piątek, 9 czerwca 2023

Sałatka z surowymi szparagami i owocami

Dawno nie było tu kulinariów, którymi błyszczę każdego dnia przecież! No to dziś oszołomię Was przepisem na dziwną, autorską sałatkę szparagowo-owocową. Co więcej - bardzo smaczną!

Na spotkanie towarzyskie przygotowałam sałatkę o takim składzie:

- 3 dorodne morele

- garść rukoli

- kilka główek białych szparagów, surowych

- 12szt. dorodnych czerwonych mocno  truskawek

- pół awokado Hass

- 4 szt. physalis

- syrop z octu balsamicznego o smaku pomarańczowym

- parę kawałków sera grana padano.

Na dno salaterki pokroiłam morele w plasterki. na nie rzuciłam trochę rukoli. Na nią szparagi pokrojone w plasterki. Dodałam truskawki w plastry siekane, oraz awokado pokrojone jak popadło. Jeszcze więcej rukoli. Physalis przekroiłam na pół. Skropiłam wszystko cytryną i suto polałam syropem z octu balsamicznego. Na wierzch ser. Voila! Wszyscy się zajadali, nawet ortodoksyjny sałatkowo mąż.

wtorek, 23 maja 2023

Wizjonerscy architekci we Wrocławiu

Nie mam jakiejś szczególnie obszernej wiedzy o architekturze. Ot, interesuję się nią od dawna, chyba jak każdy codzienny "użytkownik". Jednak dwa obiekty wywarły na mnie ostatnio wielkie wrażenie...

Swego czasu moje zainteresowanie architekturą jako sztuką, profesją stało się głębsze, gdy w wydawnictwie, w którym pracowałam, zaistniała publikacja "świat architektury" z bardzo profesjonalnymi artykułami. Miesięcznik uchylił nieco zasłonę mej niewiedzy. Naprawdę żałowałam, gdy zaprzestano redagowania periodyku.

Ostatnio też powróciło mi zainteresowanie architekturą z powodów zawodowych - pracuję bowiem dorywczo jako pośrednik nieruchomości. No i niedawno pojawił się w branży producent niezwykłych domów - krążynowych. Pierwszy rzut oka na tę konstrukcję uświadomił mi, że jest to absolutnie wizjonerski projekt. Kiedy nadarzyła się okazja uczestniczenia w webinarze dla pośredników - skorzystałam z zaproszenia. Nie wiedziałam, że będzie też na nim obecny architekt - pan Paweł Niedbalski. Przez cały czas trwania webinaru chciałam napisać na czacie, oczywiście gratulacje dla projektanta tak niezwykłego domu, ale nie odważyłam się. Wreszcie ktoś mnie ubiegł.  Żałowałam swojej opieszałości. Dom nazywa się Delorme, firma jest wrocławska a dom wygląda na wizualizacji tak:

Rozbawił mnie na webinarze ktoś pytający czy można przeprojektować wnętrze tak, by nie wyglądało jak nawa kościoła... Bosz, co za idiota! To jest akurat to, co wyróżnia ten dom, czyni go tak wizjonersko spektakularnym! 

Projektant powołuje się w nim na kontynuację  założeń domów krążynowych, istniejących od wieków. Tyle że konstrukcja (krążyny) są obecnie stalowe, a nie drewniane. Na pewno gdzieś widzieliście te stare domy krążynowe...

Żałuję, że nie mam potrzeby budowania domu do zamieszkania, bo na pewno wybrałabym ten projekt... 

No i tak sobie trwam w zachwycie, a tu właśnie mija 110 lat od wzniesienia innego, wyjątkowego na skalę światową obiektu. Wrocławska Hala Stulecia autorstwa Maxa Berga. I znów wizjoner tworzący "Katedrę Demokracji" jak sam nazywał swoje dzieło, nie był rozumiany przez współczesnych urzędników. Chciał stworzyć przestrzeń dla (wszystkich) mieszkańców Wrocławia, służące spotkaniom kulturalnym, społecznym, sportowym czy biznesowym itp. Hala miała wiele wspólnego z katedrą. Przecież kopuła jest stalowa, lecz jej żebrowania przypominają nieco gotyckie konstrukcje. No i światło wpuszczone jak w katedrach przez szkło - tyle że w Hali Stulecia to okna, nie witraże... Projekt miejskiego architekta, którym był Berg, ledwie zaakceptowali radni miejscy, a nawet robotnicy budowlani realizujący konstrukcję byli przekonani, że Hala Stulecia się zawali, nie chcieli więc usunąć ostatnich śrub z szalunków. Berg musiał o to prosić przypadkowego przechodnia - jak głosi legenda...

Hala Stulecia powstała 20 maja 1913 r. na Wystawę Stulecia. Miał się na niej zaprezentować Wrocław, tak jak Paryż stał się sławny przez wieżę zbudowaną również na podobną okoliczność w 1889 roku. Jest więc równie wyjątkowa, jedyna na świecie. Wpisana na listę UNESCO w 2006 r. jest symbolem Wrocławia.







poniedziałek, 15 maja 2023

Gęsie jajo...

Wracałam z mężem z wycieczki poza Wrocław i na skrzyżowaniu, na którym najczęściej udajemy się po szparagi z pola stało stoisko jajeczno-warzywne. Zatrzymaliśmy się, bo jajka wiejskie były spożywczą potrzebą dość da nas naglącą. Wysiadłam z auta i udałam się na zakupy.

