środa, 9 stycznia 2013

Oko na Maroko

Ta podróż miała miejsce wprawdzie w styczniu, ale trzy lata temu - w 2010 roku. Nasza grupa podróżnicza jest 5-cio osobowa - 4 kobietki ( w tym dwie seniorki) i jeden pan - mój mąż...

Maroko jest magicznym miejscem, które kojarzy mi się bardziej z baśniami tysiąca i jednej nocy, chociaż to nie ten rejon geograficzny, ale  tak już mam! I nasz zaledwie 2-tygodniowy pobyt całkowicie to potwierdził. Głównie oczarowała mnie sztuka marokańska, rękodzieło "zwykłych" ludzi, z których każdy wydaje się Artystą. Te wszystkie przedmioty, które wytwarzają Marokańczycy są prze-prze-piękne. Ponadto podobały mi się pejzaże, architektura (bramy i dziury w murach) - baja, nie ma co!
W styczniu nie było zbyt upalnie, co widać po naszych strojach, zwłaszcza gdy przemieszczaliśmy się bardziej na północ czyli przez Fez, Marakesz, Rabat, Casablankę. Im bliżej Agadiru - słynnego marokańskiego kurortu - tym cieplej. O kosmetycznej stronie podróży napisałam w innym poście - "Tam, gdzie kozy rosną na drzewach"...
Przepraszam "oglądaczy" za chaos zdjęciowy - niestety nie umiem poradzić sobie z edycją zdjęć na blogu. Nie można ich ułożyć tak, jakby się chciało, męka.








wtorek, 8 stycznia 2013

Psia swatka

Paweł będąc z psem na spacerze w parku widzi kłótnię zakochanych. Po chwili całkiem niespodzianie do akcji włącza się Dylan, dog Pawła. Niefortunne zdarzenie jest początkiem znajomości, która jednak wcale nie rozwija się w pożądany przez Pawła sposób...

- Dylan, cielaku jeden, noga! - Paweł od dłuższej chwili usiłuje przypomnieć
cudownemu, czarnemu dogowi, kto tu kogo wyprowadził na spacer. Pies trzymany
jest wprawdzie na krótkiej smyczy, ale nikt z postronnych obserwatorów nie
dałby głowy, że jest prowadzony. Obaj zresztą doskonale wiedzą, że ta chwilowa
równowaga sił zaraz się skończy. Dokładnie gdy znajdą się po drugiej stronie jezdni, w parku. Wtedy spacerowicze będą mogli obejrzeć podeszwy butów Pawła. Jego chód zaś będzie rodzajem spacerowego, odrzutowego lotu tuż za zadem
Dylana. Po czym Paweł w desperacji puści smycz po jakimś kilometrze i pies swobodnie zacznie swój „szalej”. Podskoki, majtanie faflami i wcinanie leżącej na ziemi grabiny (mniam, jaka smaczna!). Paweł z westchnieniem ulgi rozgląda
się po parku. Prawie pusty. Tylko w oddali spaceruje jakaś para. - Pewnie zakochani - myśli Paweł z lekką niechęcią. Nie przepada za widokiem migdalących się osobników. Zachowują się, jakby park był tylko ich. Idiotyzm! Naraz spostrzega, że pojawił się jeszcze jeden pies. Znajoma sylwetka rudobrązowego boksera zbliża się z naddźwiękową prędkością. Na jego zmarszczonym pysku widać autentyczną radość ze spotkania.


- Hektor! - krzyczy Paweł, dając jednocześnie znać Dylanowi, że przybył jego przyjaciel. Dylan przestaje gryźć trawę (jak Boga kocham, czy to nie cielak??) i oba psy wpadają w rodzaj indiańskiego tańca „złap-proszę-mój-ogon”. Teraz
dopiero zacznie się zabawa! Paweł zauważa mimochodem, że zakochana para nieco się przez ten czas zbliżyła. Wyglądała tak, jakby trwała między nimi jakaś gwałtowna wymiana zdań. - Kłócą się, czy co? - zastanawia się przez chwilę bez ciekawości. Jego uwagę odciągają psy, które z szalonym impetem biegają, zataczając coraz większe kręgi. Hektor usiłuje złapać ucho Dylana lub choćby połaskotać zębami dyndające na wietrze fafle. Dylan usiłuje uciec i robiąc mało zwrotne skręty ciałem zmylić przeciwnika. Z daleka wygląda to na groźną kotłowaninę, psy jednak świetnie się ze sobą bawią.


Nagle wszystko zaczyna się dziać w jednej chwili. Dziewczyna z zakochanej pary zaczyna biec w ich stronę, nie zwracając
na nic uwagi. Jej postać w ruchu jest pełna gracji. Gdy jest już całkiem blisko, zza gęstego krzewu wprost pod jej nogi wypada „grupa Laokona” - splątane ciała doga i boksera. Podcinają jej nogi i traci równowagę. Dziewczyna w minisalcie
przelatuje przez przeszkodę, po czym ląduje na brzuchu, kawałek dalej. Leży nieruchomo. Paweł podbiega do niej mocno przestraszony:


- Czy wszystko w porządku? Nic ci się nie stało, przepraszam za psy, ale chyba ich w ogóle nie widziałaś? Dziewczyna powoli unosi głowę. Przez moment jakby się namyślała, jednak wstaje i otrzepuje minispódniczkę. Na kolanach są pokaźne obtarcia. Ręce w nie lepszym stanie.
- Co ty sobie myślisz, że park jest tylko dla psów? Że mogą biegać strasząc ludzi? Nawet tu nie można spokojnie pospacerować? Dlaczego one nie mają kagańców? Może ja nie cierpię psów? Nie cierpię w ogóle wszystkich facetów! -
wybucha nagle i ten niespodziewany atak całkiem zbija Pawła z tropu. Tym bardziej, że w tej samej chwili dostrzega ślady łez na jej policzkach. Ale musiała płakać wcześniej... Nawet w złości jej usta nie wykrzywiają się brzydko, lecz kuszą miękką linią i intensywną barwą. Zapłakana twarz nie straciła nic ze swego wdzięku. Ma bardzo delikatne rysy, prawie bez makijażu. Głowę okala burza ciemnych, kręconych włosów. Paweł bierze się w garść.
- Posłuchaj, przepraszam cię, naprawdę...


- Daj mi spokój, mam w nosie twoje przeprosiny! - dziewczyna ucina próbę przeprosin. Odwraca się na pięcie i oddala z godnością, nieco tylko utykając...


- Milutka jesteś! - odgryza się Paweł. Jednocześnie zły i jakoś rozczulony tym widokiem. Przecież trochę się potłukła... Rozgląda się, przypominając sobie, że przecież ona tu z kimś spacerowała. Po chłopaku nie ma jednak śladu. Hektora
odgwizdał z oddali jego pan.


- Zwariowana feministka, nie Dylan? - Paweł usiłuje znaleźć kumpla. Dog jednak stoi wpatrzony w niego. Na nosie zrobiła mu się taka śmieszna zmarszczka. Od intensywnego myślenia.


- Wiem, wiem, trzeba było się nią zająć. Też czujesz się winny. Ale widziałeś, jak nas potraktowała? Sama sobie winna!


*


Paweł przywiązuje Dylana do klamki otwartych drzwi osiedlowego samu.


- Bądź grzeczny, to dostaniesz loda! - zachęca niecierpliwego doga do wytrwania w kilkuminutowej tęsknocie. Szybko robi zakupy, a wychodząc funduje sobie cztery gałki lodów owocowych. Do tego prosi jedną waniliową. Dla Dylana. Podchodzi do siedzącego pod sklepem psa, kuca i ostrożnie ściągając z wierzchu palcami waniliową gałkę, podsuwa pod radośnie i ze smakoszostwem (mniam, kupił waniliowe) dyndające fafle.


-To ten psi morderca lubi lody??? - Zdziwione pytanie pada gdzieś z góry. Paweł podnosząc głowę zauważa „po drodze”, oblepione plastrami bardzo zgrabne kolana. Powyżej nich rąbek krótkiej spódniczki.


- Pani „milutka”? - dziwi się sarkastycznie. - Czyżbyś przewróciła się tym razem o furgonetkę z plastrami? (Dlaczego jestem taki złośliwy?)


- A czy ty zawsze musisz atakować, nawet jeśli wina leży po twojej stronie? - dziewczyna nagle zrobiła się zła. - Twój wstrętny pies wplątał mi się pod nogi, ale ty usiłowałeś zrobić ze mnie totalną gapę!


- Asiu, zostały do kupienia tylko warzywa... - nagle podchodzi do nich jakiś chłopak i spostrzegając Dylana wykrzykuje z podziwem:


- Kurczę, ale świetne bydlę! To twoi znajomi?


- Skąd! - odpowiada zimno Aśka i w pośpiechu ciągnie go za rękę w drugą stronę, zostawiając zdumiony psio-ludzki duet.


- Zreasumujmy więc. - Paweł zwraca się do Dylana, który patrzy z senatorską powagą na pysku. Nie zakłóca jej odrobina lodów na faflach. - Primo: ma na imię Joanna. Secundo: nazwała cię, cielaku, wstrętnym psem. Tertio: ten facet to był
chyba ten z parku, więc ma chłopaka. Jak się tam dalej liczy po łacinie? Nie pamiętam, dobrze, że Sedes nie słyszy. Więc, po czwarte: podoba mi się. Po piąte: nie mam żadnych szans. Po szóste: jestem złośliwy. (To mogę się teraz zdrzemnąć, on tak będzie do dwudziestu, albo i więcej.) Łeb Dylana opada coraz niżej i niżej.


- Baczność, żołnierzu, idziemy do domu! Wiem, że myślenie cię męczy. - Paweł wyrywa psa z błogiej drzemki, kończąc wyliczankę.


*


- Cześć, malutki, poznajesz mnie? - Aśka wyciąga w stronę doga wielkiego loda na patyku. W parku jest prawie pusto, jeśli nie liczyć właściciela „malutkiego”, zawzięcie coś czytającego na ławce. - Wiedziałam, że zostaniemy przyjaciółmi -
mówi do psa, zlizującego delikatnie (i wcale nie żarłocznie!) słodką masę z drewienka. Wiesz, wcale nie uważam, żebyś był wstrętny. Jesteś słodki, chociaż taki duży. Fajne masz te fafle, szeroki tors i te długie nogi. No, twój pan też
jest niczego sobie. Pod warunkiem, żeby mu przyciąć ten ostry język... Poczekaj, dokąd pędzisz?! Ech, mężczyźni. Nigdy nie wysłuchają do końca, co mam im do powiedzenia! Aśka widzi, że pies podbiega od tyłu do ławki, na której siedzi jego pan, wskakuje mu przednimi nogami na ramiona i zawzięcie liże po twarzy, zaczynając od uszu.
Słyszy pokrzykiwania opędzającego się chłopaka:


- Trawy się nażarłeś czy co? Przestań wariacie! Co ty masz taki zimny jęzor?! Lody? Skąd wytrzasnąłeś lody? Chłopak rozgląda się zaskoczony i widzi zmierzającą w jego stronę parę ślicznie opalonych kolan, już bez plastrów.


- Cześć! To ja poczęstowałam lodami swojego oprawcę. Chyba mam prawo do zemsty?


- Zemsty? Przecież ten wariat uwielbia lody!


- Powiedzmy, że nie jestem znowu taka zła na niego...


- Ale jest wstrętny?


- Niezupełnie. Jego właściciel również nie...


- Skąd taka nagła zmiana?


- Bo kobieta zmienną jest.


- No to biedny ten facet, z którym cię widziałem.


- Pod sklepem? To był mój brat, głuptasie!


- Widziałem jeszcze jakiegoś faceta w parku, wtedy gdy Dylan cię przewrócił.


- Ach, ten. To już nieważne.


- A co jest teraz ważne? - pyta Paweł nagle poważniejąc i zaglądając dziewczynie
głęboko w oczy.


