czwartek, 27 czerwca 2013

Odkrywamy Karlovy Vary

Smaczny Turysta w swoim dzisiejszym poście pochwalił się (jako Poznaniak), że CNN Travel wymieniło jego miasto wśród 8 ciekawych, a nieodkrytych przez Amerykanów miast Europy Wschodniej. CNN przyznał, że w Poznaniu można smacznie zjeść.

Z pozostałej siódemki wymienione zostały m.in. Karlovy Vary w Czechach. Akurat tam spędzaliśmy majówkę w tym roku. I jakie tam one nieodkryte! Chyba dla megalomanów zza Oceanu, bo to najsłynniejsze, jedno z najstarszych (pomijając czasy antyczne i greckie Asklepiejony :-) uzdrowisk Europy, do którego od stuleci przybywały koronowane głowy, arystokracja i ówcześni celebryci, czyli sam creme de la creme Starego Kontynentu.

Postanowiliśmy sprawdzić famę Karlovych dopiero w tym roku - jakoś wcześniej nie było nam po drodze... Miasteczko (ok. 70 tys. mieszkańców, stałych oczywiście...) jest pięknie odrestaurowane i takiego skupiska secesyjnych kamienic szukać by ze świecą u nas. Ponoć Le Corbusier nazwał Karlove "zjazdem tortów" i coś w tej złośliwości jest na rzeczy: wszystkie kamieniczki są cacane, w pastelowych kolorach, ozdobione gzymsikami i pierdułkami niczym tort bitą śmietaną. I to jedna w jedną! Nam ten nadmiar słodyczy nie przeszkadzał, miło było popatrzeć. Przechadzając się promenadą zdrojową co rusz wypatrywaliśmy na ścianach wypielęgnowanych kamienic pamiątkowych tablic, że w tym domu mieszkał i leczył się taki a taki sławny człowiek (na lewo Ataturk i Zygmunt Freud).

13 źródeł leczniczych, które biją w tym mieście robi wrażenie, a zwłaszcza budynki zdrojowe z przyległościami - no cudo. Nie mamy tak pięknych i okazałych ani w Polanicy ani w Kudowie ani w Lądku. Szkoda. Byliśmy tam tylko 5 dni, więc spróbować wszystkich 13 źródeł się nie udało (to woda lecznicza, pije się łyczkami -  jak lekarstwo), ale spróbowaliśmy innego specjału: steku z jelenia. Myślę, że ta popularna kulinarna oferta restauracyjna wiąże się z legendą, dotycząca założenia miasta: Król Karol IV w czasie polowania na jelenia natrafił na źródło. Zadowolony z efektu polowania polecił założyć miasto Karlovy Vary. Wobec tego w każdej restauracji w Karlowych serwuje się dziczyznę: stek z jelenia oraz pieczoną kaczkę, a w sklepie można kupić kiełbasę z dzika, z sarny itd. Postanowiliśmy więc zdegustować steka w najsłynniejszej restauracji Karlovych: u Jana Bechera -  tak tego od Becherovki!, czyli cudownej, leczniczej (niektórzy mówią, że to 14 źródło Karlovych) nalewki ziołowej. Stek podany był jak na prawo - pokrojony (dziwne jak na stek, prawda?), w sosie z prawdziwków (mniam) i zapiekanymi krokietami ziemniaczanymi. Smakował mi, aczkolwiek mięsko nie było zbyt miękkie. Reszta biesiadników zamówiła kaczkę, co widać powyżej mojego dania - i była to słuszna kacza połówka, podana z knedlikiem i czerwoną kapustką. Prawie talerze wylizywali! Próbowałam tę ich kaczusię, ale mój stek bardziej mi smakował. Becherovkę też obowiązkowo zakupiliśmy, jedna z jej kilku (w tej chwili) rodzajów smakuje jak tequila.

Jedną z największych osobliwości Karlovych Varów są jej goście - całe miasto jest rosyjskie w mowie i piśmie. Biedni Czesi nawet w supermarketach mówią po rosyjsku. W mieście nie ma prawie wcale "normalnych" sklepów - są wyłącznie firmowe salony z butami, ubraniami, biżuterią z brylantami, antyki i kryształowe żyrandole, porcelana Villeroya albo Versace. Ceny bajońskie, chyba moskiewskie. Domyślacie się, pod czyj gust to przygotowane? Kolejną osobliwością czeską (bo chyba nie typowo Karlovarską?) są przetwory z konopi indyjskich, dostępne legalnie i bez problemu: kosmetyki z charakterystycznym liściem - pół biedy, wszak ziele to ma potwierdzone lecznicze właściwości, więc rozumiem szampony, kremy, balsamy itd., ale wódka z... marychą? Albo herbatka uspokajająca (sic!) z liści i kwiatów konopi, za grosze (w przeliczeniu na złotówki). Ciekawe, nie?

W sumie to chciałam powiedzieć Smacznemu Turyście, że być wrzuconym do jednego worka z Karlovymi Varami to dla Poznania naprawdę zaszczyt. Mimo tego, że miasto jest 10 razy mniejsze, ale za to jakie piękne!

wtorek, 25 czerwca 2013

Chińskie lampiony kontra... wianki

W komentarzach do poprzedniego mojego postu pojawiła się kwestia chińskich lampionów, co mi przypomniało pierwsze z nimi spotkanie. Oczywiście, miało ono miejsce w Azji...


W 2007/2008 roku Sylwestra spędzaliśmy na słynnej (wiadomo z czego, bo z urody na pewno nie!) plaży Pattaya pod Bangkokiem. Sylwester, zorganizowany przez hotel w którym mieszkaliśmy, był taki sobie - pamiętam niesmaczne menu, żenujące występy na miniscenie ustawionej przed hotelem itp. wpadki. Nie był to więc wieczór moich marzeń, ale skoro tak wypadło, że w podróż z okazji rocznicy ślubu wybraliśmy się w okresie świąteczno-sylwestrowym, to trudno. Jednak jeden moment rozjaśnił ten wieczór i wreszcie owiał go magią. O północy, po fajerwerkach itd. na niebie zaroiło się od lampionów życzeń. Pobiegliśmy na plażę - ciemny ocean, nad nim materia rozświetlona tysiącami lecących lampionów. Wow, magia w najczystszej postaci. Byłam oczarowana. To był mój pierwszy lampionowy raz. Nakręciliśmy nawet filmik z nimi, zdjęć niestety nie mam.

Kiedy kilka lat później na allegro znalazłam ofertę kupna lampionów - nabyłam je i pamiętam, że na któregoś sylwestra w kraju, puszczaliśmy je przed domem, oczywiście uważając, by znaleźć wolną przestrzeń między drzewami, z dala od dachów. Już wtedy jakaś znajoma mieszkająca w Niemczech mówiła, że u nich jest to zabronione, bo może zakłócić ruch lotniczy, a poza tym powoduje liczne pożary. Dziwiłam się. Teraz jednak już przestałam się dziwić. Faktycznie, jeden dwa umiejętnie wypuszczony może nie narobi strat, ale setki czy tysiące??? Odpuściłam więc sobie ich puszczanie, mimo że formalnie jeszcze nie ma u nas zakazu i mimo tego, że wyglądają tak pięknie w locie... W kontekście ostatnich wydarzeń świętojańskich uważam, że wianki puszczane na wodę mogą być równie malownicze i romantyczne. No i są naszą, polską tradycją!



poniedziałek, 24 czerwca 2013

Nocze de San Huan, czyli co z tymi wiankami?

Miniony weekend obfitował w przeróżne imprezy toczące się wokół „nowej świeckiej tradycji”- czczenia przesilenia wiosennego.

Powiem szczerze - ja to już całkiem zgłupiałam, kiedy się te wianki powinno pleść i rzucać w nurt? Od kilku lat robimy sobie takie prywatne imprezy ogrodowe w wigilię św. Jana czyli w noc z 23. na 24. czerwca. Potwierdzeniem słuszności wyboru tego terminu było kilka zdarzeń: mianowicie w 2009 roku w czerwcu byliśmy na wakacjach na Costa Brava i wszędzie wtedy rozgłaszali, że 23. będzie fiesta w Barcelonie: Noche de San Juan. Zaudaliśmy się więc około godz. 20 pociągiem do Barcelony, w której trwał fiestowy amok, bo gdy chcieliśmy coś zjeść około 22-giej - wszystko było już pozamykane. Na nasze zdziwione pytania kelnerzy tylko robili złą minę i mówili, że jest przecież fiesta, więcżebyśmy dali im spokój, bo wszyscy teraz idą  nad morze! Faktycznie, trudno było nie zauważyć tłumów, które przemieszczały się w stronę plaży miejskiej, zatem poszliśmy (głodni) i my. A tam trwał megapiknik: scena, koncerty, sztuczne ognie jak na Sylwestra, picie alkoholu i generalnie totalna demolka miasta.

Drugim, bardziej lokalnym potwierdzeniem, że to  23. czerwca jest ważny może być fakt, iż na bliskiej Wrocławia tajemniczej górze Ślęży właśnie w wigilię świętego Jana odbywają się dziwaczne paraprasłowiańskie obrzędy. Na własne oczy widzieliśmy, że wielu poprzebieranych (w wianki i zgrzebne szaty) osobników wdrapuje się przed północą na szczyt (ponad 700 m.n.p.m.), by tańczyć przy ogniskach, palić zioła i pić alkohol. A w 2007 roku pojechaliśmy specjalnie na „wianki” (i z wiankiem) do Krakowa, na które to zaprosili nas mieszkający w Krakówku znajomi z wycieczki do Transylwanii – też się tam wtedy działo imprezowo, że hej – mnóstwo turystów i tubylców opanowało Rynek, Planty i błonia nad Wisłą. Pięknie.

Tymczasem w piątek był dopiero 21. czerwca i wszyscy twierdzili, że właśnie zaczęło się lato, że to jest najkrótsza noc w roku i czas Nocy Kupały. Z kolei w sobotę, 22. czerwca wiele miast organizowało imprezy plenerowe (Kraków, Warszawa), polegające na topieniu wianków w rzece. We Wrocławiu też się wiele działo, ale to wszystko chyba ze względów logistycznych – lepiej się zabawić w sobotę, niż w niedziele, bo co to za frajda, gdy czekają w poniedziałek zwykłe obowiązki? Tak więc i my zorganizowaliśmy naszą imprę ogrodową jako wigilie wigilii Nocy świętojańskiej, przyszły różne piękne damy w wiankach (na przykład ta na lewo...). Kiedy się ściemniło poszliśmy nad Odrę rzucić nasze rękodzieła i z radością skonstatowaliśmy, że towarzyszyły nam… robaczki świętojańskie, których wieki całe nie widziałam, przynajmniej w takim dużym mieście. 


Oto mój wianek z ub. roku (oraz Małgosi - z lewej). Myślę, że się rękodzielniczo rozwinęłam, prawda? Ale jestem kłamczucha, w zeszłym roku wianek mi uwił Andrzejek (na wieszaku z pralni jako stelażu). A tegoroczny zaczęłam wprawdzie, a mama kończyła. No to się wydało, że średnio utalentowana jestem manualnie...

