wtorek, 10 marca 2015

Miss(is) Polkowic

W minioną sobotę mąż miał coś do załatwienia w Polkowicach - niedużym mieście koło Lubina. Pojechałam z nim jako dama do towarzystwa, bo... bardzo lubię się z nim wycieczkować!

Pogoda była słoneczna, po drodze widzieliśmy kilka powracających ptasich  kluczy (nie mylić z heblami!), w sumie po niebie przemieszczało się chyba nawet kilkaset skrzydlatych podróżników. Wiosna całą gębą, panie sierżancie, aż serce rosło!

P1190693(1)Andrzejek wysadził mnie w uroczym, kolorowym jak landrynki polkowickim ryneczku i zostawił na jakieś 3 godziny. Miałam więc CZAS. Uzbrojona w aparat fotograficzny ruszyłam do reporterskiej roboty, bo wymyśliłam sobie, że mam wreszcie dużo wolnej chwili, po raz pierwszy (od bardzo dawna) i spokojnie mogłabym podoskonalić swoje (kiepskie) fotograficzne umiejętności. Mogłam uczyć się na tej właśnie miałomiasteczkowej architekturze - taki był plan... P1190689(1)

Ochoczo więc pstryknęłam pierwsze cztery fotki i nagle... coś mnie przystopowało! Najpierw zobaczyłam jeden sklep. Z butami. Tuż obok były dwa kolejne -butiki, a na drugiej ścianie rynku - jeszcze jeden butik i salon fryzjerski.

Aparat zawisł więc bezczynnie na mej szyi, a ja zanurzyłam się w sklepową toń, by przepaść dla sztuki fotografii. Prawdę mówiąc galerie sztuki doskonale się beze mnie obejdą. Natomiast mogłam bez przeszkód pouprawiać inną, znacznie trudniejszą sztukę - zakupowania. PRZEJŚCIE TYLKO DWÓCH ŚCIAN RYNKU ZAJĘŁO MI PEŁNE 3 GODZINY. Wprawdzie pomiędzy butikami wpadłam jeszcze do fryzjera na czesanie, z którego wyszło ścięcie fryzury i jej modelowanie, ale jednak...

P1190698(1)Gdy Andrzejek zadzwonił, że jest już wolny, ja miałam obskoczone zaledwie pół Rynku i niewiele zdjęć, za to w rękach torby z: butami (1 para), bluzeczką, spodniami, apaszką. I uczesaną głowę... Całe szczęście, że dysponuję własną kartą kredytową, to tłumaczyć się z zawartości toreb nie musiałam... Mój nader dyskretny mąż zaniósł tylko moje torby do auta i mogliśmy już razem obejść jeszcze trochę rynek, aczkolwiek czyniliśmy to głownie w poszukiwaniu restauracji, bo burczało nam w brzuchach.

Wylądowaliśmy w małej pizzerii Magnolia, gdzie podają... 60 rodzajów pizz, 20 różnych dań obiadowych, 20 dań z makaronem itp. Zdumieni byliśmy tak szeroką ofertą, w dodatku bardzo miła obsługa, a kiedy zamówiona pizza wjechała na stół, okazało się, że ma rozmiar koła młyńskiego (nie mamy doświadczenia, rzadko bowiem do pizzerii chodzimy, a wygłodniali rzuciliśmy się jak łysy na grzebień...). Zjedliśmy we dwoje zaledwie połowę, dobrze że pani nam zapakowała resztę na wynos...

Wieczorem szłam na spotkanie mojego Klubu 6 Talerzy, więc ubrałam się w świeżo zakupione w Polkowicach: buciki, spodnie oraz bluzeczkę, no i miałam na głowie fryz prosto z polkowickiego salonu. Można stwierdzić, że się w Polkowicach ubrałam (dosłownie!) od stóp do głów. Gdy dziewczyny pytały o miejsce tak udanych zakupów (bluzeczki, buty się też bardzo spodobały, a już fryzura - wow!) - mówiłam prawdę.

Niektórzy może by kręcili nosem, że ubierać się w Polkowicach to tylko ciut mniejszy obciach niż ubieranie się w castoramie, ale co tam! Tamtego sobotniego wieczoru byłam niekwestionowaną miss(is) Polkowic!

Tylko odzieżowo, bo kulinarnie niekwestionowaną mistrzynią fajerek była Gosia, która uraczyła nas:

- consomme z gęsi, z makaronem gryczanym podanym,

- gęsią pieczoną w jabłkach, gruszkach i śliwkach, ze skórką chrupiącą jak chipsy, podaną z puree ziemniaczanym i żurawiną oraz kapustką czerwoną okraszoną rodzynkami,

- cremem caramel.

No i już wiadomo, dlaczego nie podołałam pizzy w Polkowicach tego dnia. Po prostu oszczędzałam brzuszek na wieczorną orgię kulinarną!

środa, 18 lutego 2015

Wieczór akwizytorski, czyli woman-power

Wczoraj urodziła mi się... nowa, piękna znajomość. I jakkolwiek jestem heteroseksualna, to stwierdzam, że w kobietach jest jednak niezwykła magia... Można się zwyczajnie zakochać, czyli tak po prostu chcieć z tym kimś przebywać, patrzeć na niego z zachwytem (bo taki śliczny), śmiać się z nim, podziwiać go, słuchać co ma do powiedzenia. Czy to nie są objawy zakochania?

Ten wpis powinnam chyba przechować do 8 marca. Ale trudno - niech będzie po kolei, chronologicznie, czyli wtedy, gdy się wydarzył. 

Moja przyjaciółka Gosia dostała zaproszenie na spotkanie  z jakimiś kosmetykami - od pani, z którą luźno współpracuje, a która "po godzinach" jest konsultantką mało jeszcze znanej nam firmy. Gosia miała przyprowadzić jeszcze jedną osobę. Wybrała mnie. Opierałam się, bo jestem trudna - kapryśna, wszystkowiedząca i szczwana lisica, która na żadne marketingowe chwyty nigdy się nie łapie. Nie lubię takich akwizytorskich spędów pt. koce, garnki, badania ciśnienia, pokazy makijażu, , ale ponieważ miejscem spotkania był fajny hotel, to się łaskawie zgodziłam. Zawsze możemy przecież zrobić ze spotkania akwizytorskiego "nasz" wieczór przy piwku.

Wczoraj to było. W sali restauracyjnej udostępniono kilkuosobowe  stoły - każda konsultantka zgromadziła przy nich swoje "owieczki" i opiekowała się swoimi gośćmi. Przygotowane były lusterka i produkty do twarzy oraz ankiety do wypełnienia. Zerknęłam w blankiet i już wiedziałam, że będę kłamać: nigdy bowiem nie podaję swojego numeru tel. komórkowego (bo będą mnie nękać potem), a maila najczęściej zmyślam. Niech wysyłają swoje newslettery w kosmos. Jak czegoś mi się zachce - znajdę to, nie ma obawy...

Przy stole "pani Moniki" siedziało 6 pań. Oprócz nas dwu były 2 panie na oko starsze od nas o 10 lat i 2 panie młodsze o 10 lat. Wszystkie były bardzo sympatyczne, ale z tymi dwiema młodszymi - coś od razu zaiskrzyło. Czasem tak mam, i są to cudowne chwile: poznaję obce osoby, z którymi nagle wspaniale się czuję i bawię na maksa, bo nadajemy na tych samych częstotliwościach. Wprawdzie byłyśmy z Gosią znieczulone piwkiem (baaardzo chciało nam się pić), więc wszystko nam się mogło wydawać "cudowne" (nawet te kosmetyki, które prezentowano i gorąco polecano), ale nie przeceniajmy jednakowoż wpływu zaledwie jednego "Leszka"! Musiało to być coś jeszcze  - myślę, że autentyczny urok naszych nowych towarzyszek...

Spotkanie trwało prawie 3 godziny, ale w ogóle tego nie spostrzegłyśmy. Nie przeszkadzały nam w zabawie ckliwe opowieści różnych szych i "dyrektorek" tej kosmetycznej piramidy, które albo porzuciły pracę na uczelni i doktorat, albo w korporacji (bank!), aby zająć się dystrybucją tych produktów, dbając w ten sposób jednocześnie o własną urodę, oraz zyskując sporą niezależność biznesową i finansową (wysokie zarobki). Panie dyrektorki i liderki teamów brzdąkały więc sobie o cudownych właściwościach tych właśnie kosmetyków i o tym, jaką wolność daje prowadzenie ich dystrybucji, a my zajmowałyśmy się przy naszym stoliku nader interesującą rozmową. Faktem jest, że produkty mi się spodobały - to znaczy efekt ich użycia na mojej twarzy. Zatem starannie zamazałam fałszywy adres mailowy na ankiecie i wpisałam prawdziwy...