- Ten park, ta ławka, twój lubiący lody pies. Chciałabym go bliżej poznać...


- Słyszysz, Dylan? Głupi to ma zawsze szczęście!


Dylan usłyszał doskonale. Natychmiast to okazuje opuszczając zad ciasno przy nogach dziewczyny i waląc się w tym siadzie całym ciężarem na niej. Aśka zmuszona do kontrakcji przez nagłą, psią czułość, odsuwa się nieco, zbliżając tym samym do Pawła. Nawet przez grubą tkaninę dżinsów chłopak czuje, jak jedwabiście gładka jest skóra Aśki.


- Czy w twoich planach poznawczych mieści się również właściciel tego genialnego psa? - nieśmiało pyta chłopak.


- A jak myślisz? - pytaniem na pytanie odpowiada Aśka, biorąc delikatnie dłoń Pawła. - Chodź, pójdziemy kupić Dylanowi jeszcze jednego loda. Chyba zasłużył, no nie??
Tekst: Beata Łukasiewicz©, zdj. z www.psiaki.pl

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Cywety i kozy - producenci luksusu

Istnieją luksusowe dla człowieka towary, które by stać się tak cenionymi muszą przejść przez układ pokarmowy zwierzęcia, albo są pozyskiwane z ich futra. To m.in. najdroższa kawa świata kopi luwak, przeżuwana przez cywetę,  olejek arganiowy pozyskiwany przy współudziale marokańskich kóz oraz pashmina – najdelikatniejsza wełna z sierści himalajskich kozic…

W Indonezji, na wielu spośród tysięcy jej wysp żyje cyweta zwana też łaskunem – przemiły futerkowy ssak z rodziny łaszowatych. Jest podobny do łasicy i jak ona prowadzi nocny tryb życia. Żyje w tropikalnym lesie, zwinnie pomykając po gałęziach, polując na drobne ssaki i ptaki. Wśród jego przysmaków są też owoce kawowca.
Krzewy kawy są uprawiane na wielu indonezyjskich wyspach: na Sumatrze, Borneo, Jawie, Bali. Przeważnie na zboczach licznych tu, czynnych wulkanów i w żyznej glebie, która pozwala uzyskiwać dobrą jakościowo kawę. Upodobania kulinarne cywety sprawiają jednak, że możliwe jest „wyprodukowanie” kawy bardziej wyrafinowanej smakowo. Zwierzątko, kiedy skusi się na owoce kawowca wybiera najbardziej dojrzałe. Spożyte przez łaskuna czerwone kuleczki są potem wydalane. Miąższ owoców zostaje strawiony, ale ziarenko kawy jest tylko lekko „muśnięte” przez enzymy trawienne, sfermentowane przez bakterie kwasu mlekowego.

Nie wiadomo kiedy i jak mieszkańcy Indonezji odkryli, że pozyskane z łaskunowych bobków ziarna kawy mają nieco inny smak – i zaczęli je z nich starannie wybierać, prażyć,  mielić – czyli postępować tak, jak czyni się w przypadku każdej kawy. Tu jednak ziarenka są szczególne, no i jest ich bardzo mało – dość jednak, by wyprodukować najdroższą kawę świata - kopi luwak (kopi to po indonezyjsku – kawa, luwak to nazwa łaskuna). Pozyskanie (w opisany sposób) kilograma ziaren jest ze zrozumiałych względów baaaardzo czaso- i pracochłonne, a indonezyjskie zbiory wynoszą  maksymalnie 400 kg rocznie. To dlatego kopi luwak ma swoją cenę – sięgającą nawet 1000 euro za kilogram. Taka atrakcyjna cena skupu ziaren skłania mieszkańców Indonezji do odławiania łaskunów, zamykania ich w klatkach (np. na plantacjach) i karmienia ich owocami kawy, by pozyskać więcej kopi luwak. Produkcja prawdziwej kopi luwak, czyli zdobywanej z odchodów wolno żyjących zwierząt może nie przekraczać 50 kg rocznie, co sprawia, że jest to rarytas porównywalny do trufli. (zdjęcie ze strony www.niemuzycznapieciolinia.pl)
Eksperci twierdzą, że dzięki cywetowym jelitkom ziarna kawy tracą gorzki smak, a napój z nich przyrządzony zyskuje nowy, niepowtarzalny aromat. Podczas pobytu na Bali nie odmówiłam sobie filiżanki kopi luwak, która na miejscu nie jest tak koszmarnie droga, by nie było na nią stać. Jako kaloszka, uzależniona od tego napoju piłam ją kilka razy i za każdym razem moje wrażenia były inne. Raz (było to w ogrodzie botanicznym z orchideami) była stęchła i ziemista w smaku, ale dowiedziałam się, że kopi luwak jest wytwarzana albo z ziaren arabiki, albo robusty. Widocznie podano mi robustową, zdecydowanie mniej smaczną. Kolejny napar, którego próbowałam na prawdziwej plantacji kawy był już sporządzony z arabiki – i rzeczywiście aksamitny, o przyjemnym aromacie, ale nie przesadzajmy –arabika taka właśnie jest, więc nie jestem do końca przekonana, czy podano mi kopi luwak… Mam podejrzenia, że sprytni Balijczycy troszkę oszukują naiwnych turystów, a przecież nie ma możliwości zweryfikowania, czy kawa, którą nam podano jest rzeczywiście kopi luwak. A propos całej sytuacji - żal mi było przede wszystkim łaskunów osowiale leżących w ciasnych klatkach na tej plantacji. Nie pozostało mi nic innego, jak trwać w przekonaniu, że to nie tyle wrażenia smakowe stanowią o niezwykłości tej kawy, lecz ekscytująca możliwość jej wypicia. Kopi luwak jest w gruncie rzeczy napojem niesamowitym. Wielu sądzi, że jest tylko mitem. I wcale im się nie dziwię, bo wygląda na to, że zebranie garstki ziaren z odchodów cywet, żyjących normalnie w deszczowym lesie nawet na tak małej wyspie jak Bali graniczy z cudem. A te trzymane w klatkach - ileż mogą zjeść dziennie ziaren kawy, skoro wiadomo, że owoce nie są ich jedynym pożywieniem, raczej deserkiem? Skąd więc biorą się te kilogramy rocznej produkcji? Obserwując handlowe talenty Balijczyków (w niczym nie ustępujące arabskim, znanym mi z Egiptu, Syrii, Maroka, Jordanii) - mogą to być „zwykłe” ziarna kawy – smaczne i bez cywetowych kupek, bo arabika uprawiana w wulkanicznych pejzażach jest doskonała sama w sobie…
Nie przekonuje mnie nawet opakowanie kopi luwak, zakupione przed wylotem z Bali w sklepie, w którym do wyboru miałam tych luwaków kilkanaście, różnych producentów, prawie wszystkie z pieczęciami 100% gwarancji oryginalności. Akurat! Cena nie była przy tym porażająca. Nabyty przeze mnie powder  (czyli bardzo drobno zmielona) kopi luwak była smaczna, ale bez przesady. Szkoda naprawdę tych cywet więzionych w klatkach, zmuszanych do konsumowania kawy albo więzionych tylko dla uprawdopodobnienia, że sprzedawana na danej plantacji kawa jest luwakiem…

Afrykańska i wietnamska kopi luwak
W identyczny sposób „produkuje się” afrykańską odmianę Kopi luwak – przy udziale układu pokarmowego spokrewnionej z łaskunem cywety afrykańskiej. Kawa ta ma ponoć podobne walory smakowe i zapachowe jak jej indonezyjska siostra, jest jednak mniej ceniona przez koneserów – głównie ze względu na mniej aromatyczne od indonezyjskich odmiany arabiki, uprawiane w Afryce. Wietnamska odmiana Kopi Luwak, Weasel Coffee produkowana jest przez hodowlane łasice. Kopi Muntjac jest z kolei zbierana z odchodów, ale o wiele większych zwierząt. Muntjac to Muntiacus z rodziny jeleniowatych, które żyją w południowo-wschodniej Azji. Podobnie jak łaskun jeleń ten zjada owoce kawy. Jednak zwierzę ma więcej szczęścia - nie jest zmuszane do jedzenia owoców, nie prowadzi się hodowli, przez co ziarna tej kawy są o wiele trudniej dostępne, niż Kopi luwak.

Jacu Coffee
Na brazylijskich plantacjach kawy, ale tych znajdujących się blisko dżungli, z gęstym poszyciem i dużą ilością cienia przechadza się duży ptak z gatunku grzebiących, pięknie swoja droga nazwany - Penelopa ciemnonoga (Penelope Obscura), zwana Jacu lub Jacuaçu. Jest nieco podobny do indyka i też, jak ludzie – lubi kawę. Z jego (jej) udziałem wytwarzana jest Jacu Coffee bądź Jacu Bird Coffee – równie rzadka, co Kopi luwak. Produkuje ją tylko jedna (!) firma na świecie – brazylijska Camocim Organics.  Nie próbowałam…



Małpi kawosze
Makaki tajwańskie, czyli jeden z gatunków małp też należą do smakoszy kawy, ale w ich przypadku spożycie odbywa się inaczej, bardziej „po ludzku”. Kawa opuszcza organizm makaka tą samą drogą, która weszła, czyli przez pysk. Owoc jest zjadany, ale pestka, czyli ziarno - wypluwana. Okazało się jednak, że ziarna kawy w skomplikowanym procesie ssania i plucia nabywały nowego, ponoć waniliowego smaku. Zbiory wahają się od 4 do 300 kilogramów rocznie.

Kozy, arganie i najdroższy olejek
O kozach rosnących na drzewach arganiowych pisałam już w innym poście.
Przypomnę tylko, że stada kóz są specjalnie przyprowadzane przez pastuchów do arganiowych sadów, gdyż jest to naturalny sposób pozyskiwania pestek – kozy zjadają miąższ bardzo twardych owoców, wypluwając pestki (lub zostawiając je na drzewach) – a to pestki są kosmetycznym skarbem. Cenne pestki są odzyskiwane również z kozich bobków, które zostawiają najedzone zwierzęta… Każda koza może zjeść dziennie kilka kilogramów owoców. Berberowie grzebią potem w ich odchodach, wynajdując orzeszki. Przekazują je następnie kobietom w wiosce, które trudnią się produkcją olejku – jednego z bardziej luksusowych kosmetyków, od wieków wykorzystywanego do pielęgnacji twarzy i ciała. Bogaty jest w witaminę E, polifenole, kwasy Omega-6 i -9. ma niesamowite właściwości odmładzające: neutralizuje wolne rodniki, wygładza zmarszczki i zapobiega ich powstawaniu. Pobudza skórę do odnowy, rewitalizuje ją i odżywia, przeciwdziała podrażnieniom. Błyskawicznie się wchłania, pozostawia skórę gładką i elastyczną.
Pashminowe szale
Marka Pashmina jest znana wszystkim wielbicielom luksusu. To pięknie barwione delikatne, ale superciepłe szale produkowane z wełny kóz kaszmirskich (region w północnych Indiach, leżący 1700 m npm). Dodanie nawet małej ilości wełny kaszmirskiej do innej wełny zapewnia wyrobowi miękkość i delikatność oraz zwiększa jego wytrzymałość. Szale są też niesamowicie ciepłe. (zdj. z www.livewordly.com)

Wysoko w Himalajach ubodzy pasterze hodują stada kóz, z których raz w roku, na wiosnę, w wyniku wyczesywania pozyskuje się wełnę. Ta na pashminowe szale to wełna puchowa z najdelikatniejszego, koziego miejsca – z brzucha. Wełna kaszmirska należy w ogóle  do bardzo cennych surowców włókienniczych, odznacza się dużą delikatnością. Posiada białą, szarawą lub jasnobrunatną barwę. Kaszmir jest jednym z najdroższych włókien, gdyż 1 koza dostarcza rocznie zaledwie 50 - 200 dkg wełny.  Na pashminowe szale bierze się 70% wełny kaszmirskiej i 30% jedwabiu. Tylko taka proporcja gwarantuje niezwykłe cechy tej tkaniny – nie gniecie się, nie wchłania wody (to najlepszy test, sprawdzający jej oryginalność – szal daje się przeciągnąć z łatwością przez obrączkę, a wylana na niego odrobina wody – ścieka kroplami, nie wchłaniając się). Szale Pashmina są po utkaniu (ręcznym, gdyż nić jest tak delikatna, że żadna maszyna by jej nie utkała!) farbowane na przepiękne kolory naturalnymi barwnikami lub też ozdabiane niezwykle wyrafinowanymi wzorami, które można porównać do perskich dywanów. Ceny są wysokie gdyż surowiec rzadki, i proces produkcji - ręczny.

sobota, 5 stycznia 2013

Niebezpieczny idol

NIEBEZPIECZNY AMANT

Sylwia, asystentka charakteryzatorki gorączkowo szuka sposobu, by osobiście poznać gwiazdora nowego serialu, Benka Gawrońskiego. Wpada na pomysł, że zostanie jego kierowcą...

