo z klasztorem w niedalekim przecież Krzeszowie i artystami tam pracującymi: jest ołtarz dłuta J. Lachela, chrzcielnica z 1781 r., drewniana ambona z XVIII w. i zespół polichromowanych figur, oraz obrazy z XVII-XVIII w. (m.in. Felixa Antona Schefflera). No i masz, o tych skarbach wyczytałam dopiero po powrocie!

Podobnie zresztą jak o tym, że w Lubawce urodził się (w 1874 r.) znany (i świetny moim zdaniem) ekspresjonista niemiecki, Otto Muller. Malował głównie nagie, kąpiące się w rzece kobiety o cygańskiej urodzie (był pod wpływem legendy, którą wpoiła mu matka, że jest cygańskim dzieckiem.…), namalował m.in. tzw. Cygańską Madonnę. Klimat jego obrazów jest niesamowity: kobiety nakreślone niedbałą jakby kreską przeciągają się, leżą, stoją albo siedzą w swobodnych pozach, całkiem bez odzienia, w zielono-brązowym pejzażu z kawałkiem wody w tle. Popatrzcie sami na dwa wybrane przeze mnie:

Otto Muller obraz

Wybrałam właśnie takie, bo przeglądając teraz zdjęcia zrobione podczas wypadów zaczęłam szukać podobnych pejzaży, być może zapamiętanych przez Ottona z dzieciństwa (bo później kształcił się w odległym Berlinie, a zmarł w 1930 r. w „moim” Wrocławiu, w którym przez wiele lat był wykładowcą  w Akademii Sztuk Pięknych). No i wydaje mi się, że coś tam da się przypasować, bo wokół Lubawki jest po prostu przepięknie!!!!!!!!!!!

                                                        Korona zbiornika

Gdy wreszcie dotarliśmy do przyjaciół w Bukówce było już wczesne popołudnie, udaliśmy się zatem na rekonesans już tylko po najbliższej okolicy. By zachęcić młodzieńców do ruszenia pup zabetonowanych  w pokoju, ofiarowaliśmy im wielką atrakcję: spacer z wykrywaczem metali… Młodzież wzięła więc torbę sapera, my dobre humory, bo pogoda była przecudna. Efekty naszych łowów: chłopaki wreszcie rozruszały nogi, latając bez ładu i składu ze sprzętem po lesie, my za to zdobyliśmy fotograficzne trofea: dziewięćsiły
                                                        kwiat który daje moc!

(chronione kwiaty o właściwościach magiczno-leczniczych) oraz

                                                                    Grzybobranie....

dwie garści grzybków, z których zrobiłam sos dla... 7 osób!!! (nota bene, mój talent kulinarny zaczyna mnie samą przerażać...).

Wieczorem panowie udali się na nocne wędkowanie nad przepiękne jezioro Bukówka, niczego jednak nie złowili, mimo że w dzień bezczelnie wylegiwały się tuż przy brzegu wypasione ryby wielkie na metr. Ja za to zrobiłam czarną focie z jakimiś świecącymi odblaskami. Robaczki świętojańskie? Niemożliwe. Gwiezdny pył? Może...

Następnego dnia (bo okazało się, że sos grzybowy przeżyliśmy wszyscy, hurrrrrrrrra...) zaplanowaliśmy zdobycie pobliskiego szczytu, zaliczanego do tzw. "korony Sudetów polskich" - Zadziernej (724 m).