Wczoraj, czyli w niedzielę wieczorem, pojechaliśmy na Ślężę (to ok. 35 km od Wrocławia). Ponieważ szedł na nas od strony tej góry duży deszcz, zrobił nam piękną tęczę. Ale nie wchodziliśmy już na szczyt, tylko poszliśmy sobie na spacer trawersem fotografując zachodzące słońce i różne efekty optyczne, bo góra naenergetyzowana jest niesamowicie, wyczyniała więc czary z obiektywem. W drodze powrotnej było jeszcze jasno (kole 22.-giej) i pięknie widoczny był, zawieszony nisko nad horyzontem, gigantycznych rozmiarów księżyc. A dziś czytam, że to tak zwany Superksiężyc – właśnie w noc z 23. na 24. jest największy w roku, a był w dodatku w pełni… To może dlatego jednak ta wigilia świętego Jana jest taka ważna? Wszak księżyc to patron czarownic i czarodziejek...

Chora z zazdrości

Karolina i Ania wybrały się na wczasy nad morze. W pociągu poznają Maćka, który szybko wpada Ani w oko. Dziewięciogodzinna podróż zamienia się w cudowną przygodę. Ale Maciek jedzie w odwiedziny do swojej dziewczyny. Czy ta znajomość ma szansę na ciąg dalszy? 

Piąty dzień leżałyśmy na plaży, trzaskając się na mahoń. Było super. Leniwie i słonecznie. Skóra zaczynała nabierać koloru mlecznej czekolady i może z powodu jej słodyczy wokół nas kręciło się wciąż jakieś towarzystwo. O, chociażby chłopcy, którzy grali w piłkę nieopodal. Karolina miotała spojrzenia niczym działo laserowe dalekiego zasięgu. A mnie coś nie dawało spokoju. Coś kazało mi spoglądać ukradkiem w twarz każdego przechodzącego obok chłopaka... Na kogoś czekałam?

-        Wiesz, Karola, nie mogę zapomnieć Maćka z pociągu... – wyznałam wreszcie mojej przyjaciółce, obracając się na brzuch niczym syrena smażona na grillu.

-        No, fajnie nam się zaczął ten wypad! – zauważyła Karola. – Zresztą, przyjechałyśmy tu, żeby wreszcie kogoś poznać Nie rozumiem tylko dlaczego marnujemy czas! Sama popatrz, ile tu tego dobra... – Karolcia oblizała się łakomie. Moja przyjaciółka plażowe flirtowanie ma w małym paluszku u nogi: – Popatrz na tych trzech, sami zaraz wpadną nam na kocyk.... – zacierała łapki i wystawiała swoje wdzięcznie naoliwione ciało.

-        Cóż, dla mnie mogliby nie istnieć... Ten Maciek to był ktoś wyjątkowy... – zaczęłam swoje na wydechu i jakoś tchu mi zabrakło.

-        Daj spokój Anka, fajny chłopak, ale takich tu jest na pęczki! Poza tym on jechał do dziewczyny? Według mnie to go poważnie dyskwalifikuje...

-        Co mam zrobić, kiedy czuję, że on jest dla mnie stworzony? Jak mawia przysłowie: „Nie umkniesz przeznaczeniu...”

-        Hahahahaha, a może przeznaczenie umknęło... tobie? Mnie tam wydawał się zwyczajny! Dwie ręce miał, dwie nogi, sympatyczną głowę... – Karolcia była czasami taka przyziemna: zero wiary w miłość od pierwszego wejrzenia!

-        A dla mnie to jest ktoś specjalny, powtarzam ci. Ktoś, o kim się mówi, że staje na twojej drodze tylko raz w życiu, taki przeznaczony ci facet...

-        Gadasz tak górnodolnie, że aż wyszła mi gęsia skórka. Przeznaczony facet? Stanął na drodze twego życia – i co z tego??? Czy widziałaś go potem? Czy cię szukał? Czy znalazł? – wyliczała bezlitośnie, a ja tylko smutno kręciłam głową. - Sama widzisz, jaka jesteś głupio naiwna! – Karola zaczynała być chyba trochę na mnie zła.

-        Kiedy ja głupio i naiwnie wierzę, że 9 godzin takiego cudownego porozumienia dusz zostawia jakiś ślad w człowieku. Skoro we mnie coś zostało, to i Maciek musi o mnie myśleć. Wiem to. Nie rozumiem tylko, dlaczego nic nie robi, byśmy się spotkali? Dałam mu czas do namysłu, ale chyba sama zacznę działać!

-        Chcesz go odbić tej lasce? - zapytała Karola, poważniejąc nagle.

-        Nie wiem jeszcze, co chcę zrobić, ale jak sobie przypomnę naszą podróż, całą radość bycia z nim, jego poczucie humoru i to, że czułam się przy nim tak dobrze, to coś mi nakazuje, bym nie leżała tu tak bezczynnie!

-        Tak, koniecznie, wsiądź teraz  w helikopter, na hulajnogę - albo jeszcze lepiej - w balon i udaj się na poszukiwanie swojego Macieja! - Karola zaczęła znów się ze mnie nabijać.

-        Wiesz co, ty chyba jesteś zazdrosna., bo wcale nie rozumiem twoich kpin! - wreszcie się wkurzyłam na nią. Nie poznawałam jej! – Skąd wiesz, a może on właśnie teraz szuka mnie po całym mieście?

-        W takim razie jest średnio inteligentny. Wiadomo, że plaża to bankowe miejsce spotkań, kiedy przyjeżdża się nad morze... To tak, jakby wylądował na Marsie i szukał cię w amazońskiej dżungli. Dla mnie jasne jest jedno - on Cię nie chce znaleźć! – odparowała Karola.

-        Czasami są różne trudności obiektywne, jechał tu do kogoś i ja to rozumiem - powiedziałam cicho. Ale w głębi duszy musiałam przyznać jej rację. Przez pięć dni w takim małym uzdrowisku jak to, znalazłoby mnie nawet stado szalonych krów albo zabłąkanych goryli górskich: -Tylko, że my same nie wiedziałyśmy gdzie wylądujemy, jaki miałam mu dać adres? – broniłam Maćka.

-        Chcesz, żebym była brutalna? No to proszę: jechał do dziewczyny, tak?

-        Tak mówił. Jego dziewczyna przyjechała tu do sezonowej pracy w lodziarni, na dwa miesiące... - przytaknęłam

-        No i wszystko jasne. Jest bardzo zajęty... lizaniem lodów. Ona w dzień pracuje, ale za to w nocy... spędzają upojne chwile na plaży. Wyobrażam ich sobie na wydmach, kiedy ona sprzeda już wszystkie swoje lody i zdejmie służbowy fartuszek, hahahahaha! – Karola była złośliwa powyżej swej zwykłej normy.

-        Przestań! – poprosiłam. Jednak wizja Maćka pochylającego się nad jakąś inną dziewczyną była przykra i  natrętna. I okrutna. Nie rozmawiałyśmy więcej na ten temat. Chyba nie było sensu...

„Leżąc na piasku w mokrym kostiumie obserwowałam, jak kształtne krople wody spływają po złocistej skórze Maćka. Sama chętnie zamieniłabym się w taka kropelkę... Co za dziwaczne pragnienie... Nie, może nie w kropelkę, bo byłabym jedną z wielu. A chciałabym być jedyna... Maciek leżał na brzuchu, zwrócony do mnie twarzą. Na policzku miał trochę zabłąkanego piasku i musiałam się powstrzymywać, by nie strzepnąć go lekko. Może lepiej byłoby zdmuchnąć ziarenka? Przysunęłam się i zaczęłam zbliżać twarz do jego twarzy, dmuchając na policzek. W tym momencie Maciek otworzył oczy i spojrzał na mnie. Jego ręka objęła mnie i przyciągnęła czule. Nasze usta były bliziutko i zaczęły lgnąć do siebie niczym magnes i opiłki żelaza.. Poczułam dziwną słabość, jakby krasnoludek jeździł na rowerze po moim żołądku....” I w tym ekscytującym momencie... obudziłam się!!!!!

-        Anka, ty chyba kimnęłaś na słońcu! – skarciła mnie Karola, która właśnie wracała, ociekając wodą, z morza, w towarzystwie jakiegoś chłopaka. Zdaje się, że to jeden z tych, którzy grali w piłkę...

-        Uhm, chyba tak, nawet coś mi się przyśniło... Czekaj, nie mogę dojść do siebie... Która jest godzina?

-        Zasypianie w pełnym słońcu jest groźne, ale sądząc po rozmarzonej minie, był to miły sen – powiedział chłopak i przedstawił się: - Jestem Paweł. Wpół do piątej.

-        Cześć, Paweł Wpółdopiątej. Oryginalne nazwisko...

-        Hahahaha! To był chyba fajny sen... A imię już usłyszałem!

-        No dobra, nie zapominaj, że ze mną tu przyszedłeś! – wtrąciła się Karola, jakaś znowu zła. - Miałam się tu tylko wytrzeć z wody...

-        To się wycieraj - Paweł mrugnął do mnie.

-        Chodźmy lepiej po coś do picia – Karola pociągnęła Pawła w stronę budki z napojami.

-        Aniu, kupić ci coś? – to Paweł zapytał, nie ona...

-        Nie, dziękuję. Ja tu sobie jeszcze pośpię...

Dziwnie się czułam. Czyżby moja przyjaciółka zaczynała się zamieniać w jakąś Królową Śniegu  - była zimna i obca. „O co tu chodzi??” – myślałam gorączkowo. „Może rzeczywiście jest zazdrosna? Przecież po raz pierwszy w życiu ktoś zainteresował się mną, a nie nią!” – myślałam o sytuacji z Maćkiem. No, a teraz - ta nagła scena przy Pawle? Wszystko zaczynało mi się układać w pewną całość. „Moja przyjaciółka jest chora... z zazdrości!” Co robić? Nie miałam teraz ochoty patrzeć na Karolę. Zebrałam szybko swoje rzeczy i zmyłam się z plaży innym wyjściem, by jej nie spotkać... To nie do wiary, ale już po kilku minutach pożałowałam swojej decyzji. Może byłam zbyt surowa? Przecież od dawna byłyśmy przyjaciółkami, przyjechałyśmy razem na wakacje a tu taki zgrzyt? Czy jeden chłopak albo nawet dwóch mogło nas poróżnić? Karola była znaną łamaczką męskich serc i nigdy nie angażowała się uczuciowo, więc... jaka zazdrość? Zaczęłam zwalniać kroku. „A niech to, co ja wyprawiam! Głupia jestem, podejrzewam przyjaciółkę. No nic, pójdę sobie kupić loda, żeby wyglądało, że wyszłam po niego z plaży” – postanowiłam. Całkiem bezmyślnie skierowałam swe kroki w stronę lodziarni. Nagle... nie wierzyłam własnym oczom... Może wzrok mnie myli? Maciek? Maciek! Był tu! „No tak, przecież jego dziewczyna pracuje w lodziarni” – natychmiast przypomniałam sobie strzępki informacji. Był tu więc cały czas, ciągle z nią i chyba jednak nie chciał mnie spotkać. Karola miała rację. A powód jest tylko jeden - jego dziewczyna. Błyskawicznie odwróciłam się na pięcie, zawracając w stronę plaży.