- Tomku, błagam cię, bądź człowiekiem! - Sylwia Topolska zagląda błagalnie w oczy swojemu przełożonemu, Tomaszowi Niedzielskiemu, kierownikowi produkcji w „Warsaw Film Company”. - Przecież jest ci obojętne, kto właściwie będzie kierowcą, najważniejsze, by wszyscy dotarli na plan o właściwej porze!

Ci „wszyscy” to dla Tomka grupa aktorów, zaangażowanych do nowego serialu telewizyjnego „Zwierzęta duże i małe”, którego akcja będzie się toczyć głównie w... cyrku, wśród treserów zwierząt.

- Proszę, ten jeden raz, to mi sprawi taką radość! - Sylwia nie przestaje atakować skołowanego Tomka. - Przecież mam prawo jazdy i w ogóle będę ostrożna do szaleństwa. Nie miałam jeszcze żadnego wypadku… A o Benka Gawrońskiego to będę się troszczyć w potrójny sposób! Ptasiego mleka mu nie zabraknie...

- Nie wątpię! - odburkuje pod nosem Tomasz.

Dziewczyna nie słyszy komentarza. Jej jedynym w tej chwili celem jest poznanie osobiście Beniamina Gawrońskiego, pieszczotliwie zwanego przez wszystkich Benkiem. Odtwórca głównej roli jest od jakiegoś czasu bożyszczem dziewcząt. Superprzystojny – no uosobienie męskości i wdzięku. Długie blond włosy, turkusowo-niebieskie oczy, poza tym aktor jest wysoki i wspaniale zbudowany. Jest utalentowany i jgo udział w nowym serialu zapewni olbrzymią oglądalność, głównie wśród nastolatek. Nic dziwnego, że Sylwia, asystentka charakteryzatorki na planie chce uciec się do fortelu, by zbliżyć się do gwiazdy. Zwłaszcza, że jej szefowa, Iza Bielska, sama się w Benku podkochuje i zrobi wszystko, by śliczna, młoda asystentka nie miała okazji pracować osobiście z aktorem... Sylwia chciałaby zdobyć autograf, a może uda się dostać coś jeszcze?

Tomasz namyśla się głęboko nad prośbą Sylwii. Z jednej strony boi się oddać Lancię, wspaniałą limuzynę przydzieloną kierownictwu filmu w tak młode i nieodpowiedzialne ręce. Z drugiej jednak strony, trudno mu odmówić prośbie Sylwii. Jej życzenia każdy facet spełniałby z przyjemnością, bo trudno zachować obojętność, gdy prosi dziewczyna o tak wspaniałej figurze, długich, ciemnych włosach i koralowych, pełnych ustach... Sylwia od dawna podoba się Tomkowi.

- No dobrze, - odzywa się w końcu - niech ci będzie! Chyba do reszty zgłupiałem, wiesz doskonale, że nie powinienem pozwalać ci prowadzić auta! Jeśli coś się stanie, masz świadomość, że to moja głowa poleci!? Ryzykuję dla ciebie pracą!

Sylwia ledwie go słucha, już rzuca mu się na szyję i wyciska przyjacielskiego całusa na jego policzku.

- Jesteś cudowny, przysięgam, będę grzeczna! I odwdzięczę ci się! - zapewnia z zapałem.

Tomek ma przynajmniej trzy pomysły na to, w jaki sposób Sylwia mogłaby mu się odwdzięczyć, ale wzrusza ramionami i nic nie mówi. Wyciąga mapę i zaczyna objaśniać Sylwii trasę.

- Najpierw wyjedziesz trasą katowicką, potem skręcisz na E 19. Masz być na miejscu punktualnie o 22-giej! - mówi tonem szefa.

- No tak, po mapie łatwo ci jeździć, ale to nie pociąg z minutowym rozkładem jazdy! W porządku, nie martw się, będę na czas.

Benek Gawroński uśmiecha się dyskretnie pod nosem, podczas gdy jego lewe ramię zmierza w kierunku szyi niecodziennego kierowcy. Ten kierowca ma śliczne, zielone oczy i wspaniałą pupę... To już kolejne „podejście” w czasie przejażdżki samochodem z planu filmowego do hotelu, położonego dwadzieścia kilometrów od miasta.

Sylwia myśli gorączkowo, jak powinna zareagować na, jak dotąd, subtelne okazywanie jej względów przez Benka. Niewinne dowody zainteresowania ujęły ją, ale do czego on zamierza się posunąć? Na ile można sobie pozwolić już przy pierwszym spotkaniu? Do tej pory to Sylwia decydowała o przebiegu wydarzeń. Teraz jednak sytuacja zaczęła wymykać jej się z rąk...

- Poczekaj, zatrzymajmy się tam z przodu, wspaniały widok się stamtąd roztacza! - prosi nagle Benek.

Sylwia widzi zachęcająco wyglądającą zatoczkę do parkowania w niedużej odległości. Zna to miejsce, rzeczywiście jest tu urokliwy widok na okoliczne pagórki, ale nie w tej chwili... Patrzy na Benka z naganą i mówi z uśmiechem:

- Po pierwsze, oboje znamy ten widok na pamięć. Po drugie - i tak nic nie widać, bo jest ciemno. Po trzecie... - nagle zapomina co miało być trzecim kontrargumentem, ale Benek spieszy jej z pomocą:

- Po trzecie wspaniale widoczne są dzisiaj gwiazdy i Droga Mleczna. Tak piękna, jak ty...

Zanim zdążyła się zastanowić nad ripostą, Benek wysiada z samochodu i otwiera jej drzwi. Wąską ścieżką zmierzają do punktu widokowego. Benek idzie tuż za nią i Sylwia nie jest już tak pewna siebie. Ogarnia ją jakiś lekki niepokój. Czy dobrze było pozwalać na taki przebieg wydarzeń? Docierają na miejsce, Sylwia czuje, że Benek zatrzymał się tuż za nią. Owiała ją woń jego ekscytującej wody kolońskiej. Odwróciła się powoli.

- No, tygrysico, teraz będę cię troszkę oswajał - mówi nagle Benek uśmiechając się, ale wcale nie brzmi to pieszczotliwie. Zbliża się do niej jeszcze bardziej. Bardziej, niż Sylwia chciałaby... Zanim zdążyła jednak zareagować, chłopak wprawnym gestem wsunął swoje dłonie pod jej T-Shirt i zaczął z podobną wprawą ugniatać piersi. Sylwia szarpnęła się zaskoczona niespodziewanym szturmem i spróbowała się odwrócić.

- Stój, zwariowałeś, nie chcę twoich pieszczot! - wykrzyknęła ze złością. Znowu usiłowała wyrwać się Benkowi, ale on w międzyczasie zdążył odpiąć guzik jej dżinsów. Oddychał szybko i szeptał do ucha obleśnym tonem:

- No, mała, nie wyrywaj się, przecież chcesz tego! Wiesz dobrze ile dziewcząt chętnie by się z tobą w tej chwili zamieniło!

Dżinsy Sylwii nie stanowią już dla niego przeszkody. Bez skrępowania wsuwa ręce pod jej koronkowe figi, kupione specjalnie na pewną romantyczną okazję. To, co się jednak dzieje nie jest wcale romantyczne. Przynajmniej Sylwia nie wyobrażała sobie tego w ten sposób....

- Ty idiotko! - przemknęło jej samokrytycznie przez głowę, podczas gdy z całych sił próbowała odpierać coraz bardziej natarczywe ataki „idola”.

- Dobra, wystarczy już. Zostaw ją w spokoju! - głos, który nagle wydobył się  z ciemności zabrzmiał dla Sylwii niczym najwspanialsza muzyka. Zresztą, prawie natychmiast go rozpoznała. Tomek! Ale skąd on się tu wziął?? W tej samej chwili chłopak wyszedł zza drzewa i zmierzał prosto na zaskoczoną (choć w odmienny sposób) dwójkę szamocących się przed chwilą ludzi.

- Co jest grane, kim pan jest? - nerwowo odezwał się Benek, puszczając jednocześnie Sylwię ze swoich „objęć”. Dziewczyna błyskawicznie zapięła spodnie, wsunąwszy w nie najpierw T-Shirt.

- To była tylko zabawa! - kontynuował speszony Benek - Nie chciałem zrobić krzywdy... - urwał, gdy Tomasz stanął z nim twarzą w twarz.

- Posłuchaj, ty szczurze. Jeśli jeszcze raz spróbujesz nagabywać tę młodą damę, następnego dnia wszystkie gazety będą wiedziały o twojej próbie gwałtu. Zrobię ci taką antyreklamę, że w pięty ci pójdzie. Ja to potrafię, prawda, Sylwio? - Tomek odwraca się do dziewczyny, która w międzyczasie ukryła się za jego szerokimi plecami.

- Co my teraz zrobimy, Tomku?

- Zostawimy tego pseudoamanta, może wieczorny chłód go ostudzi. Sami pojedziemy z powrotem, do domu. Do mojego domu...

Beata Łukasiewicz©

Sylwia, asystentka charakteryzatorki gorączkowo szuka sposobu, by osobiście poznać gwiazdora nowego serialu, Benka Gawrońskiego. Wpada na pomysł, że zostanie jego kierowcą...
- Tomku, błagam cię, bądź człowiekiem! - Sylwia Topolska zagląda błagalnie w oczy swojemu przełożonemu, Tomaszowi Niedzielskiemu, kierownikowi produkcji w „Warsaw Film Company”. - Przecież jest ci obojętne, kto właściwie będzie kierowcą, najważniejsze, by wszyscy dotarli na plan o właściwej porze!
Ci „wszyscy” to dla Tomka grupa aktorów, zaangażowanych do nowego serialu telewizyjnego „Zwierzęta duże i małe”, którego akcja będzie się toczyć głównie w... cyrku, wśród treserów zwierząt.

- Proszę, ten jeden raz, to mi sprawi taką radość! - Sylwia nie przestaje atakować skołowanego Tomka. - Przecież mam prawo jazdy i w ogóle będę ostrożna do szaleństwa. Nie miałam jeszcze żadnego wypadku… A o Benka Gawrońskiego to będę się troszczyć w potrójny sposób! Ptasiego mleka mu nie zabraknie...

