Na wiosnę, kiedy częściej bywałam w ogrodzie, monstrum przemykało płochliwie, zbliżając się do wciąż wynoszonego mu jedzenia dopiero jak się oddaliłam. Nie było więc kotkiem bardzo kontaktowym. Aż do końca kwietnia.
Wtedy nastąpił przełom - przed wyjazdem na majówkę moja mama, wielka kociara, poszła zostawić jakąś większą porcję żarełka i popracować "w ziemi". Wtem znikąd pojawiło się monstrum, mama je zawołała, kusząc kocimi smakowitościami - i nagle kotek się odważył, bardzo się łasił, chodził za mamą jak piesek - i w ogóle wielki kumpel. Gdy przyszłam do ogrodu, zastałam ich dwoje w wielkiej komitywie kocio-człowieczej, ale do mnie też się przymilał. Wtedy odkryłam, że monstrum jest koteczką. Przez chwilę trwałam przy imieniu Monstrumka, ale ponieważ nikomu się nie podobało, mama podjęła decyzję - i koteczka nazywa się Lola.
[caption id="attachment_2004" align="alignleft" width="248"]
Tak zatem wyszło, że mam czwartego w życiu kota, w tym trzeciego "dochodzącego". Ze względu na alergię męża nie będę mogła wziąć go do domu, ale myślę, że Lola doskonale sobie z tym problemem poradzi. W sumie lubię taki układ - daje obu stronom dużą niezależność i mnóstwo przyjemności.
Lola jest strasznie mądra, reaguje na polecenia jak piesek, przymila się i słodziak z niej wielki oraz pieszczoszka. Oczywiście ma już swojego "ulubieńca" - tego najbardziej na koty uczulonego! Ostatnio jak Andrzej kosił trawę w ogrodzie, cały czas mu asystowała - normalnie gdzie Jędrek, tam Lola. Aż zazdrosna byłam. I pchała mu się na kolana, jak tylko na chwilę usiadł.
Ech, ta Lola...