Sprzedawca zgasił jednak mój zapał, bo sprzedawał tylko mini-hurt, czyli 30 jajek, musiałam zatem zrezygnować, ale wzrok przyciągnęły leżące w koszyku na stoisku dużo większe jaja.

- To gęsie? - upewniałam się.

- Tak, po 5 złotych sztuka...

- A wie pan, wezmę dwa, na próbę, nigdy bowiem nie jadłam. - decyduję. - Jak długo trzeba je gotować na miękko? - dociekam, bo jajko na miękko to stałe menu śniadaniowe u nas w domu.

- Siedem minut, nie więcej, bo twarde będzie. Ja nigdy na miękko nie jadłem, zawsze robię z nich jajecznicę - kontynuuje sprzedawca, na oko krzepki pan po 50-tce. - I widzi pani, mam 70 lat a jak dobrze wyglądam? - tu czule pogłaskał się po gładkiej twarzy - Bo całe życie jem gęsie jaja!

- A widzi pan, ja mam 60 lat i jak wyglądam?

- No też ładnie pani wygląda... I pewnie nigdy nie jadła pani gęsiego jaja, hahahaha? - pointuje sprzedawca.

bohater anegdoty - gęsie jajo na piedestale...

W sumie z dwóch zakupionych jaj zjedliśmy jedno pod postacią jajecznicy. Dziwna była. Niby jajeczna, ale jakaś inna. Żółtko jest bardziej oleiste, kremowe niż w kurzym jaju, co nie bardzo nam odpowiadało. Drugie czekało chwilę w lodówce, w końcu wylądowało w miseczce koteczki Loli, która zjadła żółtko z wielkim apetytem. Tak więc nic się nie zmarnowało!


niedziela, 7 maja 2023

Jak rzuciłam czar...

Odkąd zrobiłam sobie test słabych i mocnych stron (tzw. test talentów) w Instytucie Gallupa, wiem, że moim talentem nr 1 jest WOO - Czar.

Jakoś wcześniej nie doświadczałam jednak, lub nie zauważałam, jawnych efektów rzucania tegoż Czaru. Nikt na mój widok nie mdlał, nie chciał się natychmiast zaprzyjaźnić, nikt mnie też ostatnio nie podrywał... I kto by przypuścił, że zwykła wizyta męża u fryzjera potwierdzi niespodziewanie to moje  rzucanie Czaru...

Andrzej poszedł do fryzjera, ja do dentysty, a ponieważ skończyłam wcześniej swoją wizytę, podeszłam do niego po klucz do samochodu. Wchodzę, fryzjerka odprawia nad jego głową swoje rytuały, widzę, że jeszcze mu to trochę czasu zajmie, więc zabieram mu klucz do auta i wychodzę z salonu. Potem czekam i czekam przy aucie, zdążyłam zrobić zakupy, pójść do biblioteki wymienić książkę - jego nadal nie ma, a był już przy końcu strzyżenia. Zresztą, ile on ma tych włosów? Tyle co mrówka, niecierpliwię się, bo może gdzieś poszedł i nie możemy się spotkać. Nagle widzę go, nadchodzi, ufff!

- Co tak długo? - pytam.

- Przez ciebie! - opowiada. Jak wyszłaś, fryzjerka na chwilę zamarła całkiem, porażona. A potem zaczęła mnie wypytywać, kto to był ta piękna kobieta, że w życiu takiej nie spotkała. A jaki znak zodiaku Ty jesteś, i ja, bo ona się interesuje astrologią, a gdzie ja ciebie poznałem. Normalnie przestała mnie strzyc! A potem stwierdziła, ze musi się bardziej postarać na mojej głowie, bo nie może mnie byle jak obciąć, żebym do Ciebie pasował! I zaczęła od nowa każdy włosek przycinać. W życiu nie widziałem, by ktoś tak zareagował, zakochała się w tobie, czy coś...

- Ciekawe, opryszczka na pół wargi, bez makijażu prawie, po wizycie u dentysty, piękność dnia ze mnie normalnie! Szkoda, że to nie był fryzjer... - westchnęłam z rezygnacją. I taki to mój Czar...



środa, 5 kwietnia 2023

Nadeszła najwyższa pora poznać zapach roku 2023 - narcyz!

Może część z Was już wie, że właściwie od paru lat, na wiosnę, śledzę doniesienia z Grasse, stolicy perfumiarstwa światowego, i zdaję relację z aktualnie obowiązującego zapachu. 

Są to takie jakby "wytyczne" na dany rok, podobnie jak np. domy mody wybierają kolor obowiązujący w danym sezonie, a firma Pantone decyduje, jakiego koloru ściany będą nas otaczać w danym roku, w naszych mieszkaniach.

No to zapachem 2023 roku został narcyz. I stosowne perfumki Fragonarda już są w moim posiadaniu, obok wcześniejszych: irysa, magnolii, dzikiej róży, jaśminu, passiflory. Łatwo policzyć, że interesuje się tym od 6 lat.

Jakoś tak się składa, że ten, jak i poprzednie zapachy: irysa czy magnolii są typowo wiosenne. W moim prywatnym rankingu jednak wciąż najbardziej podoba mi się zapach dzikiej róży...