-        Aniu! Aniu! – zawołał. A raczej wołało moje chwilowo zajęte przeznaczenie.– To ty nie wyjechałaś??? Myślałem, że cię już w życiu nie spotkam! – wydyszał, doganiając mnie.  – Dlaczego mnie olałaś i nie przyszłaś na spotkanie na molo?

-        Nie wyjechałam? Spotkanie na molo? Dlaczego ja nic nie rozumiem, co ty do mnie mówisz??

-        Jak to??? Dwa dni temu spotkałem Karolę. Ucieszyłem się, bo miałem właśnie zamiar zacząć cię szukać. Karola  twierdziła, że zaraz stąd wyjeżdżacie i w ogóle... Poprosiłem więc, by nas umówiła na molo. Czekałem, ty nie przyszłaś. Myślałem, że nie chciałaś się pożegnać, że wyjechałyście....

-        Maciek, to jakaś okrutna bajka z mchu i paproci! Usychałam z tęsknoty i chęci zobaczenia ciebie! Nie chciałam ci jednak przeszkadzać, bo przecież twoja dziewczyna... Karola słowem mi nie wspomniała, że się spotkaliście. Tym bardziej nie wiedziałam, że jestem z tobą umówiona! O mały włos, a minęlibyśmy się! Minęlibyśmy się z przeznaczeniem! – nogi się pode mną ugięły. Ktoś tu ingerował w mój los i chyba nawet wiedziałam kto! Należał jej się porządny cios w nos!

-        Chyba mnie znasz od jakichś 10 godzin i wiesz, że nie żartuję w takich sprawach. Za dużo o tobie myślałem. Musiałem tylko porozmawiać z Renatą... – spuścił głowę. – Zajęło mi to trzy dni.  I okazało się, że moja dziewczyna już nie jest ze mną... Zainteresowała się synem właściciela lodziarni. – Podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko: - Wiesz, jaki mi wielki kamień spadł wtedy z serca? Chciałem jej powiedzieć, że poznałem kogoś wyjątkowego, a tu los ułatwił mi zadanie. Tak bardzo chciałem cię znów zobaczyć!

-        A Karola zrobiła wiele, by do tego nie dopuścić!

-        Czy ona nie wie, że trudno umknąć przeznaczeniu? - zapytał Maciek.

Wróciliśmy razem na plażę. Karola na nasz widok zamieniła się w mumię egipską, dzięki czemu od razu wyładniała. Udawaliśmy, że nic nie wiemy, że nic się nie stało. Już my jej wymyślimy zemstę! Może zresztą wystarczy jakieś obrzydliwe w smaku lekarstwo na zazdrość?

Leżąc na piasku w mokrym kostiumie obserwowałam, jak kształtne krople wody spływają po złocistej skórze Maćka. Sama chętnie zamieniłabym się w taka kropelkę... Nie, może nie w kropelkę, bo byłabym jedną z wielu. Maciek leżał na brzuchu, zwrócony do mnie twarzą. Na policzku miał trochę zabłąkanego piasku i musiałam się powstrzymywać, by go nie strzepnąć. Może lepiej byłoby zdmuchnąć? Przysunęłam się i zaczęłam dmuchać na jego policzek. Maciek otworzył oczy i spojrzał na mnie. Jego ręka objęła mnie i przyciągnęła czule. Nasze usta były bliziutko i zaczęły lgnąć do siebie niczym magnes i opiłki żelaza. Poczułam dziwną słabość, jakby krasnoludek jeździł na rowerze po moim żołądku... I wcale się nie budziłam!

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. pl.123rf.com

 

 

 

środa, 19 czerwca 2013

NOMINACJA

Nie wiem, czy uda mi się ten wpis, bo ja głąb blogowy jestem – nie mam pojęcia jak technicznie poradzić sobie z problemem. Ale ad rem: otrzymałam wyróżnienie od Smacznego Turysty - Liebster Award. To nagroda dla blogów niszowych, która ma na celu zwiększenie ich oglądalności – bardzo fajnie. To jest też coś w rodzaju łańcuszka Św. Antoniego – nominowany musi odpowiedzieć na pytania nominującego, następnie ułożyć własne i przekazać nominację 11 innym blogerom (wyłączając Nominującego). I tu mam trudność -  nie znam aż 11 blogów, część moich ulubionych stron to strony domowe czy witryny autorskie, a nie blogi. Po wtóre – większość ma wyższą oglądalność, niż mój blog, żeby się zatem nikt nie poczuł dotknięty… Poniżej jest lista odpowiedzi na pytania, które otrzymałam od Smacznego Turysty:

1. Jeść czy gotować? Gotować jedząc – jeść zgotowane!

2. Ostatnio przeczytałem/łam:„Kraina wódki” Mo Yan, ale nie podobała mi się.

3. Wojciech Modest Amaro podziwiam czy jest mi obojętny? Nie znam człowieka…

4. Slow food czy fast food? Medium J

5. Nie lubię… Staram się wszystko lubić, ale może… agrestu?

6. Do restauracji chodzę, bo jestem głodna smaków i ciekawa.

7. Agrest czy truskawki? Truskawki

8. Czego bym nie zjadł/a? Miksowanych dżdżownic kalifornijskich i czerniny.

9. Kulinarne marzenie: przepiórki w płatkach róży.

10. Sushi jem bo lubię, bo jedzą znajomi. Raz spróbowałam, mogę się obejść, pomimo tego, że znajomi to pożerają.

11. Karaczan – zjem bo…, nie zjem bo… Chodzi o karalucha? Miałam okazje spróbować w Tajlandii – nie skusiłam się jednak. Nie mogłam się przemóc, mimo że smakowicie podane na ciepło w tutce z przyprawami jak frytki.

 

Ja natomiast chciałabym nominować do nagrody następujące blogi (sorry św. Antoniego, ale tylko 4) które muszą J odpowiedzieć na moje pytania:

http://fotoklatki.blogspot.com/

http://kotyai.blog.pl/

http://www.deidre-williams.blogspot.com/

http://hannaeva.blog.pl

(No nie, to blogowisko to jakaś porażka, dlaczego ostatnio dopisany adres bloga się nie podkreśla,  żebym nie wiem jak edytowała????)

A lista moich pytań:

  1. Jak spędzasz zazwyczaj weekendy?

  2. Gdzie planujesz wakacje?

  3. Twoje wymarzone miejsce na świecie?

  4. Czy jesteś właścicielem jakiegoś zwierzęcia?

  5. Którą porę roku lubisz najbardziej?

  6. Najważniejsze w życiu to…

  7. Twoja kultowa książka:

  8. Twój guru – jeśli go masz, to:

  9. Czy wierzysz w anioły?

  10. Z muzycznej beczki: wybierasz pop, rock, jazz, klasykę czy…

  11. Co byś zrobił/a, gdyby dzisiaj o 23.00 miał się skończyć świat?


Bardzo jestem ciekawa….

Beatka w płatkach róży

Jestem w różanym amoku i to już od kilku dni - sami widzicie, ani widu mnie na blogu. Poza tym miałam huk roboty w fabryce, ale przede wszystkim zajmowałam się przetwarzaniem płatków róży, której duży krzak mi obrodził w ogrodzie. Teraz sama nie wiem, od czego zacząć ten wpis - czy od literatury czy od kulinariów?

Najpierw był film meksykańskiej produkcji, zrealizowany na podstawie niezwykłej książki: "Przepiórki w płatkach róży". Magiczny obraz, pełen charakterystycznych dla literatury Ameryki Łacińskiej emocji i zdarzeń, który skłonił mnie do przeczytania jeszcze lepszego oryginału - książki L. Esquiel pod tym samym tytułem. Pisarka była też autorką scenariusza filmu.

Po tym filmie zwróciłam uwagę na płatki róży, w tym celu sobie nawet parę lat temu rzeczone zamroziłam. Wcześniej wykorzystywałam moją różyczkę wyłącznie do celów dekoracyjnych, kosmetycznych (tonik do twarzy - zdjęcie na prawo) i hmmmmm, alkoholowych (nalewka z płatków róży, luksus co nie?). Przepiórek jakoś nigdy nie wykonałam - może ze względu na trudność w ich zdobyciu? Moje różane szaleństwo jednak w tym roku znacząco postąpiło, muszę się przyznać. Dowód? Zrobiłam kilka słoiczków konfitur.

Apogeum osiągnęłam jednak 2 dni temu, gdy postanowiłam wykonać ciasto z płatkami róż, wykorzystując w tym celu przepis na szarlotkę (ale taką na kruchym cieście z pianą z białek). Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmodyfikowała (nigdy nie potrafię trzymać się przepisu - zaprawdę nie mogłabym być - BASIU! - farmaceutką, bo bimbam sobie na receptury). Innowacją było mianowicie posypanie piany z białek cynamonem oraz... przyprawą jabłkowo-pomarańczową, którą stosuje się do ... kaczek i gęsi. Cóż, więc jednak jakiś drób mimowolnie mi się domieszał do tego ciasta hahahaha. Jak to się człowiek nie może uwolnić od podświadomości - chciałam zrobić przepiórki w płatkach róży, no to przynajmniej kaczą przyprawę dałam... Co wyszło - widać na prawo. Najważniejsze, że pyszne! Jak ktoś będzie zainteresowany, mogę podać przepis.

czwartek, 13 czerwca 2013

Splecione dłonie

Joanna przylatuje do Londynu na  intensywny kurs języka angielskiego. Poznaje tu niezwykłą rodzinę, której historia sięga słynnej tragedii statku  "TITANIC"...

- Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Blacksdale? - przez telefon angielszczyzna Joanny brzmi chropawo niczym skórka ogórka, ale trudno. - Nazywam się Joanna Karewicz, przyleciałam z Polski na kurs językowy. Mam u Pani zamieszkać, niestety, nikt nie przyszedł mnie odebrać z lotniska, a ja nie wiem, jak dostać się do Greenwillage?

- Witaj, moja droga! - głos pani Blacksdale sprawia wrażenie niezwykle sympatycznego.

- Przepraszam cię, ale dopiero przed chwilą dowiedziałam się, że miss Cartman, która miała się tutaj tobą opiekować, złamała nogę. Jesteś teraz na Heathrow?

- Tak, jestem jeszcze na lotnisku....

- Bądź cierpliwa, już wysyłam męża. Odbierze cię z hallu głównego, poznasz go po gęstej brodzie. Siwej, chociaż on twierdzi, że jest brunetem. Czy jesteś szczupłą, wysoką dziewczyną o jasnych włosach ...? - końca pytania Joanna wprawdzie nie zrozumiała, ale na wszelki wypadek przytaknęła

- Tak właśnie wyobrażałam sobie Polki! - radośnie stwierdziła pani Blacksdale i odłożyła słuchawkę. "Co to było za słowo? Pigtail? Gdzie mój słownik... warkoczyk? Aha, pani Blacksdale wyobraża mnie sobie z warkoczykami! Polki to po prostu długie włosy koloru blond, zaplecione w warkoczyki! No nie! Czeka ją niespodzianka..." Joanna uśmiechnęła się pod nosem. Nieco uspokojona pomyślnym obrotem sprawy skierowała się do toalety, by poprawić zwichrzoną fryzurę ala Anita Lipnicka, zanim ujrzy ją Sinobrody pan Blacksdale. Nie było jej najwyżej kwadrans. Gdy pojawiła się w hallu, pewna barwna postać szczególnie zwracała na siebie uwagę. Nie sposób było nie dostrzec barczystego mężczyzny z gęstą, siwą brodą, przechadzającego się niecierpliwie, kołyszącym krokiem wilka morskiego.

