piątek, 31 stycznia 2014

Ale mnie pan w aucie przytulił!

Dziś Międzynarodowy Dzień Przytulania - usłyszałam rano w radiu.

Wybrałam się do pracy, jadę. Moją uwagę zwrócił jakiś wściekle pomarańczowy suv, chyba Nissan, który się roszadował ze mną przez kilka skrzyżowań. W końcu wjechaliśmy na estakadę, pusto było, dwa pasy, a on trzyma się za mną. Zatrzymaliśmy się przed światłami, widzę, że siedzi mi na bagażniku, więc obserwuję go w lusterku. Nagle pan wysiada z auta, podchodzi do mnie z uśmiechem od ucha do ucha, otwieram szybę, a on aksamitnym głosem: - nie włączyła pani świateł...

Jeju, jeju, jaki miły pan! Ile trudu sobie zadał! Może postanowił kogoś w Dniu Przytulania przytulić... motoryzacyjnie? Jechaliśmy potem jeszcze razem, w końcu musiałam zjechać na parking przed redakcja, to pomachałam mu łapką. Miałam ochotę go uściskać, taki przytulaśny był!


No własnie, temat przytulania wart jest chwili uwagi. 
Dotyk to przecież terapia. Jest  miły, poprawia samopoczucie,  może uśmierzyć  ból, łagodzi depresję i lęki. Dotyk jest potrzebny. Niemowlęta nie dotykane przez matkę gorzej się rozwijają. Ściskanie się, przytulanie  jest odmianą dotykania. Warto zostać... uściskologiem – kimś kto obdarza dotykiem i sam jest dotykany! 


Kto może zostać ekspertem od uścisków? Każdy z nas! Wystarczy być. Terapeutyczne ściskanie się wywołuje prozdrowotny efekt u obu ściskających się stron! I to jest jego wyjątkową cechą... Oczywiście, terapia uściskowa nie jest przeznaczona wyłącznie dla samotnych i chorych. Dzięki ściskaniu się zdrowy człowiek może stać się jeszcze zdrowszy, szczęśliwy – jeszcze szczęśliwszy, lubiany – jeszcze bardziej lubiany! Uściski nadają się po prostu dla wszystkich. Nie ma ograniczeń wieku, płci i talentu. Do ściskania każdy ma predyspozycje, czasem tylko nie umiemy pokazać swojej bezbronności i wyrazić swoich uczuć.

Aby zostać profesjonalnym terapeutą-uściskologiem musisz brać pełną odpowiedzialność za to, co mówisz i robisz. Uściski, którymi się dzielisz powinny być przemyślane, pełne szacunki i opiekuńcze. Terapia uściskami zawsze ma bowiem charakter aseksualny. Troskliwy, przyjacielski albo wspierający uścisk zwykle różni się od uścisku, którym obdarzają siebie  zakochani. Intuicyjnie rozpoznajemy tę różnicę! Należy jednak zawsze najpierw upewnić się, czy mamy zgodę na ściskanie kogoś! Często sam charakter znajomości podpowiada nam, kiedy możemy kogoś uścisnąć, mimo to zawsze trzeba respektować potrzebę chwilowego odosobnienia czy zachowania fizycznego dystansu. Przecież nawet zakochani potrzebują czasem zupełnie zwykłych, aseksualnych uścisków! Poza tym osobną grupą ściskaczy są dzieci. Jak nikt inny one tych uścisków potrzebują! W dzieciństwie każdy z nas był otwarty, chciał dawać miłość i dotyk. Niewielu z nas potrafi prosić o uścisk – emocjonalne wsparcie. Często ograniczają nas więzy kulturowe, wychowanie i brak czułych gestów w dzieciństwie, które pozostawić mogły niskie poczucie własnej wartości. I wtedy może nam się wydawać, że nie zasługujemy na wyściskanie. Ani na pokochanie...

Rodzaje terapeutycznych uścisków i przytulań:

- Znane wszystkim „niedźwiedzie” niosą uczucie ciepła, wsparcia i bezpieczeństwa.

- Uścisk w kształcie  litery A wyraża uprzejmą troskliwość lub umiarkowaną serdeczność. Nadaje się dla nowych znajomych oraz dla nieśmiałych... Dobry na rozpoczęcie działalności terapeutycznej w dziedzinie przytulania...

- Uścisk policzkami jest czuły i delikatny. Odpręża, wzbudza łagodność.