- Nie wątpię! - odburkuje pod nosem Tomasz.
Dziewczyna nie słyszy komentarza. Jej jedynym w tej chwili celem jest poznanie osobiście Beniamina Gawrońskiego, pieszczotliwie zwanego przez wszystkich Benkiem. Odtwórca głównej roli jest od jakiegoś czasu bożyszczem dziewcząt. Superprzystojny – no uosobienie męskości i wdzięku. Długie blond włosy, turkusowo-niebieskie oczy, poza tym aktor jest wysoki i wspaniale zbudowany. Jest utalentowany i jgo udział w nowym serialu zapewni olbrzymią oglądalność, głównie wśród nastolatek. Nic dziwnego, że Sylwia, asystentka charakteryzatorki na planie chce uciec się do fortelu, by zbliżyć się do gwiazdy. Zwłaszcza, że jej szefowa, Iza Bielska, sama się w Benku podkochuje i zrobi wszystko, by śliczna, młoda asystentka nie miała okazji pracować osobiście z aktorem... Sylwia chciałaby zdobyć autograf, a może uda się dostać coś jeszcze? Tomasz namyśla się głęboko nad prośbą Sylwii. Z jednej strony boi się oddać Lancię, wspaniałą limuzynę przydzieloną kierownictwu filmu w tak młode i nieodpowiedzialne ręce. Z drugiej jednak strony, trudno mu odmówić prośbie Sylwii. Jej życzenia każdy facet spełniałby z przyjemnością, bo trudno zachować obojętność, gdy prosi dziewczyna o tak wspaniałej figurze, długich, ciemnych włosach i koralowych, pełnych ustach... Sylwia od dawna podoba się Tomkowi.

- No dobrze, - odzywa się w końcu - niech ci będzie! Chyba do reszty zgłupiałem, wiesz doskonale, że nie powinienem pozwalać ci prowadzić auta! Jeśli coś się stanie, masz świadomość, że to moja głowa poleci!? Ryzykuję dla ciebie pracą! Sylwia ledwie go słucha, już rzuca mu się na szyję i wyciska przyjacielskiego całusa na jego policzku.

- Jesteś cudowny, przysięgam, będę grzeczna! I odwdzięczę ci się! - zapewnia z zapałem.Tomek ma przynajmniej trzy pomysły na to, w jaki sposób Sylwia mogłaby mu się odwdzięczyć, ale wzrusza ramionami i nic nie mówi. Wyciąga mapę i zaczyna objaśniać Sylwii trasę.

- Najpierw wyjedziesz trasą katowicką, potem skręcisz na E 19. Masz być na miejscu punktualnie o 22-giej! - mówi tonem szefa.

- No tak, po mapie łatwo ci jeździć, ale to nie pociąg z minutowym rozkładem jazdy! W porządku, nie martw się, będę na czas.

Benek Gawroński uśmiecha się dyskretnie pod nosem, podczas gdy jego lewe ramię zmierza w kierunku szyi niecodziennego kierowcy. Ten kierowca ma śliczne, zielone oczy i wspaniałą pupę... To już kolejne „podejście” w czasie przejażdżki samochodem z planu filmowego do hotelu, położonego dwadzieścia kilometrów od miasta.Sylwia myśli gorączkowo, jak powinna zareagować na, jak dotąd, subtelne okazywanie jej względów przez Benka. Niewinne dowody zainteresowania ujęły ją, ale do czego on zamierza się posunąć? Na ile można sobie pozwolić już przy pierwszym spotkaniu? Do tej pory to Sylwia decydowała o przebiegu wydarzeń. Teraz jednak sytuacja zaczęła wymykać jej się z rąk...

- Poczekaj, zatrzymajmy się tam z przodu, wspaniały widok się stamtąd roztacza! - prosi nagle Benek.Sylwia widzi zachęcająco wyglądającą zatoczkę do parkowania w niedużej odległości. Zna to miejsce, rzeczywiście jest tu urokliwy widok na okoliczne pagórki, ale nie w tej chwili... Patrzy na Benka z naganą i mówi z uśmiechem:

- Po pierwsze, oboje znamy ten widok na pamięć. Po drugie - i tak nic nie widać, bo jest ciemno. Po trzecie... - nagle zapomina co miało być trzecim kontrargumentem, ale Benek spieszy jej z pomocą:

- Po trzecie wspaniale widoczne są dzisiaj gwiazdy i Droga Mleczna. Tak piękna, jak ty...Zanim zdążyła się zastanowić nad ripostą, Benek wysiada z samochodu i otwiera jej drzwi. Wąską ścieżką zmierzają do punktu widokowego. Benek idzie tuż za nią i Sylwia nie jest już tak pewna siebie. Ogarnia ją jakiś lekki niepokój. Czy dobrze było pozwalać na taki przebieg wydarzeń? Docierają na miejsce, Sylwia czuje, że Benek zatrzymał się tuż za nią. Owiała ją woń jego ekscytującej wody kolońskiej. Odwróciła się powoli.

- No, tygrysico, teraz będę cię troszkę oswajał - mówi nagle Benek uśmiechając się, ale wcale nie brzmi to pieszczotliwie. Zbliża się do niej jeszcze bardziej. Bardziej, niż Sylwia chciałaby... Zanim zdążyła jednak zareagować, chłopak wprawnym gestem wsunął swoje dłonie pod jej T-Shirt i zaczął z podobną wprawą ugniatać piersi. Sylwia szarpnęła się zaskoczona niespodziewanym szturmem i spróbowała się odwrócić.

- Stój, zwariowałeś, nie chcę twoich pieszczot! - wykrzyknęła ze złością. Znowu usiłowała wyrwać się Benkowi, ale on w międzyczasie zdążył odpiąć guzik jej dżinsów. Oddychał szybko i szeptał do ucha obleśnym tonem:

- No, mała, nie wyrywaj się, przecież chcesz tego! Wiesz dobrze ile dziewcząt chętnie by się z tobą w tej chwili zamieniło!
Dżinsy Sylwii nie stanowią już dla niego przeszkody. Bez skrępowania wsuwa ręce pod jej koronkowe figi, kupione specjalnie na pewną romantyczną okazję. To, co się jednak dzieje nie jest wcale romantyczne. Przynajmniej Sylwia nie wyobrażała sobie tego w ten sposób....- Ty idiotko! - przemknęło jej samokrytycznie przez głowę, podczas gdy z całych sił próbowała odpierać coraz bardziej natarczywe ataki „idola”.

- Dobra, wystarczy już. Zostaw ją w spokoju! - głos, który nagle wydobył się  z ciemności zabrzmiał dla Sylwii niczym najwspanialsza muzyka. Zresztą, prawie natychmiast go rozpoznała. Tomek! Ale skąd on się tu wziął?? W tej samej chwili chłopak wyszedł zza drzewa i zmierzał prosto na zaskoczoną (choć w odmienny sposób) dwójkę szamocących się przed chwilą ludzi.

- Co jest grane, kim pan jest? - nerwowo odezwał się Benek, puszczając jednocześnie Sylwię ze swoich „objęć”. Dziewczyna błyskawicznie zapięła spodnie, wsunąwszy w nie najpierw T-Shirt. - To była tylko zabawa! - kontynuował speszony Benek - Nie chciałem zrobić krzywdy... - urwał, gdy Tomasz stanął z nim twarzą w twarz.

- Posłuchaj, ty szczurze. Jeśli jeszcze raz spróbujesz nagabywać tę młodą damę, następnego dnia wszystkie gazety będą wiedziały o twojej próbie gwałtu. Zrobię ci taką antyreklamę, że w pięty ci pójdzie. Ja to potrafię, prawda, Sylwio? - Tomek odwraca się do dziewczyny, która w międzyczasie ukryła się za jego szerokimi plecami.

- Co my teraz zrobimy, Tomku?

- Zostawimy tego pseudoamanta, może wieczorny chłód go ostudzi. Sami pojedziemy z powrotem, do domu. Do mojego domu...

Beata Łukasiewicz© (zdj. ze strony www.stylowi.pl)

piątek, 4 stycznia 2013

Moje podróże śladami... perfum

Zapach ubiera, o czym wie każda kobieta. Jeśli jest olfaktorycznym arcydziełem, niepotrzebna będzie wymyślna kreacja, by wzbudzić pożądanie i zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Bo to, co uwodzi, to perfumy, które mogą być tą najbardziej zniewalającą zmysły suknią…

Kiedyś wystarczyła jedna buteleczka wonnego eliksiru, z trudem zazwyczaj zdobyta, używana od święta i przez lata. Teraz przemysł perfumiarski produkuje masowo tysiące zapachów, w różnych grupach cenowych, więc każdego stać na posiadanie perfum. Każda z pań używa zazwyczaj kilku zapachów, w zależności od pory dnia, nastroju czy okazji.

Jednak jest grupa osób, które mają ekscentryczne upodobania zapachowe, pragną tajemniczych woni i nie chcą pachnieć coraz demokratyczniej się snującymi Armanim, Chanel, Diorem czy Calvinem Kleinem, rozpoznawalnymi na wielu osobach w tłumie. Ekscentrycy pragną się wyróżniać niepowtarzalną kompozycją aromatów, której nikt nie powieli, nie zdobędzie w prosty sposób. Dla nich więc, z dala od drogeryjnych półek Sephor i Douglasów, produkowane są tzw. zapachy (czy perfumy) niszowe, dostępne w kilku miejscach na świecie – olfaktorycznych salonach, które nie prowadzą na ogół filii.
Wśród takich niszowych perfum są kompozycje pochodzące z dawnych, średniowiecznych aptek zakonnych, wytwarzane według wielowiekowych receptur, ręcznie, z całkowicie naturalnych składników. Produkty te są droższe od strefy mainstreamowej, jak nazywają niszowcy gros producentów luksusowych marek, a zapachy niszowe są trudniejsze w odbiorze, niepokojące, intrygujące, a czasem nawet… śmierdzące. A i tak jednak mają swoich wielbiących wyznawców, jak to w marketingowej niszy bywa.

Ekscentryczne molekuły zapachu
Niszowe zapachy też mają swoje arcydzieła oraz gnioty, ulatniające się po kilku minutach ze skóry jak przysłowiowa kamfora. Niektóre wykręciłyby nos mniej wyrobionym amatorom, bo komu może się podobać zapach siwego dymu, grillowanego kotleta czy zepsutego jaja? Bez obaw jednak, większość niszowych zapachów to oczywiście również kwiatowe kompozycje, choć tworzone przez ekscentrycznych artystów nosa, którzy kreują zapachy zafascynowani jakimś miejscem (może to być Bombay), zapachowym wspomnieniem (np. marokańskiej ambry przechowywanej w tujowym puzderku – to Serge Lutens, twórca kultowych „lutenek”, od lat mieszkający w Marrakeszu, budując wonie oparte na zapachach Orientu). Będąc w Maroku sama oczarowana zostałam zapachem ambry, sprzedawanej tam na sukach - kosteczki ni to mydła, ni to perfum, których marokańskie kobiety używają do perfumowania skóry, odzieży i szaf. A gdybym była, jak Lutens, kreatorem zapachów poszukiwałabym swojego aromatycznego wspomnienia z dzieciństwa: w niedzielę budził mnie zapach przypalonej mieszanki kawy i cykorii, która zawsze wykipiała babci z dzbanka na płytę kuchni opalanej drewnem. Tego aromatu wciąż szukam…
Firma szejka z Omanu, Amoudin, wytwarza perfumy najstarszym, arabskim sposobem z absolutnie najrzadszych surowców (w końcu to Arabowie wymyślili destylację perfum), a cena za buteleczkę 50 ml to prawie 2 tysiące złotych. Są wśród niszowych producentów także dawne apteki, np. Santa Maria Novella z Florencji.