Po wstępnej 3-etapowej pielęgnacji nałożono nam podkład, potem sypki puder i róż oraz szminkę. Pani liderka teamu ogłosiła, że podkład to ostatni etap pielęgnacji -  warstwa ochronna, którą warto mieć np. podczas odkurzania domu i sprzątania. Ha, zawsze uważałam, że nawet w okopach kobieta powinna być wymalowana i ktoś mi wreszcie wytłumaczył, dlaczego :-)

W trakcie spotkania poszłam do toalety. A tam - kobieta młoda spacerowała niespokojnie, nie mogąc się nakasłać. Zaczęłyśmy rozmawiać, okazało się, że podczas spożywania kolacji, w sałatce coś było, co ją chyba uczuliło, bo ma atak i nie może go niczym zlikwidować - ani wodą, ani kasłaniem. Pogadałyśmy (pokasłując) o alergii, zapytałam też przy okazji jak znajduje mój nowy makijaż, bo jestem akurat na kosmetycznym spotkaniu. Pochwaliła, zdradziła, że kosmetyki te zna, bo jest z branży kosmetycznej w ogóle i przyjechała do Wrocławia... otworzyć drogerię z włoskimi produktami w jednej z wielkich galerii handlowych. O rany! Ponoć są trzy razy tańsze od tych, które miałam nałożone i takie same piękne buzie "robią".... W poniedziałek otwarcie, szkoda że będę we Francji.

Wróciłam na salę i pochwaliłam się nową znajomością z toalety, a dziewczyny od razu pobiegły do tej kobiety, siedzącej w restauracji z koleżankami, zapytać, czy też mogą przyjść na otwarcie. Ha, zrobimy więc tłum!

Pod koniec naszego spotkania kosmetycznego skontatowałyśmy we cztery, że wcale nie chcemy się rozstawać. Okazało się, że jedna z nowych koleżanek jest właścicielką pubu w Rynku, więc już wiadomo było, jak ten szalony wieczór się skończy: gadałyśmy, gadałyśmy, wymieniałyśmy życiowe doświadczenia i śmiałyśmy się.

 



 

Jest więc bosko, spałam tylko 4 godziny dziś, i już na posterunku jestem, ale naładowana pozytywną energią, sympatią do całego świata i woman-power!

 

P.s. W nocy, gdy wróciłam do domu i popatrzyłam w lustro na mój makijaż made by... nabiłam sobie guza, odskakując od lustra. Co ja miałam po oczami! Spękana ziemia po kilku miesiącach suszy na afrykańskiej sawannie wygląda lepiej... Dobrze, że byłam asertywna i skończyło się tylko na zakupie sypkiego pudru za 72 zł, więc nie popłynęłam tak bardzo...

środa, 11 lutego 2015

Wieczór imbirowy

Ostatnie spotkanie Klubu 6 Talerzy szalenie mnie rozgrzało – dzięki imbirowej manii Basi. Dodała bowiem tę rozgrzewającą przyprawę do wszystkich dań, pominęła jedynie deser – w sumie wielka  szkoda, bo do sernika imbir pasuje jak ulał!

Ku pamięci (i inspiracji) podam szczegóły menu:

Klubowiczki zostały najpierw podochocone przystawką z wędzonego łososia, który spoczywał na szpinakowej pierzynce z akcentem czerwoności świeżych… truskawek,  a przykryty był cieniutkimi plastrami marynowanego imbiru.

Potem na stół wjechała w eleganckich miseczkach zupa krem z kalafiora podkręcona pieprzem cytrynowym i imbirem.

Gdy ostygłyśmy trochę z imbirowego żaru gospodyni wieczoru podała danie główne: świeżego tuńczyka duszonego w porach (ale nie w sztruksach!). Pory były pocięte w plasterki i doprawione  sosem azjatyckiej chyba proweniencji. Jak jednak myślicie, co ozdabiało kawałki ryby?  Plastry marynowanego imbiru oczywiście!

W tym całym imbirowym zamieszaniu zaginęła nam micha sałaty, która stanęła sobie skromnie na kredensie i nie została na czas przez biesiadniczki zauważona…

Gdy doszłyśmy do deseru, którym był puszysty sernik z samego sera (bez ciasta na spodzie itp.) zaprawdę zdumiał mnie brak imbiru…

 

Między degustacjami poszczególnych dań sześć klubowiczek zajmowało się tym, co zwykle - ratowaniem świata, omawianiem ślubu jednej z nas  (niebawem, w czerwcu), zakładaniem stowarzyszenia, planowaniem spotkania klubowego w Paryżu lub Rzymie (połączonego ewentualnie z wieczorem panieńskim). Basia zrobiła też mały szafing, a właściwie torebking i kilka naprawdę uroczych kobiecych niezbędników zmieniło właścicielkę.

Przez cały wieczór czuwał nad nami cień męża gospodyni, ukryty w pokoju na piętrze domu. Skazany na kilkugodzinną banicję nie skarżył się ani nawet nie objawiał, a jeśli już, to robił to tak bezszelestnie jak cień wiatru…

zdj. z lavanyahair.blogspot.com

poniedziałek, 9 lutego 2015

Beatka na tropie... truciciela

Tak, będzie o czynności jak najbardziej detektywistycznej. Wczoraj wpadłam bowiem na trop, podążyłam jego śladem i dopadłam truciciela!

Mieszkam w dużym (stosunkowo) mieście, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo wszyscy, gdziekolwiek byście w Polsce nie mieszkali problem znacie: cuchnący dym wydobywający się z kominów domów jednorodzinnych, bliźniaków, szeregówek czy zabytkowych kamienic, które ogrzewa się piecami.

Ludzie, których na to stać korzystają z ogrzewania gazowego - najczystszego, nieuciążliwego (niczego nie trzeba nosić z piwnicy i wynosić, czyścić itp.), lecz niestety najdroższego. Jest to więc mniejszy ułamek ogółu "grzejących się".

Większość ogrzewa mieszkania i domy węglem, eko-groszkiem, drewnem (kominki). Te surowce byłyby OK, ale niestety - ludzie starsi, albo niewiele zarabiający, na wsiach i w metropoliach (Kraków, Wrocław), w uzdrowiskach (np. Kotliny Kłodzkiej) oraz  wszyscy pseudooszczędni  - spalają w swoich piecach Bóg jeden wie, co. Prawdopodobnie plastikowe butelki, tworzywa, pudełeczka po maragrynce, pojemniczki po pomidorkach, gumę itp. śmiecie, które w dobie segregacji powinny znaleźć się w żółtych pojemnikach na plastik, a nie w piecach grzewczych!!!

W efekcie od świtu do zmierzchu mamy wszędzie siwy dym, i nie jest to komentarz sytuacji polityczno-gospodarczej kraju. Po prostu kilka milionów obywateli raz dziennie uruchamia domową spalarnię śmieci (a jak kiedyś chciano takie wybudować, np. w Osetnicy, to raban był, sprzeciwy mieszkańców, ekologów itd. tymczasem w Wiedniu spalarnia stoi w samym centrum miasta i wszyscy żyją).

Nie są to wiec zanieczyszczenia przemysłowe: sektor komunalny jest w tej chwili największym trucicielem środowiska. Wystarczy pojechać na wycieczkę do Krakowa - smog nad miastem jest taki, że zagranicznym turystom trzeba ściemniać, że to wyziewy z paszczy smoka wawelskiego. W gorszej sytuacji (bo nie mają smoka) są kurorty na Dolnym Śląsku - spróbujcie pojechać np. do Szklarskiej Poręby - w kotlinach snują się dymy tak gęste, że trzeba zamykać w samochodzie zewnętrzny obieg powietrza. W Szklarskiej Porębie  (w Zakopanem również) skażenie powietrza jest większe, niż w Warszawie, a co gorsza każą przybyszom płacić "klimatyczne"!!!

Dzięki takim właśnie domowym spalarniom śmieci mamy siwy dym zamiast słońca i błękitnego nieba. Mamy smog, gryzący w oczy, szczypiący w płuca, zatruwający wszystko: powietrze, glebę, wodę.  Trujemy sąsiadów (to raczej mało kogokolwiek obchodzi), ale głównie trujemy samych siebie. Ze stopionych w ogniu tworzyw wydzielają się dioksyny, które osiadają na płucach, skórze. Także w  glebie przydomowego ogródka, w którym z pieczołowitością hodujemy kwiaty i warzywa, owoce. Potem to wszystko się wchłania do ustroju i powstają np. nowotwory!

Mieszkam na osiedlu domów jednorodzinnych. Tu łatwo wykryć, kto wypuszcza z komina świństwo. Wczoraj wracam po zmierzchu do domu, przed podjazdem czuję dziwny zapach w aucie, myślałam, że samochód mi się zaczął palić! Wyskoczyłam w sam środek gryzącego tumanu. Końca ulicy nie było widać, uznałam więc, że to nie jest sprawka mojego auta, ale... o Boże! A może żelazko zostawiłam włączone???? Ta fobia dołożyła mi jeszcze ze 200 jednostek adrenaliny. Nie macie wyobraźni, jak się zlękłam, mało tam nie zemdlałam ze strachu, że mam pożar w domu.