- Uścisk „kanapka” przeznaczony jest dla trzech osób – trójki przyjaciół, rodziców i dziecka (w dowolnym wieku!) itp. Niesie szczególne poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza dla osoby, która znajduje się w środku „kanapki”...

- Uścisk bokami można dawać, spacerując. Daje chwile radości.

Możesz wymyślać jeszcze wiele, swoich własnych uścisków! Uściski można dawać o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Mogą im towarzyszyć okrzyki, sapnięcia, westchnienia. Po prostu - ściskaj się często. Ściskaj się dobrze!

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Zimowy weekend w Szklarskiej Porębie

Zima mnie oczarowała! W górkach, oczywiście - było słonecznie, mroźno (minus 10) i baaardzo aktywnie. Także fotograficznie aktywnie, zobaczcie sami. Oczy napaśliśmy prawdziwymi cudami...

[gallery link="file" columns="4" orderby="post_date"]

Anioł kuchenny, czyli Madzia G.

W anielskim, bardzo twórczym amoku będąc, wykonałam - moim zdaniem - bardzo udatnego anioła kuchennego, który w zamierzeniu miał czuwać nad poczynaniami kulinarnymi pary znajomych, których nawiedziliśmy w ostatni weekend w Szklarskiej Porębie.

Robiąc dla nich anioła miałam przed oczami apetyczną nadkuchenną, czyli Madzię G., znaną rewolucjonistkę kulinarną. Wręczając gościniec gospodarzom przed proszoną kolacją, wymyśliłam stosowną historyjkę: że teraz będzie im się gotować jak po maśle (mimo że bez masła), bo anioł Madzia obdarzy ich talentem, wspomoże dobrymi kulinarnymi fluidami, płynącymi zwłaszcza z obfitej czupryny. Koniecznie więc muszą anioła umieścić gdzieś w pobliżu - nad blatem, przy stole w jadalni itd.
Gospodarze, w obliczu tego wspaniałego daru, natychmiast zaczęli rozglądać się za młotkiem. Tymczasem moja przyjaciółka Gosia, będąca świadkiem tego wiekopomnego wydarzenia, scenicznym szeptem podsumowała:
- To może powinnaś Madzię powiesić w swojej kuchni?
Najkrótsza recenzja mego talentu!

czwartek, 23 stycznia 2014

Matematyka rzeźbienia

Lepię te moje anioły z gliny (http://zabawnaliteraturka.blog.pl/2014/01/19/poznajcie-andzie/) 


 i walczę, bo wciąż im coś odpada: skrzydło, but, głowa. Kleję więc potem odpadnięte członki, zużywając zapas mężowych tubek typu  "kropelka", "gwóźdź w płynie" itd. Skarżę się więc Andrzejowi na techniczne usterki moich minitworów rzeźbiarskich, na co on z dobrą radą:

- Bo ty musisz z jednego kawałka tego anioła wyrzeźbic, a nie doklejać głowę, skrzydła - tak się nie robi, bo zawsze ci coś odpadnie! - poucza mnie po inzyniersku.

- Ale żeby rzeźbic z jednego kawałka to trzeba być artystą! Rzeźbiarzem! - bronię się. - Znajomy artysta powtarzał zawsze,  że "rzeźbienie to sztuka odejmowania". Nie widzę w bryle gliny, w środku, tego kształtu, który chcę z niej odjąć. To matematyka, a ja humanistka jestem!

- Tak tak, ty umiesz tylko dodawać, zamiast odejmować! Ale to też matematyka... - pocieszył mnie mąż.

wtorek, 21 stycznia 2014

Wkurzające promocje i znienawidzone reklamy - garść refleksji i sonda wśród blogerów

Telefony dzwoniące o różnych porach z informacją o superpromocjach, zapraszające na wspaniałe eventy - temat rzeka, nie poruszałam dotychczas, bo wydawało mi się, że tylko mnie to wkurza i że tylko ja na całym świecie jestem dla tych pań/panów opryskliwa i bardzo szybko, aczkolwiek to niegrzeczne - odkładam słuchawkę.

W domu dobrych przykładów nie mam (poza ostatnim, wspomnianym w notce "za bardzo samodzielny telefon"), bo Andrzej to się kłania nawet automatom parkingowym i generalnie zawsze grzecznie wysłuchuje, co pani promocja do niego mówi. Podobnie mama - ale to starsza pani, z kindersztubą. Myślałam więc, że tylko ja jestem taka "be" - tymczasem naczytałam się na blogach o podobnych "nękaczach", i że stanowisko wielu osób jest podobne do mojego - nie znosimy takich telefonów. 