Zakonne perfumy
Jedna z najstarszych aptek na świecie, Officina Profumo Farmaceutica di Santa Maria Novella, mieści się we Florencji, nieopodal kościoła pod tym samym wezwaniem. Jej początki sięgają zakonu dominikanów, działających we Florencji od 1221 r. Z mieszanki kwiatów i ziół zbieranych na zboczach okolicznych wzniesień, dojrzewających w starych, terakotowych słojach powstają od wieków słynne zapachy i preparaty Officiny, które w przeszłości stawały się znakiem epoki. Wiele kompozycji jest nadal produkowanych: Acqua di Colonia (ulubiony zapach Katarzyny Medycejskiej) czy Acqua di Rose – tonik odświeżający, sprzedawany tutaj od drugiej połowy XIV w. Officina wytwarza perfumy i ręcznie formowane oraz pakowane mydła, które dojrzewają 60 dni w specjalnych gablotach. Wszystkie produkty Officiny powstają wyłącznie we Florencji, na bazie roślin i ziół leczniczych hodowanych tak samo jak dawniej. Do officiny, mieszczącej się w zabytkowej (jak to we Florencji) kamienicy, wchodzi się z onieśmieleniem – dobrze, że na drzwiach jest zachęcający napis, iż to nie muzeum i wstęp jest wolny. W przepięknych pomieszczeniach snują się nieziemskie aromaty perfum i mydeł, gdyż apteka nie sprzedaje w chwili obecnej żadnych lekarstw. Zapach Frangipani z tej faktorii ponoć uzależnia… Swoja drogą – nie wiem, skąd mają surowiec, bowiem jest to krzew typowo tropikalny, a że uzależnia - łatwo mogę w to uwierzyć, gdyż podczas pobytu na Bali nie korzystałam z żadnych kosmetyków zapachowych. Wystarczył mi świeży kwiat frangipiani, zrywany codziennie dla mnie przez męża, noszony wzorem tubylców – za uchem...

Carthusia to z kolei najmniejsza na świecie fabryczka zapachów, mieszcząca się na wyspie Capri. Jak głosi legenda, na wyspie istniał niegdyś Zakon Kartuzów. Gdy w XIV w. odwiedziła zakonników królowa Neapolu Joanna II Andegaweńska, mnisi przygotowali dla niej bukiet miejscowych kwiatów. Po jej wizycie zakonnik spostrzegł, że kwiaty zwiędły, ale woda, w której stały, cudownie pachnie, więc zlecił bratu alchemikowi wykonanie perfum. I ów dzieła dokonał, a recepta z XIV w. była starannie przechowywana w klasztorze. Kiedy w 1948 r. przeor Kartuzów odnalazł stare formuły zapachowe, za zgodą papieża przekazał je włoskiemu chemikowi. To on stworzył na Capri laboratorium perfumeryjne, któremu na cześć zakonu nadał nazwę Carthusia. Obecnie produkuje się tam perfumy starymi metodami, zbiera ręcznie te same rośliny co kiedyś: rozmaryn do wody męskiej, dzikie goździki do damskiej. Jest parę nowych kompozycji, ale Fiori di Capri to ta najstarsza. 
Może to ciekawa propozycja na karnawał – ubrać się w zapach ze starej apteki?

Poniżej kilka zdjęć z Capri - w takim ambiente rodzą się piękne zapachy...






Tam, gdzie kozy rosną na drzewach...

Arabskie sposoby upiększania ciała mają wielowiekową tradycję i owiane są magiczną legendą haremów i hammamów. Maroko jako jedyny arabski kraj posiada jednak prawdziwy skarb. Jest nim drzewo arganiowe...

Argania spinosa
jest rośliną endemiczną, co oznacza, że występuje tylko w tym jednym miejscu na świecie. Południowo-zachodnia część Maroka została wpisana w 1998 roku na listę rezerwatów biosferycznych UNESCO. Nie powiodła się próba przesadzenia drzew arganii na inny grunt, nawet w sąsiednich krajach Maghrebu. Co więcej, drzewa te również w Maroku nie rosną wszędzie, a jedynie w niewielkim regionie na południu kraju, między znanym kurortem Agadir a malowniczym, starym portem As-Sawira  (Essaquira).
Przemierzając ten region, każdy podróżnik zachwyci się czarownym pejzażem, bardzo przypominającym toskański. Na niewielkich pagórkach w kolorze sepii rosną rozłożyste, rzadko rozsiane, pokręcone ze starości drzewa. Z daleka przypominają drzewa oliwne. Z bliska widać jednak różnicę - listki arganii są ciemnozielone, owoce mają barwę żółtą i są większe niż oliwki, elipsowate w kształcie. Drzewo jest kolczaste, kłujące... Mimo to analogii z drzewem oliwnym jest więcej, o czym za chwilę.
Najbardziej zdumiewającym widokiem, który można ujrzeć w marokańskiej "strefie arganiowej" są...
kozy pasące się na czubku tych dorodnych drzew! Wygląda to naprawdę przekomicznie. Czasem kilka kózek obsiada jedno drzewo, zupełnie jakby na nim rosły... Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że stada kóz są specjalnie przyprowadzane przez pasterzy do arganiowych sadów, gdyż jest to naturalny sposób pozyskiwania "złota". Kozy zjadają miąższ bardzo twardych owoców, wypluwając pestki (lub zostawiając je na drzewach) - to właśnie pestki są kosmetycznym skarbem. Cenny surowiec odzyskiwany jest również z kozich bobków, które zostawiają najedzone zwierzęta.

Płynne złoto
Z owoców (ich pestek) pozyskuje się olejek, wykorzystywany do celów spożywczych oraz kosmetycznych. Od wieków do dnia dzisiejszego wytwarzany jest w procesie ręcznego tłoczenia. Zajmują się tym wyłącznie kobiety. Często tworzone są spółdzielnie produkcyjne, tzw. cooperativy, które zajmują się wytwarzaniem oraz sprzedażą olejku. Lokalne źródła podają, że wyprodukowanie 1 litra "płynnego złota" wymaga pracy 30 kobiet przez 5 dni, a owoców dostarcza aż 30 drzew arganiowych. W innych przekazach liczby są niższe, ale przyglądając się kamiennym młynkom do mielenia pestek, zaczyna się wierzyć, że wyciśnięcie chociaż kropli olejku to żmudny proces... Dlatego ten płyn jest taki cenny!


Olej przeznaczony do spożycia ma orzechowy, a raczej sezamowy smak i zapach. Smak zależy od tego, czy pestki były prażone przed wyciskaniem. Używa się go w kuchni na surowo lub do robienia amlou - słodkiego smakołyku przypominającego masło orzechowe. Jak twierdzą znawcy olej arganiowy ma właściwości prozdrowotne oliwy z oliwek - działa korzystnie na układ krążenia i obniża poziom cholesterolu, tyle że o wiele mocniej.

Złoty kosmetyk
Olejek arganiowy to najbardziej ekskluzywny a jednocześnie prosty kosmetyk świata, od wieków wykorzystywany przez Marokanki do pielęgnacji twarzy i ciała. Jest bogaty w witaminę E, polifenole, kwasy omega-6 i omega-9. Ma właściwości pielęgnacyjne i odmładzające: neutralizuje wolne rodniki, wygładza zmarszczki i zapobiega ich powstawaniu. Pobudza skórę do odnowy, rewitalizuje ją i odżywia, przeciwdziała podrażnieniom. Błyskawicznie się wchłania, dodając skórze gładkości i elastyczności. Arabki nacierają nim skórę całego ciała, stosowany jest w tradycyjnych hammamach (łaźniach) oraz w ośrodkach Argan-SPA (jak się w Maroku takie przybytki nazywa) - dla turystów.

Skarb Maroka przez wieki skryty w półdzikich zakątkach tego kraju i produkowany wyłącznie na potrzeby własnego rynku zalśnił w Europie i na świecie. Można go nabyć na każdym marokańskim souku (targu). Od kilku lat stanowi przedmiot pożądania europejskich koncernów kosmetycznych - dzięki temu także w Polsce możemy nabyć kosmetyki z olejem arganiowym. Jednakże tylko ten nabyty podczas wizyty w Maroku daje pewność, że jest w 100% naturalny i nieprzetworzony. Bo przetwarzać go po prostu nie trzeba, płynne "złoto" działa czarodziejsko na skórę od momentu wyciśnięcia go z pestki arganii.


czwartek, 3 stycznia 2013

Sposób na nudną niedzielę...

Monika nie cierpi niedzielnego marazmu. Po obejrzeniu pewnej kryminalnej komedii wpada na pomysł nowego hobby. Realizacja marzenia jest jednak najeżona trudnościami. Największe kłody pod nogi rzuca jej sprzedawca w sklepie alpinistycznym...

Gdy niedzielną ciszę zakłócił dzwonek telefonu byłam pewna, że to Monika, moja zwariowana przyjaciółka.
- Cześć Joasiu! Co robisz? Może się nudzisz?
- Relaksuję się, nie robię nic konkretnego. Jest przecież niedziela!
- No właśnie, te parszywe niedziele... Dla mnie koszmar. Nie wybrałabyś się na wycieczkę? Ojciec pożyczyłby nam samochód.
- Na wycieczkę? Czemu nie... Ale dokąd?
- Gdzieś niedaleko, do jakiejś małej miejscowości z bogatą przeszłością. Poszukamy tam murów obronnych czyli starych ścian, na które można się wspinać. Wszystko zresztą opowiem ci na miejscu. Będę po ciebie za pół godziny! - Zanim zdążyłam zareagować, rozłączyła się. Wspinanie się? Chyba znowu mnie czymś zaskoczyła, szalona koza.
*
Już od kwadransa chodziłyśmy pod murami obronnymi Brzany. Dla mnie mury, jak mury, ale Monika oglądała je jak dziewiąty cud świata. Na zewnątrz i od wewnątrz. Gdyby miała odpowiedni sprzęt przewierciłaby je na wylot i prześwietliła rentgenem. Zmarzł mi nos i ogólnie dokuczał dość chłodny wiatr. Po minucie wiedziałam już o tym murze wszystko. Monika, nie zważając na wiosenne błoto, ze zmarszczonym czołem dotykała zmurszałych cegieł, mierzyła okiem wysokość średniowiecznej (chyba?) konstrukcji, sprawdzała coś i obliczała w myślach.
- Jak sądzisz, nadaje się do wdrapywania? Oczywiście, trzeba przygotować specjalistyczny sprzęt. Myślę o wspinaczce za pomocą liny i żelastwa, które zarzuci się na szczyt, o, na przykład w tym miejscu – wskazała wyszczerbione blanki murzyska, z miną planującego skok, doświadczonego włamywacza.
- O rany, Moniko, ty poważnie chcesz się tu wspinać? Chyba naoglądałaś się filmów z serii „Różowa pantera”! Chcesz włazić na to po linie?
- Dlaczego nie? Czy nie można żyć jak na filmie? Wyobraź to sobie: ja, ubrana w czarny, koci strój niczym kobieta-mucha (albo kobieta-kot) gibko wspinam się po tym murze, dochodzę do szczytu, przerzucam jedną nogę i...
- Tylko po co? – przerwałam jej chyba w najciekawszym miejscu.
- Po nico! Tak dla niedzielnego sportu, bo siedzenie w domu wykończy mnie kiedyś i umrę z nudów nie dokonawszy żadnego wiekopomnego czynu! Na nartach nie jeżdżę, na rower jest jeszcze za zimno. Wymyśliłam więc, że wdrapywanie się na mury to zajęcie w sam raz na wczesną wiosnę. Za jednym zamachem masz, co następuje: przebywanie na świeżym, zamiejskim powietrzu, ruch, przygodę – wyliczała, zaginając palce. – No, mogę jeszcze zainteresować się historią, żeby wiedzieć, na jakie mury się wdrapuję i w ogóle... – ostatni argument wypowiedziała tak jakoś bez przekonania. Znałam jej nienawiść do histy, zwłaszcza odkąd nauczał jej Maruda.
- Rzeczywiście. Samo zdrowie! Piękny sport, nie ma co... – do czego to może zobowiązać człowieka przyjaźń! Nie dość, że muszę popierać szalone pomysły mojej przyjaciółki, to jestem pewna, że za chwilę zmusi mnie do odziania się w koci strój i wdrapywania razem z nią na te mury!
- Możemy wracać - zarządziła. - Jutro pójdę do sklepu ze sprzętem alpinistycznym, żeby kupić linę i żelastwo. Potem kupimy sobie „kocie stroje” i... – nie słuchałam dalej wywodów Moniki, przerażona swym jasnowidztwem. A nie mówiłam? Powiedziała: „kupimy sobie”, czyli już zdecydowała, że ja też wchodzę w ten plan, dobrze wiedzieć!

