czwartek, 13 lutego 2020

My, Wrocławianie!

Poszliśmy z mężem poszlajać się po naszym mieście, bez samochodu, przy pięknej pogodzie - bajka. Celem był Rynek, coś tam załatwialiśmy na poczcie, potem spacer powrotny do domu przez Ostrów Tumski. Na Ostrowie złapał nas głód, ujrzawszy więc miłą, małą restauracyjkę "Isola"z cuccina italiana weszliśmy.

Przejrzeliśmy kartę, mnie już mocno burczało w brzuszku, więc kiedy podeszła do nas młodziutka kelnerka uśmiechnęłam się do niej szeroko, zachwycona tempem obsługi zgłodniałych wędrowców. Na to kelnerka złapała się za serce i wyznała:
- Ojej, pani się tak pięknie do mnie uśmiecha, taka pozytywna energia mnie dosięgła, kocham Wrocław, kocham to miasto!
- My też je kochamy... - wtrąciłam nieśmiało, ale dziewczyna już się rozgadała: - Bo wiecie państwo, mieszkam tu dopiero od 4 miesięcy, ale to miasto jest takie niezwykłe, tu są bardzo mili ludzie, nie to co w Warszawie. Tam też pracowałam, ale tam wszyscy gdzieś pędza, spieszą się, gonią za pieniędzmi. Tu jest inaczej, naprawdę, niesamowita jest atmosfera tego miasta... Uwielbiam Wrocław!
A my uwielbiamy Isolę - wspaniała kuchnia! Moje gnocchi z truflami były wyborne, a carbonara męża nie pływała w sosie śmietanowym, tylko w czymś bardziej wyrafinowanym smakowo.



niedziela, 9 lutego 2020

Z cyklu cigar aficionado: Egon Olsen i jego gang!

Dziś wpadł mi w oko w TV jeden z filmów duńskich o przygodach gangu Olsena. I olśniło mnie: przecież mózg tegoż gangu, Egon Olsen to namiętny cygarowy aficionado. Zawsze ma je w ustach!

Duńska kinematografia raczej nie jest szeroko znana na świecie. Z jednym wyjątkiem - 14 filmów z gatunku komedii kryminalnych, opowiadających o przygodach gangu trzech kompletnych nieudaczników porywających się na skoki na banki, sejfy i skarby prawdziwych mafiosów...

Pierwszy film z tego cyklu powstał w 1968 r. i bawił do łez. Szybko (prawie co roku) pojawiały się kontynuacje - zawsze z tą samą obsadą aktorską, oraz scenariuszowo-reżyserską. Przyznaję, że był to jeden z moich najbardziej ulubionych filmów dzieciństwa, obok serialu o Arsenie Lupin i Randallu i duchu Hopkirka.
Filmy z gangiem Olsena mają podobny schemat: oto z więzienia wychodzi Egon Olsen, geniusz akcji i mózg gangu. W więzieniu, do którego trafia zawsze w wyniku splotu przezabawnych okoliczności, obmyśla plan kolejnego skoku, w który wtajemnicza swoich dwóch kompanów.
Egon nosi się wytwornie - garnitur, biała koszula, melonik i cygaro w ustach, które nie wypada z nich nawet wtedy, gdy przeciwnik pozbawia go przytomności uderzeniem w głowę i temu podobnymi zabiegami. Nigdy nie jest na tyle "zwiotczały", by wypuścić cygaro z ust, fenomenalne!
Czyżby cygaro pomagało Egonowi skoncentrować się na szalenie skomplikowanych i ambitnych planach zdobycia fortuny, a w szczególności na otwieraniu sejfów, w czym się specjalizuje? Czyżby cygara miały, w jego przypadku, ogólnie stymulujący wpływ na pracę mózgu? Ha, pretekst do przetestowania na sobie i wyzwanie dla badaczy! :-)



                                                    a tu cała przestępcza trójca:


środa, 5 lutego 2020

Zapach cygar w perfumach, czyli Habanita i Cuba

Mój kubański fiś trwa. Szykuję się do tej podróży już od miesiąca (jedna walizka już całkowicie spakowana, druga w połowie) i, można powiedzieć - od stóp do głowy. Właśnie nabyłam cudne plażowe klapencje. I dwa zapachy, które mają być kwintesencją kubanizmu.

Na pierwszy zapach trafiłam przypadkiem. "Habanita" to perfumy starej francuskiej firmy z Grasse - Molinard'a.  Przekładając na polski nazwa oznacza Hawaneczkę, małą Hawanę. Całkiem pieszczotliwie, prawda?
Wykreowane zostały prawie 100 lat temu, w 1921 roku! Niesamowicie erotyczny, czarny flakon (nota bene autorstwa Lalique) zachęcił mnie do zakupu, mimo obaw, że zapach będzie bardzo, ale to bardzo retro. W takiej butelce? W życiu!
Musiałam po prostu sprawdzić na własnym nosie takie zderzenie woni. Ostatnio zanurzałam się w Escentric Molecules, czyli w epokę rakietową w zapachach, a nie w czasy dwubiegowych Fordów.

Habanita uderzyła mnie w nos czymś dusznym i pudrowym. Ciężki zapach, no dusicielka wręcz. Całkiem jak cygarowa mgła, która wciska się w każdy włos. Drażni, odbiera dech. Zapach staroświecki jakiś taki. Radzieckie duchi w czasach komuny pachniały właśnie tak: słodko i powalająco. Habanita jednak słodyczy w sobie za wiele nie ma. Dusi, ale nie kwiatowo, dusi raczej po męsku, cygarowo, zdecydowanie i namiętnie. Bo orientalnie. To pierwsze orientalne perfumy we francuskim perfumiarstwie, ikona zapachu, coś nieprzemijającego, otoczonego sławą. I pomyśleć, że zostały stworzone najpierw jako zapach służący do aromatyzowania papierosów! No to proszę, związek z tytoniem jednak jest!
Nie bez znaczenia jest też rok powstania zapachu: początek szalonych lat 20., art deco, bohemy, zepsucia, kabaretu. To czasy, gdy Hawana była azylem dla Amerykanów, uciekających od prohibicji w hawańskie Tropicana Kluby, w których cygarowy dym snuł się wokół par tańczących przepełnione erotyzmem figury, odurzonych rumem. Atmosfera, której próżno dziś szukać, nawet w tej samej, nostalgicznie staroświeckiej Hawanie. Ale ten zapach w jakiś magiczny sposób ją przywołuje. Sprawdzę osobiście, czy to próżne obietnice, czy też Hawana nadal jest takim pulsującym namiętnością miejscem na Ziemi. I czy są tam takie Hawaneczki: silne, piękne, temperamentne femme fatale, które tańczą półnagie na stole i znikają w cygarowej mgle kiedy chcą i dokąd chcą...