Pozostając na chwilę w Grasse - w poprzednim poście pisałam  o Omanie i sułtańskich perfumach Amouage https://zabawnaliteraturka.blogspot.com/2023/03/oman-czyli-zapach-orientu.html. Okazuje się, że chociaż miały być one powrotem do starodawnej, by nie rzec - starożytnej arabskiej tradycji perfumiarskiej, to i tak skomponowane i wytwarzane są w Grasse, nie w Omanie...Zatem wiwat Francja i Lazurowe Wybrzeże! Jeśli będziecie mieć okazję, skoczcie do Grasse, z Nicei jest bardzo blisko...

niedziela, 5 marca 2023

Oman, czyli zapach Orientu

Moja styczniowa podróż do Omanu  najbardziej wpisuje się mój w cykl podróży śladami... perfum!

Kierunek wyprawy wybieraliśmy na szybko. Ważne było, by nikt nie pytał o certyfikat szczepień. Chcieliśmy uczcić naszą grudniową 35-tą rocznicę ślubu, a plany były wcześniej ambitne - Antypody. Jednak gdy ten cel nie wypalił, gorączkowo poszukiwaliśmy bliższego, krótszego, bo czas nas gonił. Kuszące było Rio de Janeiro, ale zamieszanie z certyfikatem skreśliło nam z listy Brazylię i jej gorące rytmy. Wyskoczył Oman. Gdzie to jest???? Tam nas jeszcze nie było... Wycieczka objazdowa - no to mamy nasz nowy cel! 

Polecieliśmy zatem, niewiele wiedząc o tym kraju. Czasem tak jest jednak najciekawiej... Już na lotnisku w Muskacie (stolica Omanu) doznałam objawienia - owionął mnie bowiem cudowny zapach... Nie wiedziałam, co to, skąd to, gdy Andrzej wypatrzył duże pojemniki, z których wydobywała się smużka dymu... Kadzielnica? Kadzidło! Przypomniałam sobie informacje o głównym skarbie Omanu, i to od tysiącleci: o drzewach (kadzidłowcach Boswellia sacra ), z których pozyskuje się żywicę. To właśnie jest kadzidło...

Omamiona zapachem

Zapach na lotnisku był cudowny. Podobnie jak ten, który otulił mnie lobby hotelu, w którym zostaliśmy "zakwaterowani". Odtąd zapachy snujące się pod postacią dymu miały nam towarzyszyć w Omanie dosłownie wszędzie. Jako osoba zakręcona na punkcie perfum, aromatów, cudownych woni byłam przeszczęśliwa! 

Zaraz pierwszego wieczoru odkryliśmy koło hotelu duży sklep i poszliśmy tam dla zorientowania się w cenach itd. Tuż przy wejściu stały piramidy słoiczków z szafranem, oraz regały buteleczek perfum (orientalnych) i foliowe woreczki z jakimiś szarymi grudkami. Kamienie? Nie zwrócilibyśmy na nie w ogóle uwagi w amoku wąchania perfum, gdyby nie "nasi" z wycieczki, jak się okazało - bywalcy Dubajowi. To oni przekazali nam, że tak właśnie wygląda kadzidło. Były tam jeszcze słoiczki z inną postacią wonnych ingrediencji do palenia w kadzielnicy, wyglądające jak mokry tytoń, albo drewienka. A zapachy - niebiańskie! Kadzielnic nigdzie nie wypatrzyliśmy. Na razie. 

Następnego dnia, gdy zwiedzaliśmy Muzeum Naturalne w Muskacie, miałam okazję dotknąć rosnącego przed muzeum drzewa kadzidlanego, chociaż tak naprawdę jego "plantacje" można spotkać daleko na południu Omanu, koło Salalah. To jakieś tysiąc kilometrów od Muskatu... Oto kadzidłowiec omański Boswellia sacra:

kora jak strzępy starego papieru...

Po nacięciu kory przez przewodnika pojawił się mleczny sok. To właśnie żywica, którą pozyskuje się od grudnia do maja. Substancja na powietrzu szybko zastyga. Może być potem od pnia oderwana i przez kilka miesięcy przechowywana w suchych miejscach. Są jeszcze inne odmiany - najbardziej znana jest Boswellia serrata z Indii. Jak poszuka się w Internecie, to wiadomości na temat żywicy jest bardzo dużo, podobnie jak zdjęć grudek w różnych rozmiarach i kolorach.
Kolejnym punktem zwiedzania była m.in. mała stocznia, w której produkuje się ręcznie tradycyjne drewniane łodzie arabskie zwane doug. Tam nabyłam piękną drewnianą kadzielnicę (wreszcie wpadły mi w oko urządzenia do generowania zapachów), wytwarzaną jako produkt uboczny  przy wyrobie łodzi:

a to już komplet: kadzielnica, kadzidło, mirra i inne perfumy do palenia, oraz specjalny wegielek

Z kolei widoczna na powyższym zdjęciu, na pierwszym planie to mirra: grudki podobne do bursztynu. Jest to też palna, aromatyczna żywica, tyle że pozyskiwana z innego drzewa, balsamowca (Commiphora - brzmi jak kamfora, nieprawdaż?). Uważa się, że najlepsza jest Commiphora abyssinica. Tpięknie pachnie.
Tak więc omańskie kadzidło, mirra i złoto. Też było!