W poniedziałek wyciągnęła mnie do sklepu. Było w nim, na szczęście, pustawo. Nie będzie zbyt wielu świadków sceny, która się tu zaraz rozegra, gdy Monika zacznie dopytywać się o sprzęt do zdobywania murów obronnych. Kręcił się tylko jeden sprzedawca, młody facet z bródką. Przystojny, mniam, mniam... Monice zaświeciły się na moment oczy, ale szybko coś postanowiła i przybrała poważny wyraz twarzy. Tak to już jest z szaleńcami: ich manie muszą zawsze wchodzić na pierwszy plan wszelkich działań.
- Proszę pana, szukam liny! – oświadczyła bez ogródek Monika. – Liny do wspinaczki, oczywista! Sprzedawca uśmiechnął się życzliwie i zapytał rzeczowo:
- Dynamicznej czy statycznej?
- A co to za różnica? – Monika nie wstydziła się przyznać do niewiedzy. Zawsze ją za to podziwiałam.
- Zależy, na co chce się pani wspinać. W jaskiniach, na skałki czy w uprzęży na ścianę z uchwytami? – wyliczał sprzedawca. Chyba się na tym dobrze znał. Nie miałam pojęcia, że można się wspinać na tyle różnych rzeczy.
- A jak na ścianie nie ma uchwytów, tylko trzeba zarzucać żelastwo, żeby się wspiąć, to jaka lina jest potrzebna? – Monika drążyła temat.
- A jakie żelastwo ma pani na myśli? – sprzedawca zaczął być chyba zaintrygowany.
- Coś w rodzaju kotwicy, zresztą: bo ja wiem? To pan jest specjalistą!
- Aha, takiej jak na filmach, gdy włamują się do muzeów, albo pokonują mury rezydencji bogatych szejków? – czy mi się wydawało, czy sprzedawca zaczął sobie kpić?
- Dokładnie! – ucieszyła się Monika, uznając że doszli wreszcie do porozumienia.
- Czegoś takiego pani nie kupi. To tylko na filmach włażą po tym. To nie ma nic wspólnego z prawdziwym wspinaniem się.
- Nie wierzę, przecież to jest właśnie prawdziwe wspinanie się! – moja przyjaciółka zaczynała być poważnie rozczarowana. Albo wkurzona.
- Czy pani się już kiedykolwiek wspinała?
- Oczywiście, że nie. Właśnie wymyśliłam sobie nowe hobby, a pan rzuca mi kłody pod nogi! – powiedziała kapryśnie moja przyjaciółka, robiąc minkę rozczarowanej dziewczynki. Wyglądała przy tym prześlicznie i sprzedawca wyraźnie zaczął mięknąć: - Rozumiem. Proszę mi wierzyć, że mam doświadczenie we wspinaczce, dlatego wiem co mówię. Ale, by nie myślała pani, że się na niczym nie znam, chętnie udzielę pani lekcji wspinania się na linie. W najbliższy weekend, co pani na to? Jeśli nadal będzie pani chciała się wspinać na mury, sam wytrzasnę skądś dla pani to „żelastwo”. W końcu mam kumpla-żeglarza, może on ma jakąś zbędną kotwicę? Nic to. Będę czekał na panią pod tym sklepem w najbliższą niedzielę, o dziesiątej.
- Przyjdziemy we dwie. Moja przyjaciółka też pragnie nauczyć się wspinaczki – wstawiła się za mną Monika.
- To ja zaproszę jeszcze kumpla-żeglarza. Ktoś z doświadczeniem w rzucaniu żelastwem na pewno nam się przyda... - czy ja słyszałam ironię w tym tekście?
*
Pogoda była rewelacyjna jak na niedzielny, wiosenny poranek. Obie z Moniką, ubrane na sportowo, pojawiłyśmy się pod sklepem ze sprzętem. Chłopcy już tam byli. Przyjaciel żeglarz, mimo braku bródki wyglądał sympatycznie. Miał na imię Kamil. Sprzedawca ze sklepu przedstawił się jako Michał.
- To od czego zaczynamy? - zapytał Michał.
- Jedźmy w plener! - zakomenderowała Monika.

Pojechaliśmy. W Brzanej Michał oglądał mury obronne z podobnym zmarszczeniem czoła, jak poprzednio Monika:
- Dobra, możemy spróbować. Kamil, wyjmuj kotwicę!
Oczy zrobiły się nam okrągłe ze  zdziwienia, gdy Kamil zaczął wyciągać z bagażnika żelastwo. Gdzie mu się to udało schować? Zaczynałam coś podejrzewać: - Chłopaki, wygłupiacie się!
- Ależ skąd! - wysapał Kamil, usiłując rozhuśtać żelastwo i zarzucić je na szczyt muru. Nie było to proste....
- Dobra, chłopaki, poddajemy się. Nie będziemy się wspinać, tylko zrobimy sobie śliczny wiosenny spacerek - powiedziała ze skruchąˆ w glosie Monika, gdy żelastwo z głuchym łoskotem wylądowało prawie na nogach Kamila. - To był, przyznaję, zwariowany sposób spędzania niedzieli. O wiele bardziej podoba mi się niedzielna wędrówka w miłym towarzystwie...
- Nie martw się, powspinać się możemy, ale pojedziemy za tydzień w takie sympatyczne skałki i wszystkiego was nauczymy. A teraz może byśmy coś przekąsili? - powiedział Michał wyczarowując koszyk piknikowy. - Moja mama naszykowała nam coś pysznego...
- Czy on nie jest słodki? - zapytała mnie cicho Monika. Chyba odechciało jej się być kobietą-kotem. Całe szczęście bo po przymiarce kociego stroju stwierdziłam, że mogłabym raczej występować w cyrku, niż zdobywać mury obronne...

tekst: Beata Łukasiewicz

Srebrne wesele

26. grudnia 2012 r. obchodziliśmy z mężem 25-tą rocznicę ślubu. Ponieważ lubimy się bawić, zamiast jechać w tropiki zorganizowaliśmy małą imprezkę umownie zwaną „srebrnym weselem”. Oj, zabawiliśmy się z gośćmi cudnie…

Miejsca na hulanki udostępniła w dn. 29. grudnia restauracja „Czerwona cebula” we Wrocławiu. Dekoracje wykonaliśmy własnoręcznie, zrobiliśmy też taneczną składankę muzyczną oraz prezentację multimedialną małżeńskiej kroniki.

Smaczne i wykwintne dania (np. ser camembert w cieście filo czy też roladki drobiowe faszerowane szpinakiem albo kaczka na musie z pigwy) sprawiło dużą radość nam i gościom, którzy swoją drogą zostali zobowiązani do założenia srebrnego elementu stroju…

Od tamtej pory chodzę w srebrnej mgiełce i czekam na złote gody!Uśmiech

Archeoturystyka


Najpierw miesiącami przesiadują w bibliotekach, czytają setki książek, filmów, błąkają się po necie – spragnieni wiedzy, zanim wybiorą się na wymarzoną wyprawę. Kto taki? Archeoturyści… Planują ekscytującą podróż w czasie - śladem wymarłych cywilizacji, tajemniczych nekropolii, starej sztuki, biorą też udział w profesjonalnych wykopaliskach archeologicznych…

Archeoturystyka to nie jest bynajmniej „wynalazek” ostatnich paru lat, bo do takich ciekawskich podróżników zaliczyć można już starożytnych wędrowców,  z najsłynniejszym z nich – Herodotem na czele. Archeoturystyka rozumiana obecnie jako odmiana turystyki kulturowej, ma coraz więcej zwolenników na całym świecie. Doskonale wiedzą o tym biura podróży, specjalizujące się w organizowaniu takich profesjonalnych wypraw. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wachlarz możliwości dla turystów zakochanych w archeologicznej przygodzie znacznie się poszerzył… Zainteresowanie starożytnymi kulturami to przecież motyw zaistnienia nowoczesnej turystyki. Już od XVIII wieku europejskie elity podróżowały do Grecji i Italii, aby tam podziwiać monumenty dawnej świetności dwóch wielkich klasycznych cywilizacji. W tamtych czasach taką podróż nazywano grand tour. Współczesna turystyka kulturowa, czy też archeoturystyka obejmuje oprócz tych dwóch klasycznych, jeszcze takie kraje: Egipt, Izrael, Jordania, Meksyk, Peru, Syria, Hiszpania, Turcja, a znajdujące się tam ruiny czy monumenty uważane są wręcz za ikony kultury.

Niektóre biura podróży, bardziej zorientowane w rynku i znające potrzeby klientów oferują „wycieczki na miarę” do czterech najchętniej odwiedzanych miejsc: Peru, Syrii, Jordanii i Egiptu. Klienci takich wypraw na ogół  dobrze wiedzą, jakie miejsca chcą odwiedzić, czego oczekują od organizatorów. Zwykle biuro organizuje im podróż, której celem są konkretne stanowiska archeologiczne. Biuro zapewnia też przewodnika, który jest najczęściej zawodowym archeologiem i ułatwia klientom poruszanie się po tamtym terenie. Ma to znaczenie, jeśli archeopodróżnicy wybiorą się np. do amazońskiej dżungli szukać pozostałości  po cywilizacjach prekolumbijskich. Niektóre biura są skłonne zorganizować wyprawę do tak egzotycznych miejsc jak Ugarit albo  do „wymarłych miast” Syrii. Ogromna ilość stanowisk archeologicznych jest w  Azji Mniejszej, na terytorium Turcji. Śladem zaginionej cywilizacji Hetytów, oraz Greków i Rzymian można przemierzać tysiące kilometrów tego arcyciekawego kraju!

Najlepsze w tych wyprawach dla archeoturystów jest to, że są one zazwyczaj kameralne, kilkuosobowe a przydzielony im przewodnik jest na ogół wykształcony w kierunku archeologicznym lub pokrewnym (np. jest egiptologiem, jeśli zwiedza się w ten sposób Egipt). Kameralność tych wypraw przyczynia się do ich elitarności – koszty są dużo wyższe, niż w przypadku masowej turystyki. Np. piętnastodniowa podróż po Nilu z egiptologiem kosztuje około 2000 euro. Wygląda to już bardziej na rodzaj kursu in situ. W niektórych krajach, w których rozwija się archeoturystyka (np. w Hiszpanii) organizowaniem takich ekspedycji dla amatorów zajmują się nie biura podróży, lecz… muzea! Wymyslają one prawdziwe kampanie archeologiczne, a w pracach wykopaliskowych  uczestniczą turyści, nadzorowani przez archeologów. Oprócz więc zwiedzania ruin i muzeów pojawiły się nowe formy „inteligentnego” podróżowania. Pomimo dużych kosztów archeoturystyka ma się coraz lepiej.

Kim jesteś, archeoturysto?

To z pewnością  nie jest osoba spragniona plaży, palm i słońca, lecz nieustraszony podróżnik w czasie, gotów na każdą przygodę i spotkanie z przeszłością. Jego idolem jest Indiana Jones lub Lara Craft – bohaterowie filmów przygodowych, archeolodzy z wykształcenia, odkrywający niesamowite artefakty dawnych kultur, silnie działające na wyobraźnię. Zdaniem ekspertów, archeoturysta jest częściej… kobietą, ma wyższe wykształcenie i zarobki na poziomie średnim lub średnio-wysokim. Posiadł  wiedzę historyczną, ale zdobył ja samodzielnie. Przedział wiekowy to 40-45 lat. Podróżuje niezależnie od pory roku. Przed podróżą archeoturysta dużo czyta - faszeruje się wiedzą o historii danego kraju, zgłębia historię sztuki, życie codzienne w dawnych czasach. Tak „wyposażony” jedzie do miejsc,  by zobaczyć na własne oczy to, o czym czytał…

Pod wodą, i w katakumbach

Istnieją także odmiany archeoturystyki, na przykład - archeotrekking (piesze wędrówki z plecakiem szlakiem, dajmy na to -  formacji megalitycznych w Katalonii czy na Malcie),  archeożeglarstwo (połączenie żeglarstwa ze zwiedzaniem – dobrym przykładem może być szlak Fenicjan od Libanu po Tunezję), archeodiving (zwiedzanie odkryć archeologicznych pod wodą).  Zresztą, odmian jest tyle, ile archeoturystów, każdy z nich ma swojego „konika” – szlak krzyżowców na Bliskim wschodzie, Templariuszy w całej Europie, skalnych grobowców w Azji Mniejszej i mnóstwo innych… To najlepsze wakacje dla tych, którzy odpoczywają, stymulując swój umysł niesamowitymi informacjami i poruszając swą duszę ponadczasowym pięknem starożytnych artefaktów…




tekst: Beata Łukasiewicz©

Bali - najlepsza wySPA na świecie...