Poza tym wydaje mi się, że te perfumy potrzebują nieco wyższych temperatur, niż te, które oferuje Wrocław w styczniu i lutym...

Drugi zapach nazywa się po prostu Cuba i pochodzi z The Library of Fragrance. Zapach z 2015 roku zawiera liście tytoniu, przyprawy i trzcinę cukrową. W przyprawach może być imbir, gdyż z tej własnie rodziny roślin pochodzi narodowy kwiat Kuby - Hedychium coronarium. 
Zapach jest słodki, pulsujący tropikami, z nutą najpiękniej dla mnie pachnących (niezapalonych) kubańskich cygar: Hoyo de Monterrey.
Marka Library of Fragrance (Biblioteka zapachu) to amerykańska firma produkująca zadziwiające perfumy: m.in. o zapachu siana, śniegu, prania, domu pogrzebowego, trawy, gumy balonowej, mokrego ogrodu. Jest ich dużo, kwiatowe są monotematyczne (bez, mirt, koniczyna, zielona herbata i inne).
Nie są to zapachy trwałe czy ekscytujące, ot zabawa raczej z aromatami, które towarzyszą codziennym czynnościom i tyle. Cuba jest jednak przyjemna, a w postaci olejku perfumowanego jest miła w użyciu i nieco może trwalsza.

I takie to moje kubańskie podróże zapachowe przed podróżą...

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Wino z opon, czyli koneserzy są wśród nas

Wieczorny relaks z lampką czerwonego wina. Ja kończę otwarte wcześniej - ostatni już kieliszek Dornfeldera, a mąż pije z nowej butelki, jakieś hiszpańskie.

Moje niezwykle mi smakuje, do Brillat-Severin'a oczywiście. Mlaskam i wzdycham z ukontentowania. Dziwne, bo poprzedniego dnia wino w ogóle mi nie smakowało! Co tylko potwierdza moją tezę, że wino to żywa istota...
Mąż upija swoje winko i minę ma niezbyt zachwyconą. Podsuwa mi swój kieliszek i pyta, co o nim sądzę.
Wkładam nos do kieliszka i zaciągam się. Dziwny zapach. Nieprzyjemny. Jakaś guma...
- Wiem! - wykrzykuję - To wino pachnie, a raczej śmierdzi starymi oponami!
Na co mąż z zaciekawieniem konesera:
- Michelin czy Goodyeary?


czwartek, 16 stycznia 2020

Z cyklu "aficionado" - Stalin

Wracam znowu na chwilę do cyklu cygarowego. Po pierwsze dlatego, że szykuję się do podróży na Kubę za miesiąc, więc temat u mnie ponownie aktualny. Po drugie, próbuję opisać wakacyjną podróż do Gruzji i Armenii, podczas której widziałam wiele pejzaży, poznałam mnóstwo historii, anegdot, miejsc, muzeów. Wśród nich - muzeum Stalina w Gori (mała litera zamierzona).

Wszystko mi się tak jakoś splotło - historia Kuby, jej cygara i oczywiście komunistyczna rewolucja Fidela Castro i Che Guevary. Do tego Stalin - najsłynniejszy Gruzin, okrutny i bezwzględny przywódca komunistycznego Związku Radzieckiego. I jak się okazało - aficionado (palacz cygar). A jak się to okazało? Otóż, na trasie wędrówek gruzińsko-armeńskich znalazło się miasto Gori - miejsce urodzenia Stalina, Gruzina z krwi i kości. Zwiedziłam to muzeum w celach poznawczych. Przewodnik pozostawił nam wybór, uznałam, że warto, bo być może pozwoli mi to zrozumieć gruzińską mentalność. 
Dla Gruzinów, nie tylko z miasta Gori, Stalin jest kimś wybitnym, bohaterem, dumą narodu gruzińskiego. Tak! Kimś, kto zaszedł najdalej jak można. Syn biednego szewca z prowincji rządził połową świata (nota bene oryginalna bieda-chatka rodziców Stalina jest umieszczona przed gmachem muzeum niczym bezcenne wykopalisko archeologiczne). 
jego dom rodzinny, przeniesiony w całości przed muzeum
W czasie jego rządów w ZSRR panował uznany państwowo terror, który spowodował śmierć 20 milionów ludzi, oraz trudną do ustalenia liczbę ofiar deportacji, zesłań i niewolniczej pracy w łagrach (obozach). W tym muzeum nie ma miejsca na opowiadanie faktów, tu czci się jednostkę, a niewygodne historie przemilcza. Jak widać, bohaterowie mogą mieć dwa odcienie Mocy. 
przepych ekspozycji
Muzeum zwiedzałam pobieżnie, nie byłam w stanie czytać tych wszystkich tekstów i podpisów pod setkami zdjęć z czasów dzieciństwa, młodości etc. Nie interesowało mnie to. Przyznaję, to było dziwaczne doświadczenie muzealne, a kocham przecież muzea wszelkiej maści. Podobne kiedyś przeżyłam w Dolinie Bekaa, zwiedzając muzeum Hamasu... 
Wrócę jednak do Gori - w tym majestatycznym mauzoleum, zbudowanym w stylu czystego socrealizmu, z marmurami, żyrandolami jak w pałacu, ujrzałam m.in. gablotkę z osobistymi rzeczami Stalina. 

hol muzeum
Wśród nich leżały straszliwie porozwijane (bo wyschły na wiór) cygara kubańskie... Znak luksusu, władzy, koneksji... Próbowałam rozpoznać markę po vitolach.
gablotka ze skarbami

cygara, których Stalin nie zdążył wypalić...