Na miękkich nogach, z kołaczącym sercem pędzę (???) do drzwi, ale... co to? Widzę, że kłęby dymu wydobywają się z komina sąsiadów (Jezu, co za ulga, nie z mojego!),  z małego domku oddalonego o trzy inne. W dodatku znam trucicielkę, bo nasze ogrody sąsiadują ze sobą. To miła starsza pani "Ramzesowa" (bo ma bernardyna o tym imieniu). Czasem latem czy jesienią daje mi jakieś warzywka - cukinie, dynie...

Co tu robić? Iść z awanturą czy odpuścić sobie? Przypomniałam sobie jednak, że poprzedniej niedzieli było to samo - też zrobili zadymę z komina na całą dzielnicę! Idę - zdecydowałam. Muszę jej powiedzieć, że źle robi. Poszłam, w domu ciemno, zadzwoniłam, pani Ramzesowa wychyliła się przez okno. Zaczęłam staruszkę edukować ekologicznie. Ona na to, że tylko "kartonik" spaliła. Akurat! Kartonik! Postraszyłam mandatem od straży miejskiej, powiedziałam o raku i truciźnie dla jej kwiatków. Podziękowała mi.

Zobaczymy, czy przestanie truć. Żal mi jej, bo pewnie im się nie przelewa, więc spalają co się da, w końcu mróz był. Ale to, co zaoszczędzi na opale, wyda na lekarzy. Nie tylko ona zresztą, także kilkudziesięciu sąsiadów w okolicy. Wśród nich - ja.

[caption id="" align="aligncenter" width="550"] Nie trujcie![/caption]

zdj. z www.kampaniespoleczne.pl

 

 

piątek, 6 lutego 2015

Jestem niewolnicą (niestety, nie seksualną!)

Nie, to nie będzie recenzja filmu "50 twarzy Grey'a" - nota bene na premierę się nie wybieram, wystarczy mi trailer - chociaż ekranizacja może okazać się o niebo lepsza od żałosnej powieściowej trylogii (nie dotrwałam do jej końca), która przyniosła fortunę autorce - z zawodu gospodyni domowej.

Jak wiadomo powieść kręci się wokół niezwykłego kontraktu zawartego między młodym biznesmenem-miliarderem a ubogą studentką, na świadczenie - ogólnie mówiąc - usług seksualnych. Na mocy tej umowy dziewczyna staje się seksualną niewolnicą. Pomysł i stary i nowy, wykonanie przez E.L.James (pseudonim) pozostawia wiele do życzenia, ale romansidło świetnie się sprzedawało, a teraz film zrobi małe trzęsienie ziemi - feministyczne środowiska już namawiają do bojkotu tej "produkcji".

A ja tam bym chciała być seksualną niewolnicą, a już szczególnie w takich okolicznościach jak w romansie!

Tymczasem jestem niewolnicą... motoryzacyjną. Okropnie mnie to frustruje. Na czym to moje niewolnictwo polega? 

Musicie wiedzieć, że od wieków mój mąż kupował mi samochody. Na początku małżeństwa, gdy dorobiliśmy się pierwszego auta (a raczej jeżdżącej skrzynki pocztowej, czyli fiata 126 p) gorąco namawiał mnie do zrobienia prawa jazdy. Gdy się opierałam, przekonywał, że to daje dużo swobody, niezależności. Gdy prawko wreszcie zdobyłam, w nagrodę kupił mi samochód (leciwy, ale duży i mocny - BMW 316), bym mogła codziennie ćwiczyć praktycznie tę umiejętność.

Od tej pory nastały dla mnie motoryzacyjne złote czasy - zawsze mieliśmy dwa pojazdy. Przez wiele ostatnich lat drugi pojazd był samochodem służbowym mego męża. Niestety, od kilku miesięcy nasza sytuacja diametralnie się zmieniła, został nam tylko jeden samochód - ten mój... Ponieważ chwilowo nie ma warunków do zakupienia drugiego auta, coraz częściej muszę "pożyczać" moje mężowi. W tym tygodniu nie siedziałam nawet minuty za kierownicą. Obawiam się, że za chwilę zapomnę, jak się prowadzi!!!

Co prawda patrząc z boku moja sytuacja wygląda teraz luksusowo: mam swego kierowcę, który wstaje bladym świtem razem ze mną, odwozi mnie do pracy i pojawia się po południu, by "odebrać" przesyłkę. Wszędzie jestem wożona, zawożona, podwożona, ale... czuję się ubezwłasnowolniona! 

Gdzie się podziała moja niezależność??? Mogłam sobie pojechać to tu, to tam (np. do jakiegoś sklepu ciekawszego niż castorama!), załatwić swoje kobiece nudne sprawy (kosmetyczka, fryzjer, pierdoły). Teraz wszędzie jest ze mną mój kierowca. Było miło przez dzień, dwa, ale to trwa już tygodniami! Najpierw ofiarował mi wolność, a teraz, po tylu latach mi ją odebrał! Brutal jeden!

Dzisiaj już wybuchnęłam - wysiadając pod pracą oświadczyłam, że jedyny rodzaj niewolnictwa, na jaki się godzę to niewolnictwo seksualne!

Widocznie w podświadomość weszły mi za mocno billboardy reklamujące premierę "50 twarzy Grey'a"...


Niewolnica i jej władczyni...





poniedziałek, 2 lutego 2015

Wrocław - miasto spotkań

Nie wiem, czy znacie to motto mojego miasta, więc je przytaczam, bo ma związek z sytuacją:

Jedziemy samochodem, A. prowadzi. Wdajemy się w trudną sytuację drogową na skrzyżowaniu: jogginka biegnie w poprzek, jakiś warszawiak (sądząc po rej.) zawraca na zakazie, my wyjeżdżamy z podporządkowanej, autobus rusza z przystanku - no, galimatias. A. jak zwykle śmiałe decyzje podejmuje i jakoś wyjeżdżamy, unikając zderzenia, więc ja trochę z przestrachem do niego:

- O rany, wszyscy się na nas pchali!

- Ale my byliśmy na "musiku"... - uspokaja.

- No tak, ale czy oni o tym wiedzieli? Mogliśmy się wszyscy "spotkać" i co wtedy?

- Oj tam, w końcu Wrocław - miasto spotkań - kwituje mój beztroski mąż.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Martwimy się oboje, że  tej zimy bardzo mało ptaszków przylatuje do naszego karmnika na tarasie. Prawie nie widać sikorek, które w poprzednich latach po prostu bandami nadlatywały. Coś się dzieje, ale nie wiemy, co. W końcu A. wpada na hipotezę:

- Słuchaj, a może te ziarenka słonecznika są już zepsute i im nie smakują?

- Nieee, próbowałam, są OK - informuję.

- To wiesz co, to może ty je sama zjedz??? - wpada nagle na genialny pomysł mój beztroski (już) mąż.

 

 

Jaką prawdę znalazłam w "Ziarnie prawdy?"

Pani S. poszła w weekend na film o niewidomym nauczycielu, ja natomiast jako wielbicielka prozy Zygmunta Miłoszewskiego (oraz Sandomierza) wybrałam premierę filmu "Ziarno prawdy".


Byłam pełna obaw. Primo: oglądanie polskich produkcji w kinie często wiązało się (w przeszłości) z moim ogromnym rozczarowaniem. Secundo: oglądanie ekranizacji świetnych książek (nie tylko polskich bestsellerów) często wiązało się (w przeszłości) z moim ogromnym rozczarowaniem. Tertio: przesłanie ambitnych filmów, poruszających tzw. "trudne kwestie" często budziło moje ogromne rozczarowanie.
Jak na premierę, seans piątkowy był kameralny. Na początku na sali kinowej (a weszłyśmy gdy leciały reklamy) byłam tylko ja i mama. W trakcie półgodzinnego serwowania spotów i trailerów nadchodzących produkcji weszło jeszcze parę osób. Wreszcie zaczął się film.
Jaki nastrój! Jakie zdjęcia! Jaki Więckiewicz! Eureka! Akcja pełna napięcia, klimat niesamowity, Sandomierz - mroczny i spowity w błękitach mgły i oparach strasznych zbrodni. Na szczęście nie została zamordowana ani powieść (pierwowzór scenariusza) ani gra aktorska. REWELACJA! Mogłam też popatrzeć znów na miasto, które przecież zwiedzałam pół roku temu i opisałam tutaj
W filmie kontrowersyjny obraz w katedrze był zasłonięty - gdy ja byłam w Sandomierzu był widoczny w całości. Wtedy, w lipcu moi sandomierscy gospodarze wspominali coś o kręceniu tego filmu i o tym, że bardzo się to mieszkańcom nie podoba... Ciekawe zatem, czy i teraz nie rozpęta się nasze narodowe piekiełko? To, co się działo po filmie "Pokłosie" było obrzydliwe, temat jest z "tej beczki", aczkolwiek ubrany w sensacyjny, trillerowy wątek.
Jaką prawdę odnalazłam w "Ziarnie prawdy"? Że mamy bestsellery na miarę książek Dan'a Browna (nawet lepsze, bo z przesłaniem) wiedziałam od jakiegoś czasu (dokładnie od momentu rzucenia w połowie "Inferno" Browna), ale że mamy Lankosza, który potrafi je genialnie opowiedzieć na ekranie - dowiedziałam się w piątek!
Wyszłam z seansu z otwartymi ustami. Zdążyłam jednak policzyć widzów - był nas równo tuzin...

piątek, 23 stycznia 2015

Jestem blogerką, jestem ekshibicjonistką?