- Czy pan Blacksdale? - spytała drżącym głosem, bo wyglądał trochę jak pirat sprzed wieków. Dyskretnie spojrzała, czy nie ma drewnianej nogi...

- Tak, to ja! - zahuczało jakby tajfun z gradobiciem przetoczył się przez hall. - Miałaś mieć warkoczyki! - stwierdził z wyrzutem pan Blacksdale i Joannie wydawało się, że wszyscy podróżni spojrzeli na nią. - Mniejsza z tym, chodźmy do samochodu! - olbrzym chwycił jej plecak niczym piórko, zarzucił go sobie nonszalancko na wielkie jak dźwig ramię. Na zewnątrz czekał wielki samochód, chociaż przy gabarytach pana Blacksdale nawet autobus "Jelcz" wydawałby się maluchem. Droga upłynęła im w krępującym milczeniu. Sinobrody najwyraźniej nie należał do gadatliwych towarzyszy podróży. Joanna czuła się niepewnie, nie tylko ze względu na swój angielski. Wydawało jej się, że gospodarz nie jest wcale zachwycony jej przybyciem. Dojechali wreszcie na miejsce. Dom państwa Blacksdale, dość obszerna posiadłość, nonszalancko pysznił się wśród drzew. Na ganek wyszła gospodyni - niska, pulchna kobieta uczesana w siwy kok, z dobrodusznym uśmiechem na ustach. Powitała Joannę serdeczniej niż można się było spodziewać po brytyjskiej powściągliwości. Zaprowadziła utrudzoną już podróżniczkę do jej nowego pokoju na poddaszu. Wyglądał szalenie przytulnie. Powiedziała, że kolacja będzie o 19-tej, w jadalni, i zostawiła ja samą. Joanna miała dwie godziny dla siebie. Gdy w całym domu rozdzwoniły się zegary, Joanna wyszła z pokoju i skierowała się schodami w dół. Nie miała pojęcia, gdzie znajduje się jadalnia. W domu było cicho, jedynie gdzieś z prawej strony dochodził do niej brzęk sztućców. Zeszła na parter. W wielkim pokoju były szeroko otwarte drzwi. Stał tam duży stół na dwanaście osób, wesoło trzaskał ogień na kominku. Nakryto tylko dla trzech biesiadników. Pan Blacksdale siedział już za stołem, z białą serwetką wetkniętą w kołnierzyk koszuli. Wyglądał komicznie, jak niemowlę ze śliniakiem... wielkości prześcieradła. Jego żona krzątała się, ustawiając półmiski.

- Przynajmniej jest punktualna! - burknął pod nosem pan i władca tego domu. Pani Blacksdale uśmiechnęła się Joanny:

- Nie zwracaj na niego uwagi. To strasznie dobry człowiek, muchy by nie skrzywdził, ale jego nieszczęściem jest to, że wygląda jak King Kong. Zaraz zaczniemy kolację, przyniosę tylko wołowinę z kuchni, bo jeszcze trzymam ją  na ruszcie! - gospodyni wyszła z jadalni, a Joanna wykorzystała ten moment, by rozejrzeć się wokół, omijając wzrokiem sinobrodego "dzidziusia". Na wszystkich ścianach wisiały czarno-białe fotografie, rysunki, oprawione w ramkę wycinki ze starych gazet, wykonany ołówkiem portret młodego mężczyzny, ślubne zdjęcie pary młodej z bardzo zamierzchłych czasów  (co zdradzały ubiory i nakrycia głowy). Na kominku stał sporych rozmiarów model statku. Na burcie miał wielki napis TITANIC. Był tam jeszcze pokryty patyną czasu... puzon!

- Już jestem, możemy zaczynać! - gospodyni przerwała Joannie obserwację. Danie, które przyniosła pachniało smakowicie. Dziewczyna poczuła, że jest głodna. Gdy kilka pierwszych kęsów potrawki ukoiło żołądek ośmieliła się przerwać milczenie:

- Czy często macie państwo gości z Polski?

- Z Polski jeszcze nigdy, ale już od pięciu lat współpracujemy ze szkołą językową i "przechowujemy" u siebie studentów ze wszystkich zakątków świata. Widzisz, jesteśmy w tym wielkim domu tylko we trójkę. Dwóch starszych synów mieszka na stałe w Australii, mają tam ciekawą pracę i rodziny. Mój mąż i trzeci syn związali się z morzem, najczęściej więc zostaję sama. George jest jeszcze kawalerem i chyba długo nim będzie. Kiedy ma niby poznawać dziewczęta, skoro większość dni w roku spędza na wodzie? Od dwóch miesięcy George jest w rejsie szkoleniowym, bo kończy niebawem wyższą szkołę morską. A mój mąż dopiero tydzień temu wrócił z półtorarocznego rejsu na Karaiby, wybacz mu więc zdziczenie obyczajów. Gdyby nie studenci, którzy osładzają mi samotne od jakiegoś czasu życie, dawno bym zwariowała!

- Ależ duszko, przecież nigdy nie narzekałaś! Masz swoje zajęcia, swój ogród, poznajesz ciekawych, młodych ludzi... - pan Blacksdale przemówił nagle ludzkim głosem i głos ten brzmiał wyjątkowo czule!

- Mój drogi, kiedy jest się żoną i matką, najbardziej pożądane towarzystwo dla kobiety to jej  mąż i jej dzieci! Pogodziłam się jednak z fatum ciążącym nad całym rodem Blacksdale'ów, choć gdybym wyszła za Henry Mofeta byłabym dzisiaj szanowaną babcią, która nie może opędzić się od hałasu wnucząt.

- Henry Mofet już pięć lat temu całkiem wyłysiał - zaczął nieśmiało zza brody i śliniaka pan Blacksdale.

- I jest to jedyne znane mi fatum, ciążące nad rodem Mofetów. Przynajmniej nie gubi włosów na umywalce - odcięła się pani Blacksdale.

- O jakim fatum pani mówi? - zaciekawiła się Joanna przerywając wymianę zdań między małżonkami.

- Pewnie zauważyłaś, że ten pokój to prawie muzeum. Jest tu wszystko, co wiąże się z tragiczną historią TITANICA...

- Tego superokrętu, który zatonął w swoim pierwszym rejsie, przepiłowany górą lodową? - wtrąciła się Joanna, choć z trudem przypomniała sobie angielskie słowo "przepiłować".

- A więc słyszałaś o tym! Działo się to dawno temu, w 1912 roku. Na nieszczęście, na ten okręt zaciągnął się dziadek mojego męża, Joseph Blacksdale. Był z zawodu muzykiem, nawet niezłym, ale bezrobotnym. Wtedy od dwóch lat żonaty z piękną kobietą, został właśnie (powtórnie) ojcem małego Jamesa. TITANIC był dla ich czwórki wielką szansą. Czasy były ciężkie. Praca w okrętowej orkiestrze miała im przynieść, okupione kilkumiesięczną rozłąką, pieniądze na życie. Statek był luksusowy, podróż zapowiadała się na fantastyczną przygodę, dziadek więc z entuzjazmem czekał na wielki dzień - rejs do Ameryki. Wszystko jednak skończyło się wielką katastrofą. Podobno orkiestra grała do końca. Nawet wtedy, gdy połowa statku znalazła się pod wodą, a dźwięki muzyki zagłuszały rozpaczliwe krzyki tonących ludzi. Wyobrażam sobie, co musiał przeżywać dziadek Joseph, dmiąc w puzon do rytmu walca i bojąc się panicznie śmierci w morskich odmętach.

- Co stało się z jego rodziną?

- Za odszkodowanie od rządu jakoś się urządzili, ale babka mojego męża nigdy nie przestała rozpaczać za Josephem. To ona zbierała te wszystkie rzeczy, które wiązały się z katastrofą. Nie wyszła więcej za mąż i zmarła we wdowieństwie. Spotkała ją jeszcze jedna tragedia. Podczas I Wojny Światowej straciła starszego syna, Alexa. Zmarł na gruźlicę. Jamesowi jakoś się udało, choć był chorowitym dzieckiem. Późno się ożenił, pierwsza żona od niego uciekła. Dopiero z drugą stworzył rodzinę, ale zapadł bardzo na zdrowiu. Jest już staruszkiem i od 30-tu  lat jeździ na wózku inwalidzkim. To mój teść.

- Wydaje mi się jednak, że fatum wygasło. Pani mąż, synowie cieszą się dobrym zdrowiem?

- Co z tego, skoro aż dwóch związało się z morzem? Cały czas drżę, czy nie przydarzy im się to samo, co Josephowi Blacksdale...

- Ależ duszko, dziadek był muzykiem, nie marynarzem... - zaoponował nieśmiało pan Blacksdale.

- No tak, jego od utonięcia nie uratował puzon, a ciebie uratuje marynarski kołnierz?... - zakpiła żona.

Kolacja dobiegła końca. Pani Blacksdale zajęła się sprzątaniem ze stołu, gospodarz poszedł na fajkę do biblioteki. Ogień na kominku powoli dogasał. Joanna podeszła bliżej do portretu pary młodej. Ciemnowłosa, urodziwa kobieta o hiszpańskich rysach twarzy patrzyła wesoło wprost przed siebie. Obok niej szczupła twarz blondyna o rozmarzonych oczach i  niesfornych lokach spadających na czoło. Pełne, namiętne usta. Kołnierzyk koszuli nieco przekręcony. Trzymał żonę za rękę w taki jakiś rozpaczliwy sposób, zachłannie. Może przeczuwał, że niewiele mają dla siebie czasu? "Ładna z nich była para" - pomyślała Joanna zanim opuściła jadalnię.

Dni u Blacksdale'ów mijały pracowicie na nauce i dość spokojnie. Joanna zdążyła się już całkiem zadomowić. Pewnego popołudnia, gdy Sinobrody udał się na poobiednią drzemkę, a jego żona poszła przycinać róże w ogrodzie, rozdzwonił się gong przy drzwiach. Joanna, niewiele się zastanawiając, otworzyła. Na progu stał młody człowiek w eleganckim mundurze. Twarz miał przyjemnie ogorzałą słońcem, może wiatrem? Gdy spojrzała mu w oczy pomyślała, że czas się cofnął - "Dziadek Joseph!". Zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się równie zaskoczony gość:

- Dzień dobry, czy zastałem panią Blacksdale? Mam dla niej pilną wiadomość...

- Oczywiście, jest w ogrodzie na tyłach domu. Zaprowadzę pana. - "To chyba listonosz?" - pomyślała Joanna nie potrafiąc zidentyfikować munduru. Gość wziął wielki, ciemny wór, oparty do tej pory w niewidoczny dla niej sposób o ścianę. "Tyle listów musi dźwigać? To strasznie ciężka praca!"