Co ciekawe, Stalin zmarł w 1953 r. - w tym samym Fidel po raz pierwszy poprowadził rewolucjonistów do ataku na koszary. Do władzy Castro się dorwał dopiero w 1956, więc grubo po śmierci Stalina. Zastanawiam się więc, skąd Stalin czerpał swoje zapasy cygar, skoro na Kubie  nie było jeszcze rewolucji?
Poza tym na większości zdjęć Stalin pokazywał się z fajką. Był nawet taki dowcip:
"Stalin dzwoni do Berii:- Ławrientij ... za cholerę nie mogę znaleźć mojej fajki.- Tak jest Towarzyszu Stalin, natychmiast wszczynamy poszukiwania.Po czterech godzinach Stalin dzwoni ponownie, Beria od razu recytuje: 
- Towarzyszu Stalin, zaginięcie fajki jest skutkiem spisku - głównie trockistów i zinowjewowców. 200 osób aresztowaliśmy, 150 już przyznało się do winy, trybunał wydał 30 wyroków śmierci, które wykonano. Na co Stalin 
- Ławrientij - poczekaj, fajka się znalazła".
W rzeczywistości Stalin używał wielu fajek, głównie brytyjskiej i rodzimej produkcji. Fajką dyktator wyznaczał na mapie granice, dodawała on
elegancji jego portretom.
Ale znalazłam też taką wersję:

Dzwoni rozjuszony Stalin do swojego doradcy:
-Juri, Juri! Ktoś ukradł mi moje cygaro. Znajdź ścierwo i zabij od razu.
-Tak jest towarzyszu. Dowiem się kto to!
Dwa dni później dzwoni Stalin do swojego doradcy:
-Yy, no Juri.. No bo ja y..
-Proszę się nie martwić towarzyszu. Mamy 120 000 podejrzanych, 2000 przyznaje się do winy a 25 000 już zabiliśmy. Jesteśmy bliscy prawdy.
-To dobrze, ale ja te cygaro znalazłem po łóżkiem.


No to tego nie rozwikłam, czy Stalin palił cygara, czy fajkę jednak. W sumie, chyba mi aż tak na tym nie zależy, by był aficionado. Syn szewca i cygara? Eeee tam!
Na koniec jeszcze dziwaczność, jakich mało - maska pośmiertna mordercy. Bez fajki i bez cygara!




środa, 15 stycznia 2020

Ormianie - ludzie Księgi

Zabierałam się za spisanie wrażeń z wakacyjnej podróży do Armenii. Przeglądając internety w poszukiwaniu nazw miejsc, które mi się zatarły w pamięci trafiłam na opowieść, którą mnie wprawiła w wielkie zdumienie.

Byłam zbyt krótko w tym niezwykłym kraju, by go starannie obejrzeć, a i nasz przewodnik nie miał w planach oprowadzenia nas w Yerewanie po niezwykłym miejscu - Bibliotece zwanej Matenadaran!
Ormianie to naród niezwykły, a wiele wątków ich historii jest paralelnych z losami Żydów, z tragedią ludobójstwa włącznie. Co ciekawe, oba narody się ignorują. Tam gdzie są Żydzi, nie ma Ormian - oba narody uważają się za najmądrzejszych na świecie. I tak samo dobrze umieją handlować, mają podobnie "tęgie głowy" w wielu dziedzinach nauki, sztuki. Nie ma więc między nimi złości, ale nie ma też miłości. Holocaust uznał cały świat, natomiast Ormianie nadal walczą, aby wymordowanie ich półtora miliona  przez Turków nazwać głośno ludobójstwem. Turcja wciąż nie przyznaje się do tego czynu.
Ararat na drugim planie
Ormianie to potomkowie Noego. Żyjący niegdyś w potężnym królestwie, dziś mieszkają w maleńkim kraju, bez dostępu do morza – w Armenii. Większość synów tego narodu żyje poza jego granicami, w diasporze (podobnie jak Żydzi). Ich święta góra – Ararat, chwilowo przebywa poza domem, jak żartują, w dodatku na terytorium śmiertelnego wroga - w Turcji. Góra znajduje się w centrum godła państwa. 

Kolebka cywilizacjiArmenia leży w kolebce cywilizacji, tych, z których my, Europejczycy się wywodzimy. Dzieje Armenii liczone są w tysiącach lat. Najstarsze narzędzia kamienne, znalezione koło Yerewania mają ponad pół miliona lat! Ormianie pierwszy rozbiór swego państwa przeżyli 2500 lat temu, a odrodzenie w IV wieku naszej ery. W 301 roku stali się jako pierwsi na świecie - narodem chrześcijańskim, zanim chrześcijańskie stało się Imperium Romanum.Obecnie z dwóch stron graniczą z wrogami. Uprawiają mało żyzne, kamieniste ziemie, które otrzymali od Stwórcy. Karastan -  nazywają  swoją ojczyznę (dosłownie: Kraj kamieni). Według ormiańskiej legendy, Bóg przy stworzeniu świata przesiewał ziemię i skały przez ogromne sito. Ziemia została rozrzucona po świecie, a kamienie trafiły w jedno miejsce, tu gdzie leży Armenia. Niesamowicie bogata historia, którą trudno streścić w tysiącu słów. Ormianie posługiwali się językiem spokrewnionym z tym, którym posługiwał się Chrystus (czyli z aramejskim). Mają własny alfabet od 405 r. n.e. i posługują się nim do dziś. Język ormiański należy do rodziny języków indoeuropejskich, znajdziemy w nim sporo zapożyczeń z hindu, perskiego, arabskiego, greki i łaciny. Obecnie mówi w nim ok. 6 milionów ludzi na całym świecie (diaspora). Współcześnie w Armenii mieszkają 2 miliony Ormian, natomiast aż 8 milionów tworzy poza granicami silny i solidarny organizm. Mieszkają wszędzie. Chętnie odwiedzają bliskich w Armenii, jeszcze chętniej przysyłają pieniądze i fortunę do kraju, który kochają miłością niezłomną. Nauczyli się sztuki przetrwania - wszystkie sąsiednie mocarstwa dążyły do podboju i zniewolenia Ormian. A to Persowie, to znów Bizancjum, Arabowie, Turcy Osmańscy, Rosjanie, Azerowie. Przez całe swoje dzieje musieli walczyć, przez wieki niewoleni (m.in. przez 800 lat przez Arabów) zachowali swój język, kulturę, wiarę. Wiedzą, że budowle i pomniki, a nawet monastery można zburzyć, jednak pozornie kruche księgi zachowają pamięć o narodzie. Słowo pisane jest najpotężniejsze, dlatego wielką czcią otaczają księgi, manuskrypty, które traktują jak człowieka.
Zbudowali w stolicy swego kraju, Yerewaniu (jego początki, jak Rzymu, sięgają VIII w p.n.e.), prawdziwy sejf w skale, bo tych akurat mają pod dostatkiem. Skała chroni go nawet przed wybuchem jądrowym. Przechowują tam nie złoto i skarby świata całego, lecz księgi świata całego. To centrum ich tożsamości, pamięci, historii, oraz historii innych narodów  - Matenadaran!