Z jednej strony rozumiem te "promocje": dla wielu praca przez telefon to jest właśnie sposób zarabiania na życie. Myślę jednak o zleceniodawcach, bo na ogół  przecież usługa dzwonienia po klientach wykonywana jest przez jakieś call center, które realizuje zlecenie swojego klienta. Dlaczego ci zleceniodawcy nie rozumieją, że ten telefoniczny marketing jest już tak spowszedniały i znienawidzony, że przynosi raczej odwrotny, do zamierzonego skutek? A może z wyników sprzedaży wychodzi jednak coś innego? I że popełniam powszechny błąd myślowy - skoro mnie się to nie podoba, to wszystkim się nie podoba?


Drugi przykład już z mojego podwórka wydawniczego - mianowicie zagadkowa jest dla mnie miłość firm farmaceutycznych do reklamy telewizyjnej. Nie chcą reklamować się w prasie, nawet takiej profesjonalnej, jak moja - dostępnej w aptekach, bo kampania telewizyjna przynosi im wymierną korzyść - argumentują. Tymczasem widzę to całkiem inaczej, i z kim nie rozmawiam, zachowuje się tak samo (jak ja) - gdy tylko rozpoczyna się blok reklamowy w tv, natychmiast  szukam innego kanału, idę do toalety, robię herbatę. Nie oglądam, nie słucham emitowanych pod rząd kilku reklam specyfików na katar, kaszel i ból gardła. Do porzygu, jak nazwałaby dosadnie rzecz znajoma blogerka.


Co więcej - jestem pewna, że nikt z przeciętnych widzów nie jest w stanie zapamiętać nazw leków - jestem w branży farmaceutycznej od ponad 13 lat, a nawet mnie jest trudno spamiętać te "nieswojsko brzmiące" imiona nowych rewolucyjnych produktów na katar! Bardziej te reklamy złoszczą, niż informują - aż przyrzekam sobie, że raczej pozwolę, by mi odpadł zakatarzony nos, niż kupię ten tam jakiś otrivin czy akatar.


I znów nie wiem, czy to kwestia środowiskowa, ale wśród moich znajomych nie ma ani jednej osoby:


1.) Lubiącej promocje telefoniczne i odpowiadającej na zaproszenie na pokaz "genialnej" pościeli wełnianej lub supergarnków w cenie wycieczki dookoła świata;


2.) Lubiącej reklamy telewizyjne i podążające natychmiast np. do apteki w celu nabycia danego specyfiku.


Mało tego, nawet jeśli jakaś reklama jest zabawna i inteligentna (np. serial Serce i rozum czy animowane reklamy piwa Żubr) - jakoś nigdy żadna taka nie skłoniła mnie do zakupienia tegoż produktu. Do Orange nie przejdę, a piwa Żubr w ustach nie miałam...


Swoją drogą, to dla mnie też ciekawe - czy tylko ja tak reaguję? Może szybka sonda wśród czytelników tego bloga - jak to z Wami jest? Zapraszam do komentowania, ciekawi mnie Wasze zdanie.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zdesperowana po kolędzie...

Przed Wigilią piekłam pierniczki. Ponieważ był to mój pierwszy raz, nie miałam żadnych kształtnych foremek, robiłam własnoręcznie: kotki, serca, anioły, trójkąty i kółka oraz choinki. 

Wyszło mi też jedno monstrum - ni to kot, ni to hipopotam, z dziurą w głowie i wielkim ogonem, który powiesiłam na choince, ale nie u siebie, lecz u mojej mamy. W dodatku w roli gwiazdy - na samym czubku.
Mama się okropnie z monstrum nabijała, obawiała się też, że przeważy jej choinkę i ją przewróci. Nic sobie z tego nie robiłam, monstrum wisiało, wisiało - aż do wczoraj, gdy mama wyznała nagle przez telefon:
- Zjadłam monstrum!
- Jak to zjadłaś???? Miało być przecież ozdobą choinek przez kolejne 10 lat - w roli rodzinnej pamiątki, no wiesz?
- Aaaaa, obudziłam się w nocy, głodna. Myślę sobie, co by tu zjeść. Słodkiego nie, mleka nie, jabłka też nie będę w nocy jadła. Pomyślałam o monstrum, bo mało słodki ten piernik. Poza tym ksiądz po kolędzie już był, choinkę widział. Zjadłam, ale tylko głowę, ogon i łapy. Kadłubek został...
- Mamo, jak mogłaś?????
- Zdesperowana byłam - odparła niewzruszona rodzicielka.