Do tego stwierdzenia doszłam sama, ale po przeczytaniu postu Niki i próbie skomentowania zawartych w nim pytań. Przypomniało mi się bowiem, że kiedyś, dawno temu, gdy nie było Internetu, a jeśli był to obsługiwały go dinozaury - dziewczyny pisały PAMIĘTNIKI…

Jako nastolatka pisałam je w ilościach hurtowych. W zwykłych zeszytach, a także w pięknych, często skórą obitych notesach, zamykanych na minikłódeczki (kluczyk nosiłam przy sobie, a co!). Były pilnie strzeżoną tajemnicą, przyjacielem, któremu powierzałam najskrytsze, najintymniejsze myśli, refleksje, odczucia, emocje, przypadki, rozmowy, kłótnie, dyskusje. Nikt ich nie czytał, czasem wybrańcy – policzę jednak tylko do jednego. Tym wyjątkowym zaufaniem obdarzyłam bowiem moją pierwszą miłość (czasy liceum), który kiedyś dostał ten pamiętnik (był oczywiście zapisem naszego „związku”) i nigdy mi go nie zwrócił (rozstaliśmy się i ślad po pamiętniczku zaginął, bo z byłym „ukochanym” nie mam żadnego kontaktu). Kiedyś myśl o tym, że ten „eks” mógł go jeszcze komuś pokazać (a zwłaszcza nowej dziewczynie) przyprawiała mnie o bezsilną rozpacz.

Podobnie silna była moja rozpacz, gdy mój tato odkrył pamiętnik. W czasach licealnych, a zwłaszcza przed maturą byłam przez tatę dyscyplinowana – robił mi np. „kepisze” w biurku. I podczas takich rutynowych „porządków” (właściwie nalotów) znalazł pamiętnik i go sobie poczytał… A były tam dość intymne sprawy sercowe. Nie wyobrażacie sobie mojej rozpaczy i… WSTYDU!!!

Czasy się jednak potwornie zmieniły.  Chyba dekadę temu pojawiły się blogi – mówiono o nich na początku „internetowe pamiętniki”. Nie byłam zainteresowana snuciem publicznie refleksji o czymkolwiek. Ponad dwa lata temu jednak zdecydowałam się – i przede wszystkim chciałam wrzucić do sieci moje opowiadanka, których z lenistwa nie wydałam w formie książki, chociaż ukazały się  w formie papierowej - w kilku wysokonakładowych czasopismach dla młodzieży. Z czasem jednak pojawiły się nowe tematy, przemyślenia, refleksje i blog zaczął żyć swoim, „zabawnym” życiem.

Nie opisuję w nim spraw intymnych. Pokazuję Wam tylko tyle, ile chcę (tak mi sie wydaje hihi), staram się, by forma była lekka, jak to w zabawnej literaturce (bo żadna to literatura).

Jednak ktoś niedawno mi powiedział (ktoś kto zna mnie tylko mailowo), że bardzo się tu odsłaniam, upubliczniam swoje prywatne życie, że on by tak nie umiał, zbyt nieśmiały jest. Ciekawa to teza dla mnie, ale może coś w tym jest na rzeczy? I czy każdy bloger obnaża się emocjonalnie? Bo dlaczego nie piszę dalej pamiętniczka dla siebie, do szuflady -  tylko decyduję się na blogerski emocjonalny, psychiczny i mentalny EKSHIBICJONIZM???

 

grafika z  chmurak.pl

środa, 21 stycznia 2015

Co byście wybrali: karnawał pod wulkanem czy w cytrusach?

Macie jeszcze szansę na załapanie się na niesamowite imprezy karnawałowe: na Teneryfie (czyli pod wulkanem), albo w Nicei (w kwiatach i cytrusach, bo tam Święto Cytrusów)! Podobno pod względem wielkości i barwności ten kanaryjski karnawał jest po Rio de Janeiro drugi na świecie, a ten w Nicei  z kolei jest … najstarszy w Europie (kultywowany od XIII w.).

W 2015 roku karnawał na Teneryfie trwa od 8 do 22 lutego, a w Nicei od 14 lutego do 3 marca. Ja już wybrałam, będę na nicejskim, ale żal mi kanaryjskiego, bo chyba bardziej szalony jest. Żal mi też dlatego, bo na Wyspy Kanaryjskie warto pojechać o dowolnej porze roku, jak to na Wyspy Szczęśliwe (tak bowiem nazywali je starożytni Rzymianie). Na Teneryfie byłam w styczniu parę lat temu i uważam, że ta wyspa oferuje taką moc wrażeń, że nie trzeba szukać karnawałowego pretekstu, by tam polecieć. Równie pięknie, ciepło, ciekawie i kolorowo jest tam po karnawale. Co więcej - z pewnością też taniej… 

Dokonałam już wyboru, przyjdzie mi więc przegapić taką fiestę, jaką jest karnawał w Santa Cruz de Tenerife (stolica tej  wyspy i prowincji). To setki imprez, muzyków, artystów, którzy przygotowują się do występu przez cały rok, gwarantując niezapomniane wrażenia. Oficjalnie w karnawale bierze udział ponad 100 grup, a każda liczy kilkudziesięciu członków! Pozostali mieszkańcy Teneryfy (tysiące ludzi) także się przebierają, zakładając maski (podobno nawet niemowlaki w wózkach są przebierane). Na imprezy przychodzi się jak na piknik – trwają bowiem przez wiele godzin, przydaje się więc jedzenie i picie, które Kanaryjczycy ciągną za sobą w różnych pojazdach – m.in. wózkach sklepowych „pożyczonych” na ten czas… Przez wszystkie dni karnawału wszędzie pobrzmiewa taneczna muzyka. (informacje na temat imprez karnawałowych pochodzą z www.wyspy-szczęśliwe.pl).

Wiemy przecież od pana A. Hofmana, że Hiszpanie kochają się bawić. A Hiszpanie z Wysp Kanaryjskich kochają to chyba jeszcze bardziej! Większość imprez odbywa się na terenach Recinto Ferial (targowiska), ale na ulicach wokół także panuje karnawałowe szaleństwo. Atmosfera dokładnie jak w Rio…
Nie przejmujcie się jednak, jeśli nie załapiecie się na karnawał. Na Teneryfie nie można się nudzić, to miejsce o tak różnorodnych możliwościach spędzenia czasu, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Mnie najbardziej fascynował  wulkan, a przecież nie jestem alpinistką czy fanem górskich wspinaczek – co to, to nie! Teide ma 3718 metrów wysokości i jest najwyższą górą Hiszpanii (a także trzecim co do wysokości wulkanem na świecie), ale można dojechać prawie na sam szczyt drogą szeroką jak autostrada, która bardzo łagodnie pnie się w górę. No to coś dla mnie!

W trakcie wjeżdżania ogląda się tak księżycowy pejzaż, że ciarki chodzą po skórze: wulkaniczna czarna gleba, rzadko rosnące, karłowate drzewa, bajeczne wypiętrzenia i kolory zastygłej lawy. Chmury wyglądające jak bita śmietana rozlana w dole. Musieliśmy co chwila zatrzymywać autko w punktach widokowych (miradores), bo chciało się to fotografować.



Droga na Pico del Teide ciągnie się przez Park Narodowy i osiąga kulminacyjny punkt na wysokości 2300 metrów, przy stacji kolejki górskiej, gdzie jest słoneczna restauracja i widoki. Można siedzieć w środku, pić wino i patrzeć przez ogromne panoramiczne okna na grupy skał o fantastycznych, z powodu erozji, kształtach. A gdy jednak chce się podjechać wyżej, to kolejka w ciągu 8 minut pokonuje 1200 metrów w naprawdę spektakularnych okolicznościach przyrody.


Na Teide zawsze leży śnieg, a nawet lód więc warto zabrać kurtkę, czapkę i rękawiczki. Dla śmiałków od górnej stacji kolejki jest jeszcze 200 metrów do pokonania na brzeg krateru – trzeba jednak mieć specjalne zezwolenie, wcześniej załatwione. Krater ma w ogóle obwód 40 km, a średnicę 14 kilometrów! Ja oczywiście skorzystałam z kolejki, natomiast bardziej ambitni podróżnicy mogą wybrać jeden z 21 szlaków prowadzących na szczyt. W ogóle dla miłośników trekkingu Teneryfa to raj. Oprócz masywu Teide są przecież jeszcze dzikie góry Anaga.