Bali, niewielka wyspa na Pacyfiku to dla wielu osób cel podróży życia i synonim raju. To wymarzone miejsce na odpoczynek, ponieważ balijskie spa uchodzą za najlepsze na świecie. Sukces i bezkonkurencyjność tkwi w egzotycznym dla nas wystroju salonów oraz w samych rytuałach pielęgnacyjnych. Są one naśladowane, wręcz kopiowane przez ośrodki spa na całym świecie...
Co takiego niezwykłego tkwi w balijskim sposobie masowania oraz pielęgnowania skóry, że budzi on zachwyt wszystkich, którzy się z nim zetknęli i sprawia, że wzorowane na nich ośrodki powstają w najbardziej oddalonych od wyspy krajach - w Europie, Ameryce Północnej? To ukojenie, elegancja i piękno balijskiego masażu, a także towarzysząca mu bajeczna atmosfera, przepych wnętrz, niezwykłość stroju masażystki, muzyka, aromaty olejków i kadzideł.

Technika tego zabiegu nazywana jest "masażem kojących dłoni". Podobno korzenie bakijskiego masowania wywodzą się z praktyki leczenia obolałych mięśni i stawów rolników zajmujących się uprawą ryżu. Wiele godzin spędzonych w wodzie, w niezdrowym zgięciu kręgosłupa, dźwiganie ciężarów sprawiało, że powstała potrzeba usuwania  dolegliwości, związanych z uprawą ziemi. Balijczycy świadczyli więc sobie takie usługi kręgarskie i dlatego ten rodzaj masażu przede wszystkim przywraca sprawność nadwerężonym ścięgnom, mięśniom i stawom.

Towarzyszą mu „zwyczajne" na Bali rekwizyty: olejki (przepięknie pachnącego frangipiani, jaśminu, róży, drzewa sandałowego, kokosu, kampaki, ylang-ylang), a także kamienie (przeważnie wulkaniczne, bo na wyspie jest kilka czynnych wulkanów, które dostarczają budulca tysiącu świątyń...), zioła. Bez względu na to, czy udamy się do spa w 5-cio gwiazdkowym hotelu, czy też skorzystamy z plażowej usługi w zadaszonym pawilonie na piasku z widokiem na ocean - wszędzie otrzymamy to samo:  balijski system terapeutyczny, który wprowadzi nas w stan harmonii ciała, duszy i umysłu, głęboko zregeneruje skórę oraz tkankę mięśniową.

Powiedzmy jednak od razu - nie będzie to tylko łagodne muskanie. Ten masaż czasem nawet... zaboli.

 

Ukojenie dłońmi

Masaż balijski korzysta z kilku technik: akupresury , refleksologii, ajurwedyjskiej medycyny, jogi oraz typowego dla wyspy masażu relaksacyjno-regenerującego. Jednak dlatego jest wyjątkowy, gdyż w czasie jednej sesji się kompleksu zabiegów, które mają nas rozluźnić i uwolnić z nas napięcie, poprawić krążenie krwi, przemianę materii, zmniejszyć stres i jego skutki.

Masaż jest wykonywany na łóżku lub bambusowej macie z wykorzystaniem wonnych olejków. Ich zapach jest bardzo silnym bodźcem, który ma przecież także działanie terapeutyczne, sprawia ogromną przyjemność,  a jednocześnie usprawnia krążenie krwi i limfy. Podczas zabiegu uciskane są określone punkty ciała, podobnie jak w akupresurze chińskiej, ale są też one opukiwane, głaskane, ugniatane, wałkowane i rozcierane. Ruchy rąk masażysty kierowane ku głowie są mocniejsze, niż ruchy wykonywane w kierunku przeciwnym. Intensywność ruchów masażystki sprawia, że dotyk sięga w głąb napiętych mięśni, poprawia krążenie krwi i limfy, a silny ucisk rozluźnia mięśnie, dzięki czemu masaż ten jest skuteczny w terapii urazów sportowych. Aby wzmocnić chorą lub bolesną część ciała, używa się ciepłego olejku z dodatkiem trawy cytrynowej, goździków lub imbiru. Nie tylko tułów poddawany jest zabiegom w trakcie sesji masowania, ale również stopy oraz głowa i twarz. Po zasadniczym masażu (w jego trakcie nie rozmawiamy, to ważne!) następuje wyciszenie. Pozostajemy sami, w mgle magicznych woni przy cichutkiej balijskiej muzyce relaksacyjnej, która stała się synonimem tzw. spa lounge. Po chwili więc pojawia się uczucie błogostanu psychicznego i fizycznego.

Wokół nas są proste, ale piękne sprzęty - rzeźbione bogato drzwi, tekowe łóżko, stolik i fotele, a tkaniny mienią się złotem i srebrem. Muślinowe zasłony powiewają, poruszane nadmorską bryzą lub wentylatorem, z kącika wygląda jakiś mały demon lub głowa Buddy. Jeśli masowaliśmy się na plaży po kojących dłoniach masażystki ukoją nas fale Pacyfiku i widok na oślepiająco biały piasek, palmy oraz turkusowa wodę… Salamat!

tekst: Beata Łukasiewicz

Jaszczurcze Wyspy Kanaryjskie

Każdy wielbiciel jaszczurek powinien udać się na jedną z Wysp Kanaryjskich. Są one bowiem (wbrew nazwie) licznie zasiedlone przez Gallotia. Kanarków natomiast ani widu, ani słychu…

Teneryfa, największa z wysp wybrała nawet jaszczurkę na swoje godło. Kiedy więc tylko turysta się tu znajdzie, zanim jeszcze ujrzy przedstawicielkę Gallotia, to  natknie się na jaszczurcze maskotki (drewniane, kamienne, gipsowe i jakie tam chcecie), wygrzewające się w słońcu - całkiem jak żywe…

Ekscytują mnie spotkania z tymi małymi smoczkami w ich naturalnym środowisku. Na Teneryfie doszło właśnie do milutkiego tete-a-tete z Gallotia. Otóż, przemierzając tę niesamowicie urozmaiconą krajobrazowo wyspę (było to w dniu, w którym „wdrapałam się” z moja grupą podróżniczą na wulkan Teide – trzeci co do wysokości na świecie!), zatrzymaliśmy się na przełęczy – dla widoków oraz by zrobić sobie mały piknik. Po obfotografowaniu uroczego ambiente znaleźliśmy duży kamień w niskich zaroślach i rozłożyliśmy na nim nasz lunch. Ponieważ menu ma znaczenie w tej opowieści, to je opiszę: sery (przeróżne, z kozim włącznie), chleb, jabłka i białe wino. Kiedy spożywaliśmy nasz smakowity posiłek zauważyliśmy ok. 15-centymetrową jaszczurkę, która śmiało zbliżyła się do kamienia. Wyglądała na zainteresowaną naszym jadłem, więc rzuciliśmy jej na próbę kawałek jabłuszka. Jaszczurka spożyła jabłuszko z wyraźnym smakiem, co wprawiło nas w zdumienie. Ponieważ wyglądała jak piękna broszka – szaro-brązowa ze złotymi plamkami na bokach – chcieliśmy ją sfotografować, kusiliśmy ją zatem kolejnymi porcjami. Dostała kawałek sera, który równie szybko zniknął w jej pyszczku!

Wspólne ucztowanie trwało kilka minut, w końcu z żalem pożegnaliśmy jaszczurkę, bo kolejni turyści już byli w drodze do „naszego” kamienia. Z ich radosnych okrzyków zorientowaliśmy się, że jaszczurka także im dotrzymuje towarzystwa. Myślę, że dałaby się pogłaskać albo wziąć w rękę, o ile byłby w niej jakiś smakowity kąsek…

Po powrocie do kraju natknęłam się w Internecie na mnóstwo podobnych relacji turystów, z których wynikało, że jaszczurki na Teneryfie chętnie się stołują u ludzi, lubią nawet… chipsy! Zdecydowanie więc, przynajmniej Teneryfa jest jaszczurczą, a nie kanarkową wyspą i spotkanie Gallotia gallotia jest pewne - prędzej czy później. Wystarczy mieć w kieszeni kawałek bułki…

Gallotia to rodzina jaszczurek, osiągających do 46 cm długości, z czego cztery gatunki zamieszkują Wyspy Kanaryjskie. Kilka innych wymarło lub zostało dawno wytępionych – a wśród nich  największa Gallotia Goliath długości ponad 1 metra! Gallotia gallotia są często i chętnie hodowane w terrariach, w których wspaniale się rozmnażają. Przyjazne, kontaktowe – nawet w naturalnym środowisku.

Na zdjęciu: to ja z modelem wymarłej jaszczurki Gallotia Goliath znajdującym się w parku etnologicznym w Guimar na Teneryfie

 

tekst: Beata Łukasiewicz©

wtorek, 4 grudnia 2012

Lizbońskie Muzeum Farmacji

Muzeum farmacji w Lizbonie nie jest specjalnie wiekowe. Choć utworzone niedawno, w 1996 r., zgromadziło już imponującą kolekcję ponad 15 tysięcy artefaktów, pretendując do miana najlepszego muzeum farmacji na świecie…

Ambicją twórców tego muzeum, farmaceutów z zawodu, związanych z uczelnią wyższą w tym mieście, było zgromadzenie i pokazanie wszechstronnej kolekcji obiektów, które w niektórych przypadkach są tylko aluzyjnie farmaceutyczne. Znajdują się tam okazy tak czasem dziwaczne czy intrygujące, że spokojnie mogłyby zabiegać o nie inne muzea: historyczne, kulturoznawstwa czy sztuk pięknych. Obiekt nie jest duży, lecz uroczo położony w przepięknej willi. Ekspozycja zajmuje kilka małych sal, które jednak zapierają dech w piersiach nawet laikom. Liczby mówią same za siebie: muzeum odwiedza 12 milionów turystów rocznie!

Zbiory są uporządkowane chronologicznie – od neolitu do ery podboju kosmosu. Są to przedmioty związane z wykonywaniem zawodu farmaceuty, pochodzące z różnych epok i miejsc: cudeńka ze starożytnego Rzymu, Grecji, Mezopotamii, Egiptu, Arabii, Ameryki Środkowej, Chin, Makao, Japonii. Są też zrekonstruowane wnętrza i wyposażenie kilku aptek z przeszłości: XVII-wiecznej (z dwoma stołami – pierwszym i aptekarza…), XVIII- i XIX-wiecznej oraz niebywale piękna, bogato rzeźbiona w drewnie chińska apteka z XIX-wiecznego Makao – azjatyckiej posiadłości, która była kolonią portugalską aż do 1973 r.