Olibanum
Kadzidło nazywane jest po łacinie olibanum. Jego odświeżający  aromat  sprawia, że od tysiącleci jest używane w rytuałach religijnych, oczyszczających, w medytacji, a także kosmetyce. Ma własności lecznicze, stosuje się je w leczeniu stanów zapalnych stawów i kości, kręgosłupa. Działa wykrztuśnie, antyseptycznie, przeciwlękowo, antystresowo. Kadzidło odstrasza owady, używane było dawniej w maściach na rany i przeciwzmarszczkowych, do pielęgnacji jamy ustnej. Było używane w starożytnych  rytuałach pogrzebowych, magicznych. Okadzano nim domy, dezynfekowano stroje, stosowano do pielęgnacji ciała. Zalecano inhalacje, które obok dobroczynnego wpływu na układ oddechowy miały oczyścić organizm pacjenta, poprawić jego samopoczucie, a nawet go rozweselić. Silne oddziaływanie kadzidłowca na płuca i układ nerwowy zostało potwierdzone współcześnie. Z olibanum czerpie także współczesny przemysł perfumeryjny.
Omańczycy do czasów współczesnych podtrzymują te starodawne rytuały - palą kadzidło od rana, w domach, miejscach publicznych, w meczetach. Mężczyźni swoje diszdasze okadzają stając nad dymiącą kadzielnicą, ponadto w domach są specjalne stojaki do okadzania (dezynfekowania, nawaniania) odzieżyOmańska diszdasza różni się od innych arabskich strojów męskich tym, że przy szyi widoczny jest duży frędzel. Jest on perfumowany, by w ciągu dnia Omańczyk mógł się "zaciągnąć" zapachem... Ja zaciągam się w domu non stop:


Oman to zaprawdę kolebka kadzidła i perfum! Można przecież powiedzieć, że kadzidło jest najstarszym rodzajem perfum. A Arabowie są wynalazcami perfum w płynnej postaci. Udało im się swego czasu ulepszyć technikę destylacji alkoholowej i wyprodukować czysty olejek eteryczny. Potem doszły umiejętności komponowania zapachów z kadzidła, aromatów korzennych i tym podobnych. Jednym z ich najbardziej znanych zapachów jest woda różana. Słynny arabski lekarz Avicenna wydestylował wodę różaną ok. 1000 r. n.e. Tymczasem w Omanie można kupić na targu wodę różaną z gór zielonych (Al-Jabal), gdzie hoduje się róże i destyluje wodę różaną ponoć już od VI w n.e! Może Awicenna korzystał z doświadczeń mieszkańców Omanu? 
No i najnowsze dokonania omańskich perfumiarzy: marka Amouage. Historia jest piękna, mój ulubiony sułtan Omanu rozkazał kuzynowi ze swej rodziny stworzenie perfum, które nawiązywałyby do długiej arabskiej tradycji perfumiarskiej. I tak w 1983 roku powstała ta super luksusowa marka. Wszystkie kompozycje zapachowe przygotowuje się ręcznie z drogocennych składników. Są to jedne z najdroższych perfum, komponowane we współpracy z perfumiarzami z Grasse. Nie odmówiłam sobie zakupu. Są to aż 4 zapachy w postaci takich travel miniatur, wszystkie kręcą się wokół kwiatów:


jest tu tuberoza, mimoza, bez i ogólnie kwiatowy zapach. Najbardziej ekscytująca jest chyba tuberoza.

I jeszcze z innej beczki (smakowej) pamiątki z Omanu - daktyle. Mają ich tu 250 gatunków. Mniam, mniam!


 






niedziela, 12 lutego 2023

Rozgrzewanie silnika

Mam obsesję rozgrzewania silnika samochodu zimą. Jeżdżę starym dieslem i kiedyś wyczytałam, że te silniki nie lubią krótkich przejazdów. Staram się zatem jechać na tyle długo, by temperatura silnika wzrosła do 90 stopni...

Stwarza to różne dziwne sytuacje, bo np. gdy jadę do mamy, to okrężną drogą, gdyż mieszka na tyle blisko, że wskazówka temperatury nigdy nawet nie drgnie... Mój mąż oczywiście strasznie się ze mnie nabija, ostatnio umówiliśmy się, że kupię chleb wracając z pracy. Dzwonię do niego z samochodu i informuję:

- Andrzejku, nie kupię teraz chleba, bo wiesz, Biedronka jest za blisko, a ja muszę przecież rozgrzać silnik!

Na co ów dowcipas ze spokojem:

- Rozumiem, że jedziesz teraz do Legnicy?

mój stary diesel...


środa, 8 lutego 2023

Zimowe ambiente nad jeziorem

Po miesiącu nieobecności pojechaliśmy do naszego domu letniskowego w lubuskiem. Było pięknie i całkiem wiosennie, mimo opadów śniegu w innych rejonach Polski. Tu ani śladu białego puchu.

Jezioro było lekko zamarznięte, ale to i tak nie przeszkodziło dzielnemu rycerzowi w zdobyciu bukietu dla damy.

Rycerz zdobywający bukiet z narażeniem zamoknięcia...

Dama skorzystała. Stomatologicznie.