Odwieczni tłumacze i bibliofileNatychmiast po stworzeniu alfabetu na początku IV w n.e. Ormianie wzięli się za tłumaczenie na swój język i kopiowanie w swoim alfabecie Biblii, oraz wszystkich dostępnych dzieł greckich, łacińskich, perskich, egipskich, arabskich, a nawet chińskich. W VI w. przetłumaczono na ormiański  pisma Arystotelesa i pozostałych filozofów greckich i rzymskich, setki tytułów literatury antycznej. To Ormianom zawdzięczamy ocalenie manuskryptów, niezachowanych nigdzie indziej. Tworzyli też własne księgi: Historia Armenii Mojżesza Choreńskiego (475–480), a w V w. wielki epos ormiański  Dawid z Sasunu. Skryptoria znajdowały się przy monasterach, a przepisywaniem ksiąg trudnili się mnisi. Pomimo wielu wojen zachowało się tysiące ksiąg, które zgromadzone są w jedynym na świecie muzeum-bibliotece Matenadaran (zbiory obejmują ponad 15 000 manuskryptów, z najstarszymi, z V wieku). Kodeksy były bogato ilustrowane miniaturami. Można je swobodnie przeglądać w Matenadaranie. Niestety, nie byłam tam.


A tu jeszcze z innej beczki, już nie ormiańskiej, ale dotyczącej ksiąg:
niezwykła biblioteka...

niedziela, 5 stycznia 2020

Dzieła sztuki remontowej

We Wrocławiu jest w Śródmieściu osiedle zwane Nadodrze. Kiedyś zapyziałe, trochę straszne, zabudowane ciasno poniemieckimi, niegdyś zaniedbanymi kamienicami i mieszkańcami takiej niespecjalnej konduity, mówiąc elegancko i okrężnie. 
Jednak od kilku lat to część miasta  aspirująca do artystycznej bohemy. Dużo tu obecnie różnych małych pracowni rzemiosł wszelakich, artystycznych, oraz pięknie odnowionych budynków, klimaty i nastroje inspirujące i aspirujące, zwłaszcza gdy w maju nadchodzi "Noc Nadodrza". Wszystkie pracownie stoją wtedy otworem, można błąkać się po uliczkach, zaglądać artystom w garnki.

Zabłąkałam się tu kiedyś, normalnie w ciągu zwykłego dnia, szukając człowieka, z którymi miałam przeprowadzić wywiad. Trafiłam na lokal użytkowy w stanie remontu. To, co zobaczyłam w witrynach zmusiło mnie do sięgnięcia po aparat... Popatrzcie sami:




Można być kreatywnym, mając do wykorzystania zużytą butle po gruncie malarskim, trochę rur, kabli i wężyków? Można!

sobota, 4 stycznia 2020

Od sera do francuskiego konesera...

Mam ulubiony ser pleśniowy. Dostępny jest tylko w Auchan. Nazywa się Brillat-Savarin. Jest miękki, kremowy. Kiedy się rozgrzeje w pokojowej temperaturze po prostu roztapia się w ustach. Wybitny. Mogłabym go jeść łyżkami, a już z winem, to litrami!
Nazwa nic mi nie mówiła, do czasu.
Ser został stworzony w 1890 r przez serowarską rodzinę Dubuc z Normandii. Z początku nosił nazwę "Excelsior" lub też "Délice des gourmets" (przysmak smakoszy). Przypadkiem dowiedziałam się, że został nazwany na cześć francuskiego męża stanu, smakosza i autora książek o jedzeniu - Jeana Anthelme'a Brillat-Savarin. W 1930 roku serowar Henri Androuët zmienił nazwę sera na tę obecnie obowiązującą - Brillat-Savarin. Ser jest obecnie produkowany w Burgundii. Ma ok. 13 cm średnicy i 4 cm wysokości - tyle wspaniałego smaku w tak w niewielu centymetrach! Dojrzewa przez 3-4 tygodnie, do pojawienia się cieniutkiej, puszystej warstwy białej pleśni bez skórki jak na camembert czy brie. Wytwarzany jest z mleka krowiego i świeżej śmietany dodanej w ilościach potrójnych. Bardzo tłusty, kaloryczny, ma aż 72% tłuszczu w tzw. suchej masie. Potrójny Brie i foie gras wśród serów. Ponoć pasują do niego mocne czerwone wina, ale najbardziej... młody szampan!