- Pani jest cudzoziemką? - z ciekawością dopytywał się "listonosz".

- Uhm, przyjechałam z Polski. Uczę się angielskiego.

- Nie przypuszczałem, że Polki są takie piękne... - urwał tę  niewątpliwie interesującą dla Joanny wypowiedź, bo zobaczył panią Blacksdale. Joanna miała właśnie powiedzieć, że przyprowadziła listonosza, gdy ta dwójka rzuciła się do siebie z dziką radością. Usłyszała tylko "mamo!" oraz "synku!". "No pięknie, dobrze, że nie przedstawiłam George'a matce jako listonosza" - pomyślała z ulgą.

Kilka godzin później państwo Blacksdale fetowali wcześniejszy powrót syna z rejsu wystawną kolacją. Posadzili Joannę obok George'a. Śmiechom nie było końca. Sinobrody zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Był rozmowny, dowcipny, jowialny. Cierpliwie tłumaczył Joannie trudniejsze słowa z marynarskiego żargonu. Atmosfera była coraz gorętsza, ale Joanna nie potrafiłaby powiedzieć, czy to ciepło buzującego kominka, ciepło Blacksdale'ów czy może lampki wina do kolacji. Zauważyła tylko, że George rzuca jej coraz dłuższe spojrzenia. Tak długie, że speszona musiała spuszczać wzrok. Siła jego błękitnych oczu była zniewalająca.

- Mamo, nie uważasz, że Joanna jest najpiękniejszą studentką, jaka kiedykolwiek mieszkała u ciebie? - spytał znienacka George panią Blacksdale. Ona uśmiechnęła się i spojrzała z miłością na syna.

- Odnoszę wrażenie, że masz całkowitą rację! - wtrącił, nie pytany, Sinobrody. Joanna poczuła się osaczona. W tym momencie George pewnym ruchem ujął jej schowaną dotąd pod stołem dłoń. Jego dłoń była gorąca, aż parzyła. Gdy Joanna dyskretnie spuściła wzrok na splecione ręce, ujrzała dokładnie obrazek ze śłubnej fotografii na ścianie jadalni. Dłoń George'a chwytała jej dłoń takim samym zachłannym i namiętnym gestem, jakim przed ponad 75 laty pradziadek Joseph trzymał dłoń swojej świeżo poślubionej żony...

Tekst: Beata Łukasiewicz

 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Co z tymi poniedziałkami?

Jak się coś dziwacznego przytrafia, to przeważnie w poniedziałek. Na przykład dzisiaj. Wybieram się do pracy, idę do garażu, wsiadam do samochodu. Wrryyyyyt, pupą zahaczam czymś o oparcie fotela. Zawisam w powietrzu, sprawdzam. Hmmm, guzik sobie urwałam, metalowy,  z tylnej kieszeni spodni. Jakim cudem? Wysiadam, zaglądam w szparę między drzwiami a fotelem - w wąskim przesmyku widzę go. Chcę go wyjąć, palce nie do końca wchodzą w to wąskie miejsce, gdzie sobie spoczął - kurcze, poturlał się niżej. Sapię, klękam, grzebię palcami pod fotelem - guzik jednak jakby zapadł się w podwozie.... Przesuwam  fotel do przodu - coś zgrzyta - jasny gwint, guzik wleciał  na prowadnicę, więc za chwile nie wsiąde do auta, bo mi fotel zaklinuje w tej pozycji - na kierownicy! Wpadam w panikę, usiłuję ustawić fotel w pozycji umożliwiającej jednak kierowanie pojazdem, słyszę jakieś zgrzyty. Co to, przez guzik do serwisu będę musiała jechać, w dodatku na lawecie? Bosz, udało się z fotelem, więc nie szukam już guzika, jadę do pracy. Gdy tylko wpadam do redakcji dzwonię do męża (pogotowie techniczne) z opowieścią, jaką to straszną, mrożącą krew w żyłach przygodę z rana przeżyłam. I słyszę pociechę rasowego optymisty: dobrze, że ci ten guzik do silnika nie wpadł... A potem z fałszywą troską, bo wiem, że pęka ze śmiechu, pyta: i jak ty bez guzika będziesz chodziła?

Co tam kieszeń bez guzika, ale faktycznie miałam farta, że mi do silnika nie wpadł, co nie?

czwartek, 6 czerwca 2013

Pizza w kolorze blue

Julia znalazła sobie wakacyjną pracę – będzie pomagała w pizzerii przez całe dwa miesiące. Ma już prawo jazdy, więc od czasu do czasu będzie też musiała rozwozić zamówienia po mieście...

- Julkaaaa! Spakuj trzy hawajskie na Fiołkową, jedną wiejską na Narcyzową i trzydzieści margeritek na Margeritkową! – krzyknęła do mnie Renata z działu zamówień, przez małe okienko w ścianie kuchni.

- Margerity na Margeritkową? To jakiś żart? – odkrzyknęłam, bo coś czułam, że Renata mnie nie lubi i chce mi chyba zrobić brzydki numer.

- Przecież mówię! Margerity! Margeritkowa! Trzydzieści sztuk!!! – wrzasnęła Renata, podkreślając krzykiem każdy wyraz.

- Sorry! Już pakuję! – odkrzyknęłam Renacie. W końcu to moja szefowa, lepiej się nie narażać.... - Czy wszyscy słyszeli? – zapytałam pracujących ze mną, na pakowalni zamówień miejskich, Jacka i Basię.

- Dziwne... W życiu nie dostałam takiego zamówienia! – zdumiała się Basia.

- Sama słyszałaś – pytałam dwa razy. Żeby potem nie było na mnie! – zabezpieczałam sobie świadków.

- I że w ogóle jest w mieście Margeritkowa? – drążyła temat Basia.

- No! – powiedział zwięźle Jacek. Zawsze wyrażał się zwięźle.

- Ulica to na pewno taka jest, na tym nowym osiedlu domków. Oni tam mają same kwiatowe nazwy. Zamówienie jest duże, ale wszystko w pobliżu – uspokoiłam ją.

Wzięłam kartony i zaczęłam pakować to ogromne zamówienie. Pizze ledwie zmieściły się w służbowym maluchu. Teraz muszę się bardzo spieszyć, żeby nic nie wystygło. Klienci są wtedy bardzo, bardzo źli... Najgorzej będzie, jeśli przyjdzie mi stać w korku. Na szczęście dość szybko przedostałam się przez zatłoczone uliczki centrum i pognałam prosto na Zalesie. Na Fiołkowej, 3 pizze odebrała starsza pani, słychać było w tle radosne wrzaski dzieci. Pewnie fundnęła obiad wnuczętom... Na Margeritkowej za to stała spora willa, w której wszystkie okna pozasłaniane były szczelnie żaluzjami. Mimo ciepłego, letniego dnia wyglądała tak jakoś mrocznie, ponuro. Nie widać było w niej żadnych oznak życia. Kto tu więc zamówił 30 margerit??? Duchy? Z rezygnacją i odrobiną lęku zadzwoniłam do furtki. To na pewno jakiś żart! Patrzyłam na drzwi wejściowe, do których trzeba się byłoby dostać po kilkunastu schodkach. Po chwili jednak drzwi otworzyły się i wychylił się z nich jakiś chłopak.

-  Czy ktoś tutaj zamawiał 30 pizz? – zapytałam, udając groźną.

- Jasne! Już schodzę, pomogę ci wnieść! – powiedział chłopak w dżinach koloru blue i zbiegł po schodach.

Napakowałam „na niego” chyba ze dwadzieścia pudełek, sama wzięłam dziesięć. Nie zamykałam nawet samochodu (chyba jest bezpieczny na tym pustkowiu?) i powlokłam się za gospodarzem.

- Niezły masz apetyt! – zagaiłam do tyłeczka w dżinsach koloru blue.

- No coś ty, to dla wszystkich chłopaków! – odpowiedział.

Stanęłam jak wryta:

- To ilu was tu mieszka?

- Nie mieszka, my tu pracujemy – wysapał chłopak, wdrapując się na schody i uważając, by piramida kartonów nie spadła na niego. Teraz jest nas ze dwudziestu... – właśnie wchodził do domu.

Ja nie byłam w tym momencie zdecydowana, czy w ogóle za nim iść. Dwudziestu chłopa, 30 pizz i ja jedna??? Czy mój szef wie, na jakie ta praca naraża mnie niebezpieczeństwo? To tak, jakbym chciała dla fantazji wejść w paszczę lwa! Widocznie długo się wahałam, bo chłopak zdążył cofnąć się na ganek i wrócić po mnie.

- No, co ci jest? Ciężko ci? Zaraz ci pomogę! – zatroszczył się.

Chyba nie są mordercami i gwałcicielami? Ten w dżinsach koloru blue wygląda na normalnego... Nooo, może ciut oślepionego słońcem, jak kret, ale czy to ma znaczyć, że jest wampirem? Eee, nie... Przynajmniej taką miałam nadzieję... Weszłam, raz kozie śmierć! Wokół półmrok, okna pozasłaniane. Na ścianach w korytarzu jakieś obrazy z potworami, brrr! Kilka pokoi widocznych na parterze, w każdym komputery i faceci przed monitorami. Co się tu dzieje? Tajny dom gry? Sekta nawiedzonych komputerowców? Zlot hakerów? Poprawkowy egzamin z informatyki? Co tu jest grane???

- Chodź do kuchni, tam położymy pizze! – wyrwał mnie z domysłów chłopak w dżinsach koloru blue. - Chłopaki, chodźcie, żarełko przyjechało! – krzyknął gdzieś w przestrzeń.

- Czym wy się tutaj zajmujecie? – zapytałam, nie mogąc wprost wytrzymać z ciekawości. Przez głowę przechodziły mi kolejne możliwości, coraz bardziej nieprawdopodobne.

-Tworzymy... supergrę komputerową.

- Grę? W tyle osób?

- Jest nas nawet więcej, ale pracujemy na zmianę, przez 16 godzin dziennie. Chyba w sumie jest tu nas ze trzydziestka. Studenci, licealiści, a nawet jeden z gimnazjum, taki młody geniusz.

- A są tu w ogóle jakieś dziewczyny?

- Coś ty! Na początku nawet były. Nie wytrzymują jednak tempa. Zgodziłabyś się przychodzić tu na minimum 12 godzin dziennie? Na pewno miałabyś dość po tygodniu. Bo kiedy robić maseczki, depilacje i takie tam różne... Zresztą, żaden z nas już też nie ma dziewczyny, wszystkie pouciekały. Pomyśl: jak facet non-stop siedzi przed monitorem, to co to za związek? Na randkę się nie umawia, nie dzwoni, nie widujecie się wcale. Jak nie siedzi tu, w pracy - to śpi. Nie mamy niedziel ani świąt, nigdzie nie chodzimy, więc gdzie mamy poznawać nowe dziewczyny? – zwierzał się chłopak w dżinsach koloru blue, a tymczasem schodzili się zewsząd, z całego domu wygłodniali komputerowcy. Dobrze, że kuchnia jest tu duża...

- Straszne życie! Jak w jakimś komputerowym klasztorze albo więzieniu... – powiedziałam. Czy to ma sens? I nie żal wam życia?