Ostre podejście już na początku wspinaczki kazało się nam zastanowić nad sensem podejmowania aż tak wielkich życiowych wyzwań, bo raczej wszyscy jesteśmy Sybarytami. Ale głupio było nam ( przed młodzieżą) się wycofać, zwłaszcza, że wyciągnęliśmy ich tylko pod warunkiem, że będą mogli wziąć wykrywacz. Oczywiście sens jego używania na szczycie był mocno dyskusyjny, ale ponieważ młodzieńcy ochoczo targali torbę i nawet raźnie przebierali nogami, uznaliśmy, że takie małe oszustwo dobrze im zrobi. Praktycznie ani razu nie otworzyli nawet torby, zatem przebiegli się przez kilkukilometrowy dystans ze sporym balastem :-) Zadzierna została zdobyta - w strasznym skwarze, okupione to było wylaniem hektolitrów potu - słowo daje, nigdy nie zrozumiem Himalaistów... Ostatnie metry szliśmy jak w transie, ponieważ na ścieżce wyrastały nam grzyby, co nas tak oszołomiło, że nie wiedząc kiedy - byliśmy na szczycie. W dodatku z pieśnią na ustach, gdyż zaniepokojona  odkrytym legowiskiem dzikiej zwierzyny darłam się jak opętana w misji zapewnienia bezpieczeństwa naszej grupce. Na szczycie byli inni turyści, których musiałam

                                                          widok z Zadziernej

serdecznie przeprosić za swoje szansonistyczne popisy.

Potem było już tylko coraz milej: schodziliśmy, a na końcu tej dość długiej trasy czekał gościniec z zimnym piwem. I gdzie tu niespełnione życzenie, zapytacie? Ha, zaraz opowiem: jak już byliśmy na dole, zajrzeliśmy do Stanicy pod Zadzierną, coby skorzystać z toalety. Rozmawiamy sobie z  właścicielką tego przepięknego ośrodka, a ona nas pyta, czy wybieramy się na Zadzierną, bo to jest góra, która  spełnia marzenia... Jak to, pytamy? Na co opowiada, jak się to robi - trzeba dostać się na szczyt (łatwizna, właśnie z niego wracamy...), wypowiedzieć tam życzenie, a ono się spełni... 

No i widzicie, gdybym wiedziała, ze Zadzierna spełnia marzenia, coś bym tam sobie uszykowała. A tak - figa z makiem! Drugi cios w nos, z własnego zaniedbania, uffa!

Trzeci cios otrzymałam następnego dnia, bowiem w oczekiwaniu na obiad, który szykowała koleżanka ze złamaną nogą, poniosło nas do pobliskiego czeskiego miasta - Trutnov. Nazywane jest ono smoczym, bo z jego historią związana jest legenda o smoku - całkiem jak w naszym Krakowie. Tyle, że smoka zabili inaczej, chwytając go w pułapkę-klatkę, następnie obdarli ze skóry, która ponoć do dziś zdobi wejście do ratusza w ... Brnie. Trzeba będzie to sprawdzić.


                                                           Rynek w Trutnovie

Póki co Trutnov nas oczarował - Rynek to cacuszko, bo w odróżnieniu od Lubawki, podcieni jest tu bez liku na wszystkich 4 ścianach Rynku i w pobocznych uliczkach. Musiało to być bogate, kupieckie miasto kiedyś. Dziś kolorowo odremontowane kamieniczki, jak w Lubawce z XVI-XVIII wieku - po prostu zachwycają. Na Ratusz wspina się smoczysko -

                                                                  smok Trutnovski

metalowy potomek tego pierwszego gada, a naprzeciw stoi fontanna -  tzw. smocza studnia.  Jest też  posąg Józefa II i data 1866.

Nie wiedzieliśmy, co to za zdarzenie, aczkolwiek  przed wjazdem do miasta jest info, że tu rozegrała się w tym wymienionym roku bitwa. Jaka? Braki w edukacji lokalnej, sprawdziłam to dopiero po powrocie - otóż miała tu miejsce bitwa austriacko-pruska, jedna z większych i znaczniejszych bitew całej wojny prusko-austriackiej. 

Była to jedyna bitwa wygrana przez Austriaków, a zwycięskiemu marszałkowi Ludwigowi von Gablenz postawiono osobliwy pomnik-grobowiec-mauzoleum. Dwudziestometrowy obelisk z 1868 roku stoi na szczycie pobliskiego wzgórza Šibeník. Pusta w środku żeliwna wieża ze schodami prowadzącymi wewnątrz aż na wierzchołek jest od 1874 roku miejscem ostatniego spoczynku Gablenza. Ze szczytu obelisku rozciąga się piękny widok na cały Trutnov i okolicę.