Tyle o moim ulubionym serze, a teraz o koneserze: Jean Anthelme Brillat-Savarin (1755–1826)  był epikurejskim smakoszem, autorem monumentalnego dzieła "Fizjologia smaku". I nie jest to tylko  książka o kulinariach, ale wybitne stylistycznie dzieło literackie! To on powiedział: „posiłek bez sera jest jak piękna kobieta bez oka”.Wszechstronnie kształcony w naukach prawniczych, medycznych, chemicznych. W czasie rewolucji francuskiej trochę w niej uczestniczył, ale potem skazany na śmierć, musiał uciekać do Szwajcarii, potem do Ameryki. Uczył tam gry... na skrzypcach, nawet grał w orkiestrze jako pierwszy skrzypek! W 1796 wraca do Francji i pełni wysokie funkcje w Dyrektoriacie, w Trybunale Kasacyjnym. Jako prawnik napisał kilka książek z tej dziedziny, ale także z ekonomii i wojskowości. Sławę przyniosło mu dzieło o rozkoszach stołu, okraszone humorem, pełne anegdot, ciekawostek obyczajowych z różnych zakątków ziemi, a nawet pomysłów upiększających życie, jak w tym fragmencie: "na radzie zarządu Towarzystwa Zachęty do Rozwoju Narodowej Industrii przedstawiłem przyrząd mego pomysłu, i r o r a t o r, to jest fontannę pod ciśnieniem przeznaczoną do perfumowania apartamentów. Przyniosłem w kieszeni moją machinkę tęgo naładowaną; obróciłem kurek i pachnąca para, z gwizdem ulatując z jej wnętrza aż pod sufit, w kropelkach jęła opadać na osoby i papiery. Wówczas z niewypowiedzianą rozkoszą ujrzałem, jak najuczeńsze głowy stolicy pochylają się pod moją iroracją, i nie posiadałem się z radości widząc, że najbardziej pokropieni mieli miny najbardziej szczęśliwe."
Urocze, prawda? Mam wrażenie, że Fizjologia smaku stała się kwintesencją francuskiego podejścia do gastronomii, które jest żywe po dziś dzień. Autor znany jest jeszcze z takich bon-motów: Losy narodów zależą od sposobów ich odżywiania. Odkrycie nowego dania większym jest szczęściem dla ludzkości niż odkrycie nowej gwiazdy. I najsłynniejszy: Powiedz mi, co jesz, a ja ci powiem, kim jesteś...

środa, 1 stycznia 2020

Pocieszenie

Z cyklu dialogi na cztery nogi z mężem:

Budzę się po ciężkiej od koszmarów nocy - najpierw niepokoił mnie pożar kamienicy w pobliżu domu mojej mamy, potem śniło mi się coś tam. Jakaś zalękniona obudziłam się, patrzę w optymistyczne oblicze męża w łóżku i proszę: powiedz, że wszystko będzie dobrze...
- Ale co?
- No, wszystko!
- Będzie dobrze.
- Powiedz mi jeszcze coś podnoszącego na duchu... - kontynuuję prośbę, bo mi mało.
- Dźwig?
- ??????
***********************************************************************
Jesteśmy w pałacu, w pokoju (bo zamówiliśmy sobie tam nocleg również), szykujemy się do imprezy  sylwestrowej w stylu Jamesa Bonda. Mąż już w smokingu, ja po makijażu zaczynam wciskać się w sukienkę i proszę męża o zapięcie długiego zamka, z tyłu kreacji:
- Zapnij mi, proszę...
- Ja dzisiaj tylko rozbieram! - odpowiada na to mój osobisty Bond, James Bond.








czwartek, 26 grudnia 2019

Regaty Sydney-Hobart 2019

Dziś ruszyły jubileuszowe, 75-te regaty z Sydney do Hobart. Mordercza trasa (nie ze względu na odległość w milach, ale raczej na pułapki żeglarskie między Australią a Tasmanią), oraz wyścig z czasem, rywalami i oceanem na jachtach bez najprymitywniejszych choćby wygód (chodzi o to, by były jak najlżejsze).

Dwa lata temu byłam tam i na własne oczy widziałam finał wielkiej żeglarskiej imprezy o niesamowitej renomie z powodu trudności. Trasa długości 1163 km w linii prostej to 6 różnych odcinków, m.in.: start w ciasnym Sydney Harbour, złowieszcza Cieśnina Bassa, nieobliczalna Storm Bay i meta w Hobart. Na starcie w tym roku pojawiła się rekordowa liczba 157 jachtów. Po ośmiu godzinach dwa z nich zakończyły już swój udział. Polacy płyną na "Maserati" i nie mają zbyt ambitnych planów - wielkim sukcesem jest start i zakończenie regat, oraz imprezka w słynnym klubie w Hobart. Jeśli przy okazji uda się im zdobyć jakieś dobre miejsce, to chwała.

Dwa lata temu na własne oczy widzieliśmy finał. Ależ się działo! Na fb zamieściłam taką krótka relację: 
"Ale się dziś załapałam: najpierw na dekorację zwycięzców (jednak Comanche po proteście przeciw Wild Oats XI), a potem na finisz polskiego jachtu Weddell!
W porcie pojawiła się spora grupka fajnych dziewczyn, jednakowo ubranych w żeglarskie koszulki, jak się okazało był to team żon, córek itp. chłopaków z Weddella. Dziewczyny rozwinęły polską flagę, więc szybko dołączyliśmy do kibicowania. Ponieważ port w Hobart to miejsce kameralne (w porównaniu do Sydney), można tu zajrzeć na każdy jacht i pogadać z każdą załogą, więc otarłam się o żeglarski creme de la creme. Fantastyczna impreza!
Zdjęć brak niestety, bo z aparatu foto nie ściągnę tak szybko..."


Teraz już mogę zdjęcia zamieścić...













środa, 25 grudnia 2019

Panteizm

Z cyklu dialogi na cztery nogi z mężem. Przedświąteczne dywagacje śniadaniowe...

Ja: Wiesz, przechodzę na panteizm.
Mąż: A co to jest?
Ja: Hm, wiara w to, że Bóg jest wszędzie.
Mąż: Aha, dlatego pan a nie paniteizm?
Ja: Nie dlatego, po prostu to słowo, które z greki pochodzi. Wiesz, "pan" oznacza wszystko... Jakby tu wytłumaczyć - staram się, w końcu uczona w martwych językach jestem. - Jak były w starożytnej Grecji igrzyska panhelleńskie, to dotyczyły wszystkich miast-państw.
Mąż:?
Ja: No dobra, to dajmy na to - panteon, dom, świątynia  wszystkich Bogów... - ciągnę tłumaczenie z greki na nasze.
Mąż: A Pan Samochodzik?
Ja: ???

czwartek, 19 grudnia 2019

Przełomy w życiu kobiety

W życiu kobiety są dwa momenty przełomowe: kiedy ktoś zwróci się do niej po raz pierwszy per "pani", oraz dzień, w którym ktoś ustąpi jej miejsca w tramwaju...