- My nie narzekamy! Czasami przyjadą fajne dziewczyny z pizzami! – powiedział ktoś, a reszta się roześmiała.

-  Dla nas ma. Mamy cel i to nas kręci – powiedział ten w dżinsach koloru blue.

- Pójdę już – powiedziałam do tego w dżinsach koloru blue, bo nagle znów poczułam się nieswojo. – Muszę wracać do pracy, pizze i głodni klienci czekają! – starałam się być naturalna. Żeby się nie zorientowali, ze się ich boję. No, może tego w dżinsach koloru blue nie, ale reszta? Zarośnięci, cisi i małomówni - jacyś tacy dziwni. Patrzyli na mnie... żarłocznie. Kto wie, co im za pomysły po tych głowach chodzą? A te potwory na ścianach?

- Rozumiem. Poczekaj, tu są pieniążki za pizze, policz, czy się zgadza. A jak w ogóle masz na imię? Następnym, razem, jak będziemy zamawiać, to poprosimy, żebyś ty je nam przywiozła...

- Mam na imię Julia! – krzyknęłam już na schodach, szybko zmierzając do samochodu.

- A ja Mariusz! – odkrzyknął ten w dżinsach koloru blue. Oczy też ma blue!

Na Nasturcjowej pizzę odebrała jakaś zakochana para. Niewiele rozmawialiśmy, bo oni się cały czas całowali i nie odklejali od siebie na milimetr. Szczęściarze! Wróciłam do pracy. Renata od razu na mnie wskoczyła:

-  Gdzieś ty się podziewała! Telefony się urywają, a ciebie ani śladu!

-  Byłam na Margeritkowej! Pamiętasz? Trzydzieści sztuk!!!

-  Aaa, no dobra. I zapłacili?

- No jasne! Bez lipy, zamówienie od solidnego klienta...

- Jakiś żarłok?

- Uhm... – a co jej będę opowiadała!

Kiedy następnego dnia około czternastej znów odebrałam niemożliwe zamówienie na Margeritkowa (tym razem 25 pizz hawajskich...), serce przyjemnie mi zabiło.

- Wyobraź sobie, że klient podkreślał dwa razy, że to ty masz przywieźć pizze. Jakiś wariat? Może jedź z Jackiem? – nagle zatroskała się Renata.

- Spoko, poradzę sobie! – odpowiedziałam szybko, by się nie zorientowała w moim pomieszaniu. Ucieszyłam się bowiem, że zobaczę znów Mariusza. Może posiedzę dłużej w domu tej... gry? I przyjrzę się, czy jego oczy są faktycznie takie blue, jak mi się wczoraj zdawało...



Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. anikagotuje.blogspot.com

środa, 5 czerwca 2013

Latający Rabin i poszukiwany kugel z Ustronia

Wczoraj byłam na koncercie klezmerskim „Latającego Rabina” z Pragi – w ramach festiwalu Simcha, który odbywa się we Wrocławiu. 

W coraz piękniej odrestaurowanej synagodze „Pod Białym Bocianem” czeski zespół  dał ponad godzinny występ czystej radości i dźwięków, które unosiły serca,  na przekór chłodnej pogodzie na zewnątrz. Zafascynował mnie zwłaszcza klarnecista – wspaniały instrument i wspaniały muzyk, który wydobywał z niego piękne dźwięki z ogromną szybkością. Może powinnam się na klarnet przerzucić – wydaje się łatwiejszy niż „mój” saksofon. Ale to pewnie tylko pozory… Ech, kiedy ja będę tak grała!

Klimaty żydowskiej kultury bardzo mi się podobają, przypomniałam sobie także coś kulinarnego. Otóż parę lat temu byliśmy przez weekend w Ustroniu – górskim kurorcie niedaleko Wisły. Był wrzesień, ale dla Żydów zaczynał się właśnie nowy rok i w związku z tym gmina żydowska w Ustroniu zorganizowała uroczyste obchody. Jednym z elementów były popisy kulinarne okolicznych gospodyń – na straganikach można było podegustować pyszności kuchni żydowskiej (za drobną opłatą).
To tam zjadłam kugel na słodko – było to coś w rodzaju makaronu zapiekanego z jabłkami, rodzynkami, pomarańczami, orzechami, może był tam i mak? Była karteczka z nazwą potrawy, stąd wiem, że to kugel, ale do dziś żałuję, że nie wzięłam przepisu od gospodyni, ponieważ ilekroć szukałam recepty na jego zrobienie, to jakieś inne dania się pokazują. Ta potrawa na wiele smaków – od słodkiego po słony czy kwaśny, przeważnie robi się ją z... ziemniaków! Nadal więc nie wiem, jak zrobić ten mój ulubiony, z jabłkami, a to taka pychota! I na pewno nie pomyliłam nazwy!


                                                        zdj. z www.gotujebolubie.pl

Ilekroć jesteśmy w Krakowie, idziemy obowiązkowo na Kazimierz i jadamy zazwyczaj w tamtejszych restauracjach: gęsi pipek, czulent albo zupę Berdyczowską, ale tam też nie podają „mojego” ustrońskiego kugla. Poszukiwania przepisu więc trwają...

P.s. z 5.09.2020
A jednak dziś udało mi się zrobić lokshen kugel, czyli właśnie tę smaczną zapiekankę makaronową na słodko. Na brytfankowej scenie wystąpił oprócz wstęg makaronowych: twaróg chudy i tłusty, 3 jajka, trzy jabłka, dużo cynamonu, śmietana. Zapiekane przez ok. 50 minut w piekarniku. No i bardzo zbliżone smakiem do wzorca ustrońskiego. Oto dowód:





Miłość od pierwszego dzwonka...

Pierwszy dzień w nowej szkole jest dla Magdy bardzo stresujący. A jednak sytuacja nie wygląda źle. Na pierwszej lekcji pojawia się przystojny wychowawca. Magda poznaje też sympatyczną dziewczynę, z którą będzie siedziała w jednej ławce...

Korytarze w tej szkole były wyjątkowo wesołe. Szerokie, pomalowane na żywe, turkusowe kolory. Drzwi do klas miały barwy amarantowe. „Całkiem nieźle” – pomyślałam, rozglądając się za gabinetem numer 6. „Moja nowa klasa. Nowa szkoła, nowi ludzie. Jak mi tu będzie?” – nie wiem, czemu się nad tym zastanawiałam już teraz. Przyjdzie przecież czas na refleksje. Najgorsze, że nikogo w tej szkole nie znałam. To chyba dlatego czułam się tak mocno niepewnie... Dzwonek na pierwszą lekcję (właściwie był to delikatny gong, jak w cyrku, gdy zdarzyć się ma coś tajemniczego i magicznego) zabrzmiał dokładnie w chwili, gdy dostrzegłam wreszcie drzwi z cyfrą 6. Stała pod nimi grupka nieco zagubionych, jak ja,  ludzi. Jedna z dziewczyn złapała za klamkę i wchodząc do klasy zwróciła się do nas:

- Chodźcie, była tu jakaś kobieta kilka minut temu i powiedziała, żebyśmy weszli do sali po gongu. „Zabawna szkoła, nawet dzwonek inaczej brzmi!” – ucieszyłam się w duchu. Zaczęliśmy wchodzić, rozglądając się ciekawie po gabinecie i szukając najlepszych miejsc. Było nas ze dwadzieścia kilka osób. Kameralnie. Najwięcej wzięcia miały tylne ławki, ale zanim się zorientowałam, wszystkie były już zajęte... Podeszłam więc do jakiejś sympatycznie wyglądającej dziewczyny, która wyjmowała z plecaka notatnik:

-        Czy mogę usiąść koło ciebie?

-        Jasne! – odpowiedziała z uśmiechem, a ja odetchnęłam z ulgą, że nie dostałam kosza przy pierwszym podejściu. Już miałam na końcu języka próbę przedstawienia się, gdy nagle drzwi się otworzyły i do klasy wparował pewnym krokiem wysoki, szczupły, bardzo młody jak na nauczyciela, facet. Szalenie atrakcyjny brunet, o południowej urodzie, w eleganckim, ciemnym garniturze. Pod pachą niósł, oczywiście, dziennik. Zmierzał prosto do biurka nauczyciela. Powstaliśmy z szacunkiem. Niedbale machnął ręką:

-        Siadajcie, siadajcie!

No to usiedliśmy. On też usiadł, otworzył dziennik i zaczął się nam przyglądać. Zapadła krępująca cisza, ale nic sobie z tego nie robił. Siedział swobodnie i oszałamiał. Wszystko było w nim śliczne - lekko kręcone, czarne włosy i szerokie wargi, rozciągnięte teraz w uśmiechu, ni to drwiącym, ni to uwodzicielskim. Moja nowa koleżanka z ławki trąciła mnie lekko i zwróciła się do mnie szeptem:

-        Coś mi się tu nie zgadza! Przecież przedstawiano nam na spotkaniu (w tej szkole nie było „apeli”) wychowawczynię, profesor Kulczyńską. Skąd ten się tu wziął?

-        Nie wiem, ale nie mam nic przeciwko temu, żeby był naszym wychowawcą...

Tymczasem „profesor” rozpoczął z nami konwersację:

-        Aha, to wy jesteście I „b”. Zobaczmy, kogo tutaj mamy... – zerknął do dziennika. - Adamski?

-        Obecny! – jakiś niewysoki blondas zerwał się w trzeciej ławce na dźwięk swego nazwiska.

- Masz może starszą siostrę? –  zainteresował się życzliwie „profesor”.

-        Nie, panie profesorze!

-        Szkoda, wielka szkoda. Znam pewną Adamską, ale dość, hmmm, powierzchownie. Ma świetne nogi. Przydałyby mi się takie braterskie koneksje... – wyznał, po czym kontynuował sprawdzanie listy. – Siadaj... Burczyńska Katarzyna, która to?

-        To ja! – wstała moja sąsiadka z ławki. Dowiedziałam się więc, jak ma na imię.

-        Ile masz wzrostu, moje drogie dziecko?

-        168 centymetrów!

-        No to rośnij! – skwitował zagadkowo profesor.

-        Ale po co? – zainteresowała się Kaśka.

-        Bo lubię wysokie dziewczyny...

W tym momencie ponownie otworzyły się drzwi i weszła znana nam już z apelu profesor Kulczyńska. Podeszła do biurka, a studiujący dziennik „wychowawca” zerwał się na równe nogi. Pani profesor uśmiechnęła się do niego i powiedziała ciepło:

-        Dziękuję ci, Marcinie, za pomoc. Możesz wracać do siebie!

-        Drobiazg, pani profesor! – chłopak ukłonił się i z lekko drwiącym uśmiechem zmierzał do drzwi. Zanim wyszedł, puścił perskie oko do Kaśki.

-        Ale numer! Zrobił nas w bambuko! To nie był żaden profesor! – prawie wrzeszczała mi do ucha podniecona Kaśka.

-        Tylko kto? – zapytałam, nie łapiąc jeszcze.

-        Pewnie jakiś facet z maturalnej klasy! Daliśmy się wszyscy nabrać, głupie koty! – mruczała pod nosem, podczas gdy profesor Kulczyńska zaczęła od nowa sprawdzać obecność.