No i ja, wielbicielka grobowców - nie dotarłam tam! Siedziałam na trutnovskim rynku i jak ten truteń piłam zimne czeskie piwo, zamiast wdrapać się na Sibenik. Uhhhhh.



środa, 13 sierpnia 2014

Perseidy, Lola i katar sienny

Ta noc miała być pełna gwiezdnych fajerwerków - Perseidy znaczy przechodzą w pobliżu, i dobrze je widać, jak doniosły media, między 1.00 a 4.00  w nocy.

1. 00. Zaopatrzeni więc w zapałki (coby powieki sobie podpierać) i butelkę winopochodnego napoju różowego o smaku grejpfrutowym, uprzednio dobrze schłodzonego, zaudaliśmy się na osobisty taras. Rozsiedliśmy się w fotelach. Lornetki, aparaty, kamery - rozstawione. Wino nalane. Oczy szeroko otwarte na północną stronę, gdzie według pewnej popularnej aplikacji na telefon, pokazującej gwiazdy - miały nadlecieć perseidowe pociski. Czekamy. Pierwsza godzina już minęła, niebo niezbyt czarne - tu latarnia, tam latarnia, dach sąsiadów, wystająca lukarna – Perseid ani widu. Pijemy wino (z braku lepszego zajęcia dla dłoni).

1.30. Postanawiamy zejść jednak (z I p.) do ogrodu. Zabieramy kieliszki, aparaty, kamery, statywy, lornetki, odgrzebujemy ze schowka latarkę – i wychodzimy. Tuż przy ogrodowej furtce wita nas zadowolona bardzo z naszej obecności (będzie żarcie, albo zabawa!) rezydentka naszego ogrodu, czyli Lola. Kocia asystentka towarzyszy nam do ławki, na której rozkładamy: wino, aparat, kamerę, lornetkę, telefon. Ustawiamy się (i ławkę) przodem do kierunku jazdy (perseidowej). Czekamy. Nadal nic nie widać.

1.45. Pijemy wino. Księżyc raz za chmurami, to znów jak przez mgłę. Andrzej widzi (chyba) 1 (słownie: jedną) Perseidę. Lola pcha mu się na kolana, ociera o brzuch, statyw aparatu, gryzie pasek. Pierwsze kichnięcie mojego „kociego” alergika.

1.50. Nie wiem, czy mam omamy, ale widzę kilka bardzo szybko migocących błysków, na granicy wzroku, z różnych stron (a nie z tej, wskazanej przez pewną bardzo popularną aplikację na telefon). Słyszę kilka kichnięć Andrzeja, próbującego pozbyć się z kolan Lolki, która okupuje go, nie zwracając kompletnie uwagi na moje zaproszenia do miziania.

1.55. Kończy się nam wino i… chusteczki higieniczne. Andrzej smarka, kicha, smarka. Zarządzam perseidowy odwrót: zabieramy kamerę, aparat, statyw, lornetkę, pustą butelkę po winie, zostawiamy Lolę, bardzo zawiedzioną. Wchodzimy do domu. Proponuje natychmiastowy wyjazd samochodem poza miasto, by kontynuować obserwacje nieba, ale Andrzej tylko odmownie kręci głową (między kichnięciami).

2.30. Ktoś w domu strasznie kicha, smarka, kicha, smarka…. Ja robię przetwór ze śliwek (i tak nie zasnę, gdy ON ma atak kataru siennego…).

3.00. Idziemy wreszcie spać.

6.45. Wstaję do roboty. W radiu mówią, że jeszcze przez 2 dni będzie można oglądać perseidowy spektakl na niebie. Andrzej oświadcza, że dzisiaj już gwiazd w nocy nie będzie oglądał. Aaaaaaaaaaapsik!