Oba już zaliczyłam. 
Pierwszy przełom nastąpił w wieku nastu lat - (miałam wtedy chyba 13-14), gdy w sklepie ekspedientka zapytała: co dla pani? Dla PANI. Okropnie byłam z tego dumna, taka dorosłość bez dowodu osobistego, ha! W sekundę stałam się kobietą!

Drugi przełom nastąpił trzy dni temu. Ta tragedia spotkała mnie w tramwaju. Jakieś dziewczę chciało mi ustąpić miejsca, mimo że wsiadłam z mężem, i od razu skierowaliśmy się ku miejscom stojącym. Roześmiani i pełni energii, bo jechaliśmy do Rynku na jarmark bożonarodzeniowy. Rozumiem, gdybym wiozła tramwajem telewizor lub wsiadła z hipopotamem, ale tak???? Załamka.

I nawet nie mogłam zareagować jak moja przyjaciółka, rówieśniczka, w podobnej sytuacji tramwajowej. Bo ta dziewczyna jakoś mnie od tyłu zaszła, a przyjaciółka po prostu przytrzymała ramię młodzieńca, który usiłował poderwać się z miejsca, z cichym rozkazem: Ani się waż!


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Wrocław jak Sydney...

Dwa lata temu, o tej porze roku, podczas mojej podróży życia do Australii, zwiedzaliśmy Sydney nocą. Specjalnie wybraliśmy się na przedświąteczny pokaz laserowy przy katedrze.

Nie miałam pojęcia, że będzie to tak piękne.
Upał zelżał, lekki wiaterek pozwalał oddychać. Laserowej projekcji towarzyszyła muzyka i osobliwe dźwięki wydawane przez... nietoperze, całkiem dobrze czujące się na pokazie. Miały najwyraźniej  chęć dołączenia się do występu. Feeria barw, która co kilkanaście sekund pokrywała fasadę katedry. Zmieniające się kolory i wzory jak w starodawnym kalejdoskopie... Byłam zachwycona!


A wczoraj, we Wrocławiu trafiliśmy przypadkiem na piękny świetlny spektakl pt. Zaczarowany Ogród, w Parku Staromiejskim. Na fasadzie przecudnej urody budynku Teatru Lalek wyświetlany był podobny pokaz. Oprócz niego park "zaludniły" różne świecące w ciemnościach stworzonka, a nawet wielkie muchomorki...


niedziela, 8 grudnia 2019

Hedy Lamarr - kobieta, którą warto poznać!

Taki tekst o woman-power mi się urodził. Nigdy wcześniej nie słyszałam o Hedy Lamarr. A wpadła mi w ręce książka "Krótka historia jednego zdjęcia kobiety", bardzo ciekawa. Stąd zaczerpnęłam inspirację...


Jest to pseudonim Austriaczki, która przed II WŚ zrobiła karierę w Hollywood. Nazywana najpiękniejszą kobietą świata, jest obecnie zapomnianą gwiazdą, mimo że zagrała w wielu filmach z najwspanialszymi aktorami. Partnerowała Clarkowi Gable, Spencerowi Tracy. No i dzięki niej rozwinęła się ta dziedzina elektroniki, która pozwala nam obecnie na łączność bez kabli: wi-fi, bluetooth czy GSM.
Hedy Lamarr (czy raczej Hedwig Eva Maria Kiesler) urodziła się 1914 r. w Wiedniu, w zamożnej rodzinie bankiera i pianistki. Otrzymała staranne wykształcenie, ale największym marzeniem Hedwig (czyli Jadwigi) było aktorstwo. Jako nastolatka zagrała w kilku filmach, debiutowała w 1930 r. W 1933 wystąpiła w słynnej inaczej „Ekstazie”. Był to film, który stał się obyczajowym skandalem nie tylko w Austrii, ale w Europie i Stanach. Śmiałe na owe czasy sceny, w których Hedwig pokazuje się  nago, a potem przeżywa ekranowy orgazm (widać tylko jej twarz, a kochankowie są ubrani!). W dodatku potem nonszalancko zapala papierosa. Wywołały one taką burzę, że film został na kilka lat zakazany w paru krajach, m.in. w USA. Sam Hitler postawił veto dla jego dystrybucji w Rzeszy, a ówczesny papież film wyklął! Inne kraje, jak Francja czy Wielka Brytania uważały dzieło za artystyczne, film otrzymał nagrodę na Biennale Filmowym w Wenecji w 1934 r.

Pierwsze małżeństwo
Po „Ekstazie” zniknęła z ekranu, bowiem wyszła za mąż za Fritza Mandla, austriackiego producenta broni, współpracującego z faszystami, który zamknął ją w złotej klatce. Chorobliwie zazdrosny nie pozwalał jej grać, chciał nawet wykupić wszystkie kopie „Ekstazy”. Uciekła od niego i z poznanym współzałożycielem wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, Mayerem dotarła w 1937 r. do Hollywood, z podpisanym kontraktem aktorskim. Musiała  tu zaczynać wszystko od nowa – nie znała ani słowa po angielsku!