Dama z miotełkami

Druga dama też skorzystała z rycerskości zięcia, który oddał jej swoje rękawiczki:

Potem dama z miotełkami zachwyciła się zamarzniętą kałużą. Grozi, że ją namaluje!



Brak stewardesy...

Taka sytuacja: jedziemy samochodem Andrzejka, ów odłożył swój telefon do schowka ładującego. Przyszło do niego jakieś powiadomienie, więc biorę telefon do ręki, żeby odczytać kierowcy. Czuję, że ten jego telefon jest tak rozgrzany, że aż prawie mnie parzy. Przestraszona przypominam sobie instrukcję bezpieczeństwa z samolotu (niedawno lecieliśmy) i informuję Andrzejka skrótem myślowym: - a wiesz, że przypadki nadmiernie rozgrzanej baterii w telefonie trzeba zgłaszać stewardesie???? Na co mój mąż ze zwykłym opanowaniem: - ale tu nie ma żadnej stewardesy!



niedziela, 29 stycznia 2023

Amok zwiedzaczy...

Przed wyjazdem na urlop znalazłam się w Warszawie. W zwiedzaczym amoku będąc odwiedziłam wystawę skarbów z grobowca Tutenchamona...

Myślałam, że to wystawa w Muzeum Narodowym, ekspozycja z Muzeum Kairskiego, którą zwiedzałam ponad 20 lat temu, gdy byłam w Egipcie. (Pusty grobowiec w Dolinie Królów też wtedy zwiedziłam). Okazało się jednak, że to ekspozycja w jakiejś hali wystawienniczej na Pradze... Podejrzewałam, że to nie będą oryginały! Trochę rozczarowana kupiłam bilety, nietanie - 65 zł za osobę, mrucząc z niezadowolenia pod nosem. Ale skoro udałam się na północną Pragę i udało mi się zaciągnąć tam męża, opornego muzealniczo, głupio było się poddać...

Jednak jak to często bywa, spodziewając się miernoty, dostałam produkt najwyższej jakości! Wolę gdy dzieje się to w tę stronę, niż odwrotnie, gdy oczekujemy czegoś wspaniałego, a dostajemy miernotę. Ekspozycja jakieś czeskiej chyba firmy jest tak naprawdę próbą odwzorowania całej niezwykłej historii odkrycia grobowca Tutenchamona z pieczołowitością i szczegółami, w dodatku w skali 1:1. Autorzy ogromnym nakładem pracy i środków skopiowali wszystkie przedmioty, starając się oddać atmosferę tego wydarzenia, dokładne położenie i ułożenie skarbów. Genialne, imponujące, fascynujące! 

W pierwszej sali przygotowanie - duża dawka wiedzy o tamtych czasach, faraonach, hieroglifach. Jest tu np.  kopia kamienia z Rosetty, którego miniaturę mam przecież od ponad 20 lat w swojej domowej kolekcji artefaktów:

kamień z Rosetty w skali 1:1, poniżej mój
Potem było szaleństwo - film z odkrycia grobowca, o Carterze, dokładne skopiowanie tego, co Carter odkrył jako pierwsze. Większość sarkofagów powielona parę razy, by pokazać najpierw zamknięte, potem otwarte (było ich kilka ukrytych jeden w drugim itd.).



Naprawdę, tak staranne oddanie szczegółów, faktury, materiałów, unikalne "podrobienie" patyny wieków zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Na niemuzealnym mężu - także! 
Przypomniałam sobie, że przecież przywiozłam swego czasu z Egiptu złotą bransoletkę z kartuszami faraonów, w tym kartuszem Tutenchamona. Teraz mogłam sobie przypomnieć, który należy do niego. Bransoletki nie zdejmuję od ponad 20 lat, to mój amulet...
ten z lewej taki prosty, trzy hieroglify...
i na mojej bransoletce...
Jednym słowem dobrze spędzone 2 godziny z faraonem, historią, archeologią i pasją w tle...

sobota, 14 stycznia 2023

Kot wolno gotowany...

W prezencie pod choinkę nasza koteczka Lola, żyjąca w ogrodzie, dostała ogrzewaną matę do swojej budki. 

Matę włączamy do prądu (jest kontakt w pobliżu tej jej drewnianej rezydencji). Ponieważ temperatury nocą nieco się ostatnio podwyższyły, to raz włączamy matę, to znów nie włączamy, by się nam koteczka nie przegrzała... Wczoraj odbyłam z mężem taki dialog, sprawdzając w telefonie temperaturę nocną:

- Wiesz, w nocy ma być 7 stopni na plusie...

- To co, nie gotujemy dziś Lolki? - kwituje rezolutnie mąż...

Lola przed swoim ogrzewanym już domkiem. Niegotowana.


poniedziałek, 12 grudnia 2022

Kwiat z tropików - symbol Bożego Narodzenia


Czas na gwiazdę! W grudniu, poczynając od św. Mikołaja możemy nabyć w sklepach roślinę doniczkową zwaną Gwiazdą Betlejemską. Jest piękna i niezwykła, jej najpierw zielone, a wyżej czerwone liście układają się w kwiat wielkości dużej gwiazdy. Ta zielono-czerwona kolorystyka to znak firmowy Bożego Narodzenia...