11.00 Jem śniadanie w fabryce. Ze śliwkowym przetworem nocnym. Taka przynajmniej korzyść z przelatujących Perseid!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Średniowieczne mury, gotyckie freski, mistyczny owoc Żydów i… śliwki,czyli Szydłów

Podróż przez Świętokrzyskie to właściwie wycieczka w naszą narodową przeszłość, ponieważ tu gdzieś znajduje się matecznik polskości (i PiS-u przy okazji, hm…). Wszędzie w regionie natkniemy się na ślady obecności np. polskich królów. To dla mnie bardzo ekscytujące, gdyż na Dolnym Śląsku, gdzie mieszkam, w opowieściach z przeszłości owszem są Piastowie śląscy, ale zbyt często pojawiają się też nazwiska zaczynające się od von

W drodze z Kielc do Sandomierza (odwiedzonego w poprzednim poście) mijaliśmy Szydłów. Postanowiliśmy zerknąć na kolejne polskie Carcassonne (pierwsze już też opisywałam na tym blogu – śląski Paczków), bo zawsze chętni jesteśmy na zatrzymanie samochodu i zaczerpnięcie lokalnego powietrza, nasyconego historią. To mi wygląda na poważny i nieuleczalny nałóg…

Dlaczego polskie Carcassonne?
Niepozorna wieś (miastem była w latach 1329-1869)  okazała się wyposażona w ruiny zamku królewskiego i resztki fortyfikacji obronnych autorstwa samego specjalisty od Polski murowanej - Kazimierza Wielkiego! Miały swój cel: wchodziły  w skład królewskiego systemu obrony kraju. XIV-wieczne mury zachowały się na długości ok. 700 m z przepiękną bramą. 



Natomiast po zamku zostały 4 ściany, jest to za to miejsce malowniczych turniejów, gdyż w Szydłowie prężnie działa Bractwo Rycerskie.


Szydłów ma piękną historię – od początku swego istnienia (pierwsze wzmianki już w XII w.) był własnością królewską. Prawa miejskie nadał wsi na początku XIV w. Władysław Łokietek, a w połowie tego samego wieku Kaziu Wielki wybudował tu warowny zamek i potężne mury obronne z 3 bramami, dzięki którym Szydłów nazywany jest polskim Carcassonne. Mury wraz z Bramą Krakowską są obecnie starannie odrestaurowane i wdzięcznie pozują do zdjęć...
Miasto miało korzystne w dawnych czasach położenie na szlaku pątniczym (z Sandomierza do Tyńca – i dalej do Santiago di Compostela) oraz handlowym, z którego czerpało dochody: za tranzyt wina, chmielu oraz stad bydła. Rozwijało się tu rzemiosło, np. w XVI w. miasto słynęło z produkcji sukna. Był to też czas, gdy w mieście osiedlali się licznie Żydzi. Kupcy żydowscy zostali nawet pod koniec XVI w. zrównani w prawach z chrześcijańskimi. Po tej dość licznej gminie (ok. 30% mieszkańców) pozostały konkretne pamiątki: XVI-wieczna synagoga (jedna z najstarszych w Polsce) z zachowanym Aron ha-kodesz (to szafa ołtarzowa do przechowywania zwojów Tory – tu rzeźbiona w kamieniu), macewy z pobliskiego kirkutu (przeniesione), oraz liczne judaika, eksponowane w gablotach wewnątrz świątyni.  Wśród nich dostrzegłam srebrne naczynie na etroga.

Od dawna fascynuje mnie tradycja i kultura żydowska, więc teraz sobie pogalopuję w tym kierunku, bo jak mnie coś zaintryguje, to koniec. Czytelnicy o ściślejszych mózgach mogą swobodnie ominąć ten fragment.