Najwięcej emocji dostarczył mi jednak nie wulkan, a zjazd samochodem do miejscowości Masca. Wąskie serpentyny o zakrętach pod kątem 180 stopni to taki skok adrenaliny jak na rollercoasterze: modliłam się, by nikt nie jechał z przeciwka! Bałam się o hamulce, zatrzymać się nie było jak i gdzie, po jednej stronie góra po drugiej – przepaść. Piszczałam ze strachu, co naprawdę świadczy o ekstremalnych warunkach do jazdy… Podobnie (tylko w drugą stronę bo pod górę) było w miasteczku Icod de los Vinos, gdzie miało rosnąć tysiącletnie „smocze drzewo” – endemiczny gatunek kanaryjski. Ta niezwykła roślina osiąga wiele metrów wysokości, a wygląda jak dracena. Sok tego drzewa zmienia na powietrzu barwę na czerwoną. Z niego Kanaryjczycy produkują likier zwany smoczą krwią. Bardzo smaczny :-) Chcieliśmy bardzo je zobaczyć, ale poddaliśmy się w połowie drogi – ulice są tu tak strome, prawie pionowe, że wjeżdżanie wypożyczonym citroenem C2 w 5 osób wymagało większej mocy silnika, niż te 23 koniki pod maską. Co 50 metrów były wprawdzie płaskie przerwy - poprzeczne ulice idące jakby trawersem, ale i tak nie dało się podjechać na koniec tej ulicy.

Wśród okrzyków mojej mamy do kierowcy, a siedzącej tuż za nim: - Andrzejku, wskoczę na maskę z przodu, albo chociaż cię obejmę, żebyśmy się nie wywrócili! - oraz pisku pozostałych pasażerek, kierowca musiał zrezygnować z jazdy. W tych warunkach, w małym autku, gdzie kilka par rąk łapie kierowcę za ramiona i chwyta za kierownicę, a jego stopy nie mieszczą się na pedałach sprzęgła i gazu – nie było innej rady. Potem pękaliśmy ze śmiechu wyobrażając sobie moją mamę rozpłaszczoną na masce z przodu, z policzkiem na przedniej szybie, robiącą za „balast”… 

Z innych atrakcji pamiętam niesamowite miasteczko Garachico zalane w XVIII w. przez lawę, której "jęzory" do dziś widać, gdyż dotarły do oceanu. Spacer po urokliwych, lawowych ulicach, piwo w kawiarence na lawie, gdzie ocean piekli się u stóp klientów, oblewając ich wręcz wodą – niezapomniane!
Podobnie jak klifowe wybrzeże Los Gigantos na  północnym zachodzie i północy wyspy. Klify pną wcinają się w ocean na wysokość nawet 800 metrów, zapierając dech w piersiach tym, którzy mają lęk wysokości. Można je podziwiać od strony wody płynąc statkiem pod kamiennymi wieżowcami. Można też tu obserwować czasem stada delfinów butlonosych. Przyjeżdżają tu też podglądacze… wielorybów i wszelkiej maści ornitolodzy. Na Teneryfę powinni także przyjechać wielbiciele jaszczurek. Rezyduje tu gatunek Gallotia i jest nawet w godle tej wyspy.

Największym ośrodkiem turystycznym jest południowy zachód wyspy - Los Cristianos oraz Playa de las Americas. Są tu hotele i apartamentowce, puby, dyskoteki, restauracje, knajpy, tańczące fontanny, sklepy z markowymi ciuchami i pamiątkami, banki, wynajem samochodów, agencje podróży etc. Można tu nurkować, łowić ryby, żeglować, jeździć na nartach wodnych, latać na paralotni, udać się na morską wycieczkę – (my np. popłynęliśmy na Gomerę – ale się działo!).

Z przyjemnością na Teneryfę wrócę, szkoda że przegapiłam karnawałową okazję, ale cóż, ta nicejska impreza też zapowiada się ciekawie. Skusiły mnie do niej muzyczne parady przejeżdżające przez główną promenadę na kolorowych platformach, barwne kostiumy, tony świeżych kwiatów, którymi przystrojone jest całe miasto i… turyści, oraz święto cytrusów w pewnym małym miasteczku nieopodal Nicei, którego mieszkańcy tworzą z tych owoców wielkie rzeźby i konstrukcje. Będzie więc cytrusowo i kolorowo, ale szczegółowiej opiszę to dopiero po powrocie… Martwi mnie trochę, że wstęp większość karnawałowych atrakcji w Nicei jest płatny. Na Teneryfie można zaszaleć bez dodatkowych kosztów... No cóż, jednak Hiszpanie to Hiszpanie, a Francuzi to Francuzi :-)

wtorek, 20 stycznia 2015

Jak zostałam szorowaczką murków

Wiosna idzie, koty już ją czują! Lola, do tej pory nie oddalająca się na krok od swego ocieplonego cud-domku z bali i z tarasem, nagle zaczęła wypuszczać się na wycieczki do sąsiadów i dalej. Odkąd przenieśliśmy jej domek z ogrodu (bo kuna ją tam napadła i koteczka bardzo się bała) – kocia willa od frontu stoi, tuż przy garażu, Lola więc ma nas na oku.

Musimy płacić myto za każdym razem gdy wyjeżdżamy (wrzucamy coś do miseczki, inaczej Lola rzuca się nam pod koła), a gdy wracamy – czeka na samym środku wjazdu z wymówkami, gdzie byliśmy tak długo, a tu koty głodują! Jednak od paru dni zdarza się, że wracamy, a Lolki ani widu. Dopiero po paru minutach pędzi ku nam od strony jednych lub drugich  sąsiadów.
Tak też było przedwczoraj. Przybiegła spóźniona (przegapiła więc czarodziejski moment gdy otwierają się wrota uruchamiane na pilota – zawsze ją to bawi). Za nią jednak podążał jak cień drugi kotek – czarny, z białymi łapkami. Ukrył się pod autem sąsiadów, nie miał śmiałości podejść bliżej. Po chwili przyszedł, ale Lola była czujna – tupnęła na niego nóżką, ja się dołączyłam, więc przegoniłyśmy intruza. Lola nie wyglądała na zainteresowaną kolegą. Jadła swoje danie główne, więc poszłam sobie - ścieżką do drzwi wejściowych, ale przechodząc koło ogrodzenia poczułam nagle taki smród, że aż się zachwiałam. Kocie siki, a raczej kocura.
- Aaa, to ten czarny to Lolki absztyfikant! – zamruczałam pod nosem i palnęłam się w czoło.
Zatrzymałam się, próbując dokładnie zlokalizować epicentrum smrodu. Woń snuła się przy ogrodzeniu, ale nie byłam pewna, czy  nie kumuluje się wokół samochodu sąsiadów, zaparkowanego przy murku,  na zewnątrz. Pod tym właśnie autem skrył się wcześniej obcy kocur. Weszłam do domu, ale coś nie dawało mi spokoju. Muszę zlikwidować ten zapach! – powiedziałam do Andrzejka zdając relację z wizyty absztyfikanta.
- Ale po co, przecież wszyscy wiedzą, że to nie Lola?
- Ale ten absztyfikant tu będzie przychodził i strzykał – powiedziałam zmartwiona. - Narazi się Lola sąsiadom i w ogóle.
Niewiele deliberując wzięłam wielkie gumowe rękawiczki i  sprzęt zawodowej konserwatorki powierzchni płaskich i zaudałam się celem wyszorowania murku po obszczymurku.
Dodam tylko, że było ciemno, późno i padał deszcz. A ja wrzątkiem i Ajaxem zacierałam ślady wiosennej wizyty Lolkowego absztyfikanta! I tak zostałam szorowaczką.

Lola przed swoją willą...