Troskliwa teściowa i kalesony

Jesteśmy w Ornecie, czyli 500 km od domu. Zimno, jak to na północy, gdzie psy pupami szczekają, wrony zaczynają zawracać i ogólnie - koniec Polski, biegun zimna. Na noworocznym spacerze nieprzyjemna temperatura, chłód daje nam w kość, ale zażywamy świeżego powietrza, trudno, trzeba. Nagle mama patrząc na nogi Andrzejka odziane w dżinsy pyta z troską swego ukochanego zięcia:


- Andrzejku, masz kalesony?

Na co mój mąż:

- Tak, mamusiu, mam.

- Oj, to mądrze, bo tak zimno, pupa by ci zamarzła - ucieszyła się teściowa.

- Ale ja mam kalesony... w domu! - prostuje Andrzej.

zdj. bielizna.ehandlowy.pl

niedziela, 19 stycznia 2014

Poznajcie Andzię

Niebieskiego motyla w rezultacie nie zaniosłam na włoski obiad (gicz okazała się wyborna, jak również zupa cebulowa na pierwsze i wybuchowe jabłka z pieca na deser) - bo go nie skończyłam, gdyż ponieważ wyschła mi srebrna konturówka, więc czeka dalej na finisz.

Za to anioł z masy solnej, który czekał od kilku... lat na pomalowanie

(zdążył w międzyczasie zgubić buty, skrzydło - naprawiałam go wytrwale) - dziś został odziany w sukieneczkę, biżuterię i generalnie stał się Andzią.

Czyż nie śliczna? A jaka sympatyczna! No, może trochę rozczochrana jest, ale to dlatego, że bardzo Andzia, po anielsku, jest zabiegana...

sobota, 18 stycznia 2014

Motyla męka dla Lilki


No i wreszcie to, co mnie tak gniotło twórczo, się wreszcie skrystalizowało - a raczej zmotyliło, bo powstało dzieło panny Beatki, czyli prawdziwy obraz (malarski). Dla Lilki (Ona jeszcze o tym nie wie), cały w zielonościach. Wręczę przy następnym spotkaniu Klubu Tatarskiego.


Tymczasem idę malować kolejny - w błękitach i srebrze. Na jutro, bo idę na włoski obiad: gicz cielęcą w soczewicy. Ciao!

ps. Jakby co, to chętnie namaluję na zamówienie - kolorystykę tylko trzeba wybrać (pasującą np. do ulubionego lakieru do paznokci). Śmiało, dzieła są darmowe, bo wielką ulgę mi przynosi pozbycie się mąk twórczych, więc jakby co, to powinnam jeszcze Wam dopłacać... :-)

piątek, 17 stycznia 2014

Za bardzo samodzielny samochód...

Parenaście lat temu, gdy parkowaliśmy naszego (kultowego teraz) malucha na ruchliwej ulicy pod domem, o 4 nad ranem dzwonek do drzwi wyrywa nas ze snu. Andrzej w piżamie, półprzytomny otwiera, za drzwiami sąsiad, który informuje:

- Panie sąsiedzie, pana auto brało udział w wypadku samochodowym...

- Jak to w wypadku, przecież ja śpię????? - wyraził zdumienie samodzielnością autka zaspany mąż...

Chodziło o to, że sąsiad wracał z nocnej zmiany i zauważył, że w nasze auto wjechała polewaczka...

zdj. maxy.chh.pl

Za bardzo samodzielny telefon...

Dzwoni nasz domowy telefon. Andrzej odbiera, jakaś pani promocja mówi:

- Proszę pana, gratuluję, pana telefon wygrał w konkursie...

- No nie, proszę pani, to niedopuszczalne! Bardzo nie lubię jak moje urządzenia grają beze mnie!

I odłożył słuchawkę...

czwartek, 16 stycznia 2014

Najlepsze miejsce dla seniorów, by poznać partnera?