Królowa Hollywood
Jej pierwszym hollywoodzkim filmem był "Algier" (1938), nominowany do Oskara. Hedy Lamarr grała też w kilkudziesięciu innych filmach, m.in. ze Spencerem Tracym, Clarkiem Gable, Williamem Powellem, Judy Garland. Mimo wielkiej urody i tytułu „najpiękniejszej kobiety świata”, którym obdarzył ją pewien reżyser, mimo 20 lat aktywnych aktorsko w Hollywood, nie stała się supergwiazdą, którą by dziś pamiętano. A w swoich czasach była ikoną stylu: idealnych rysów brunetka o zielonych oczach, jasnej cerze, falujących włosach, z perłami i brylantami na szyi, które nosiła tak swobodnie. Wcielenie idealnego piękna, „covergirl”, trendsetterka, celebrytka i ulubiona postać brukowców.
Tysiące kobiet czesało się jak ona, malowało usta czerwoną szminką, kopiowało jej glamour styl. W plebiscycie czytelników na najpiękniejszą kobietę świata, ogłoszonym przez magazyn „Look” (w 1944) zajęła pierwsze miejsce, ex aequo z Ingrid Bergman. Była jedną z najlepiej opłacanych gwiazd Hollywood lat 30., 40 i wczesnych 50. XX wieku. Zachowywała się jak królowa na ekranie i planie filmowym, oraz w sklepie czy restauracji. Potrafiła wyjść ze sklepu, nie płacąc za zakupy, gdyż jej zdaniem to się jej należało…

Gwiazda brukowców i wynalazki
Sześciokrotnie zamężna prowadziła bujne życie towarzyskie i erotyczne. Wśród jej „ofiar” byli m.in. David Niven, Douglas Fairbanks Jr., Erich Maria Remarque, Spencer Tracy, Clark Gable, Charlie Chaplin. Z Johnem F. Kennedym wybrała się ponoć na kolację do Paryża, z Errolem Flynnem imprezowała, a Frank Sinatra wypłakiwał się na jej ramieniu. Pablo Picasso miał narysować jej portret na serwetce.
Była złożoną osobowością, błyskotliwym umysłem, inteligentną kobietą. Interesowała się polityką, znała kilka języków: węgierski, francuski, włoski, hiszpański, uczyła się angielskiego. Malowała obrazy, kolekcjonowała dzieła sztuki, grała w szachy i pokera. Wymyślała też udogodnienia dnia codziennego – tabletkę musującą (o okropnym smaku, z bulionowej kostki), chusteczki higieniczne z pojemnikiem na zużyte. Niektóre z wynalazków, których była współautorką przyczyniły się do rozwoju elektroniki i technologii komunikacyjnych. Mowa o wynalazku z 1941 r. zastosowanym przez nią i jej partnera muzycznego Georga Antheila, tzw. metodzie rozpraszania widma sygnału z przeskokiem częstotliwości (FHSS). W necie znajdziecie sprzeczne informacje na ten temat – że to domorosła wynalazczyni, która nie miała do tego żadnego technicznego wykształcenia. Ponoć to, co określa się tą nazwą (FHSS) rozważał już Nikola Tesla, Siemens i Telefunken, oraz opatentował dużo wcześniej polski naukowiec.
Wieść niesie, że impulsem do opracowania tej metody było storpedowanie przez nazistów statku, w wyniku czego zginęło 77 dzieci. Hedy Lamarr była austriacką Żydówką, naziści nie należeli do jej ulubieńców. W trakcie małżeństwa z Mandlem zdobyła wiedzę na temat niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Chciała sprawić, by alianci dysponowali "tajną bronią" pozwalającą niszczyć nazistowskie torpedy.
Z kolei George Antheil, kompozytor "Baletu mechanicznego" to niezwykły innowator. Do swoich  kompozycji wykorzystał pianolę, dęte i blaszane instrumenty, a także wentylatory… Wspólny wynalazek George’a i Hedy miał służyć do zdalnego sterowania torpedami. W 1941 r. Lamarr i Antheil zgłosili swój „System tajnej komunikacji” do Urzędu Patentowego USA, a w październiku „New York Times” donosił, że Lamarr jest wynalazczynią. W 1942 r. Lamarr i Antheil otrzymali patent nr 2292387, który wygasł w roku 1959.
W latach 80. wynalazek Hedy odkryła branża telekomunikacyjna, bo procedury przeskoku częstotliwości miały o wiele większe zastosowanie, niż to się kiedyś mogło śnić. Umożliwiły one rozwój Wi-Fi, Bluetooth i telefonów bezprzewodowych, GPS, WLAN, systemów satelitarnych, dronów, kas i skanerów kodów kreskowych. Jedno z najbardziej znaczących odkryć XX w. dziełem pięknej aktoreczki, której już nikt nie pamięta? Psikus losu.
A miała ona ponoć jeszcze w zanadrzu plany urządzenia pomagającego niepełnosprawnym we wchodzeniu i wychodzeniu z wanny, fluorescencyjnej obroży dla psów i wielu innych!

Upadek bogini piękna i narodziny wynalazczyni
Miała zaledwie trzydzieści kilka lat, gdy studia filmowe zrezygnowały ze współpracy z nią. Wpadała już wcześniej w depresję, zajmował się nią lekarz wytwórni MGM – Max Jacobson. Jego zadaniem było przepisywanie gwiazdom „leków”, które poprawiały ich wydolność: kokainy, amfetaminy, diazepamu i opium. Lamarr uzależniła się od opioidów i alkaidów.
W latach 70. XX wieku prasa pastwiła się nad Lamarr, mimo że aktorka od lat nie pojawiała się na ekranie! Powodem zainteresowania brukowców były oszpecające ją operacje plastyczne. „Stara i brzydka”- kwitowały media. Bogini starzała się w zastraszającym tempie.
Ale rodziła się na nowo  –  jako wynalazczyni, kobieta super inteligentna. W 1997 otrzymała Pioneer Award przyznaną przez  Electronic Frontier Foundation. Po tym wyróżnieniu pojawiły się nowe artykuły na jej temat, a także kolejne nagrody (m.in. Bulbie Gnass Spirit of Achievement Award – taki jakby Oskar dla wynalazców). W 1998 r. otrzymała „Viktor-Kaplan-Medaille” od austriackiego związku wynalazców i posiadaczy patentów.
Pod koniec życia odniosła też sukces finansowy. Otrzymała w 1998 r. 5 milionów odszkodowania od kanadyjskiej firmy Corel za wykorzystanie jej wizerunku w programie Corel Draw, bez jej wcześniejszej zgody. W tym samym roku firma Wi-LAN z Calgary kupiła 49 procent jej udziałów w patencie.
Hedy Lamarr zmarła w styczniu 2000 roku na Florydzie. Część jej prochów została rozsypana w Lasku Wiedeńskim, a w 2014 roku, w setne urodziny aktorki, urnę z pozostałą częścią jej prochów złożono w grobie honorowym miasta Wiednia na Cmentarzu Centralnym.


sobota, 7 grudnia 2019

Legendy Wierzbic

Byłam ostatnio służbowo w Wierzbicach - podwrocławskiej wsi. Nawet miła, dużo starych domów z końca XIX i XX w., fajne klimaty. Kiedy chciałam napisać coś reklamowego o tej wiosce, by zachęcić do kupienia tam działki budowlanej, trafiłam na jakieś dziwne informacje, że to nawiedzona wieś, że w niej straszy itp.