Poinsecja (tak brzmi botaniczna nazwa rośliny) jest w grudniu wszędzie widoczna, a przecież pochodzi z tropików! Jednak tak świetnie komponuje się z choinką, bombkami i innymi dekoracjami Bożego Narodzenia, że łatwo o tym zapomnieć...  Dlatego wielkie było moje zdziwienie, gdy dawno temu, podczas styczniowej wyprawy na Teneryfę, zwiedzając jakieś miłe małe miasteczko, ujrzałam cały zagajnik… gwiazd betlejemskich rosnących sobie ot tak, na skwerku! Co więcej, rośliny były naprawdę „słusznego” wzrostu, gdyż znacznie mnie przewyższały, niczym krzewy. Tymczasem te doniczkowe, znane u nas, mają najwyżej pół metra wysokości! 

Wtedy tam, na Teneryfie, długie łodygi bez liści, za to z czerwienią na końcach nie były jakoś specjalnie dekoracyjne, zobaczcie zresztą zdjęcie poniżej. Zrobiłam je właściwie innej dziwacznej roślinie – kwitnącej dracenie, agawie? Tuż obok kwiatostanu, który przypomina trąbę słonia, sterczą rachityczne Gwiazdy Betlejemskie… Gdybym nie podpowiedziała, pewnie byście ich nie dostrzegli...


Tu może będzie je lepiej widać:

Dużo później dowiedziałam się, że roślina pochodzi z Ameryki Środkowej i dorasta nawet do 3 metrów! To właśnie było doskonale widać na Teneryfie. Nigdzie jednak nie wspomina się, że Gwiazdy Betlejemskie występują także na Wyspach Kanaryjskich... Zwyczaj dekorowania za jej pomocą domu przywędrował z Ameryki Środkowej. Aztecka legenda głosi, że ten płonący czerwienią kwiat jest zabarwiony krwią bogini, której serce pękło z miłości. Poinsecja jest kuzynką wilczomleczy (roślin podobnych do kaktusów). Nazywana jest również wilczomleczem nadobnym, po łacinie - Euforbia pulcherrima. Termin  poinsecja pochodzi od nazwiska ambasadora Meksyku - Joela Poinsettego – dyplomaty, który był także botanikiem i odkrył tę roślinę dla Europejczyków. Z kolei nazwa wilczomlecz bierze się z obecności silnie drażniącego skórę soku (mleczka), który wycieka przy drobnym nawet uszkodzeniu  rośliny. Zależnie od rejonu, gwiazdy są albo cały czas zielone (tam, gdzie jest wilgotno), albo - w okresie suszy - zrzucają część liści. Na przykład w Gwatemali, położonej blisko równika, wilczomlecz nadobny kwitnie przez kilka miesięcy w roku. Hodowcy nazywają poinsecje roślinami krótkiego dnia, dlatego zasłaniając szklarnię można dowolnie sterować ich kwitnieniem. Gwiazdy Betlejemskie uprawia się w temperaturze około 20 st. C. Od połowy października przez 14 godzin dziennie trzymane są w ciemności. Wilgotność powietrza musi osiągać prawie 70 proc. W grudniu zaczynają zabarwiać się przykwiatki i rośliny są gotowe do sprzedaży. Aby nie były za duże, stosuje się środki powodujące skarlanie roślin. Osiągają one wówczas mniejsze rozmiary i są gęściejsze. Poinsecji jako roślinie ciepłolubnej szkodzi temperatura poniżej 15 st. C, dlatego podczas zakupu na czas transportu trzeba ją dokładnie owinąć papierem lub folią i postawić na oknie w domu, by oszczędzić jej szoku termicznego. Objawy przechłodzenia rośliny to przede wszystkim żółknięcie i opadanie liści. Poinsecje nie znoszą przeciągów, a także suchego powietrza - gubią wtedy dolne liście i stają się łyse. Najwyraźniej więc roślinom, które widziałam w naturze na Teneryfie brakowało właśnie wilgoci! Trzeba je też regularnie podlewać i zapewnić im światło. Po kilku tygodniach od grudniowego zakupu kolorowe przykwiatki bledną, a część liści opadnie. Jest to normalne, bo po kwitnieniu rośliny te odpoczywają. Jeśli chcemy, by dalej zdobiła nasze mieszkanie, powinniśmy ją po przekwitnięciu (mniej więcej w marcu), silnie skrócić, tak aby na pędach pozostały 3-4 pąki. Dobrze jest także przenieść ją do chłodnego (14 st. C) pomieszczenia. W tym czasie kwiat nie rośnie, może obejść się bez światła i nie należy go podlewać. Po ok. dwóch miesiącach przesadzamy roślinę do świeżej ziemi torfowej i umieszczamy w widnym, ciepłym miejscu. Pozbawioną liści poinsecję obficie podlewamy ciepłą wodą. Po kilku tygodniach zaczynamy ją zasilać nawozami. Musimy ciągle pamiętać, że jest ona rośliną tropikalną i powinna mieć jak najwięcej wilgoci w powietrzu. Gdy tylko wytworzy młode pędy z 4-5 liśćmi, możemy je przyciąć, dzięki czemu silniej się rozkrzewi. W listopadzie musimy przygotować kartonowe pudło i przez 30-40 dni przed Gwiazdką regularnie zakrywać roślinę na 14 godzin dziennie. Powinniśmy jednak liczyć się z tym, że uprawiana w mieszkaniu będzie znacznie mniej kolorowa niż ta z kwiaciarni.