 

Moje cudowne lata z babciami i dziadkiem

Babcia to skarb. Nie mniejszym wcale jest dziadek. Szczęściarze mają nawet po dwie babcie i dwóch dziadków – czyli są w dwójnasób bogaci… Najlepiej jednak o tym bogactwie wiedzą ci, którzy już ani babci, ani dziadka nie mają…

Dziadek Andrzej i babcia Frania
Ja długo cieszyłam się swoim byciem wnuczką. Od zarania, od dzieciństwa, czyli od zawsze miałam dwie babcie i jednego dziadka. Straciłam ich całkiem niedawno, byłam bardzo „starą” wnuczką, bo moi dziadkowie byli długowieczni. Dość powiedzieć, że dziadkowi zabrakło 5 miesięcy do 100 lat! Ale i jaka to była setka! Żadnej demencji, upierdliwości, pampersów. Dziadkowie mieszkali we własnym mieszkaniu, odwiedzaliśmy ich kilka razy w tygodniu, mieli też od paru lat opiekunkę, która robiła im codzienne zakupy i gotowała, ale poza tym odwiedzali ich sąsiedzi, znajomi, drzwi się tam po prostu nie zamykały. Można było o wszystkim z  nimi porozmawiać. na przykład o muzyce. Dziadek czasem się ze mną przekomarzał i wdawał w dyskusje. A, że te zespoły, których ja słucham to wyjce, bo takiego szlagieru jak lwowska „Czarna Mańka” to już nie potrafią wyprodukować…
Dziadek zawsze np. wypatrzył moje nowe szpilki („o, przyszłaś w nowych bocianach!”), nowy płaszcz, sweter, ładny ciuch w ogóle. Koneser! Sam był wielkim modnisiem i rutynowe były jego prośby na wiosnę i na jesień, by zawieźć go do sklepu, bo musi sobie kupić nową „bluzkę” jak mówił na kurtki. Opowiadał też, że „we Lwowi”, gdzie mieszkał od urodzenia do 1945 r., dwa razy w roku szył na miarę u krawca garnitur i wydawał na to całą swoją pensję robotnika budowlanego. Taki szykowny był! Do babci natomiast przychodziła do domu osiedlowa fryzjerka, bo aż do swej śmierci w wieku 98,5 lat czesała się i farbowała włosy na kasztanowo – nie znosiła siwizny. Rozbawiła kiedyś mnie i mamę, bo zażądała, byśmy kupiły jej jakiś ładny złoty pasek do sukienki, zbyt obszernej, jej zdaniem w pasie, bo… wygląda jakby była w ciąży! A miała wtedy z 90 lat!

Moje najwspanialsze wspomnienia z babciami i dziadkiem pochodzą oczywiście z dzieciństwa. Jedną babcię miałam daleko – 300 km od Wrocławia, w Kielcach. Ta babcia bardzo dbała o moje zdrowe odżywanie, ponieważ byłam tzw. niejadkiem. Uważała też, że przyjeżdżam „z brudnego powietrza”, więc muszę oddychać świeższym, kieleckim. Jeździłam do niej na całe wakacje, a babunia wyprowadzała mnie do sosnowego lasu na „inhalacje”. Zostawiała pod opieką ciotek (młodszych sióstr mamy) i znikała. Pojawiała się w południe, niosąc ciepłe danie w garnuszku owiniętym lnianą ściereczką. Był  w nim obiadek: krupnik i kotlet mielony z marchewką z groszkiem i odrobiną ziemniaczków. Jakież to były delicje, spożywane na kocyku w środku nagrzanego i pachnącego żywicą lasu! Tam dopiero dopisywał mi apetyt, tylko tam przestawałam być niejadkiem. Ponieważ często miewałam anginę, babcia leczyła ją lodami. Wracając z pracy kupowała mi lody domino (taka kostka w papierku srebrnym), które donosiła do domu już lekko roztopione. Jadłam „płynne lody” łyżeczką ze specjalnego pucharka w miodowym kolorze – tylko mój on był, i były przesmaczne!

Druga babcia z dziadkiem była na wyciągnięcie ręki, bo mieszkała ze mną i moimi rodzicami. Co wieczór przed snem wołałam babcię, a ona przychodziła do mojego pokoju i niestrudzenie „masowała” mi plecy, „miziała” po włosach. Bez tej pieszczoty nie umiałam zasnąć. Pamiętam też, że w każdą niedzielę budził mnie aromat wykipiałej na kuchni węglowej - kawy, bo babcia od rana krzątała się przy śniadaniu. Do dziś szukam kawy, której smak i zapach dorównywałby aromatowi tamtej babcinej, z niedzielnych poranków. Ta babcia z kolei bardzo często musiała wyrywać się z pracy, by odprowadzić mnie rano do przedszkola, bo tato, do którego ten obowiązek należał, zawsze przesypiał porę wstawania. Dzwoniłam więc do niej i przyjeżdżała. Kupowała mi też najpiękniejszą biżuterię... z plastiku! Bransoletki w kolorach tęczy, pierścionki z oczkiem w kształcie serduszka, spinki do włosów i tysiące innych drobiazgów, które błyszczały i cieszyły oko 6-letniej damulki. 
Dziadek natomiast od zawsze był pasjonatem piłki nożnej. Ponieważ byłam jedyną wnuczką to mnie właśnie zabierał na mecze, kupując moje towarzystwo ogromnym lizakiem i innymi słodyczami (pamiętam takie cukierki „Kawusie” – jak ziarenka kawy z likierem w środku…). Fajnie się na tych meczach bawiłam, dostawałam watę cukrową i precelki, albo jadłam to, co babunia napakowała mi do koszyczka: kawałek ciasta z jabłkami, gotowanego kartofelka...
Dziadek odbierał mnie często z przedszkola i czasem się kłóciliśmy pod kioskiem Ruch-u, gdy chciałam mieć jakąś zabawkę. Zniecierpliwiony kobiecymi żądaniami coraz to nowych, dziadek brał mnie po prostu pod pachę i niósł do domu, wrzeszczącą wniebogłosy... Był też ekspertem od moich rowerów, a gdy skończyłam 18 lat wręczył mi konspiracyjnie klucz do swojej altanki na działce, bym miała gdzie chodzić na randki...

Później też było fajnie, mimo że wnusia ze mnie  była już duża. Dla jednych i drugich dziadków pozostałam na zawsze jedyną wnusią i najstarszą, bo z obu stron pojawiali się już tylko chłopcy.
Pierwszą kochaną osobę straciłam w wieku 46 lat. Myślę więc, że otrzymałam wielki dar obcując z NIMI tak długo. Jeszcze teraz bywają dni, gdy mi się za nimi strasznie tęskni…

środa, 14 stycznia 2015

Odyseusz – archetyp emigranta?

Nigdy wcześniej nie brałam się na blogu za recenzje książek. Nie sądziłam, że kogokolwiek mogą interesować moje wybory czy polecenia. Poza tym nazwa bloga wytycza niejako kierunek mojej pisaniny, a moje lektury nie zawsze są… zabawne.

Sama nigdy nie czytam recenzji, a te zamieszczane na okładkach książek zawsze mnie rozczarowują. Widzę jednak, że recenzje cieszą się wielką popularnością (co mnie mimo wszystko cieszy), więc pokuszę się o jedną, bo jest dość aktualna ze względu na wydarzenia we Francji. Zamach muzułmańskich ekstremistów na redakcję satyrycznego czasopisma, śmierć wielu osób wywołały dyskusję nad miejscem muzułmanów w Europie oraz sprzeciw dla ich wymuszeń na naszej cywilizacji.

Mam wiele zarzutów w stosunku do wyznawców tej religii. Boli mnie, że jako przybysze, goście chcą decydować o wielu aspektach naszego życia: z czego my, Europejczycy, mamy się śmiać, o czym wolno, a o czym nie wolno nam rozmawiać itd. Najgorsze, że chcą stawiać swoje świątynie w miejscach dla nas ważnych (np. we Florencji), chodzić do europejskich szkół w chustach, zdejmować krzyże.  W czasie moich podróży po kilku krajach arabskich przekonałam się też, że są bardzo wymagający, gdy to Europejczyk pojawi się w Arabii – niejeden raz, jako gość, musiałam dostosować się do ich zwyczajów. A nie działa to niestety w drugą stronę – dlaczego??? Pełna tego rodzaju  uprzedzeń i doświadczeń, krótko przed wydarzeniami we Francji sięgnęłam po „Ulissesa z Bagdadu” E.-E. Schmitta – skuszona najbardziej odwołaniem się w tytule do najpiękniejszej starożytnej  powieści Europy – homeryckiej epopei o 10-letniej tułaczce pewnego dzielnego wojownika…

Odyseusz, z łaciny zwany też Ulissesem, w książce francuskiego filozofa i pisarza stał się jakby archetypem emigranta. Schmitt pisuje podróż na opak – Ulisses wracał przecież do Itaki, Saad Saad, Irakijczyk, mieszkaniec Bagdadu ucieka z domu, a jego celem staje się inna wyspa, nie Itaka lecz wymarzona Anglia.

Najpierw zmroził mnie opis strasznej egzystencji Irakijczyków pod rządami Saddama. Jeśli to prawda, co opisuje Schmitt, to było chyba jeszcze gorzej niż w początkach komuny w Polsce. Przybycie Amerykanów niczego nie zmieniło, a cierpienia zwykłych ludzi powiększają się o nowe nieszczęścia. Nie wiem, jak można znieść tak wiele. Gdy Saad Saad ucieka z Bagdadu – a nie jest to wcale łatwe, towarzyszy mu duch jego przemądrego ojca. Obaj (aczkolwiek jeden niecieleśnie…) doświadczają przygód, które są paralelne z tymi opisanymi w Odysei. Koszmarne jest np. przebycie granicy europejskiej w tirze, zapakowanym pod sufit biszkoptami, za którymi na 6 metrach kwadratowych tłoczy się 30 mężczyzn przez 2 doby bez możliwości przystanku.