Ekspozycja barwnie ilustruje 5000 lat historii zdrowia w różnych kulturach i cywilizacjach. Okazy sporządzone są z przeróżnych materiałów: granitu, alabastru, ceramiki, brązu, drewna, terakoty i szkła. Co ważne, muzeum nadal dokonuje zakupów – na aukcjach antykwarycznych, od prywatnych kolekcjonerów. Można zobaczyć tak niebywałe okazy jak: prezerwatywa z jelita zwierzęcego, której ponoć używał sam markiz de Sade, ząb narwala (mierzący ponad 2 m długości), który był brany za magiczny róg jednorożca, czy wreszcie kamień z Goa, rodzaj bezoara, zwany też kamieniem filozoficznym. Kamień ten sporządzany był przez portugalskich jezuitów z klasztoru św. Pawła na Goa (Indie), w XVII i XVIII w. Sekretny przepis zlecał jego wykonanie z mieszaniny gliny, mułu, muszli, bursztynu, piżma, żywicy, utartego na proszek zęba narwala i kamieni szlachetnych oraz opium. Był stosowany jako środek leczniczy na różne choroby: bóle głowy, gorączkę. Pocierano nim skórę lub zeskrobywano trochę i wypijano jako miksturę ( z wodą). Przechowywano go w bajecznie zdobionym puzdrze: srebrnym lub złotym – sam w sobie jest więc bezcennym klejnotem, obiektem unikatowym na skalę światową.


W posiadaniu muzeum jest też najstarszy w Portugalii sarkofag egipski z mumią, prototypy mikroskopów, a także urządzenia, które używane były chyba do elektrowstrząsów... Jest też jedna z pierwszych hodowli penicyliny, podpisana na czerwono przez jej odkrywcę, Aleksandra Fleminga, albo osobista apteczka wodza III Rzeszy. Są też kosmiczne apteczki czy też kosmetyczki higieny osobistej, używane przez astronautów na stacji Mir oraz na pokładzie amerykańskiego promu.

Eksponowanych jest tysiące innych przedmiotów aptekarskich: duże, małe lub nawet mikroskopijne przyrządy pomiarowe, łyżeczki i zakraplacze, dozowniki, puzderka do przechowywania proszków, syropów, talizmany, amulety, maleńkie posążki bogów-uzdrowicieli. Można zobaczyć tabliczkę klinową z Mezopotamii, w tekście której zaleca się zastosowanie terapeutyczne… piwa. Figurki szamańskie z kultury prekolumbijskiej, magiczne przedmioty stosowane do leczenia duszy, naczynia do wytwarzania oparów z grzybków halucynogennych. Albo śliczne drewniane miniszafy, które były przenośną apteką farmaceuty – prawdziwe cacuszka sztuki stolarskiej z XVI czy XVII wieku.


Kolejnym projektem dyrekcji muzeum jest gromadzenie artefaktów związanych ze zdrowiem, które wystąpiły w filmie lub są powiązane z aktorami – na wystawie już jest np. inhalator, którego używał Tom Cruise w Raporcie mniejszości, oraz ostatnia recepta wystawiona dla Marylin Monroe.

Wizyta w tym muzeum jest niesamowitą podróżą w czasie i ogromnie przyjemnym doznaniem natury estetycznej.


©Beata Łukasiewicz

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zabawa w Świętego Mikołaja

Tomek poproszony został przez koleżanki z młodszej klasy o udawanie Mikołaja w czasie rozdawania klasowych prezentów...

Właśnie wchodziłem do szkoły, zdejmując z uszu słuchawki i myśląc o chemii, która czekała mnie (jak poranny koszmar) już na pierwszej lekcji, gdy zaraz za drzwiami przykleiły się do mnie dwie obce panienki. To chyba małolaty z pierwszej B, może C. Jednej w ogóle nie znałem, druga wydawała mi się bardziej znajoma. Taka dość ładniutka. Może właśnie o niej plotkował ostatnio w „ambasadzie” (kanciapa ukryta  w szatni, miejsce spotkań męskiej elity) Witek z III G? Raz w miesiącu, w drugi wtorek miesiąca robiliśmy tam tajny przegląd szkolnych „lasek”.
- Cześć, Tomek! – odezwała się ta mniej znana. Musiały zrobić wywiad, bo skąd wiedziałyby jak mam na imię?
- Cześć. Czy my się znamy? – zapytałem celowo z przekąsem, by potrzymać je chwilę na dystans. Niech znają mores przed maturzystą! Co mi tu będą od razu po imieniu?!
- My ciebie znamy!
- To usłyszałem. Ale ja nie bardzo...
- Dobra, ja jestem Magda! – odezwała się nagle ta ładniejsza. To by się zgadzało, podobne imię padło w relacji Witka. Spojrzałem na nią, ale nie podzieliłbym jednak jego zdania, że jest taka rewelacyjna. Niezła, ładniutka, ale bez przesy! Treningów kosza bym dla niej nie rzucił.... – A to Agnieszka – przedstawiła mi koleżankę, która się pierwsza kłaniała. – Mamy dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!
Co tu jest grane? One chcą mi coś zaproponować? Z jakiej paki! I niby co mam teraz zrobić – wysłuchiwać w ogóle tych bzdur czy uciąć gadkę? Zanim podjąłem decyzję, Magda kontynuowała:
- Wybrałyśmy cię zgodnie, co do pół głosu. Nie ma lepszego kandydata!
- Ale do czego?
- Jesteś wysoki, masz wąsy i wygląd poważnego faceta. Możesz jeszcze zapuścić brodę, przynajmniej masz z czego. Ideał!
- Może dowiem się w końcu... – zacząłem znowu, ale miałem dziwne wrażenie, że one od początku przejęły inicjatywę.
- Proponujemy ci bardzo zaszczytną rolę... Wiesz, jesteśmy z I C. Integrujemy się przedświątecznie i robimy sobie klasowe mikołajki. Wybrałyśmy właśnie ciebie do roli siwobrodego Mikołaja, który przyniesie nam w worku prezenty i je inteligentnie rozda!
- Dziewczyny, zwariowałyście chyba! Nie bawię się w takie głupoty! Nie mam czasu. Dlaczego ja? Po co to wszystko? Protestuję!
- Słyszałaś te wszystkie wykrzykniki? – spytała Magda koleżankę, uśmiechając się pobłażliwie. W jej oczach mignęło coś takiego... takiego... figlarnego!
- Cóż, mogłybyśmy ci ściemniać jeszcze kwadrans, ale jest jeden argument, który na pewno cię przekona. Mamy na ciebie haka.
- Haka? Na mnie? – ta rozmowa zaczynała się robić niebezpieczna.
- Przechwyciłyśmy coś, co z pewnością chciałbyś ukryć przed okiem tak zwanej opinii publicznej...
- Co mogłyście przechwycić?! – zaczęły mnie irytować. W dodatku strasznie wiało przez drzwi, a my staliśmy tam już dobre pięć minut. – Dziewczyny, streszczajcie się, mam chemię z Dudkiem, muszę naprawdę pędzić bo zamiast listy obecności zacznie maglować z tablic Mendelejewa.
- Spotkajmy się więc na dużej przerwie. Pogadamy spokojnie. Będziemy czekać pod „sabatem”.
- Pierwsze słyszę,  gdzie jest w tej szkole jakiś sabat???
- Nie wiesz? No tak, pan ambasador nie słyszał jeszcze o „stowarzyszeniu absolutnie babskim, absolutnie tajemniczym”? – kpiły ze mnie w żywe oczy! - Spotkajmy się więc w barze.
Na chemii byłem cały roztrzęsiony. Informacja o haku zbiła mnie z pantałyku. W jednej chwili przypomniałem sobie jednak, że zginął mi zeszyt do matmy. W okładce ukryty był tajny spis. Taki tam sobie ranking „lasek” szkolnych. Nie byłoby pożądane, aby się rozpowszechnił... No i ten jakiś „sabat”. Co to za organizacja? Jakaś kontra na „ambasadę”? Co się w tej szkole dzieje, baby zaczynają się organizować? To zgroza. Na najbliższej przerwie skoczyłem do „ambasady”, by przedyskutować problem.
- To wdepnąłeś! – skwitował jednym słowem Michał z IV A. – Ale panowie, sytuacja jest poważna. Tomek ma świetną okazje, by zbadać ten cały „sabat”. Zostań Mikołajem, może się czegoś dowiesz. Poczekamy na raport w babskiej sprawie!
Magda z Agnieszką umawiały się ze mną jeszcze dwa razy, by omówić szczegóły mikołajkowej akcji. Czerwony kubraczek miał być pożyczony, o watę na brodę miałem zadbać we własnym zakresie. Największy kłopot był z workiem, ale któraś z dziewcząt zadeklarowała się, że go uszyje z czerwonego płótna.
- Przygotuj jakieś małe show, przecież nie wejdziesz do klasy i nie rozdasz ot tak sobie, paczek! – poinstruowały mnie moje szantażystki.
Dobre sobie, za kabaret mam robić, czy jak????

cdnn

 

środa, 28 listopada 2012

Portugalski sposób na kryzys?

Lubię zwiedzać magiczne miejsca. Takim była dla mnie Lizbona, ale ostatni (październikowy) weekendowy pobyt w niej zaowocował sporem z... portugalską komunikacją miejską carris. Otóż, w Lizbonie niewątpliwym udogodnieniem dla turystów sa bilety kilkudniowe - tańsze i pozwalające na poruszanie się wszystkimi rodzajami komunikacji. Nabyliśmy taki 2-dniowy czyli 48-godzinny. System jest elektroniczny - kartonik z magnetycznym paskiem, który uaktywnia się pierwszy raz wsiadając do pojazdu, a potem za każdym razem zbliżając do czytnika. Bilety kupowaliśmy na poczcie, gdzie ostrzezono nas, byśmy zachowali rachunek, bo czasem bilety nie działają, więc  jest on potwierdzeniem zakupu biletu na okresloną ilość dni. Po ponad 30 godzinach uzytkowania 48-godzinnego biletu zaczeły się nasze kłopoty. Najpierw dwa z nich odmówiły posłuszeństwa w metrze i bramki nie chciały nas wpuścić. Pracownik metra zerknął na okazany mu rachunek i otworzył je ręcznie. Podczas wyjścia z metra znów jeden bilet nie działał, ale po kilku próbach przeciągnięcia po czytniku - był już ok.

Nastepnie wsiedliśmy do słynnego lizbońskiego tramwaju - znów z 4 biletów jeden nie działał (czytnik czerwono to zasygnalizował). Zaraz na następnym przystanku pojawili się kontrolerzy i zaczęła się afera. Kłótnia z nimi trwała godzine, wezwano policje, wysadzono nas z pojazdu, nie zerkano nawet na rachunek, upierając się, że jeden bilet stracił wazność... 3 minuty temu. W końcu podstępem wyciągnięto od nas paszport i wypisano zamiast notatki z zajścia... mandat na ponad 700 euro! Zobligowano nas też do wysłania z Polski maila z wyjaśnieniem całej sytuacji i skanami wszystkich (nawet tych dobrych) biletów, rachunków itp.

Tego wszystkiego dopełniliśmy po powrocie z "upojnego" weekendu w Lizbonie, domagając się jednocześnie anulowania mandatu i dużych przeprosin. Odpowiedź nadeszła po tygodniu. Generalnie pouczono nas, że naszym obowiązkiem w razie stwierdzenia niewazności biletu było zakupienie kolejnego, bo to reguluje jakaś portugalska ustawa o transporcie (chyba?). Po drugie, poinformowali, że rozpoczną procedurę anulowania biletu (ale jej jeszcze nie skończyli, jesli w ogóle rozpoczęli). Przeprosin nie było i w ogóle o co nam chodzi, skoro nie mieliśmy waznego biletu?

Wygląda mi na to, że konsument w Portugalii nie ma żadnych praw - np. opłacając z góry usługę (w tym przypadku przejazdu komunikacją miejską przez 2 doby) musi się liczyc z kolejnymi opłatami za... to samo, i to w majestatcie jakiejś niedostepnej dla turysty do poczytania ustawy! Mandat też nam wlepiono wysoki, bo w tramwajach było wzmianka o 150-krotności opłaty za bilet, a w piśmie poinformowali, że ta kwota to od 175 do 425 euro, skąd więc nasz mandat opiewa na ponad 700??? Czyżby to był lizboński sposób łatania budżetu i ratowania podupadającej... gospodraki tego dziwnego kraju?

Nieprędko się tam wybiorę z ponowną wizytą, niesmak pozostał i tyle. W dodatku spór się jeszcze nie zakończył.