Trująca i niebezpieczna? 

Wyczytałam też informację, że jest to roślina trująca! Trochę to pomówienie – wprawdzie jak wszystkie gatunki wilczomleczy gwiazda betlejemska zawiera sok o drażniącym działaniu dla skóry, ale nie jest on trujący. Natomiast u osób o wrażliwej skórze może powodować miejscowe zaczerwienienie. Naprawdę groźny staje się wtedy, gdy dostanie się do oka. Powinno się wówczas przemyć je dużą ilością wody i zgłosić do okulisty.

Gwiazda Betlejemska

Cieszmy się jednak urodą tej tropikalnej rośliny, która staje się obok choinki, kolejnym symbolem najpiękniejszych świąt w roku! Jeśli będziemy o nią dbać, Gwiazda Betlejemska ponownie uraduje nas w następnym grudniu, a w międzyczasie możemy przecież zaplanować podróż na Teneryfę, by zobaczyć, co to za gigant, ta poinsecja!

 

niedziela, 13 listopada 2022

Atak fauny

Słuchajcie, co ja mam ostatnio za przygody z przedstawicielami tzw. fauny!

We środę, w wielkim pośpiechu, bowiem cały Wrocław robił zapasy jedzenia przed Bożym Ciałem i galerie handlowe były wręcz oblężone, my z A. wybraliśmy się do Kakadu celem zakupienia rybek akwariowych do naszego oczka wodnego w ogrodzie. A. bowiem oczytał się w internecie, że takie np. tropikalne rybki gupiki świetnie się w oczku wodnym sprawdzają, bo pożerają komary i generalnie jako nieduże rybki nie przeludnią nam oczka.

Wybieranie rybek trwało godzinę. Oprócz gupików na liście były np. jakieś kardynałki. Sprzedawczyni nie przyznaliśmy się, że to zakup do oczka wodnego i na jej dociekliwe pytania pt. ile litrów ma nasze akwarium dawaliśmy podejrzane odpowiedzi. A. beztrosko rzucił, że pięć litrów. Ja widząc zdumienie pani (za mało) dorzuciłam: piętnaście. Pani nie była zadowolona z tej odpowiedzi, patrzyła na nas podejrzliwie i miałam wrażenie, że za chwilę zadzwoni do towarzystwa opieki nad rybkami podając nasze przestępcze rysopisy.
W końcu jednak udało się wyjść z tego sklepu z przystojnym glonojadem, 6 kardynałkami i 3 cudnej urody gupikami (on turkusowy, one z weloniastym czerwonym ogonkiem) pod pachą (ale w foliowym woreczku z powietrzną bańką). Udaliśmy się do domu celem zarybienia naszego oczka wielkości wanny.
Radości było co niemiara, gupiki biegały po oczku bardzo żwawo, kardynałki od razu utonęły, glonojad najpierw nie chciał opuścić woreczka, bo się doń przyssał, ale dał się jednak namówić na nura w wodę. Lolka, nasza futrzasta morderczyni w białych rękawiczkach w ogóle nie zwracała na oczko uwagi. Stwierdziliśmy,  że rybki są bezpieczne, ta gapcia czasem żarcia w misce nie widzi, więc gupików 2-centymetrowych na pewno nie wypatrzy. Rodzinna idylla. Zbliżał się wieczór i wieczorny chłodek. Wróciliśmy do domu. Cały wieczór myślałam o rybkach - czy im miło i ciepło.
Następnego ranka natychmiast, jeszcze w piżamie pobiegłam do oczka. Wgapiałam się przez kwadrans i...nic. Nikogo, cicho-sza, rybek brak. Pojawiła się Lola z podejrzanym uśmiechem na pyszczku. No i zagadka detektywistyczna: co się stało z rybkami? Mam trzy hipotezy:
1) zdechły z zimna,
2) zdechły z zimna i pływały brzuszkami do góry to je Lolka pożarła,
3) Lolka je pożarła w nocy, bo uwielbia dziczyznę.

Tak więc szybko straciliśmy wodne zwierzątka... I przecież nie o kasę tu chodzi! Chyba o naszą głupotę...