Saad Saad, wrażliwy, wykształcony młody człowiek sam już nie wie, kim jest. Jego upór i determinacja w podróży budzą szacunek. Jego refleksje o Europie, hipokryzji hasła: wolność, równość, braterstwo dają do myślenia.  Mam teraz więcej zrozumienia dla mieszkańców Bliskiego Wschodu. Zmieniłam też podejście do ludzi, którzy w poszukiwaniu godziwego życia – emigrują, wciąż borykając się z samotnością i wyobcowaniem. Ich rozpacz, bo nigdy, przenigdy nie zostaną członkiem społeczności, którą wybrali na swą nową ojczyznę, mnie zabija.

Książka porusza jeszcze wiele innych egzystencjalnych problemów, ale wniosek jest jeden – na Ziemi znajdzie się zawsze kilku (dosłownie) palantów, którzy decydują o życiu milionów. Taki Saddam, na przykład.

Kolejny wniosek: to, gdzie się urodzisz, jest jedną wielką loterią, bo przecież tego nie wybierasz. Jesteś szczęściarzem przybywając na świat w zachodniej Europie. Doceń to. Lecz nie poniżaj ludzi, którzy wyciągnęli inny los, bo Twój szczęśliwy i tak nie jest Twoją zasługą…

Ale oto najświeższy komentarz:

reportaż

niedziela, 11 stycznia 2015

Piękni 20-letni, pierdołowaci 50-letni...

Już od ponad pół wieku patrzę w lustro. Przeważnie widzę w nim miłą twarz, od kilku dziesiątek  lat nawet w okularach...

Są dni, i to nawet liczne w miesiącu, gdy uznaję, że twarz w lustrze jest piękna. Bywa jedynie czasem skacowana (eerghhhhhhhhhhh), albo chora (to akurat zdarza się nieczęsto), bywa nieco posiwiała na czubku głowy (wtedy łapię za farbę w tubce), albo kolorowa w wałkach (ooooo, w wałkach mi najładniej!). 

Generalnie wydaje mi się, że od jakichś 30 lat widzę w lustrze twarz coraz ładniejszą, ciekawszą, inteligentniejszą, słodszą, radośniejszą i szczęśliwszą. Do czego zmierzam z tą autoreklamą? Ano do stwierdzenia, że jeśli akceptujesz siebie, to wydaje Ci się, że wyglądasz wciąż tak samo (albo nawet lepiej: jak ja się ubierałam i czesałam w wieku 30 lat to zgroza!). Wydaje ci się, że nie widać ukąszeń czasu na twarzy, że wciąż jesteś "piękną dwudziestoletnią", nie dostrzegasz żadnych zmarszczek, bruzd mimicznych - słowem nie widzisz tego wszystkiego, co widzi Twoje otoczenie.
Czasem tylko zdziwisz się, że jakaś 30 lat młodsza osoba potraktuje Cię z atencją i szacunkiem, zwróci się do ciebie per "pani" (choć wydaje ci się, że różnica wieku jest minimalna), chce ustąpić miejsca w tramwaju (Bosz, jaki wstyd!) itp. Wtedy zaczynasz się zastanawiać, czy Twoje lustro to nie jest jakiś bubel z epoki PRL-u albo magiczne zwierciadło dobrej wróżki, litościwie chroniącej Cię od wstrząsów, bo jak w reklamie L'Oreala: jesteś tego warta! (I tej wersji wolałabym się trzymać...)
I jak wielu z Was chyba, każdy wiek o dekadę lub dwie wyższy od własnego uważałam za pierdołowaty. Jak miałam 30-tke, 40-latki to byli żałośni, starzy nudziarze z serialu pod tym samym tytułem, opętani kryzysem tożsamości. Jak miałam 40-tkę, 50-latki to byli dla mnie już seniorzy, pierdoły i impotenci (w sensie pozbawieni mocy) w każdej sferze. Teraz, kiedy sama mam 50-tkę, to wiek senioralny, czyli podeszły, zaczyna się dla mnie w okolicach... 80-tki!!!!
Jakież więc było moje zdumienie, gdy sama musiałam przyznać sobie tytuł "pani pierdoły pierwszej klasy". A sprawa była błaha: zamówiłam nowe dywaniki do samochodu. Znalazłam firmę w internecie, która na zamówienie szyje i ozdabia dywaniki do każdego modelu auta, haftuje na nich logo, obszywa kolorowo itepe itede. Wybrałam sobie czarne z różnymi bajerkami, przesyłka przyszła prawie natychmiast. Odebrał ją A., rozpakował, wyniósł do garażu, ale ponieważ odkrył, że się różnią kolorem, nie montował do auta. Poinformował mnie o istotnej ich wadzie - nie wiadomo dlaczego w komplecie 4 dywaników dwa na przód są czarne, a te tylne są szare. Hmmmm. Zerknęłam na nie pobieżnie w garażu, oświetlenie jest tam boczne, może kiepskie, poza tym byłam zajęta karmieniem Loli.
Postanowiliśmy poinformować producenta o pomyłce. Napisałam grzecznego (na szczęście!) maila. Następnego dnia miły pan zadzwonił do A. wyjaśnić sprawę. Był bardzo zdziwiony jak to możliwe, ale zaproponował, że zamówi kuriera, który odbierze od nas szare dywaniki i wymieni na właściwe - czarne. Kurier miał zjawić się następnego dnia rano. A. przyniósł więc dywaniki z garażu do domu, żeby je ponownie zapakować, zaczęliśmy je przewracać i nagle okazało się, że.... dywaniki są OK. Po prostu te dwa tylne leżały na kupce... na lewej stronie!!!!!
Porażeni własną pierdołowatością najpierw dostaliśmy oboje wytrzeszczu oczu, potem nas zatkało, chcieliśmy też malowniczo zemdleć z wrażenia, ale trzeba było kombinować, jak odmówić kuriera. Nie dało się zatrzymać zlecenia, producenta już pod telefonem nie było, więc postanowiliśmy ukrywać się przed kurierem następnego dnia i napisać w mailu do firmy jakąś rzewną historię. Wersji było kilka - że dywaniki podmienił nam głupi sąsiad, że jedno z nas ma poważną wadę wzroku (konkretnie daltonizm), albo że jak pisałam maila byłam zdenerwowana, bo bolał mnie ząb. W końcu napisaliśmy, że zrezygnowaliśmy z wysyłki dywaników, bo nam na nich kompletnie nie zależało (na tych tylnych znaczy) - nie będziemy ich i tak używać, więc szkoda zachodu było...
Nie możemy się z tego otrząsnąć od kilku dni. Obawiamy się, że teraz to będzie już tylko gorzej. Załamka normalnie. A tacy byliśmy piękni, błyskotliwi i profesjonalni pięćdziesięcioletni!!! I już rozumiemy, niestety, dlaczego 50-latki nie mają wzięcia na rynku pracy...

dopisek z dn. 7 grudnia 2020:
Dziś cd. przygód Kaziutków, mogę jedynie dodać, że główny bohater skończył 3 miesiące temu 60 lat...
Wczoraj pojechaliśmy do Mamy na Mikołajkowy obiad. Kiedy wyszliśmy po obiedzie z zamiarem powrotu do domu, nasze auto stojące na parkingu, odmówiło posłuszeństwa. Padł akumulator. Zatem dziś rano Andrzej ruszył z misją ratunkową. Nieopodal Mamy mieszkania jest sklep z akumulatorami, więc zakupi, zamontuje, wróci autem do domu. Nie chciał mojej pomocy, bo "duży jestem". Na odchodnym poradziłam, by wziął drugi kluczyk, tak na wszelki wypadek. Po dwóch godzinach telefon od męża. Spodziewam się dobrych wieści, że już ok, tymczasem on mi melduje, że zatrzasnął sobie oba kluczyki wewnątrz auta i nie ma się jak do nich dostać. Zatrzasnął też kurtkę, dokumenty, telefon (dzwonił z maminego) i musi stać przy aucie i pilnować tego dobra. A ja mam dzwonić do ulubionego mechanika, niech coś poradzi.
Mechanik miał 2 pomysły: zbić szybę, albo lawetą przywieźć mu do warsztatu, to dostanie się może przez reflektor przeciwmgielny, zrobi małe spięcie i zamek puści. Żaden z pomysłów nam się nie spodobał. No i widoku Belli po raz kolejny na lawecie bym nie zniosła! Gorączkowe próby wyjścia z impasu. Nagle mama (obecna podczas tych zmagań, bo zięciowi szalik i polar przyniosła na dwór) wpada na pomysł wezwania jakiegoś licencjonowanego włamywacza. Bingo! Szybko znajduję w Internecie awaryjne otwieranie samochodów. Pan był za pół godziny, w 5 minut otworzył auto, zainkasował 250 zł, ale uratował nas!
Jakim cudem oba kluczyki znalazły się wewnątrz auta? Jeden był w kurtce, ale gorąco było mężowi, zdjął kurtkę i położył w samochodzie. Do drugiego kluczyka nie miał przekonania (bo ja go namówiłam, żeby go wziął), trzymał go w teczce, którą zamknął w bagażniku. Akumulator wymienił na nowy, widocznie alarm się szybko uzbroił i zamknął mu wszystkie drzwi. A on goły i wesoły.
Pierdołowatość 60-latka uznajecie za większą czy porównywalną do pierdołowatości 50-latka? Jak to wszystko jednak pogodzić z faktem, że pomysłodawczyni wynajęcia włamywacza z licencją ma lat... 81?