Zaczęłam więc szperać i znalazłam takie oto ciekawostki:
Ta nieduża wieś pod Wrocławiem nie dalej jak rok temu była gwiazdą mediów jako „najbardziej nawiedzona wieś w Polsce”. Zawdzięcza to paru zjawiskom: dziwnym odgłosom nocnego siorbania, błędnym ognikom straszącym zabłąkanych przechodniów, duchowi barona, który policzkuje ciekawskich, oraz czarnemu psu z czerwonymi oczami. No i diabelski kamień, który był tu widziany jeszcze 40 lat temu. „Elementów straszących” jest tyle, że spokojnie można by nimi obdzielić kilka wiosek. Mam jednak podejrzenia, że doszło do pomyłki i przypisano podwrocławskim Wierzbicom „atrakcje metafizyczne” innych Wierzbic...


Wioska z historią
Historia tej miejscowości jest dość długa. Wzmiankowano ją po raz pierwszy w 1339 roku. W ciągu kolejnych stuleci właścicielami wsi były pruskie rody, m.in von Reibnitz i von Hund (pisane też Hundt), oraz von Schweinitz. W miejscowości znajdował się pałac, dwa folwarki, kościół katolicki, probostwo, dwie szkoły, młyn, piekarnia i browar.
Po drugiej wojnie światowej posiadłości pruskich arystokratów przejęło państwo. Pałac, zbudowany dla barona Hildebranda Rudolpha von Hundt und Altgrottkau, został wzniesiony na starszym dworze renesansowym z XVI w. Projekt wykonał ok. 1730 roku Christoph Hackner, twórca pałacu biskupów wrocławskich  - obecnie siedziba Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu.
W XIX w. pałac w Wierzbicach należał do hrabiego Schweinitz und Krain. Ostatnim właścicielem tych dóbr, do 1945 roku był baron von Wietersheim. W 1945 r. pałac przekazano Zgromadzeniu Sióstr od św. Józefa, które utworzyły tu ochronkę dla sierot. W latach 1974-1978 siostry przeprowadziły remont wnętrz, a od 2001 roku ośrodek funkcjonuje pod nową nazwą: Zakład Opiekuńczo - Leczniczy dla Dzieci, i nadal prowadzą go „Józefitki”. Leczy się tu dzieci po ciężkich chorobach, wypadkach, niepełnosprawne. Pałac obecnie można oglądać tylko z zewnątrz.
We wsi jest jeszcze wątpliwej urody gotycki kościół, który był przebudowywany, rozbudowywany i zbarokizowany. Myślę, że to on może przede wszystkim straszyć, lub też straszą pod nim członkowie Tajnego Stowarzyszenia Jawnych Przeciwników Barokizowania Budowli Gotyckich, którego jestem wielką fanką…


Siorbanie, baron i pies
Zatem kto, lub co straszy w Wierzbicach? Siorbanie zakłóca nocną ciszę już od dawna, bo wspomina o tym zjawisku akustycznym w książce wydanej w 1913 r. - "Schlesische Sagen" Richard Kuehnau. Opisuje, że siorbanie słychać we wschodniej części wsi pomiędzy godziną 12 i 1 w nocy. Nie wydaje się jednak groźne, jest natomiast niespotykane wśród innych nadnaturalnych zjawisk. Błędne ogniki pojawiające się rzekomo na Diabelskim Moście i sprowadzające nocnych przechodniów na manowce wyglądają już dość przerażająco. Tyle że przez Wierzbice żadna rzeczka nie przepływa, więc i mostu w nich nie ma… Chyba pomylono je z Wierzbicami Dolnymi w innej części Polski. Natomiast jak najbardziej prawdziwa jest informacja o baronie Hildebrancie Rudolphie von Hundt, który kazał pochować się w ozdobnym sarkofagu umieszczonym w krypcie miejscowego kościoła. Ponoć zaglądającym przez okienko duch barona wymierzał siarczysty policzek. Sarkofag stoi obecnie na zewnątrz kościoła, wyciągnięto go podczas renowacji świątyni w XX w. i można go tutaj znaleźć, pod murem. Policzkowanie ustało na dobre, baron najwyraźniej przestał chronić swoją prywatność.
Podobno jeszcze w latach 70. XX w. we wsi znajdował się wielki głaz, tzw. diabelski kamień. Miał go upuścić w wiosce czart, który z kamieniem porwanym z pobliskiej góry Ślęży leciał do Wrocławia, by zniszczyć jakiś kościół  w budowie. Zaskoczony pianiem koguta, porzucił go byle gdzie. Skoro był, to co się  z nim stało? Natomiast potężny głaz znajduje się przy drodze z Wierzbic… Dolnych do Włoch, a więc bliżej Warszawy, na Mazowszu.
Natomiast czarny pies z gorejącymi oczami, który ma grasować w Wierzbicach, ma moim zdaniem związek z herbem barona, w którym pies jest najważniejszym elementem heraldycznym. To nie dziwi, bo Hund to po niemiecku pies…


Wg innych badaczy śląskich legend, w czarne psy przeistaczały się duchy zmarłych wolnomularzy. I tu ciekawy zbieg okoliczności - o ile Hildebrandt nie był masonem, to bardzo znanym w Europie wolnomularskim rycerzem templariuszem, założycielem Zakonu Ścisłej Obserwy był jego krewny Karl Gotthelf von Hund und Altgrottkau (XVIII w.). O Karlu naczytałam się trochę, bo temat związany z Templariuszami, wolnomularstwem budzi  moje wielkie zainteresowanie od lat...

Wątki nawiedzenia tej wsi podjęli dwaj młodzi youtuberzy, kręcący filmiki o rzekomych strachach, ale poza ich fanami nikt nie bierze tych wieści na poważnie.