Na przystanku autobusowym stoi starsza pani (ciocia mojej przyjaciółki). Podchodzi do niej mężczyzna w podobnym wieku i zagaja:
- Proszę panią, proszę mi coś doradzić. Od niedawna jestem wdowcem, w szafach pełno jeszcze żony ubrań, butów. Chciałbym je oddać jakiejś kobiecie. Gdzie ja mogę poznać kogoś w moim wieku?
- Na cmentarzu, proszę pana, na cmentarzu! - podpowiada bez namysłu ciocia.

To a propos też poprzedniej notki http://zabawnaliteraturka.blog.pl/2014/01/10/horror-na-cmentarzu-strach-sie-bac/, która jak zauważył Smaczny Turysta była najwyraźniej jednak = miejską legendą. Okazało się bowiem, że kolega w pracy opowiadał ją 2 miesiące temu, tyle że zdarzenie miało miejsce w Lubinie i trafiło się jego osobistej cioci! Nie słyszałam tego wtedy, przysięgam! A może główny bohater przemierza nasz śliczny kraj? Różnica była taka, że akcja miała miejsce nie na cmentarzu, tylko w drodze (bo ciotka wzięła autostopowicza) i nie bagażnik był pretekstem do zatrzymania się, lecz złapanie gumy.


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Gryczane ciasto z płatkami róż, czyli gnieciuch pachnący perfumami

W szaleństwie zdrowych dań i wypieków (w jakie wpadam od czasu do czasu) wyprodukowałam coś dziwacznego, czego przepis znalazłam w necie.

Bardzo chciałam bowiem uniknąć mąki pszennej - i znalazłam przepis na domowe ciasto z mąki gryczanej. No, no, pomyślałam - będzie zdrowo, bo bez cukru i bez wzdymacza jelit - czyli pszenicy. Pobieżnie poczytałam przepis, nabyłam mąkę gryczaną (gdyby mi się nie udało jej zdobyć, miałam pomysł uzyskania tejże ze zblendowania kaszy gryczanej, ale na szczęście obyło się bez takich eksperymentów młynarskich) i dziarsko zabrałam się do roboty. Składniki były takie:

Gryczane ciasto z różą

2 szklanki mąki gryczanej
150 g tartych płatków róży
szczypta soli morskiej
1 lekko kopiata łyżeczka proszku do pieczenia BIO
pół szklanki oleju
1 łyżeczka octu balsamicznego
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 szklanka mleka koziego lub owsianego.

W trakcie gromadzenia produktów odkryłam, że nie wiem, co to za proszek Bio jest - dałam zatem zwykły. Ekstrakt waniliowy brzmiał dla mnie równie tajemniczo - dałam więc olejek waniliowy do ciast. No i największa "zagwozdka" - mleko owsiane (kozie jeszcze by uszło). Ponieważ zawsze mam w domu zwykłe, krowie - dodałam szklankę.

No i wreszcie pozbyłam się słoiczka płatków róż, samodzielnie wyprodukowanego, jako że jak niektórym wiadomo, mam taką konfiturową różę w ogrodzie i namiętnie co roku robię z jej płatków przetwory, które się potem najczęściej marnują, bo o nich zapominam... Nie ukrywam, że przepis podobał mi się ze względu i na grykę i płatki, które mogłam wreszcie do tego ciasta zużyć. Sposób wykonania bajecznie prosty i zajmujący jakieś 3 minuty:

Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, przecier różany i wymieszać. Przelać do formy 20 x 20 cm wyłożonej papierem (lub tortownicy 20cm) i piec ok. 25 minut w 180°C do suchego patyczka.

Stwierdzam jednak, że wyszedł gnieciuch. Może powodem było zamienienie niektórych kluczowych składników - nie wiem. Pożarłam ciasto mimo to, bo zjeść się dało, pachniało jak perfumy różane, ale ochota na zdrowotne wypieki na razie mi przeszła.

Nawet zdjęcia nie zamieszczam, bo nie był to wdzięczny obiekt do fotografowania...

piątek, 10 stycznia 2014

Horror na cmentarzu - strach się bać!

Nie wiem tak do końca, czy mam w to uwierzyć. Sytuacja tak horrorystyczna, że aż fantastyczna. Ale ponieważ zdarzyła się w Kielcach, wydaje mi się prawdziwa. Tam bowiem wszystko się może zdarzyć...