środa, 7 stycznia 2015

Świńska zagadka, czyli Sylwester w Wiedniu

Nowy rok ma już równo tydzień, a ja dopiero teraz wzięłam się za opis mojego wyjątkowo kosmopolitycznego Sylwestra w Wiedniu, "pod chmurką". W tym czasie to przepiękne miasto opanowały... świnki różnej maści i wielkości. Dręczyła mnie ta świńska zagadka: o co chodzi? Wszędzie widziałam maskotki, fikuśne czapki w postaci różowych pluszaków, a nawet ciastka-bułeczki w kształcie świńskiej mordeczki.


Gdybym częściej bywała w Sylwestra w krajach niemieckojęzycznych, wiedziałabym, że "Schwein haben" (mieć świnkę) to nie wyznanie chorego, lecz absolutny muss haben przed każdym nowym rokiem, to po prostu "mieć szczęście"...  W krajach tych różowiutka świnka jest symbolem fortuny. Ale ponieważ po raz pierwszy byłam w takich językowych okolicznościach akurat w Sylwestra, więc intuicyjnie jedynie konstatowałam, że musi to być jakieś zaklęcie szczęśliwości, jak nasz kominiarz albo czterolistna koniczynka. 
Jak się wkrótce okazało, witając kolejny rok w Austrii nie można wrócić do domu bez choćby maleńkiej świnki. Szczęściu trzeba przecież pomagać! Najwięcej więc było stoisk ze świnkami właśnie - z porcelany, kryształu, pluszowych, z marcepana, ciasta drożdżowego. Wielkości przeróżne: od półcentymetrowych po giganty. Uległam szybko zbiorowej świńskiej psychozie i nabyłam moim współtowarzyszom podróży takie ciupeńkie, szklane świnki, mieszczące się w portfelu, a Andrzejkowi kupiłam nieco większą, ale za to bardzo różową. 
Oczywiście były także do kupienia koniczynki, muchomory (?????), biedronki (?????), kominiarze, podkówki i drobne monety. W tej grupie amuletów muchomory zadziwiały mnie najbardziej, a w tym roku taki właśnie kształt miały ceramiczne kubeczki, w  których serwowano słynny punsch (o nim za chwilę). Co roku bowiem inny amulet jest kubeczkiem na gorącego punscha czy grzane wino.


Punsch, szampan i grzane wino
Podczas nocy Sylwestrowej Wiedeńczycy popijają punscha, inaczej poncz (napój alkoholowy na gorąco) podawanego w specjalnych kubkach. Jest około 20 jego smaków, a jego cudowne aromaty (najczęściej owocowe) unoszą się nad całą tzw. Silvesterpfad - sylwestrową ścieżką, która idzie zygzakiem od Ratusza po katedrę, zahaczając w sumie o około 10 scen z różnymi rodzajami muzyki.


Kolejnym, bardzo charakterystycznym w Wiedniu akcentem tej wyjątkowej nocy są nakrycia głowy. Można więc zobaczyć ludzi w rogach łosia, nausznikach z koniczyną, a mnie najbardziej ubawiły czapki ala świnka, a więc cały prosiak (pluszowy, rzecz jasna!) noszony na głowie...
Przy każdej scenie muzycznej były stoiska z amuletami, kiełbaskami i grzanym winem czy punschem, oraz stoliki (ale do konsumpcji na stojąco), przy których wiele osób piło z kieliszków przyniesione szampany, co i my czyniliśmy. Żadnych awantur, rozbijania butelek - nikt nie sprawdzał na wejściu zawartości plecaków itp. policja była niewidoczna. 

Muzycy nie ogłuszali muzyką (piję do imprez organizowanych na wrocławskim rynku w sylwestra) - kiedy chciało się potańczyć, szło się pod scenę. Przy stolikach można było normalnie rozmawiać nie przekrzykując się i zawierając sympatyczne znajomości z ludźmi, którzy się tu przyszli kulturalnie zabawić. Zmienialiśmy miejsca, krążąc przez całą noc po sylwestrowym szlaku z tysiącami innych ludzi. Było super! A o północy zabrzmiał dzwon Pommerin z katedralnej wieży oraz walc i Wiedeńczycy ruszyli w tany. Niesamowite to było. 

Ach, Wiedeń...
Przyznam się, że to miasto to moja nowa miłość od października'14, kiedy to spędziłam tam weekend z Klubem 6 Talerzy. Chodziłam teraz tymi samymi ścieżkami: Starówka z katedrą, Hofburg, Naschmarkt itd., ale pojawiły się też nowe trakty i nowe odkrycia: Parlament, Kościół Boromeusza, Wotywny, ulica Graben, Hundertwasserhaus, Volkspark, Plac Marii Teresy (teściowej Europy) z jej ogromnym pomnikiem, Prater. Na Naschmarkcie odkryłam nowe octy: szparagowy i szafranowy. Na stoiskach rybnych sprzedawano to, czego nie udało mi się spróbować w Lizbonie - bakalau (suszony dorsz).


Na wytwornej ulicy Graben znalazłam sklep Juliusa Meinla z delikatesami z całego świata, oraz przede wszystkim - z pyszną kawą. Ciekawe też były wózki na zakupy ze szkłem powiększającym przy rączce. Bardzo praktyczne! Zjadłam w końcu Wienerschnitzla z sałatką ziemniaczaną. Spróbowałam też kanapek Trześniewskiego. To Polak z Krakowa, który prawie 200 lat temu otworzył w Wiedniu bufet z kanapkami. Słynne do dziś, z pastami o wielu smakach, według starych receptur. Pyszne!


Byłam na Praterze, smutnym o tej porze roku (czynne tylko to wielkie Młyńskie Koło - jeden z symboli Wiednia). No i zwiedziłam domy Hundertwassera, którego nazywam Gaudim Wiednia.
Myślę, że mogłabym w Wiedniu jakiś czas pomieszkać - ot choćby tyle, by zaliczyć wszystkie muzea. Sądzę, że rok by na to wystarczył :-)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Stoisk z Leżajska, czyli noworoczne bon-moty

Pojechałam na cmentarz odwiedzić bliskich, bo rocznica była. W kwiaciarni przy cmentarzu kupuję znicze i świeżą różę. Pani sprzedawczyni podaje mi taką piękną, bordową, bardzo długą i pyta:

- Czy przyciąć trochę łodygę?

- Nie, dziękuję, mam zamiar po prostu położyć różę na płycie... - odpowiadam.

- To bardzo dobrze, bo wie pani - jak leży to dłużej postoi... 

*************************************************************************************************************************************************
Oglądamy z Andrzejkiem skoki narciarskie. Pogoda kiepska, wciąż tych skoczków trzymają na zimnie, każą im schodzić, wchodzić  i tak w kółko. Ubolewam, że muszą marznąć w tych swoich kombinezonikach.

- Wiesz, jakbym była skoczkiem, to musiałabym skakać w golfie, bo w szyję jest chyba najbardziej zimno w tej piance - wyznaję mężowi.

- A ja to bym skakał w Chevrolecie Camaro! - rozmarzył się nagle mój mężczyzna... :-?




************************************************************************************************************************************************

Temperatura na zewnątrz spadła znów od paru dni, pytam więc Andrzejka, ile stopni na dworze. Mamy taki elektroniczny termometr w domu, pokazuje temperaturę wewnątrz  i na zewnątrz.

- Pół stopnia na plusie - melduje.

- Jak to, przecież stąd widzę kreseczkę przed wynikiem! - koryguję go, siedząc wygodnie w fotelu.

- Aaaaaaaaaa, bo ja tylko plusy widzę!

**************************************************************************************************************************************************

Opowiadam Andrzejowi, że nasza przyjaciółka skarżyła się, że strach chodzić po mieście, bo chodniki śliskie, nieodśnieżone i można sobie zrobić krzywdę - nawet w centrum miasta.

- To niech przyjedzie do nas, pochodzi sobie pod domem, bo bardzo ładnie odśnieżyłaś chodnik - znajduje natychmiast rozwiązanie problemów komunikacyjnych Gosi.

**************************************************************************************************************************************************

W naszym domu słucha się w radiu tylko dwóch stacji: lokalnej RAM i zet chilli. Kiedy więc w poranek Trzech Króli w radiu słyszymy środek jakiejś rozmowy dwóch panów i pada tekst o Bogu, Andrzej rzuca mi pytanie:

- Co to za stacja?

- No nie wiem, zet chilli albo RAM...

- A nie Maryja????

Okazało się, że to był RAM, tylko gościem był ksiądz, rzecznik biskupa...

**************************************************************************************************************************************************