wtorek, 8 listopada 2022

Bolonia pachnąca... mortadelą

Uwielbiam Włochy, odwiedzam je w miarę często, nigdy jednak nie wpadłam na pomysł, by dotrzeć do Bolonii. Nie wiem, z jakiego powodu omijałam dotąd to centrum mojego mortadelowego świata. Chyba nie kojarzyłam faktów. Na szczęście zaległość została niedawno nadrobiona!
Wybrałam się do Bolonii, i był to całkowity przypadek. Celem mojej podróży miała być właściwie Faenza - miasto ceramiki, położone jakieś 40 km od Bolonii. Ponieważ samoloty nie latają do Faenzy, wybrałam Bolonię, i cieszę się bardzo, że ta geograficzna koicydencja pozwoliła mi wpaść w zachwyt, pomnożony przez dwa! O Faenzy napiszę kiedy indziej, bo też jest tego warta. Dziś o mojej mortadelowej Bolonii. Cudo! Miasto niezwykłej urody (ha, pokażcie mi jakiekolwiek miasto we Włoszech pozbawione urody...), troszkę inne od znanych mi pereł północy (np. Mediolanu).
Czerwone jak cegła, gęsto zabudowane palazzo, o ciasnych oraz szerokich ulicach, wypychane bryłami kościołów czynnych i zapomnianych, muzeami, fontannami, wieżami, najstarszym uniwersytetem. Jeśli wierzyć aplikacji mierzącej moje kroki i pokonywane dystanse, pewnego dnia zrobiłam 25 km po Bolonii posługując się wyłącznie nogami!
Kulinarnie to mekka italofanów. Tortellini, tortelloni, mortadela (z truflami, pistacjami - moje ulubione smaki, ukochana wędlina), salami i inne kiełbasy, szynka z pobliskiej Parmy, ocet balsamiczny z pobliskiej Modeny, trufle z pobliskiej Ravenny... Było co degustować!
Nie tylko kulinaria stanowią o potędze miasta. Tu produkuje się motocykle Ducati, samochody Lamborghini i Maserati, w pobliskiej Ferrarze - Ferrari... Z Bolonii pochodził Pier Paolo Pasolini - reżyser i pisarz, oraz G. Marconi, który ukradł Tesli patent na radio i uważany jest za jego wynalazcę, choć to nie on był pierwszy. Jego imię nosi lotnisko, oraz nowoczesna kolejka (monotrail) napowietrzna, łacząca lotnisko z dworcem kolejowym. Nic jednak nie opisze tego, co czułam zanurzając się w to miasto. Zachwyt, zachwyt i ciągłe zdumienie. I niedosyt. I euforia. Spotkało mnie jedno, jedyne rozczarowanie: była nim wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej _MoMa. Jakaś katastrofa natury estetycznej, no i chyba jedna duża sala ekspozycyjna to za mało, by nazwać instytucję muzeum, prawda? Oto jeden z eksponatów - kiecka damska z wielkiej opony.
Naprawdę nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z wizytą w tym mieście. Na pewno tu wrócę, zostało mi jeszcze jakichś kilkaset palazzo do podziwiania!

poniedziałek, 19 września 2022

Prostackie instrukcje rządowe: zbieraj chrust, bo nie ma węgla i naucz się robić kupę w lesie.

Pewien dzisiejszy post na fb poruszył moje poczucie estetyki i uraził przekonania... stylistyczne, oraz językowe. Chodzi o instrukcję, opracowaną przez pewne nadleśnictwo (jak sie potem okazało, nie jedno), a dotyczącą tego, cytuję: Jak zrobić kupę w lesie. Bosko! I bezpośrednio! Po co owijać w ... papier toaletowy? Jednak, litości! A oto na dowód, zdjęcie bardzo kolorowej, obrazowej tablicy:
Po moim komentarzu pod tym postem, który brzmiał: Wydaje mi się, że autor tej instrukcji to ten sam geniusz od 15 punktowego regulaminu patriotycznej ławeczki, pojawiły się nieprzychylne dla mnie riposty fanów tejże instrukcji. Ogólnie, z wielu komentarzy wynikało, że większość taką właśnie instrukcję uważa za niezbędną, konieczną. Jeden z moich polemistów zauważył: Akurat myli się Pani. Ta instrukcja pokazuje tylko tyle i aż tyle, że ludzi zapomnieli, że las nie jest ich własnością i nie jest toaletą. Wiadomo, przyszpili czasami kogoś - siła wyższa. Saperki nikt ze sobą nie nosi 😅 A ta instrukcja, prosta jak drut, tłumaczy, jak nie robić syfu. Zaskakująca konstatacja: to las państwowy nie jest moją własnością? A czyją jest? Nie jest toaletą? Owszem, nie jest, ale akurat ten produkt jest najbardziej eko z ludzkich wytworów i ma szansę zniknąć z pożytkiem dla lasu. W przeciwieństwie do stert plastiku, butelek, gruzu, opon i innych śmieci, które szanowny obywatel zostawia w lesie. Kupa jest najmniejszym dla lasu problemem. Ale skoro nadleśnictwo pochyliło się nad tą kwestią, musi być doskwierająca. I uznawszy jej zasadność, skupmy się (haha) nad formą. Czy nie można było ubrać tych wskazówek w bardziej elegancką treść? Na szybko spreparowałam taki plakacik:
Czy wszelkie odezwy, które rząd lub jego organy kierują do suwerena muszą zakładać całkowity jego (suwerena) debilizm? Najpierw niefrasobliwie każe nam rząd zbierać chrust w lesie, potem zatruwa nam Odrę, zezwalając na spuszczanie ścieków państwowym firmom i obarczając winą Niemców oraz Tuska. A teraz nagle uznał za konieczne poinstruowanie obywateli JAK ZROBIĆ KUPĘ W LESIE, bo wszak w domu każdy umie. Najbardziej mnie martwi, że wśród komentatorów tego postu nikt, ale to nikt nie skrytykował prostackiej formy tej leśnej instrukcji. Ciekawam, kto jest jej autorem? Jakiś świetny, leśny copywriter zapewne... Ciekawe też, ile kosztowała jego twórcza praca, i ile takich tablic stanęło w lasach (widziałam dwie, na zdjęciach, różniły się nieco, chociaż tytuł i treść były podobne).