Obserwacje, które prowadziłam przez kilka najbliższych dni potwierdziły hipotezę Kaśki. Marcin chodził do IV „c” i był pupilkiem pani profesor Kulczyńskiej, naszej wychowawczyni i nauczycielki fizyki zarazem. Nie należał do szkolnych prymusów, ale nie był też leserem. Działał w szkolnym samorządzie i był ogólnie znaną, barwną  postacią. Miał niesamowite powodzenie u babek, głównie dzięki swojemu wdziękowi i poczuciu humoru. Ale nie był chyba zbyt stały w zainteresowaniach. Co i rusz szkolna plotka donosiła o nowej dziewczynie Marcina. Najgorsze, że nie schodził poniżej drugiej klasy. Wiedziałam, że moje szanse są marne. Tym bardziej, że jeśli już zwrócił uwagę na jakiegoś „pierwszaka”, to była nim Kaśka, nie ja. Z drugiej strony: kazał jej urosnąć! A ja nie muszę, mam 175 centymetrów wzrostu. Może byłabym w jego typie?

Z Kaśką zdążyłam się przez wrzesień zaprzyjaźnić. Okazała się tak sympatyczna na jaką wyglądała. Na wszelki wypadek postanowiłam wybadać, czy Marcin ją w ogóle interesuje. Zapytała ze zdziwieniem:

-        Jaki Marcin?

-        Ten fałszywy psor z IV „c”!

-        Ach, ten! Nie, skąd ci to przyszło do głowy??

Zakochanym wszystko przychodzi do głowy... Ale rzeczywiście, dopiero teraz uświadomiłam sobie, że Kaśka cielęcym wzrokiem wpatruje się na lekcjach w naszego klasowego kolegę, Artura. Żadna z niej rywalka! W październiku byłam już w Marcinie zadurzona po uszy. Zorganizowano nam, pierwszakom „otrzęsiny” i Marcin był prowadzącym tę wielką, szkolną imprezę. Dał taki popis swady i dowcipu, że wszystkie baby z „pierwszaków” gapiły się potem w niego jak w obraz. Śledziły go na przerwach. Ze mną na czele. Zrozumiałam więc, że muszę zrobić coś wyjątkowego, by mnie dostrzegł w tym tłumie. Coś zabawnego, szalonego i inteligentnego. Łatwo powiedzieć, tylko co??? Byłam zdesperowana:

-        Kaśka, co zrobić, żeby poderwać Marcina?

-        Jakiego Marcina? - znów nieprzytomnie dopytywała się moja przyjaciółka. – A, tego! – zajarzyła wreszcie. – Będzie trudno. Ale nie ma rzeczy niemożliwych. Pomyślę... – obiecała.

Czas jednak naglił. Tłumy rywalek ustawiały się w kolejce do serca Marcina. Ja na szarym końcu, gdzieś na 50-tym kilometrze! Takie zaczęły mnie męczyć senne koszmary. Przestałam więc sypiać. Aż wpadłam na pewien pomysł. We wtorki po dużej przerwie mieliśmy zajęcia z psychologii na trzecim piętrze. Okna gabinetu wychodziły na ruchliwą ulicę, przy której stał szkolny budynek. Zakradłam się tam odpowiednio wcześnie, zamknęłam od wewnątrz drzwi i otworzyłam szeroko okno. Wyjęłam przygotowane w domu kartki papieru z kolorowymi rubrykami, długopis. Siadłam w oknie w ten sposób, by nogi, przyodziane w wyjątkowo jaskrawe rajstopy, zawisały mi na zewnątrz budynku. Liczyłam na duży ruch w czasie przerwy. Wtedy większość uczniów wylegała na mały skwer nieopodal lub szła na zakupy do małego sklepiku za rogiem. Miałam nadzieję, że ktoś mnie dojrzy! Po pięciu minutach spostrzegłam tam Marcina. Wreszcie ktoś podniósł wyżej głowę i ujrzał mnie w oknie. Natychmiast zaczął wrzeszczeć, ściągając uwagę innych uczniów. I o to mi chodziło! Marcin też spojrzał. Na razie nic się nie działo, oprócz krzyków, a ja mogłam ich liczyć i stawiać krzyżyki w kolorowych rubrykach. Gorzej, że po chwili na skwerku pojawiła się psorka o ksywce „Alfreda”, węsząca za nielegalnymi palaczami. Dojrzała mnie, zrobiła wielkie oczy i rzuciła się pędem z powrotem do budynku. Wiedziałam, co teraz będzie. Po chwili do drzwi gabinetu zaczęto się dobijać i usłyszałam zdenerwowany głos dyra:

-        Wrzesińska, natychmiast otwórz drzwi!

Stawianie oporu nie miało sensu. Poszłam otworzyć. Dyro wpadł pierwszy, po nim Alfreda i profesor Kozak, który miał z nami psychologię. W korytarzu stał tłum zaciekawionych uczniów.

-        Co ty tu robisz? Odbiło ci, dziewczyno? – dyro posiniał i sapał mocno.

-        Nie, panie dyrektorze. Wykonuję zadanie z psychologii. Badałam poziom znieczulicy społecznej! – odpowiedziałam rzeczowym tonem. – Proszę, oto wynik testu! – podsunęłam mu pod nos moje kolorowe rubryczki, w których zaznaczyłam, ilu przechodniów zareagowało na widok siedzącej w oknie z nogami na zewnątrz nieletniej...

-        Ciekawe... – wymruczał profesor Kozak, zaglądając dyrowi przez ramię.

-        Kolega potwierdza, że zadał taki problem? – spytał go dyro.

-        Niezupełnie, ale to ciekawa inicjatywa uczennicy – odpowiedział wykrętnie Kozak. Równy z niego gość!

-        Znaczy, mam to wszystko puścić w niepamięć? – upewniał się dyro.

-        Chyba nic się złego nie stało? – nieśmiało zagaił Kozak. I na tym skończyli dyskusję.

Przez następne dwie przerwy byłam bohaterką szkoły. Wszyscy mnie zauważyli. Za wyjątkiem jednej osoby, dla której przygotowałam całe show! Myliłam się jednak. Gdy wychodziłam ze szkoły, Marcin stał w bramie jakby na kogoś czekał. Dostrzegł mnie:

-        Słuchajcie no, koleżanko Wrzesińska. Następnym razem uzgadniajcie takie akcje z samorządem szkolnym! Musimy wydać zgodę, inaczej denerwuje się ciało pedagogiczne i wszyscy cierpimy. Ale jedno muszę przyznać – nogi koleżanki zwisały na zewnątrz w bardzo interesujący sposób, chociaż osobiście wolę bardziej stonowane kolory rajstop...

-        Bardziej stonowany kolor rajstop noszę do kina – stwierdziłam zuchwale.

-        W takim razie sprawdzę to jutro w „Olimpii” o osiemnastej!

Jeju, będę miała randkę z Marcinem!!!

 

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. awyrwich.blogspot.com

wtorek, 4 czerwca 2013

Odważny berecik

Zabawne spotkanie z sikorką mieliśmy, historyjka akurat do kącika ptaszęcego. Podczas pobytu nad jeziorem, siedzimy sobie na pięknej drewnianej werandzie w domku u znajomych. Pijemy kawę, jemy ciasto (nota bene sernik gotowany z wiśniami - pychaaaaa!!!!!) - przy takim niskim stoliczku kawowym. Nagle przylatuje na werandę sikorka, siada na oparciu pustego fotela, potem odważniej - na brzegu filiżanki z kawą, którą piła koleżanka i rozgląda się ciekawie. Nie poruszamy się, zafascynowani jej odwagą. Ptaszek uznaje, że sernik to jest to, co tygryski lubią najbardziej, zawisa nad talerzykiem z sernikiem w powietrzu jak koliberek, machając skrzydełkami z prędkością światła, daje nura po kęs i odfruwa. Widocznie sernik jej posmakował, bo za chwilę znów jest, znów siada tym razem na szklance z piwem, elegancko trzymając łapkami szkło, znów potem prezentuje nam cudny balet powietrzny, i nur do sernika. Wraca, przypuszcza, że wewnątrz  w domku są może większe zapasy dobroci, wpada więc tam, skacze po meblach, kanapie, aż dostrzega całą blachę sernika, stojąca na blacie koło lodówki i tam rozpoczyna ucztę. Jesteśmy tak zdumieni, że nie protestujemy, ba nie ruszamy się z miejsc, by jej nie spłoszyć.

Pierwszy raz widziałam tak odważnego ptaszka w bereciku, bo np. wróble znane mi są ze swej bezczelności - na wrocławskim Rynku potrafią ludziom skubnąć loda, siadają na stolikach kawiarnianych wystawionych przed lokalami i raczą się ciastami oraz okruszkami, skacząc po stołach między filiżankami w obecności "człowieków". Sikorki natomiast zawsze miałam za bojaźliwe - kiedy karmię je zimą na tarasie zazwyczaj są bardzo ciekawskie - zaglądają do mnie przez okno, oglądają doniczki i eksplorują otoczenie, ale gdy się tylko do nich wyjdzie - uciekają. Ta natomiast była wyjątkowo odważna. Było nas 5 osób, i taki tłum wcale jej nie przeszkadzał, może dlatego, że dwie z nich to "czarodziejki"?

niedziela, 2 czerwca 2013

Czereśniowy całus

Nie było nas parę dni, a już przed wyjazdem widzieliśmy, że czereśnie w ogrodzie będą się  wnet nadawały do konsumpcji. Wróciliśmy po 4 dniach, Wrocław był ponoć przez ten długi weekend Krainą Deszczowców, jak reszta Polski, chociaż na wyjeździe nie ucierpieliśmy pogodowo (byliśmy w lubuskim).

Pierwsze nasze kroki po powrocie skierowaliśmy ku czereśni. Trzeba było najpierw usunąć siatkę ochronną (nie lubimy dzielić się ze szpakami), zebrać kulki do koszyczka (jakiś kilogram, bo drzewko jest młodziutkie i nieduże). Czereśnie okazały się wodniste w smaku (powód jak wyżej), barwy koralowej raczej niż wiśniowej, ale słodkie, pierwsze, no i własne! Zasługa to Andrzejka, który jeśli marzy o czymś ogrodniczo to o posadzeniu 5 drzewek owocowych na metrze kwadratowym oraz powiększeniu swojej winnicy, więc nieustannie negocjuje ze mną usunięcie krzaku jaśminu, który nazywam czule Bogumiłem Kadryllem (kto czytał Marka Piegusa za młodu, wie o czym mowa!), bo w jego miejsce mógłby zmieścić np. jeszcze kilka drzew. Generalnie nasz ogród jest polem nieustannych negocjacji - Andrzejek idzie w owocowy hurt, ja natomiast chciałabym produkować "obiekty zapachowe", które można by potem przetworzyć w perfumy lub inny kosmetyk, nie mówiąc o wrażeniach estetycznych... A oto i czereśniowy cmok dla Was!

P.s. Dla mnie owoce te są pyszne  same w sobie, ale wyobraźcie sobie, że w necie funkcjonują przepisy na czereśniowe potrawy: desery i ciasta to raczej normalne i oczywiste, ale znalazłam też przepis na sznycle z indyka z czereśniami albo sałatkę z kurczakiem, czereśniami i awokado! Kto się odważy wypróbować?