Mistyczny owoc Żydów

Etrog to rodzaj cytrusa, przez wiele wieków symbol judaizmu. Podobny nieco do cytryny, a jednak całkiem inny. Dla Żydów to superważny owoc używany do obrzędów religijnych w czasie święta Sukkot. Do jego przechowywania wtedy (to jakieś 7-8 dni w roku) służą specjalne naczynia, które chronią etrog przed utratą koszerności.

Zgodnie z jedną z interpretacji talmudycznych (komentarze do Tory), to właśnie etrog, a nie jabłko, był zakazanym owocem zerwanym przez Ewę w Raju... Poszukując informacji na temat etroga dotarłam do strony gminy żydowskiej w Polsce, na której felietonista, Tomek Krakowski,  opisywał długą tradycję hodowania w Izraelu etrogów oraz  używania ich w obrzędach (od I w. p.n.e.), oraz skomplikowany proces zakupu właściwego egzemplarza. "Kabała mówi, że etrog jest jak serce człowieka. To nie tylko skóra, miąższ, pestki i trochę soku. Całe święto Sukot ma związek z wodą, która w tym czasie jest sądzona, a jaki etrog - tyle wody. Woda to dla Żydów wszystko, co najbliższy rok przyniesie: pieniądze, powodzenie, zaszczyty... Pobożny Żyd musi więc starannie wybierać owoc. Czekają go godziny z lupą przy straganach, noce nad księgami, czytanie opinii, sugestii i zaleceń, spisanych przez wielkich rabinów i cadyków przez ostatnie dwieście lat…"

To dlatego, gdy wygoogluje się „obrazy dla etrog”, pojawiają się m.in. focie panów z pejsami, trzymających w dłoniach wielką, pomarszczoną ala cytrynę i przyglądających się jej przez lupę… Gdy Żydzi zostali wypędzeni z Izraela, hodowla etrogów upadła. Wtedy zaczęto je dla nich hodować na… Korfu! (no i niech mi ktoś powie, że nic tu się z niczym nie łączy). Jednak Grecy poszli na łatwiznę: szczepili etrogi na drzewach cytrynowych (bo to wszystko są, jak wspomniałam, cytrusy), więc Żydzi przez kilka wieków mieli temat do dywagacji: Czy etrog z Korfu jest koszerny? Ile jest etrogu, a ile cytryny w etrogu z Korfu? Dziś większość etrogów pochodzi z Izraela oraz z… Kalabrii.


Wybieranie etroga..
Czy wiecie, że ten owoc może kosztować nawet 150 dolarów za sztukę??? Po święcie można z niego zrobić marmoladę i spożyć. Na surowo jednak miąższ jest niesmaczny, ze skórki robi się natomiast kandyzowany dodatek do ciast. Są też etrogowe perfumy. Prrrrrrrrrrrrr, no to wracam do Szydłowa.

Gotyckie freski

W kościele p.w. Św. Ducha, położonym poza murami miasta, prawdopodobnie najstarszym, którego historia sięga początków miasta – odkryto na ścianach gotyckie polichromie. Byliśmy we wnętrzu, jednak zdjęć robić nie było można, bo trwa restauracja fresków, wykonywana przez samotnie pracująca panią doktor z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Freski są przepiękne, kolorowe, przedstawiają sceny Nowego Testamentu. Unikat.

Śliwkowa wieś

No i na koniec powrót do owoców – ale nie o etrogu będzie, a o śliwce. 1000 sadów śliwkowych, znajdujących  się w okolicach wsi to nie przelewki – dlatego właśnie  Szydłów nazywany jest stolicą polskiej śliwki! W sierpniu są tu śliwkowe dni i wydarzenia, niestety, nie załapaliśmy się. Nie spróbowaliśmy też lokalnej śliwki, pojechaliśmy dalej, bo wszak Szydłów nie był celem naszej wyprawy. Warto było jednak się tu zatrzymać!

Aż szalenie trudno mi teraz rozstrzygnąć, któremu miastu bardziej należy się etykieta "polskie Carcassonne": Paczkowowi czy Szydłowowi...