Wczoraj dowiedziałam się od ciotki z Kielc, że przydarzyła się jej sąsiadce straszna historia. Otóż sąsiadka pojechała na cmentarz odwiedzić groby bliskich. Cmentarz w Kielcach jest pod miastem, na Cedzynie - piękne miejsce, na pagórkach pokrytych iglastym lasem, oddalone od centrum, lecz dojeżdżają tam miejskie autobusy. Sąsiadka jeździ na Cedzynę samochodem i jako osoba uczynna ma zwyczaj zabierać z powrotem jakiegoś pasażera, czekającego na autobus - najczęściej starsze panie, wracające jak ona,  z cmentarza.

Tym razem też tak było - na parkingu pod cmentarzem, gdzie znajduje się też przystanek miejskiej komunikacji kręcił się jakiś mężczyzna z teczką. Zaprosiła go więc do auta...


Jadą, on się jej przygląda. Od bramy cmentarza, z parkingu do wyjazdu na drogę główną w stronę Kielc i centrum jest jakiś kilometr. Pasażer nagle nachyla się ku sąsiadce, zaglądając jej bacznie w oblicze i mówi:

- Ależ z pani ładna kobieta! Pięknie by pani wyglądała w... trumnie!

Sąsiadkę zmroziło, ale nie tracąc głowy mówi do mężczyzny:

- Ojej, wie pan co, chyba zapomniałam zamknąć bagażnik samochodu. Czy może pan wysiąść i mi go domknąć?

Auto zatrzymuje się, mężczyzna wysiada, by spełnić prośbę kierowcy, sąsiadka wtedy ostro rusza z miejsca i ucieka, zostawiając go przy drodze. W samochodzie została jednak teczka mężczyzny. Sąsiadka jedzie prosto na policję, opowiada o zdarzeniu. Otwierają teczkę a tam... siekierka i nóż.

Od razu mi się przypomniało, że o Kielcach się kiedyś mówiło: Kraina Latających Noży.

Żeby nie było podejrzeń o antypatię: uwielbiam Kielce, to kraina mojego słodkiego dzieciństwa.  I uwielbiam ten surrealistyczny, Kielecki klimacik - odkąd sięgam pamięcią, działy się tam rzeczy niezwykłe...

zdj. neuronia.pl

czwartek, 9 stycznia 2014

Alkomaty - gorący temat

O każdy pomysł, dotyczący nas wszystkich zaraz toczą się u nas zawsze zażarte dyskusje, kłótnie i awantury.

Pomysł premiera, by wprowadzić obowiązek posiadania alkomatu w apteczce samochodowej wywołuje kłótnie i podejrzenia o lobbing.

Dwa lata temu, jak jechałam do Francji samochodem na wakacje dowiedziałam się, że wymagane jest tam posiadanie własnego alkomatu. Francuzi wprowadzili w życie ten obowiązek już kilka lat temu i jakoś z tym żyją, mimo że mają wyższe normy stężenia alkoholu w organizmie podczas prowadzenia pojazdu. Może więc nie szukajmy wad tego pomysłu, tylko skorzystajmy z doświadczeń francuskich? Dywagacje, czy ma to być alkomat jednorazowy czy wielokrotnego użytku są bezsensowne - we Francji można mieć i taki i taki, a kupuje się je na każdej stacji benzynowej. U nas już rzesza głąbów prawniczych (gdzie są, gdy sejm uchwala buble prawne?) zastanawia się nad zgodnością tegoż pomysłu z konstytucją itepe, bo co by było, gdyby alkomat własny wykazał dopuszczalne stężenie alkoholu, a alkomat policji - że jest przekroczone? Gdyby ciocia miała wąsy! W takim przypadku są jeszcze przecież ostatecznie rozstrzygające badania krwi.

Ktoś tam twierdzi, że przekroczoną normę można mieć po zjedzeniu jabłka albo wypłukaniu ust Listerine (płynem na bazie alkoholu, służącym do pielęgnacji jamy ustnej). To jakaś totalna bzdura.  I te podejrzenia o lobbing producentów alkomatów - do zarobienia na nowej ustawie są grube miliardy złotych. Jakby wszystko tłumaczyć lobbingiem i spiskiem, to w takim razie w Chorwacji korzystają producenci kamizelek odblaskowych, bo tam obowiązek ich posiadania ma oprócz kierowcy każdy pasażer samochodu (czyli czasem aż 5), oraz producenci okularów słonecznych , bo w Chorwacji kierowca musi mieć 2 pary!!!!

U nas to zawsze musimy się napyskować, naobrażać, pooskarżać. W ten sposób chronimy, ale chyba lobby... pijaków za kółkiem!

 

zdj. alkomatcom.republika.pl