Listowna miłość...

Jak zdobyć faceta? Może sposób Cyrano de Bergeraca okaże się skuteczny? Romans za pomocą liścików? Monika ma ochotę spróbować... 


- Monia, nie wiem, jak można go uwieść! Kręci się wokół niego tyle lasek, że nie przedrzesz się nawet na trzy kroki – powiedziała proroczym głosem Anita, karmiąc moje rybki w moim miniakwarium.

-  Jestem zdesperowana – oświadczyłam przyjaciółce, wydzierając jej z rąk torebkę z pokarmem. – Przekarmisz je!

- Jesteś zdesperowana, bo przekarmię ci gucie?

- Jestem zdesperowana z powodu tego „szlachetnego uczucia, które zawładnęło mym sercem” i sprawia, że każdy milimetr mego ciała drży na jego widok...

- Gadasz jakoś dziwnie... Przecież wiem, że ci kompletnie odbiło na punkcie Aleksandra. – Anita otrzepała ręce i usiadła w fotelu, przyglądając mi się badawczo. – Trzeba przyznać, że masz niezłą konkurencję. Kaśka z III D – miss szkoły, Ulka z II E – wojewódzka mistrzyni w sprincie. Kamila z I F – modelka, jeżdżąca z pokazami co weekend po całej Polsce.

- Interesujące lalki, no nie? A ja, biedny kurczaczek? – rozczuliłam się nagle nad sobą. Robię to perfekcyjnie.

- A ty, kurczaczku, wygrałaś olimpiadę astronomiczną! – odparowała Anita. I była to prawda, niestety...

- Ale nie mam tak zwanych walorów cielesnych. Kto ceni teraz intelekt? Choćby mój mózg miał miliardy pięknych, spiralnych zwojów czym jest wobec długich nóg Kamili? Galaretą!

- Aleksander wygląda akurat na faceta, który by to docenił. W końcu żadnej laski jeszcze nie wybrał, jest solo! Widzę w tym pewną szansę dla ciebie. Hm, tylko jak zwrócić jego uwagę? Skąd ma wiedzieć, że istniejesz i w dodatku się nim interesujesz?

- Że się interesuję to mało powiedziane! On mi jest potrzebny do życia jak woda, słońce, powietrze, kwiaty, palmy, ocean, rybki, hipopotamy, dżem figowy...

- Złapała falę, masz ci los! Będzie nadawać kwadrans. Znalazł się, Aleksander I Niezbędny! – przerwała moje rozmarzenie Anita. – Gdyby tak wykorzystać twój talent do ględzenia. Przecież możesz tak godzinami. Mam! Widziałam taką sztukę w tv: „Cyrano de Bergerac”. Generalnie chodziło o to, że niezbyt urodziwy facet z długim nosem zdobywa pewną kobietę pisząc do niej listy w imieniu przystojnego mężczyzny, który też się w niej kocha...

- To ty też się kochasz w Aleksandrze??? – wykrzyknęłam w najwyższym wzburzeniu. I pomyśleć, że dawałam jej karmić gucie!

- Nie, wariatko, nie zrozumiałaś mnie! Chodzi o pisanie listów. Że w ogóle można nimi kogoś uwieść!

- Ale sama mówisz, że to kobietę uwodziły listy tego Cyrano! Faceci nie są tacy spragnieni słów.

- No tak... – opadł z niej cały entuzjazm. – Ale... ale gdybyś była anonimowa i pisała tak ciekawe listy, że on zapragnąłby poznać ich autorkę? Zdradziłabyś, na przykład, dopiero w dwunastym swoje imię i numer telefonu. Reszta działań należałaby już do niego.

- Czy ja wiem? Tajemnicza wielbicielka, on intelektualista... hm. Tylko o czym ja mam mu pisać te listy? I aż tyle? Wysyłać je pocztą?

- To akurat jest proste. Co do treści - na pewno coś wymyślisz! – zmotywowała mnie przyjaciółka. – Dobra, lecę. Zrobiło się późno, muszę przecież zrobić zadania z chemii.

- Zrób i za mnie. Nie mam czasu na chemię. Dzisiaj powstanie pierwszy list – powiedziałam z namysłem. W co ja się pakuję? W literaturę piękną?

Cały wieczór myślałam o liście. Przeglądałam tomiki poezji i różne mądre książki. Wysłać mu wiersz, aforyzm, własną złotą myśl? W końcu napisałam na moim najlepszym, ozdobnym papierze: „Drogi Przyjacielu (pozwól, że będę się tak do Ciebie zwracać, mimo iż mnie jeszcze nie znasz. I pozwól mi pobawić się tą tajemnicą aż do chwili, w której uznam, że chcę Ci ją wyjawić. Nie jestem jeszcze pewna, czy umiałabym zwrócić twoją uwagę, gdybyś miał mnie wyłowić z tłumu. Może w ten tajemniczy sposób przekonam Cię, jak zależy mi na Twojej opinii. Wydajesz mi się kimś szalenie ciekawym. Kimś, komu można powierzyć najintymniejszą refleksję, podzielić się marzeniami... Lub spostrzeżeniem w rodzaju: dziś jest pełnia i Księżyc jest tak nadęty, że niewiele brakuje, by się przewrócił. Może zresztą ma na to prawdziwą ochotę, zważywszy ujadania pewnego rudego kundla. Co wieczór o ósmej przychodzi na moje podwórko i szczeka przez dwie godziny! Psi psychol! Doprowadza mnie do szału. Księżyc najwyraźniej także!”

W tym intrygującym (moim zdaniem) miejscu przerwałam pisanie, włożyłam list do koperty i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku poszłam spać. Nazajutrz, w drodze do szkoły wrzuciłam list do skrzynki. Anita została o wszystkim poinformowana. Przez następne dni także pisałam listy. W jednym snułam refleksje natury kalorycznej: „Drogi Przyjacielu, wiesz, że podobno sześć „kulek Mozarta” (ulubione czekoladki mojej przyjaciółki) stanowi paliwo dla średniej wielkości łodzi podwodnej?” Nawet się rozkręciłam i nieźle mi szło. Zdecydowałam się nawet przemycać więcej informacji o sobie. Nie miałam jednak odwagi odsłonić się zupełnie. Tak więc wysłałam dziesięć miłosnych anonimów i rola damskiego Cyrano zaczynała mi się niebezpiecznie podobać. Przyspieszenia dokonała Anita:

- Mona, mam bombę! Kamila szlochała dzisiaj w damskiej toalecie, że Aleksander odebrał jej złudzenia. Ulka też chodzi jakaś markotna. Kaśka zaczęła się o nim wyrażać w niepochlebnych epitetach. Chyba coś między nimi zaszło. Musiał im coś takiego powiedzieć, że...

- Aha, powiedział może, że jest do szaleństwa zakochany w autorce anonimowych listów, które dostaje pocztą i z powodu tego szlachetnego uczucia, które zawładnęło jego sercem nie może się już z nimi spotykać i dawać im jakichkolwiek nadziei? – spytałam z sarkazmem.

- No nie, tak dobrze to chyba nie ma, ale może dojrzał do tego, żeby cię poznać?

Byłam przestraszona. Właściwie tak odsuwałam ten moment, że przestałam o nim myśleć, jak o czymś realnym.

- Przecież nie możesz bez końca wysyłać tych swoich listów! – Anita starała się mną potrząsnąć.

- Nawet gdyby je mieli kiedyś opublikować dla potomnych? –zapytałam, żeby rozzłościć tę moją mądralińską.

- Nie wygłupiaj się! Teraz albo nigdy więcej! Napisz mu swój numer i umów się na telefon za trzy dni o jakiejś tam godzinie. To proste!

- Jak konstrukcja cepa.

Ale zrobiłam to. Anita miała racje, nie można tego ciągnąć w nieskończoność (Cyrano mógł, aż do śmierci...). Ryzykowałam wiele. Jeśli on, mimo wszystko, nie zadzwoni? Z drugiej strony liczyłam na jego dobre wychowanie. Musi zadzwonić, choćby z grzeczności... Przez następne cztery dni chodziłam jak błędna. A jeśli poczta spóźni się z dostarczeniem listu i on nie dostanie go w określonym terminie? Cała intryga bierze w łeb!

Nadszedł jednak wyznaczony piątek. Cały ranek w szkole byłam nieprzytomna. Nosorożec zauważyłby, że ze mną jest coś nie tak. Do domu wracałam na skrzydłach nadziei. Szybko uporałam się z domowymi porządkami. Zaplanowałam, że nie będzie innych domowników, wiec robiłam wszystko, by pod byle pretekstem wypchnąć ich  z domu w okolicach 17-tej. Udało się! Włączyłam ulubiona kasetę, zaparzyłam meliskę i z drżącym sercem usiadłam w fotelu, by śledzić wskazówkę zegara. Zbliżała się nieuchronnie w oznaczone miejsce... Mimo że czekałam na niego, dzwonek telefonu poderwał mnie z fotela na równe nogi. Natychmiast zaschło mi w gardle. Zachrypnięta z emocji wydusiłam z siebie głosem chorego na koklusz wielbłąda:

-  Halo...

- Monika?

- Tak...

- Dzień dobry. Tu Aleksander. Jakie szczęście, że dostałem twój numer telefonu. Tak bardzo chciałem z tobą porozmawiać!

Księżycu, patronie zakochanych, miej mnie w swojej opiece!

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. sp1.swidnica.pl

środa, 29 maja 2013

Rybki po grecku, czyli specjał plażowy

Te wcześniejsze dywagacje wędkarskie przypomniały mi pobyt w Grecji i wspaniałą ucztę na plaży, ze smażonymi rybkami.

Pewnego dnia podczas pobytu na Riwierze Olimpijskiej (Grecja kontynentalna) udaliśmy się pożyczonym samochodem zwiedzać półwysep Chalkidiki. Zauroczył nas swoim pięknem, gdyż w odróżnieniu od Riwiery, która jest płaska jak stół i suto "ozdobiona" hotelami - ów był pełen ślicznych małych zatoczek, ukrytych wśród skał i makii. Troszkę utrudzeni upałem i przede wszystkim głodni zobaczyliśmy drogowskaz do tawerny na plaży, w jednej z takich właśnie ukrytych zatoczek. 
Było pięknie - turkusowa woda, niesamowicie przejrzysta, piasek między skałkami, kameralna atmosfera i bufet - lokal gastronomiczny w każdym bądź razie. Na stolikach cerata i uprzejmy "oberżysta". Zamówiliśmy rybki (w karcie było chyba napisane gavros albo atherina) i dostaliśmy po kilku minutach głębokie talerze z usypaną na nich górą malutkich rybeniek, obłożonych ćwiartkami cytryny. Do tego wino (retsinę) w zmrożonej butelce!


Jejku, ależ to było pyszniutkie! Ilekroć później byłam w Grecji, zawsze szukałam tych właśnie maciupkich rybek, ale zawsze potem dostawałam takie sporo większe,  sardynkopodobne - i to już nie było to! Smak pozostał mi w ustach na lata!